<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404</id><updated>2012-02-16T07:25:38.910+01:00</updated><category term='film polski'/><category term='Witkacy'/><category term='miłość'/><category term='tylko fragment'/><category term='wielka cisza'/><category term='historia literatury'/><category term='z ciemności rodem'/><category term='starość'/><category term='Bergman'/><category term='samotność'/><category term='wody pierwotne'/><category term='w źle obsadzonej roli'/><category term='kino europejskie'/><category term='spoza'/><category term='kryminał'/><category term='mity i legendy'/><category term='teatr'/><category term='postkolonializm'/><category term='kino amerykańskie'/><category term='narracje historyczne'/><category term='Szekspir'/><category term='obok Śmierci'/><category term='lewactwo'/><category term='literatura'/><category term='kino rosyjskie'/><category term='wolność'/><category term='komuna'/><category term='na wschód od Bugu'/><category term='kino spoza...'/><category term='dramat współczesny'/><category term='Hamlet'/><category term='z perspektywy kobiety'/><category term='Antonioni'/><category term='pewność świata'/><title type='text'>Nomadyzm humanistyczny</title><subtitle type='html'>Nomadyzm - sposób wędrowania po obszarach humanistyki (niezależnie od tego czy są to aktualne czy dawno przeczytane książki, obejrzane filmy lub spektakle, czy też swobodne refleksje przychodzące do głowy w autobusie czy tramwaju), który nie jest obarczony żadnymi zasadami i rządzi się jedynie prawem skojarzeń. Zakładam też nieprzewidywalne powroty do myśli już zapisanych; niech wędrują sobie same poza prawami czasu. Przyzwalam sobie na banał i oczywistość. Archaiczność i niedorzeczność.</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>87</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-7592627234450849808</id><published>2012-01-11T01:42:00.004+01:00</published><updated>2012-01-11T02:33:56.178+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='spoza'/><title type='text'>frustracja</title><content type='html'>dzisiaj dam wyraz swej frustracji&lt;br /&gt;nie chadzam do lekarzy, bo im nie wierzę (zęby leczę prywatnie - nie dlatego że jestem bardzo bogaty)&lt;br /&gt;i ich strajk mnie wkurza&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;bo&lt;br /&gt;jak to rozumieć?&lt;br /&gt;rząd popełnia błąd&lt;br /&gt;i lekarze (którzy jakąś tam przysięgę składają...) skazują na cierpienia pacjentów w imieniu których ułatwiają sobie życie&lt;br /&gt;wyobraźmy sobie (choć wyobrażać sobie nie trzeba, bo staje się to u nas praktyką codzienną), że&lt;br /&gt;rząd popełnił błąd i&lt;br /&gt;kolejarze zatrzymują ruch pociągów w całej Polsce&lt;br /&gt;(a lekarz jechał akurat na bardzo prestiżową konferencję - wyjątkowo nie samochodem)&lt;br /&gt;piekarze są niezadowolenie z ceny chleba&lt;br /&gt;i postanawiają zarejestrować konsorcjum i to jeszcze z własnym kodeksem etycznym (w którego zapisie jest np. zasada, że jeżeli wyprodukowano chleb, który szkodzi na trzustkę, to zanim sądy krajowe będą mogły się tym zająć, to najpierw wewnętrzny sąd piekarzy decyduje, czy to rzeczywiście się kwalifikuje - miałem w swym krótkim życiu (:-)) do czynienia z sytuacją, gdy błędna diagnoza lekarza na pogotowiu była histerycznie chroniona przez tego lekarza, który dostrzegł błąd w sztuce (a ponieważ chodziłem z nim do szkoły w liceum, to stwierdziłem - nie wierz tym gościom - bo koligacje zawodowe są silniejsze niż koleżeńskie)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;rząd popełnił błąd i&lt;br /&gt;w całej Polsce przestają funkcjonować komórki (poza tymi, którzy opłacili specjalny abonament)&lt;br /&gt;także komórka tego lekarza, który stawia dziś słynną pieczątkę (ale on powie, że to przecież o co innego chodzi)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;rząd popełnił błąd i&lt;br /&gt;nikt nie może dojechać środkami komunikacji miejskiej do pracy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;rząd popełnił błąd i&lt;br /&gt;wyłączono prąd w całej Polsce (także w prywatnych gabinetach lekarskich) - oczywiście dla dobra wszystkich Polaków&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;rząd popełnił błąd i&lt;br /&gt;w czasie matur nie ma matur (moje podwórko) i córka naszego ulubionego lekarza ma rok w plery, chyba że ktoś dogada się z uczelniami, ale&lt;br /&gt;rząd popełnił błąd i&lt;br /&gt;uczelnie nie chcą się dogadać&lt;br /&gt;i córka ulubionego lekarza zdawać będzie maturę za rok - dlaczego nie: skoro w dwa lata można upchnąć pierwsze klasy podstawówki, to równie dobrze można tak potraktować maturzystów (szczególnie jeśli wśród zdających są dzieci naszych ulubionych lekarzy)&lt;br /&gt;co powie lekarz: ależ to nie o to chodzi - ja dla waszego dobra, a oni (nauczyciele) tak to upraszczają, moja córka naprawdę cierpi...&lt;br /&gt;tata pomoże&lt;br /&gt;morfiną (muzykę mam na myśli oczywiście)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;itd (bardziej drastyczne można sobie wyobrazić - oj, i to jak jeszcze...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zatrzymajmy funkcjonowanie państwa, aby się przekonać, kto tak naprawdę jest ważny i kto w jaki sposób da sobie w tej sytuacji radę&lt;br /&gt;wynik jest oczywisty: polegną Ci, którzy i tak niewiele mają&lt;br /&gt;a najgłośniej krzyczeć będą ci, którzy skazani są na nieco mniej niż to dużo, które mają&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ale to nie koniec mojej frustracji:&lt;br /&gt;przedwczoraj oficer prokurator próbował popełnić samobójstwo w obronie honoru sprawiedliwości i żołnierza polskiego i sądów jedynych niezależnych&lt;br /&gt;nie trafił (a strzelał z bliska - i wiem, że teraz narażam się na zarzuty przeróżne) niczym Kordian pod koniec aktu pierwszego&lt;br /&gt;i zawsze na lekcjach ten niecelny strzał Kordiana wywołuje śmiechy w klasie&lt;br /&gt;jak można nie trafić (i czy nietrafienie nie jest dodatkowym argumentem przeciwko noszeniu munduru oficera wojska polskiego przez tego pana)&lt;br /&gt;ale to drobiazg - niech tym się jara kolejne towarzystwo podtrzymywania nieprzydatnych w pracy&lt;br /&gt;ja się pytam&lt;br /&gt;czy jeżeli, ktoś wymyśli, na najwyższym szczeblu mej fundacji decyzję, że trzeba zlikwidować uczenie literatury w liceum i ja w tym momencie strzelę sobie w policzek, to będę na pierwszych stronach gazet?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a co mają zrobić inni permanentnie zwalniani (bo poprzedni akapit to żart oczywiście) - nie są w mundurach, zawsze muszą komuś salutować, na wszystko się godzą, mają poczucie, że to co robią, robią dobrze, niektórzy wręcz twierdzą, że służą państwu - i co? jak pociągną za spust, to przestaną być anonimowi i sejm uzależni od tego lekkiego spustu swe decyzje?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;to nie jest żaden film&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ale na PO już nie zagłosuję&lt;br /&gt;i żadnemu lekarzowi ręki nie podam&lt;br /&gt;chyba że po solidnej wódce&lt;br /&gt;bo tylko ogłupienie może motywować do tego rodzaj gestów&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-7592627234450849808?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/7592627234450849808/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2012/01/frustracja.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7592627234450849808'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7592627234450849808'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2012/01/frustracja.html' title='frustracja'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-6667769571273550865</id><published>2011-12-31T17:25:00.016+01:00</published><updated>2011-12-31T21:39:11.611+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kryminał'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='w źle obsadzonej roli'/><title type='text'>Sylwester z Nomadą</title><content type='html'>Wypadałoby coś okolicznościowego na koniec roku, ale nie bardzo wiem co...&lt;br /&gt;Więc taki zwyczajny wpis wieńczący ten skromny rok; choć chodziła mi po głowie "Melancholia", którą wczoraj obejrzałem i która pozostawiła mi w głowie niepokojącą muzykę z "&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=yKlKbrxMcE0"&gt;Tristana i Izoldy" &lt;/a&gt;Wagnera, opowieści o miłości niemożliwej a spełnionej - tak &lt;span style="font-style: italic;"&gt;a propos&lt;/span&gt; specyficznego końca świata wieszczonego w tym filmie; spotkania dwóch planet zwieńczonego katastrofą. A pasowałoby przecież: bo to i o schyłku, zbliżającym się końcu, o złudnej pewności naukowców co do swych obliczeń, o konwencjach, które w ludzkim świecie przyćmić mogą uczucia, o niemożności tychże uczuć. Ale także o wielkiej wartości zwykłej ludzkiej bliskości, nawet jeżeli ociera się ona o świat fikcji (bo ta grota z patyków jest chyba najwymowniejszym znakiem tego, jak czasami mało potrzeba, by poczuć się bezpiecznie). Film przeciwstawiający trwałe wydawałoby się mury zamku twardego ludzkiego porządku i kruchych, niepewnych uczuć. Nie powtórzę wprawdzie za Justine, że 'ten świat zginąć musi, bo jest zły', ponieważ sam do tegoż zła się przyczyniam i choć czasami niczym bohaterka odwracam się do tego świata plecami, to jestem z nim mocno związany.&lt;br /&gt;Taa... film symbolicznie wieńczący ten rok.&lt;br /&gt;No i John Hurt, którego bardzo lubię (na drugim planie tylko, ale ja lubię stać w cieniu; gdy na przodzie czasami każą mi stawać, to niezręcznie się czuję bardzo).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale wczoraj także obejrzałem krótki &lt;a href="http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,10887880,13_latek__Traktujcie_mnie_jak_dziewczyne__bo_tak_sie.html"&gt;dokumentalny film &lt;/a&gt;(do obejrzenia w necie: "Jestem dziewczynką", reż. Susan Koenen) o trzynastolatce, która urodziła się w męskim ciele. Film obowiązkowy dla wszystkich rodziców i nauczycieli. Dziewczynka niezwykle dojrzała; potrafi w sposób prosty i bezpośredni opowiadać o swoich kłopotach z płcią. Najbardziej pouczające jest jej wspomnienie dotyczące tego, jak swoją nową gimnazjalną klasę poinformowała o swych problemach... i została zaakceptowana... a tyle się mówi o okrucieństwie dzieci. Choć mam poważne obawy, czy w każdym środowisku zostałoby to tak samo 'normalnie' (cóż w tym wypadku oznacza słowo 'normalnie': czy zgodnie z naszymi oczekiwaniami, które uznajemy za najbardziej prawidłowe, czy też tak, jak zareagowałaby większość?) przyjęte.&lt;br /&gt;Świat się zmienia na szczęście (dzięki Bogu? - ojcowie dyrektorzy wszystkich słusznych stacji powiedzieliby: 'na chwałę Szatana'). Zmienia się min. dzięki takim reżyserom jak Pedro Almodovar. Bo to o nim chciałem kilka skromnych słów dziś skrobnąć, niepomny tego (i gdzie tu skromność panie Nomado?), że już wielu mądrzejszych ode mnie zlustrowało twórczość tego hiszpańskiego maga (pisząc o takich uznanych i opisanych wielkościach staram się zapomnieć o tych wszystkich stronach zapisanych na ich temat - a ponieważ, jak wszyscy wiedzą, z pamięcią u mnie nietęgo, więc, jeżeli nawet coś kiedyś czytałem, to i tak nie pamiętam i dzięki temu jestem nieustannie naiwnym żydem wiecznym tułaczem po obszarach już dawno odkrytych - już dawno pożegnałem się z kryterium nowości w moim funkcjonowaniu w świecie, więc ani to co piszę, nie musi dotyczyć rzeczy, które właśnie wydano, ani też nie ma być w mej intencji tym nowym słowem, którego jeszcze nikt nie sklecił; jest to zresztą jedna z nielicznych zasad mego nieortodoksyjnego dekalogu [nie wiem, czy aż dziesięć przykazań by się tam znalazło] - przemierzać ten świat nie przejmując się zbytnio, czy tą samą drogą już ktoś podążał, czy są to ślepe uliczki, czy też wertepy, którymi za mną podążą inni). Gdy sobie o nim myślę, gdy poszukuję źródeł mej fascynacji, to sobie uświadamiam, że jest ona związana w bardzo dużym stopniu z otwarciem mej mentalności na zjawiska (nie tylko problemy) związane z Innością - w tym wypadku oczywiście płciową przede wszystkim. Cóż, żyjemy w społeczeństwie niezwykle tradycyjnym (wciąż jeszcze, mimo corocznej Manify, mimo Biedronia w Sejmie), o czym świadczą śmiechy w Parlamencie, które pojawiły się po słynnym 'poniżej pasa'... Zanim zacząłem poznawać Almodovara homoseksualista czy transwestyta kojarzył mi się przede wszystkim z (kusząco nieprzyzwoitą) atrakcyjnością oraz barwnym funkcjonowaniem niektórych klubów oraz (co jest ze sobą powiązane) ze środowiskiem artystowskim. No i towarzyszył tym skojarzeniom wewnętrzny dystans z mojej strony, gdyż często widziałem w zachowaniu przedstawicieli tych orientacji seksualnych (pisząc ten tekst cały czas towarzyszy mi wątpliwość, czy też są one dla mnie już normalne, a może tylko oswojone ale ciągle inne czyli gorsze, boć przecie należę do tej 'normalnej' większości - i w tym wypadku słowo 'normalność' oznacza po prostu dominującą postawę) nazbyt wiele wyzywającej teatralności. W filmach Almodovara jest ona także mocno obecna i niewątpliwie fakt ten przyczynił się do tego, że długo z pewnej bezpiecznej odległości im się przyglądałem. Przyzwyczajony jestem do zachowań powściągliwych i nieszokujących; nie przepadam za emfazą i egzaltacją. A hiszpański reżyser bywa bardzo wyzywający. Do tego jeszcze te barwy: często ostre, kontrastujące, dalekie od szarości, które preferuję. No i permanentne wykorzystywanie kiczu...&lt;br /&gt;Więc dlaczego...&lt;br /&gt;Bo za tym kiczowatym często sztafażem są prawdziwi, pełnokrwiści ludzie. Mimo ich zmanierowanych wyrazistych i komicznych często gestów, mimo banalnych zainteresowań (ta wszechobecna telewizja [choć przemierzając w tym roku hiszpańskie prowincje zauważyłem, że tam w każdej najmniejszej knajpie olbrzymi telewizor non stopo umila czas klientom i pomyślałem sobie: 'jak u Almodovara'] i reklama) i niewybrednych pragnień (cielesnych oczywiście) potrafią wzruszyć. Bo są to - no właśnie, właśnie (jeszcze i to) - melodramaty i to nierzadko kończące się dobrze. Tyle że dotyczą postaci, które dotąd na marginesie naszego oglądu społeczeństwa funkcjonowały. I w ten sposób reżyser, wzruszywszy nas, otwiera wrażliwość na świat wykluczony, rzeczywistość wykastrowaną z naszej świadomości przez religię i dobre obyczaje (co nie znaczy, że w polskiej literaturze nieobecni są 'tacy' bohaterowie - jest oczywiście Gombrowicz, ale ani on obecny w obiegu społecznym [to znaczy jego twórczość, bo o nim to się czasami i mówi], ani to nie Almodovar jeśli chodzi o ekspansywność tematyki).&lt;br /&gt;Ale ja dzisiaj wcale nie chciałem mego &lt;span style="font-style: italic;"&gt;resume&lt;/span&gt; z Pedro Almodovara sporządzać. Zrobiło się samo, nomadycznie; pewnie dlatego że po raz pierwszy o nim, że to mój pierwszy raz...&lt;br /&gt;Dzisiaj chciałem kilka słów o "Złym wychowaniu" (tak jakoś od środka o tej twórczości zaczynam pisać; zaczynam - bo mam nadzieję, że nieraz jeszcze mnie ten hiszpański prowokator do klawiatury przywoła; tym bardziej, że często go oglądam; nie mówiąc o tym, że na tym blogu Hiszpania pojawiła się chyba &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2010/06/historia.html"&gt;raz tylko&lt;/a&gt;).&lt;br /&gt;Jest w tym filmie wiele z tego, o czym już napisałem. Tyle że im Almodovar starszy, tym mniej w jego filmach estetyki kiczu (czy to nie oksymoron?). Jest nadal dużo seksu (tego między mężczyznami). Są transwestyci. No i mamy przede wszystkim do czynienia z utworem antykościelnym czy wręcz bluźnierczym (choćby w momencie, gdy jeden z księży po zamordowaniu Juana/Zahary stwierdza "Bóg jest po naszej stronie"). I to wszyscy oczywiście wiedzą, więc nawet mi się nie chce po swojemu tego jeszcze raz opowiadać (co nie znaczy, że kiedyś nie najdzie mnie ochota i wtedy pozwolę sobie).&lt;br /&gt;Tym razem (nie po raz pierwszy ten film oglądałem oczywiście, ale jak większość wie, w moim wypadku zawsze jest pierwszy raz - taka niepokalana dziewica nie do zdarcia ze mnie:-)) chciałem dać wyraz mej fascynacji strukturą narracyjną tego filmu (kurcze, jak ja bym chciał umieć tak opowiadać...). Opowieści perfekcyjnie się przenikają - jedna wypływa z drugiej, retrospekcje nakładają się na lekturę opowiadania i proces tworzenia filmu; genialna metapoetyckość (a to, że Almodovar pracował nad tym filmem 10 lat nie ma tu nic do rzeczy). A z tych uzupełniających się historii wyłania się zaskakująca nas co i rusz opowieść kryminalna (fachowcy wskazują na czarny kryminał jako źródło poetyki tego filmu [no tak, ale miałem się nie odwoływać do znawców... pytanie, czy sam bym to zauważył - no cóż, wątki kryminalno-sensacyjne bardzo często obecne są w filmach Almodovara i wcale, by dobrze się bawić i by zauważyć ich niestereotypowe potraktowanie, nie trzeba wskazywać dokładnego ich źródła]).&lt;br /&gt;Tak, tym razem chyba na tym poprzestanę, na wyrażeniu mej potężnej pozytywnej zazdrości (pozytywnej, bo chcę oglądać tego rodzaju opowieści, mimo że nie ja jestem ich twórcą - och, co za pycha powiecie [ale czy czasami nie czujecie czegoś takiego, że chcielibyście, by coś, co was zachwyca - do kogo ja się zwracam? - było waszym dziełem]).&lt;br /&gt;A film zaczyna się od znaczącej sceny: dwaj twórcy przeglądają kronikę przeróżnych zadziwiających zdarzeń, o których pisze aktualna prasa, poszukując pomysłu na film... znowu okazało się, że to, co najbardziej filmowe, zdarza się nam w życiu bądź obok nas (choć pomysł na dzieło tego rodzaju może się wydawać wysoce nieprawdopodobny - troszkę to nie tak, jak było u Arystotelesa; ale to też urok Almodavara, że z bardzo dziwacznych sytuacji, często fantastycznych &lt;span style="font-style: italic;"&gt;sensu stricto&lt;/span&gt;, potrafi wyłowić to, co najbardziej ludzkie; a życie nasze przecież też sobie czasami myślimy wikłając je w  przeróżne konwencje wdrukowane nam w umysły przez sugestywność sztuki, z którą obcujemy).&lt;br /&gt;I w ten sposób udało mi się napisać tekst, w którym prawie słowem nie wspomniałem o treści filmu, czy też (co ważniejsze) problemie w nim poruszonym. To ciekawe, bo streszczenie historii w nim opowiedzianej, ale nie tak, jak podał ją reżyser, tylko zgodnie z chronologią, także byłoby interesujące. Bo na tym polega niezwykłość tego filmu - jestem pełen podziwu dla narracji i kunsztu opowiadacza, a jednocześnie wciąga mnie historia; historia, która dzisiaj jest już bardzo głośna, bo dotyczy wpływu celibatu na skłonność księży do molestowania młodych chłopców (no dobra, trochę dodałem od siebie - tzn. ten celibat, bo reżyser nie stawia tego pytania). Kościół już się lekko przebudził, ale potężne osady uprzedzeń płciowych, które pozostawił na mentalności swych wyznawców, jeszcze długo będzie źródłem frustracji wielu europejczyków (właśnie tak, małą literą, bo tak piszemy, gdy chodzi o kogoś związanego z kulturą europejską a nie o mieszkańca Europy; pewnie nie o takie korzenie chodzi tym wszystkim, którzy upominają się o preambuły do różnych fundamentalnych aktów prawnych [i wspaniałomyślnie nie będę rozwijał tego tematu]).&lt;br /&gt;Każdy z bohaterów ma swoją opowieść w tym filmie, co najmniej jest ich cztery. A reżyser stoi z boku i nie ocenia. A przecież mógłby, skoro rozlicza się ze swym wychowaniem. I choć antyklerykalizm tego filmu nie ulega wątpliwości, to Ojciec Manolo, czy też pan Berenguer przede wszystkim (bo Manolo jest postacią fikcyjną przecież i tylko naszym domysłom pozostawia się odpowiedź na pytanie, ile w opowiadaniu Ignacia (specyficzna zbieżność z imieniem młodego uwodzonego przez Gonzaga bohatera "Transatlantyku") jest prawdy - taka niezbędna na tym blogu uwaga epistemologiczna).&lt;br /&gt;No i jeszcze Galicia (miejsce urodzenia i wychowania Ignacia i Juana), o której wspomnieć muszę choć jednym zdaniem, bo w tym roku (jeszcze tym) moje stopy przeszły koło setki kilometrów przez ten region Hiszpanii, a zdjęcia w tym filmie wysmakowane bardzo, więc jak przystało na koniec roku - &lt;a href="https://picasaweb.google.com/111434611260162223584/BomCaminho"&gt;powspominałem sobie&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Złe wychowanie, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;reż. Pedro Almodovar&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a koniec się zbliża wśród karnawałowych wybuchów radosnych materiałów wybuchowych; uciechy co niemiara: dzieciaki nade mną chcą unieważnić granicę między podłogą a sufitem, psy pochowały się w najciemniejszych zakamarkach mieszkań, ptaki gubią pióra na skostniałych drzewach - i choć to nie planeta Melancholia uderzy za godzinę w moje miasto, to skryć chciałby się człowiek najgłębiej w sobie, by finał był niezauważalny&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-6667769571273550865?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/6667769571273550865/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/12/sylwester-z-nomada.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/6667769571273550865'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/6667769571273550865'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/12/sylwester-z-nomada.html' title='Sylwester z Nomadą'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-5678208347840970841</id><published>2011-12-29T14:15:00.004+01:00</published><updated>2011-12-29T15:27:11.614+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino amerykańskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='starość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dramat współczesny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='z perspektywy kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='teatr'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='z ciemności rodem'/><title type='text'>O ludziach niepotrafiących pływać w strumieniu rzeczywistości</title><content type='html'>Podstarzała aktorka topiąca frustracje w alkoholu.&lt;br /&gt;Pastor niepotrafiący zapanować nad swoimi namiętnościami.&lt;br /&gt;Chłopak o wielkich ambicjach i równie wielkim pechu.&lt;br /&gt;Umierający ojciec skłócony z ukochanym synem.&lt;br /&gt;I drugi syn - daremnie żebrzący u ojca o miłość.&lt;br /&gt;Nauczycielka przez nazbyt częste obcowanie z literaturą zagubiona w świecie rzeczywistych uczuć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;starość, frustracja, alkohol, zawiedzione nadzieje, rozgrzane do czerwoności emocje&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto jest bohaterem dramatów (czy dokładniej filmów na ich podstawie nakręconych) Tennessee Williamsa?&lt;br /&gt;Dramatów schyłku i rozstania...&lt;br /&gt;I choć dominuje w nich temat nieprzystawalności losu do naszych od niego oczekiwań, to jednocześnie pojawiają się tam momenty (czy dopisane przez scenarzystów? - nie znam dramatów, a filmy tylko oglądałem) dające odrobinę wiary i nadziei (że na tych dwóch cnotach poprzestanę). W gąszczu emocji zniewalających człowieka odnaleźć można urok 9dwuznaczność tego słowa wyjątkowo trafnie przystaje do tego, co chcę powiedzieć)  ludzkiego istnienia. Bo przecież nie zazdrościmy losu tym wszystkim przykładnie trzymającym się zasad, którzy z niechęcią przyglądają się (i z rozkoszą je komentują) utarczkom z sobą tych nieprzystosowanych. Nie mamy (ja nie mam) wątpliwości, że ci naznaczeni przeżywają swój los prawdziwie. Boksują się ze sobą, często sami siebie okłamują, katują bliskich, ale Są.&lt;br /&gt;Paradoksalnie piszę to ja - człowiek pragnący przede wszystkim świętego spokoju i uwielbiający kontemplowanie upływającego czasu. Delektujący się czasem ocierającym niemal zmysłowo moje istnienie. A im starszy jestem, tym więcej miewam wyrzutów sumienia, gdy nazbyt dam się ponieść emocjom. Ale może właśnie dlatego tym potępieńcom przyglądam się zaintrygowany. Może oni za mnie przeżywają swoje żenujące frustracje. A ja, niczym w teatrze greckim, doznaję oczyszczenia (nie napiszę katharsis, bo to zbyt wzniośle brzmi, a mi chodzi jedynie o takie maleńkie obmycie z brudu codziennego). Z pełną świadomością, że w tym moim doświadczaniu ich losu jest ogromny ładunek mieszczańskiej hipokryzji. Bezpiecznie rozpostarty w fotelu pozwalam sobie na współczucie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pięć filmów: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tramwaj zwany pożądaniem&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kotka na gorącym blaszanym dachu&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Słodki ptak młodości&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Noc iguany&lt;/span&gt; i (najmniej do mnie przemawiający) &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rzymska wiosna pani Stone&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;I niezwykłe, klasyczne już bardzo, kreacje aktorskie: Liz Taylor, Vivien Leigh, Paul Newman, Marlon Brando, Richard Burton.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A przy okazji mała, niby oczywista refleksja. Mogłem sobie porównać dwie realizacje &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Słodkiego ptaka młodości&lt;/span&gt;: w reż. Richarda Brooksa i teatralną Grzegorza Wiśniewskiego z Teatru Wybrzeże (ciekawe jest to zamiłowanie Wiśniewskiego do klasycznych tekstów, aczkolwiek poprzednie - &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2010/03/redukcja-bycia.html"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Personę&lt;/span&gt; &lt;/a&gt;i &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/11/perwersja-w-cieniu-stalowni.html"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zmierzch bogów&lt;/span&gt; &lt;/a&gt;- wystawiał na podstawie scenariusza a w tym wypadku pierwotny jest tekst dramatu, choć to film pewnie przyczynił się do jego popularności). Są to zupełnie różne opowieści z jednego zasadniczego powodu (i pomijam tu niezwykle istotną różnice między filmem i teatrem, czy tez inne, jak np hollywoodzkie zakończenie ekranizacji, choć wolałbym , by Amerykanie nie starali się tak na siłę nie zbijać w nas nadziei na to, że wszystko w życiu dobrze się kończy): w pierwszej dominującym aktorem jest Newman, w drugim Dorota Kolak. W pierwszym wypadku przede wszystkim obserwujemy młodość dobijającą się ostakiem sił swej dawno utraconej szansy. To Paul Newman narzuca widzowi swoje pragnienia i nadzieje, to jemu przede wszystkim współczujemy i z jego losem się utożsamiamy, a wielu wypadkach usprawiedliwamy niecne często poczynania. I choć jest czasami żałosny chwilami, to dostrzagamy w tym coś bardzo ludzkiego i chcielibyśmy, by mu się udało (co się niestety w końcu staje; niestety - bo choć chcemy u dac szansę, to jednocześnie mamy świadomość jakości świata, w którym funkcjonuje; chcemy pozostać z uczuciem, że powinno się mu udać - wiem, perwersyjne nieco to, co piszę, ale to jest warunek katharsis: współczujemy bohaterowi, bo nie zasłużył na swój los, ale dzięki jego klęsce doznajemy oczyszczenia...).&lt;br /&gt;W filmie postać Alexandry Del Lago schodzi na drugi plan, w spektaklu teatralnym to właśnie jej tęsknota za słodkim ptakiem młodości przede wszystkim wywołuje emocje widza. To starość wraz z jej gorzką refleksją, utratą nadziei, pragnieniem skosztowania choć raz jeszcze odrobiny soków z drzewa życia. I to pełne oobnażenie się emocjonalne dojrzałej aktorki przyćmiewa wszystko, co poza tym dzieje się na scenie.&lt;br /&gt;Wiśniewski udowodnił, że teksty sprzed pół wieku ponad nadal świetnie się bronią.&lt;br /&gt;A obejrzenie filmów z czasów, gdy pierwsi adepci Actors Studio (Elia Kazan - reżyser &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tramwaju zwanego pożądaniem&lt;/span&gt;, Brando, Newman, Karl Malden i sam Tenessee Williams) zmieniali oblicze amerykańskiej sztuki filmowej także utwierdzić może w przekoaniu, że nie tylko najnowsze odkrycia estetyczne mogą być źródłem satysfakcji dla widza. Pisałem już o tym zresztą nie raz...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-5678208347840970841?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/5678208347840970841/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/12/o-ludziach-niepotrafiacych-pywac-w.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5678208347840970841'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5678208347840970841'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/12/o-ludziach-niepotrafiacych-pywac-w.html' title='O ludziach niepotrafiących pływać w strumieniu rzeczywistości'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-2131794810676585334</id><published>2011-12-27T14:55:00.006+01:00</published><updated>2011-12-28T08:38:52.532+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino amerykańskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wody pierwotne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='z perspektywy kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='w źle obsadzonej roli'/><title type='text'>Kobiety niedopasowane do swego losu</title><content type='html'>Przypomniałem sobie stary film Altmana (o którym jeszcze nigdy nie pisałem, a mam do niego słabość)  sprzed wielu lat; z czasów, gdy oglądając filmy, poddawałem się przede wszystkim atmosferze. I często to mi całkowicie wystarczało. Dzisiaj, niestety, zboczenie zawodowe powoduje, że jeszcze coś muszę odczytać, znaleźć jakieś znaczenia, które nastrój motywują (po staremu, czyli 'naiwnie' podchodzę dziś jedynie do teatru tańca, ale to dlatego, że nie mam o nim pojęcia i podstawowym - a być może jedynym - kryterium, które warunkuje ocenę jest oddziaływanie tworzonego przez poruszające się ciała klimatu na wyobraźnię). Ale oglądając &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Trzy kobiety &lt;/span&gt;ponownie nastrój przede wszystkim magnetyzował mą uwagę. Duszny, słoneczny, pustynny klimat panujący gdzieś na prowincji amerykańskiej porównywanej przez jedną z bohaterek z Texasem.&lt;br /&gt;A zaczyna się od sceny, w której młode kobiety opiekują się staruszkami kąpiącymi się w basenie. I choć jest w niej coś niepokojącego, bo wyobraźnia szybko podsuwa myśli o jakimś okrutnym fatum rządzącym ludzkim ciałem, to nie w tym kierunku pobiegła narracja Altmana (pamiętam, że tym, co mnie kiedyś fascynowało u tego reżysera, to opowieści, w których ukazywał świat z perspektywy perfekcyjnie powiązanych ze sobą różnorodnych wątków błyskotliwie ze sobą się splatających). Dzięki Bogu (czy bogu?), bo opowieści o destrukcyjnie wpływającym na ludzkie ciało czasie coraz częściej budzą we mnie perwersyjną pesymistyczną fascynację.&lt;br /&gt;Trzy dziewczyny (choć w gruncie rzeczy w filmie dominuje opowieść o dwu z nich) i ... trzy baseny...&lt;br /&gt;Bo oprócz kobiet nieustannie obecne są w tym filmie baseny:&lt;br /&gt;basen w ośrodku rehabilitacyjnym,w którym starcy powracają do mitycznych wód pierwotnych,&lt;br /&gt;basen w domu, w którym dziewczyny wynajmują mieszkanko,&lt;br /&gt;basen w knajpie na prerii...&lt;br /&gt;To w basenie Pinky próbuje popełnić samobójstwo.&lt;br /&gt;To w nich pojawiają się dziwne, magicznie monumentalne obrazy Willii.&lt;br /&gt;Ich obecność jest zapewne spowodowana nieustannie panującym tam upałem. Nagrzana słońcem ziemia niepokojąco paruje sprawiając, że ludzie funkcjonują jakby w zawieszeniu, nierealnie.&lt;br /&gt;W "Zbrodni i karze" upał doprowadza Raskolnikowa do szalonych myśli (zresztą o &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/09/porazajace-upay.html"&gt;upale &lt;/a&gt;i jego skutkach już pisałem).&lt;br /&gt;Poza starcami nikt w tych sztucznych zbiornikach wodnych się nie kąpie (a są one zaprzeczeniem naturalnego żywiołu, nad którym człowiek nie jest w stanie utrzymać kontroli i nie wie, co się w nim kryje; żywiołem, który powszechnie uznaje się za symbol nieświadomości). Żaden z sąsiadów Pinky nie pławi się w basenie, w którym manifestuje ona swoją niezgodę na świat i siebie w nim przede wszystkim (ale Edgar wyławia z niego mnóstwo pozostałości rozwiązłego życia). Na pustyni, przy zajeździe, basen jest pozbawiony wody, dzięki czemu Willii może tworzyć tam swoje niepokojące stwory, które kojarzą mi się z jakimiś azteckimi zwierzomęskimi bóstwami płodności i wojny (i w tym filmie rzeczywiście są to jedyne atrybuty męskości).&lt;br /&gt;Pusty basen - martwa ciąża Willii.&lt;br /&gt;Bo Willii rodzi martwe, zimne dziecko.&lt;br /&gt;(czy ma to znaczenie, nie wiem, ale ta sieć sugestywnych powiązań stwarza w filmie gęstą psychologiczną atmosferę)&lt;br /&gt;Trzy kobiety niedopasowane do swego losu&lt;br /&gt;Pinky, Millii, Willii (jakoś dziwnie współbrzmią imiona bohaterek; imiona, które same sobie wybrały, bo tych urzędowych nie akceptowały)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Życie jest gdzie indziej", "&lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2011/05/sowa-z-kurzu-i-bytu.html"&gt;Zawód - reporter&lt;/a&gt;", "&lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2010/03/redukcja-bycia.html"&gt;Persona&lt;/a&gt;" - i wiele innych - dzieła, w których mamy do czynienia z problemem ucieczki od własnej tożsamości, z próbą odziania się w obcą skórę. Jak często nasze pragnienia są emanacją tego rodzaju zjawiska? Jak często wyobrażamy sobie siebie jako kogoś innego bądź w innych okolicznościach - zapominając, że miejsce, w którym jesteśmy, stanowi jednocześnie o naszej tożsamości, od której nie ma ucieczki...&lt;br /&gt;Jedyna rada zgodna jest z tą wypisaną na wyroczni w Delfach: "poznaj samego siebie"...&lt;br /&gt;Wiem, że to banał, ale sam zbyt często wyobrażam sobie siebie niezgodnie z tym, co na swój temat wiem. I towarzyszą temu marzenia, których niemożność realizacji staje się źródłem frustracji...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pinky, Millii, Willii&lt;br /&gt;każdą uwiera inaczej&lt;br /&gt;Pinky apatrzona w Millii robi wszystko, by być taka jak ona. W ogóle nie dostrzega, że jej oblubienica także ucieka od swej tożsamości i wciąż kreuje siebie i rzeczywistość (i aż dziw, że nie przeżywa żadnych frustracji, że nie dostrzega tego, że, jak jej wysiłki, by zbliżyć się do innych ludzi, by nawiązać kontakt, kończą się niepowodzeniem; nie dostrzega, jak jej słowa padają w próżnię - choć oczywiście możemy dostrzec tu także magiczną siłę słów: one wprawdzie nie zmieniają zewnętrznej rzeczywistości, ale niewątpliwie budują wyobrażenie o niej, które nosi w sobie Millii; stają się faktami psychologicznymi [pytanie, czy tak mają działać różne zaklęcia podawane we współczesnych poradnikach psychologicznych, które wskazują, jak osiągnąć sukces w życiu?]).&lt;br /&gt;O Willii niewiele wiemy. Oddzieliła się od świata milczeniem i swoimi mitologiczno-pierwotnymi malowidłami. Intryguje swoją nieobecnością. Żyje w świecie pierwotnych wyobrażeń i rodzi martwe dziecko. A ten okrutny poród staje się aktem założycielskim nowej rzeczywistości, w której trzy kobiety odnajdą swoje miejsce. Jeśli odniosły sukces, to wcale im nie zazdroszczę. Ale mój niemal wrodzony sceptycyzm epistemologiczny każe mi się zastanowić, w jakim stopniu nasze (moje) dopasowanie do świata okupione być musi zgodą na przyjęcie fikcji o swej tożsamości za prawdę. A może zawsze tak się dzieje? Może to zawsze jest li tylko wyobrażenie? Bo przecież to tylko w naszej głowie się dzieje a składamy je ze skrawków obarczonych ogromnym błędem (nie)pamięci, a więc nieprawdziwych. Skoro to i tak fikcja, a za prawdę uznajemy to, co zgodne z powszechnymi wyobrażeniami o niej...&lt;br /&gt;i tak moglibyśmy sobie dywagować i snuć nomadystyczne domysły prowadzące na pustynię&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Można by o tym filmie napisać mocno feministyczny tekst, ale - choć takie klimaty bardzo lubię - Edgar był tak groteskowym (co nie znaczy, że nierealnym; prawda o nas jest komicznie okrutna niestety) przedstawicielem naszej rasy, że napiszę o nim być może przy innej okazji...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Trzy kobiety&lt;/span&gt;, reż. Robert Altman&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-2131794810676585334?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/2131794810676585334/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/12/kobiety-niedopasowane-do-swego-losu.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/2131794810676585334'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/2131794810676585334'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/12/kobiety-niedopasowane-do-swego-losu.html' title='Kobiety niedopasowane do swego losu'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-6101895856971458537</id><published>2011-12-18T11:25:00.005+01:00</published><updated>2011-12-18T19:06:58.457+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wolność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino spoza...'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wody pierwotne'/><title type='text'>Niby normalni, niby zwyczajni...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;dedykowane Gosi, która świat poznaje nie tylko filmy oglądając&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Coraz trudniej zabrać mi się do pisania...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Iran. Niewiele filmów znam z tego kraju pochodzących. W tym roku na NH świetne "Rozstanie; gdzieś tam kiedyś "Półksiężyc". Teraz "Co wiesz o Elly?"&lt;br /&gt;W głowie mam bardzo stereotypowe wyobrażenie o tym regionie: religijna ortodoksja, kobiety z pozakrywanymi twarzami, zacofanie... zupełnie nie wiem, dlaczego... skąd te skojarzenia? kto mi je zrobił?&lt;br /&gt;A może to po prostu ignorancja.&lt;br /&gt;Oglądając "Rozstanie" (a teraz "Co wiesz o Elly?" - ten sam reżyser: Asghar Farhadi) łapałem się na tym, że zdziwiony jestem normalnością ludzi, o których w tych filmach nam się opowiada. Co nie znaczy, że to rzeczywistość europejska jest; nie - ale stopień odmienności tego świata nie jest w pierwszej chwili szokujący.&lt;br /&gt;A może jednak? Może to tylko wygląd bohaterów mnie zwodzi?&lt;br /&gt;Bo żyją niby tak jak my. Podczas tygodnia pracują w zupełnie normalnych firmach. A w weekend, jak każdy mieszkaniec Zachodu, jadą nad morze (miejsce jest oczywiście nieważne, choć morze mi tu do szumu ładnie pasuje) się wyszumieć. Choć już w tym momencie możemy dostrzec zasadniczą róznicę - bo spędzanie przez nich czasu na wyjeździe już wygląda specyficznie, boć przecie oni nie piją a nasz weekend, by zaliczyć go do udanych, musi być nieźle rozpuszczony w przeróżnych rozpuszczalnikach frustracji; a oni cieszą się życiem rodzinnym i towarzyskim; jedzą, palą fajkę wodną i to im wystarcza, by czuć się dobrze - niczym klub AA... (to moje zdziwienie "to im wystarcza" jest mocno niepokojące, wiem, ale cóż - coś w tym jest... tzn. coś bardzo banalnego...)&lt;br /&gt;Tym, co ich zasadniczo różni, co powoduje, że robią wrażenie, jakby byli z innego świata - to m.in. pojmowanie honoru (i hańby oczywiście, bo pojęcia te są nierozwalnie powiązane ze sobą). Ale nie tego, który na transparentach wypisują nasi współcześni politycy przy okazji swiąt narodowych, podczas których czcimy i wynosimy do poziomu wartości fakt poniesienia klęski.&lt;br /&gt;Honor codzienny.&lt;br /&gt;Z sytuacją tragiczną zaś mamy do czynienia (no właśnie - my żyjemy w świecie, w którym coraz trudniej sobie wyobrazić tego rodzaju sytuację: w świecie, w którym wartości nie są uwewnętrzniane, nie sąsiadują niemal na styk z trzewiami, nie są częścią natury - tragizm jest niemożliwy), gdy wybierać trzeba między dobrem rodziny a honorem niemal nieznanej nauczycielki, którą się namówiło na niby niewinny wyjazd z przyjaciółmi nad morze (a pojęcie niewinności w słowniku mentalnym Polaka i Irańczyka to, jak się okazuje, oznacza dwie zupełnie różne rzeczy). I jest to rzeczywiście klasyczna sytuacja tragiczna, bo w kręgu wartości świata przedstawionego tego filmu wcale dobro rodziny nie muiz być więcej warte niż niż honor kogoś, kto może być go pozbawiony przez nas za pomocą jednego słowa. I piękna Sepideh (Golsfihteh Farahani - urocza Aisha z&lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/07/leonardo-na-granicy-schizofrenii.html"&gt; "W sieci kłamstw"&lt;/a&gt; , filmu, w którym mieliśmy już do czynienia z sytuacją polegającą na tym, że bohatreka nie mogła zwyczajnie podać ręki na pożegnanie swojemu świeżo poznanemu wielbicielowi z Ameryki, bo naruszyłoby to święte zasady  i być może wiązałoby się z jej hańbą; ale ten film , choć hollywoodzki, zwracał uwagę właśnie na kontrast między chaosem moralnym funkcjonującym w naszym świecie a swoistym ładem panującym na Bliskim Wschodzie - choć oczywiście nie jest moim celem idealizowanie tej przestrzeni, bo krajom arabskim jakże daleko do wyobrażeń o raju, a to, co się tam dzieje w tej chwili, jest tego najlepszym przykładem) doświadcza autentycznego cierpienia, gdy to słowo właśnie musi wypowiedzieć i pohańbić obcą kobietę (dodajmy - już po jej śmierci, a więc wydawać by się mogło, że nie ma co rozdzierać szat - trzeba z żywymi naprzód iść...).&lt;br /&gt;Przyzanam się, że odszedłem już daleko od takiego świata i zdziwiony jestem, że w ogóle tragizm w tym filmie dostrzegam. Moje sumienie w kręgu wzniosłych wartości dawno już przestało być zanurzone. I dotyczy to obydwu aspektów tej sytuacji tragicznej - bo także i dobra rodziny, które jest da mnie pojęciem abstrakcyjnym.&lt;br /&gt;Na tym polega siła tego rodzaju filmów - przenoszą nas (mnie - ale choć ta spowiedź mnie dotyczy, to, niezależanie, co by moi współbratymcy mówili o sobie, jestem święcie (!) przekonany, że bardzo się ode mnie nie różnią [mam na myśli stosunek do honoru a nie do rodziny, bo w tym wypadku jestem rzeczywiście swoistym dziwolągiem- specyficzne wyznanie na tydzień przed najbardziej rodzinnymi swiętami w moim kraju, ale też świętami, za którymi szczególnie nie przepadam i z uczuciem ulgi obserwuję ludzi mnie otaczających, ulgi płynącej z zadowolenia, że jestem w to prawie niezamieszany] - chyba tylko tym, że nie stać ich, by się do tego przyznać) w inną przestrzeń moralną, jakby nie z tego świata. Jednocześnie przyznaję, że zdecydowanie bardziej swojsko czuję się w kulturze, która doświadczyła w latach sześćdziesiątych rewolucji moralnej i obyczajowej. Można by się jedynie zapytać, w jakim stopniu okupiliśmy tę naszą wolność frustracjami, depresjami, nieprzespanymi nocami, poczuciem braku przynależności do czegokolwiek i kogokolwiek.&lt;br /&gt;"Co wiesz o Elly?" - gdyby nie zdarzył się dramat, to może świat, o którym nam się opowiada w tym fimie, wydałby się bardzo podobny do naszego. Być może, gdy się jest tam, na miejscu (musiałbym się skonsultować w tym miejscu z córką, [ale dedykuję jej ten wpis] która poznała ten świat z bliska; dzisiaj jest to jednak niemożliwe, bo także rodzinne święta nie są jej w głowie i eksploruje mentalność Obcych z dala od od tego bożonarodzeniowego zgiełku) nie odczuwa się aż tak mocno, że ludzie tam żyjący są bardzo Inni. Bo cóż my o nich wiemy. Ich dramaty rozgrywają sie poza naszymi oczyma. A to właśnie w takich sytuacjach napięcia objawia się jakaś istotna cząstka prawdy o nich (o każdym oczywiście). Prawdy, która tak bardzo ich różni od nas.&lt;br /&gt;Tak, najważniejsze na co dzień skryte jest przed wzrokiem Obcych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;"Co wiesz o Elly?" reż. Asghar Farhadi&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-6101895856971458537?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/6101895856971458537/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/12/niby-normalni-niby-zwyczajni.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/6101895856971458537'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/6101895856971458537'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/12/niby-normalni-niby-zwyczajni.html' title='Niby normalni, niby zwyczajni...'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-7098918495508512693</id><published>2011-11-02T19:29:00.005+01:00</published><updated>2011-11-02T20:26:19.521+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mity i legendy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='narracje historyczne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pewność świata'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='film polski'/><title type='text'>Wobec cudu... hochsztaplerstwa?</title><content type='html'>Jeżeli w kinie polskim pojawia się temat historyczny, to niestety dotyczy on przeważnie wydarzeń o charakterze spektakularnym. Wydaje się, że tylko takie tematy jak narodowe klęski i cuda zasługują na wsparcie finansowe państwowego mecenasa. Bo to one mogą liczyć na wizyty w kinie tabunu uczniów a także na kolejna dyskusję w prasie na temat sensu poniesionej klęski lub przyczyn dumy narodowej. No i niestety - ze szkodą dla powstających filmów - twórcy muszą zachować polityczna poprawność, co prowadzi do tego, że nie można pokazać bohatera obrażającego czyjekolwiek uczucia patriotyczne. Bo jak wszyscy wiemy, jeżeli ktoś jest bohaterem, to na pewno nigdy nie powiedział brzydkiego słowa, nie mówiąc o nieco gorszych występkach.&lt;br /&gt;Kameralne, prawdziwe historie rozgrywające się w minionych wiekach zdarzają nam się rzadko. A taką opowieścią jest "Daas".&lt;br /&gt;W nieco niedostępnym centrum tej historycznej narracji jest Jakub Frank, lecz przyglądamy mu się nie bezpośrednio, a z dwu różnych punktów widzenia. Daje nam to możliwość poznania tego mesjasza z perspektywy zdecydowanie bardziej prawdopodobnej. I można się z tymi dwoma spojrzeniami utożsamić. Reżyser nie opowiada nam o losie Franka z wyżyn niezależnego narratora - przyjąwszy taką perspektywę musiałby odpowiedzieć sobie na pytanie, ile było prawdy w tym mesjanizmie, które z przekazów można uznać za wiarygodne... czy mieliśmy do czynienia z cudem? Nie musiał - i dzięki Bogu, bo gdyby poszedł tą drogą, to albo stworzyłby opowieść, w którą bym pewnie nie uwierzył albo w pełni rewizjonistyczną. I choć ta druga pewnie byłaby bliższa prawdy, to jednocześnie zbyt jawnie odzierałaby rzeczywistość z jej - jednak zdarzającej się od czasu do czasu - cudownej otoczki.&lt;br /&gt;Udało się reżyserowi opisać nie tyle los Jakuba Franka, co zjawisko fascynacji tymże. Wszelkie świadectwa z epoki świadczą o tym, że dla jednych był Mesjaszem, dla innych zaś hochsztaplerem. Musiał być na pewno wyjątkowy, naznaczony charyzmą. I w tym tkwi uniwersalność tej sytuacji - nadal zdarzają nam się objawiania kolejnych "bóstw" - oczywiście mam na myśli głównie politykę ale zdarzają się także objawienia religijne przecież.&lt;br /&gt;Jak oprzeć się zbytnio przemawiającym do wyobraźni "dowodom", z którymi ma do czynienia radca Kleist? Czy jego racjonalizm jest wystarczającą bronią przed "dubami smalonymi" (mamy wiek XVIII)? Kleist, z miłości do żony, gotów jest na każdy eksperyment sprzeczny z prawami rozumu; byle ratować jej życie...&lt;br /&gt;Racjonalista i idealista? A może człowiek, który świetnie się czuje w swych koleinach mentalnych a jednocześnie nieświadomie pragnie przekraczać granice; człowiek, którego - mimo, że jest sumiennym i rzetelnym urzędnikiem - prowokuje nieznane?&lt;br /&gt;A drugie spojrzenie to Jakub Goliński - on gorąco wierzył w cud; nie miał problemu z przekroczeniem granic i srogo się zawiódł. I wydaje się, że gdy się później poświęcił poszukiwaniom naukowym - to towarzyszył temu także niemal religijny szał. Tak jakby pomiędzy tymi dwiema sferami nie było wielkiej różnicy. Poszukiwania naukowe - te ryzykowne, gdy kładziemy na szali całe nasze życie, związane z ryzykiem, że uznają nas za szaleńca - wymagają większego oddania niż głoszenie wiary w tego Boga, co do istnienia którego są przekonani wszyscy otaczający nas bezrefleksyjni wyznawcy.&lt;br /&gt;Obaj bohaterowie - tak bardzo różni - spotykają się w ostatniej scenie, czekając na okręt, którym dotrą do odległej Ameryki. Obaj odważnie realizują swoją karmę. Obaj są uczciwi wobec swego wewnętrznego... daas? (tego pojęcia chyba jednak nie zrozumiałem:-))&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jaką przyjąć postawę wobec zjawiska niezrozumiałego (o cudzie już pisałem kiedyś przy okazji filmu &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2010/07/w-oczekiwaniu-na-cud.html"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lourdes&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;), pociągającego ale jednocześnie sprzecznego z naszym dotychczasowym doświadczeniem?&lt;br /&gt;Jak potraktować takiego Jakuba Franka? Historia wskazuje, że w w wielu z nas jest miejsce na przyjęcie kogoś takiego do naszego życia, że mamy potrzebę mesjasza (może przewodnika tylko, który zdejmie z nas brzemię odpowiedzialności za życie) czy tez cudu. Twórcy tego filmu nie wskazują jednoznacznie , że był oszustem - nie to jest ważne przecież (choć dla wielu być może jest to najważniejsza rzecz, jaka w tym utworze powinna się pojawić; byłoby to za proste biorąc pod uwagę liczbę wyznawców Franka; a warto także przywołać naszą narodową uległość wobec mitu mesjanistycznego po klęsce powstania listopadowego - to nie był przypadek i tym fenomenem nadal warto się zajmować, bo zbyt łatwo wysyłamy wyznawców tej postawy z tamtych czasów do szpitala psychiatrycznego i zbyt pewni też jesteśmy własnej odporności na tego rodzaju pokusy - ubrane już dziś w zupełnie inne szaty oczywiście.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A gdzieś obok tego zasadniczego problemu mamy do czynienia z bezsilnością sumiennego urzędnika wobec skorumpowanych zwierzchników.&lt;br /&gt;Ale też z moim ulubionym motywem: ludzką skłonnością do zbyt łatwego formułowania sądów na temat porządku tego świata na podstawie przesłanek, które narzucają nam pewną konieczną całość, a jak się okazuje dają się złożyć także w jakąś zupełnie inną - tyle że banalną - narrację.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakub Frank - fenomen, który powinien dawać do myślenia; który powinien nauczyć ludzkość dystansu... ale historia nie jest nauczycielką życia. Dlaczego? Być może dlatego, że podręcznik do historii traktowany jest jako kolejna narracja zbliżona nadto do fikcji literackiej (a co niektórzy politycy nazbyt często uświadamiają nam, że jest coś takiego jak polityka historyczna czyli - mówiąc wprost - wykorzystywanie historii do bieżących potrzeb politycznych i w ten sposób potwierdzają, że narracja historyczna względna jest i niekoniecznie potwierdzona). Wynika z tego, że niestety jesteśmy w stanie uwierzyć w grozę tylko tego, czego sami doświadczyliśmy. I skłonni jesteśmy traktować każdy tekst jako coś różnego od rzeczywistości i nawet jak uznajemy, że jest prawdopodobny, że zdarzyć się może - to nie nam... bo my aż tak naiwni nie jesteśmy. My - czyli ludzkość...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Daas, &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;reż. Adrian Panek&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jaka obsada: Chyra, Bonaszewski, Stuhr (młody), Łukaszewicz, Gonera... że też temu debiutantowi udało się ich namówić; widocznie słusznie uznali, że warto... no i film kostiumowy świetnie sfotografowany (Arkadiusz Tomiak).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-7098918495508512693?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/7098918495508512693/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/11/wobec-cudu-hochsztaplerstwa_02.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7098918495508512693'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7098918495508512693'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/11/wobec-cudu-hochsztaplerstwa_02.html' title='Wobec cudu... hochsztaplerstwa?'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-3532147103376986967</id><published>2011-10-25T19:47:00.004+02:00</published><updated>2011-10-25T21:38:29.673+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wody pierwotne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wielka cisza'/><title type='text'>Tkanina</title><content type='html'>Bardzo byśmy chcieli, by w tkaninie naszego życia w sposób harmonijny przeplatały się ze sobą wątek i osnowa. I by jeszcze dla oglądającego ją (czyli dla nas) była atrakcyjnym i czytelnym gobelinem. Zapewne tego rodzaju pragnienia częściej pojawiają się, gdy już mamy poczucie, że materii naszego życia jest wystarczająco dużo i że zaczyna się z niej wyłaniać jakaś całość. Na szczęście, nie dana jest nam wiedza dotycząca momentu końca, więc rzadko mamy wpływ na to, by finał wieńczył dzieło zgodnie z naszymi oczekiwaniami. I tak kto inny napisze nasz "uładzony życiorys" - i, jak przewidział to Herbert, niekoniecznie musi to być przyjaciel (a wręcz możemy być pewni, że nie rozpoznalibyśmy wzoru wymyślonego przez tych, którzy pokątnie będą streszczać nasz los - będzie się on bardzo mocno różnił od tego, który w swej świadomości tworzyliśmy). Jednym z ostatnich utworów Herberta jest tekst świadczący o świadomości zbliżającego się końca (co oczywiście nie jest żadnym odkryciem, Herbert nie raz dawał jej świadectwo). I właśnie w nim pojawia się wizja życia (twórczości) jako tkaniny:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bór nici wąskie palce i krosna wierności&lt;br /&gt;oczekiwania ciemne flukta&lt;br /&gt;więc przy mnie bądź pamięci krucha&lt;br /&gt;udziel swej nieskończoności&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słabe światło sumienia stuk jednostajny&lt;br /&gt;odmierza lata wyspy wieki&lt;br /&gt;by wreszcie przenieść na brzeg&lt;br /&gt;niedaleki czółno i wątek osnowę i całun&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie, nie będę tego wiersza interpretował. Przypomniał mi się on, gdy myślałem sobie nad filmem "Jedwabna opowieść" (jedna z zalet nomadyzmu - pozwala on na niekontrolowane wędrówki myśli). Nie tylko tytuł ("Tkanina") tego utworu rodzi asocjacje, jest jeszcze coś - styl opowieści: ten film jest jak poezja. I nie chodzi o urok (zapewne poetycki) obrazów na ekranie (urok niekwestionowany), ale o obecność Ciszy. Poezja jest sztuką milczenia, w tym filmie jest ono także obecne. Tego rodzaju utwory należy pozostawić w spokoju; jeśli tego nie robię, to znaczy, że pragnienie ego, by dać świadectwo swemu istnieniu, jest większe niż szacunek do stanu kontemplacji (jestem do tego przyzwyczajony - nagminnie na lekcjach przybijam do krzyża żywe ciało poezji:-))&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Często w myśli ludzkiej pojawiało się wyobrażenie o  świecie, zgodnie z którym jest on tą drugą stroną tkaniny - splątaną, pełną nieokreślonych węzłów sprawiających wrażenie trudnego do odczytania chaosu. Towarzyszy tym sposobom postrzegania naszego bytu nadzieja, że po drugiej stronie mamy do czynienia z harmonijnym, idealnym wzorem, do którego ma dostęp Bóg jedynie (no i czasami mistycy). Bliższe mi jest chyba pragnienie, by widzieć tak uporządkowany świat i nasz byt z nim spleciony już Tu i Teraz. Mam wrażenie, że taka też jest wymowa filmu Faucher (reżyserka "Jedwabnej opowieści"): jego bohaterka krok po kroku, intuicyjnie i nieświadomie na początku (trochę mi przypomina bohaterkę "&lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2011/05/dlaczego-przenika.html"&gt;Do szpiku kości&lt;/a&gt;", choć filmy różnią się od siebie) zbliża się właśnie do takiego poczucia sensu. Gdy ją poznajemy, nie bardzo rozumie, co przygotowały dla niej Parki (przede wszystkim Kloto i Lachesis). Pod koniec filmu nie mamy wątpliwości, że jej cierpliwe wyczekiwanie sensu zostało wynagrodzone. &lt;br /&gt;Tkanie jako życie; tkanina jako efekt skrupulatnych zabiegów, by dzieło było jak najdoskonalsze. A więc takie, w którym wątek i osnowa, aktywność i bierność, harmonijne splecenie tego, co śmiertelne z tym, co nieśmiertelne sprawia wrażenie niekwestionowanej konieczności.&lt;br /&gt;Czy trzeba, obserwując ciche zmaganie się z losem Claire, przywoływać rzymskie wyobrażenie Mojry?&lt;br /&gt;Pewnie nie. Można się po prostu zanurzyć w subtelnej opowieści o dziewczynie, która przypadkowo zaszła w ciążę i za wszelką cenę stara się to ukryć przed mieszkańcami prowincjonalnego miasteczka. Jenocześnie, nie wiadomo dlaczego, chce to dziecko urodzić. Wyrzeka się go, ale intuicyjnie jest po stronie życia. Ciekawe, co na to współczesne feministki? Pewnie by powiedziały, że wybór właśnie do niej należy i ona tak właśnie zdecydowała. Ale nie trzeba do tego mieszać wojujących reprezentantek płci przeciwnej ani tym bardziej męskich ideologów z partii prawicowych. Nie trzeba, bo w tym filmie panuje cisza, a nie zgiełk agory. Nie padają mordercze argumenty, nie rządzi tą sytuacją śmiertelny konflikt.&lt;br /&gt;Przez moment - na początku filmu dziewczyna wydaje się być osaczona przez Świat, czyli obcość, niezrozumienie, pozory. To jest ta strona tkaniny, po której trudno dopatrzeć się jakiegoś sensownego wzoru (podczas obierania orzechów jeden z bohaterów, przyglądając się skomplikowanym wzorom tych włoskich owoców, zastanwia się nad tajemnicą przez nie skrywaną a Claire wtedy stwierdza "Mój jest zepsuty" - taki to już jest ten jej fatalizm na początku). I bohaterka pewnie także takowego nie dostrzega: ona nie bardzo wie jeszcze czego chce, ale chyba przeczuwa, czego nie chce. Popełniła błąd - tkanina życia została w jej przekonaniu zepsuta (i pewnie myśli, że skaza ta już nieodwracalnie przyczyniła się do zmarnowania płótna; dopiero spotkanie i dłuższe obcowanie z Melikian uświadamia jej, że nie ma błędów, których nie można by naprawić albo że wszystko może być istotną częścią wzoru - nawet to, co postrzegamy naiwnie jako sprzeczne z naszym - bądź narzucanym nam - wyobrażeniem ideału).&lt;br /&gt;Claire umyka ze świata (trochę niepewnie, daje się niesć zdarzeniom), by tkać; by stworzyć harmonijną całość z wątku i osnowy.&lt;br /&gt;Ludzkie relacje subtelnie i cierpliwie kształtowane mogą stworzyć wzór niezwykły i wyjątkowy ale mogą też stać się poszarpaną bezsensowną szmatą. Tkanie wymaga ciszy i spokoju. Czasu. Ludzie muszą dać sobie własnie czas, by w milczeniu się przyglądać (przeglądać) nawzajem. By dostrzec, jak bardzo są sobie potrzebni (ale nie mogą to być ludzie przypadkowi). I te najważniejsze realcje w życiu dziewczyny zaczynają tak wyglądać. Gdy Guillame oznajmia jej, że wyjeżdża na trzy lata, to nie ma dla niej znaczenia. Ona, niczym Penelopa, będzie cierpliwie czekała ze swym niewinnym (ale też nieco filuternym) uśmiechem na twarzy. Bo czas działa na korzyść. Umiejętność czekania i cierpliwość są niezbędne, jeśli chcemy stworzyć coś unikalnego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Jedwabna opowieść, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;reż. Eleonore Faucher&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-3532147103376986967?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/3532147103376986967/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/10/tkanina.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/3532147103376986967'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/3532147103376986967'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/10/tkanina.html' title='Tkanina'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-3050953200135750744</id><published>2011-10-17T17:08:00.009+02:00</published><updated>2011-10-17T20:24:09.860+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kryminał'/><title type='text'>Król nieco obnażony</title><content type='html'>Pamiętam, że kiedyś moja córka na informację o tym, że ktoś tam właśnie czyta Stephena Kinga zareagowała (chyba nieco pogardliwie): "Kinga to ja w liceum czytałam!". Głupio mi było wtedy trochę, bo ja nigdy. Nie byłby to oczywiście żaden wstyd, gdyby nie to, że mienię się wielbicielem kryminałów. No ale cóż... Teraz mi jeszcze bardziej wstyd, bo poczytywałem go w ostatnim miesiącu dwukrotnie. I nie wiem, czego się bardziej wstydzić: tego , że tak późno czy tego, że w ogóle. Na usprawiedliwienie mam tylko tyle, że podszedłem do tego ostrożnie i poczytuję sobie opowiadania jedynie; na razie dwa: "1922" oraz "Wielki kierowca". Rzeczy bardzo nowe, czyli pewnie schyłkowe.&lt;br /&gt;Ten facet tyle napisał, że można przypuszczać, że codziennie siada za biurkiem i odwala 8 godzin twórczości. No cóż, opłaca mu się - trzeci na liście "Forbes'a" najlepiej zarabiających pisarzy świata (od maja 2010 do kwietnia 2011 zarobił 28 mln dolarów); przed nim Daniel Steel (35 mln) oraz James Patterson (84 mln). Ciekawe ilu ludzi z moim wykształceniem i zainteresowaniami przyłożyło się do tej sumy (bo przecież wg niektórych to poniżej godności kogoś takiego jak ja chyba). Zresztą ja na razie skromnie - jeden zbiór opowiadań "Czarna bezgwiezdna noc".&lt;br /&gt;No dobra, czy warto było wczorajsze przedpołudnie spędzić śledząc kulisy jednego z morderstw popełnionego w dalekiej Ameryce?&lt;br /&gt;W "Wielkim kierowcy" przeciętna autorka kryminałów po jednym z wieczorów autorskich zostaje zgwałcona  i po dojściu do siebie postanawia się zemścić. Pomysł  mieszczący się w jednym zdaniu i pewnie nawet w tej wersji King nie musiał go sobie zapisywać. Jest to jednocześnie swoisty esej, czy tez przegląd motywów, lektur i filmów związanych z tego rodzaju sytuacją. Można by zrobić bibliografię tego tematu na podstawie odwołań pojawiających się w opowiadaniu (i to zapewne King a prędzej jego współpracownicy zrobili). Bohaterka tej opowieści to wszystko ma w głowie: czytała to i oglądała. I doświadczając kolejnych sytuacji miała świadomość, że już gdzieś o tym czytała:&lt;br /&gt;"Konwencje horrorów i kryminałów - nawet takich kryminałów, gdzie były tylko jedne zwłoki i ani kropli krwi, tak lubianych przez jej fanki - okazały się zaskakująco podobne do tych okoliczności, więc gdy otwierała klapkę telefonu, pomyślała: W fikcji literackiej by nie działał. Był to przypadek, kiedy życie naśladuje sztukę, bo gdy włączyła nokię, na wyświetlaczu pojawił się napis: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Brak zasięgu&lt;/span&gt;. Oczywiście. Możliwość skorzystania z telefonu byłaby za dużym ułatwieniem".&lt;br /&gt;Znając więc doskonale konwencję, bohaterka starała się zachowywać inaczej, niż miało to miejsce w zapamiętanych przez nią wersjach.&lt;br /&gt;Jest to też kolejna opowieść o człowieku, który "ma złudzenie, że panuje nad sytuacją". I w pewnym momencie z tego złudzenia jest wytrącony. To też schemat oczywiście, bo przecież na tym polega standardowa opowieść: prezentacja oswojonego świata, wytrącenie bohatera z tego oswojenia, kryzys, szereg prób w innym świecie, zwycięstwo i powrót bohatera (to oczywiście pozostałość po lekturze Campbella).  Bohaterce pozwala pokonać Próbę świetna znajomość narracji kryminalnych!&lt;br /&gt;To jej zanurzenie w literaturze powoduje, że w pewnym momencie czytelnik zaczyna podejrzewać, że to wszystko dzieje się tylko w jej głowie, że zaraz się okaże, że to jakaś schizofrenia albo inny obłęd pisarki, która nie potrafi oddzielić fikcji od rzeczywistości. Tym bardziej, że narrator nie ułatwia nam postawienia diagnozy: bohaterka jest z tych, które uważają, że "to, co się widzi, jest dokładnie tym, co się ma"(i udowadnia nam przez te kilka dni, że ma rację; a my, którzy podejrzewamy coś więcej, tylko ofiarami ironii autora jesteśmy) a jednocześnie zawód wykonywany przyzwyczaił ją do tego, że rozmawia z kotem, GPSem i innymi elementami otaczającej ją rzeczywistości, które obdarza częścią swej osobowości.&lt;br /&gt;Na tym polega specyfika tego utworu. Spodziewamy się, że to nie dzieje się naprawdę, mamy poczucie fikcji, nie wierzymy bohaterce. Zdziwienie pojawia się w momencie, gdy okazuje się, że to wszystko prawda, że jej sposób myślenia jest właściwy. Bardzo dobry przykład na to, jak z banalnego motywu (o jednym z wymienionych w książce filmów kiedyś nawet pisałem - "&lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/07/beckett-kac-i-grypa.html"&gt;Ostatni dom na lewo&lt;/a&gt;" - ale kilka słów tylko, bo na początku nader lakoniczny byłem:-)) można jeszcze coś wycisnąć. Są tacy, którzy twierdzą, że wszystko już opowiedziano albo że wszystko daje się sprowadzić do kilku znanych i opowiadanych w kółko motywów. "To powiedział już... ten i tamten" - jak złośliwie komentuje twórczość Gombra Borghes w "Trans-Atlantyku". I taka jest prawda. Postmodernizm przecież ufundowany jest na tego rodzaju przekonaniu. Są tacy, którzy u zarania tej epoki sporządzili spis przeróżnych powtarzających się schematów narracyjnych. Poklasyfikowali wątki baśniowe i mityczne. I choć w kinach (i nie tylko oczywiście) opowiada się wciąż te poklasyfikowane narracje, to jednak ludzie oglądają te filmy i czytają książki (to akurat pewnie mniejszość - ale pewnie nie dlatego jest mniej czytelników niż widzów, że dostrzega się w kolejnych książkach te same schematy). Bo nie liczy się kościec, schemat - istotne jest ciało: grymas gęby i kształt łydki... a pupa i tak pozostanie. Bo pupę należy ignorować, tak jak to zrobił King. Bo cóż z tego, że ktoś mu powie: "Zapożyczyłeś się u takiej masy autorów; napisałeś coś, co jest wtórne i jeszcze chcesz nas przekonać, że skoro sygnalizujesz nam swą świadomość tego faktu, to twój infantylizm jest mniejszy". A on na to może odpowiedzieć: "Tak krytyku, być może moja pupa jest nieco obnażona, ale twoja niestety jest całkiem widoczna, bo przeczytałeś te moje wtórności - a to tylko dlatego, że ja King jestem. Więcej - piszesz o tym na blogu... i kto z nas jest bardziej infantylny? Ja przynajmniej zarabiam miliony, a ty...?"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Stephen King: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wielki kierowca&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-3050953200135750744?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/3050953200135750744/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/10/kro-nieco-obnazony.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/3050953200135750744'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/3050953200135750744'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/10/kro-nieco-obnazony.html' title='Król nieco obnażony'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-7526288288963822899</id><published>2011-10-16T15:14:00.011+02:00</published><updated>2011-10-16T21:04:25.183+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mity i legendy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='z ciemności rodem'/><title type='text'>Przeszłość jako Frankenstein</title><content type='html'>"Łagodny potwór"&lt;br /&gt;Przypowieść?&lt;br /&gt;O tym, że pozostawione gdzieś w przeszłości sprawy, które zbagatelizowaliśmy, mogą się po latach odezwać; mogą pojawić się w formie nieprzewidywalnej. Coś, co wyglądało kiedyś być może niewinnie, może objawić swą potworność... albo inaczej: może być lustrem naszej potworności.&lt;br /&gt;Historia bardzo prosta (jak na przypowieść przystało): szesnastolatek spłodził syna, który po 17 latach pojawia się nieoczekiwanie w jego życiu. Prawda sprzed lat; prawda, która w jego mniemaniu nie istniała albo o której istnieniu nie chciał nic wiedzieć. I pewnie też nigdy nie zapytał matki swego dziecka o jego istnienie. Tak jakby niepostawienie pytania miało być gwarancją nieistnienia odpowiedzi. Albo tak jakby zadaniu pytania miał towarzyszyć niepokój, że w ten magiczny sposób powołujemy do istnienia jakąś rzeczywistość. Nie ma pytania - nie ma problemu...&lt;br /&gt;Może nawet pytał, lecz odpowiedź na pewno go nie interesowała.&lt;br /&gt;Świat istnieje niezależnie od naszych intencji, niepokojów i pytań.&lt;br /&gt;Treści stłumione prędzej czy później drażnić poczną rzeczywistość i okaleczyć mogą świadomość.&lt;br /&gt;Przeszłość - niezależnie od tego, jak bardzo byśmy chcieli o niej zapomnieć, jak bardzo byśmy sobie wmawiali, że złudą li tylko była, a nawet jak bardzo różne byśmy mieli o niej wyobrażenie - istnieje. A wyklęta przez nas staje się Frankensteinem - niechcianym, nieudanym dzieckiem, które upomni się o swoje szczęście w najmniej przez nas spodziewanym momencie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bohater filmu Mudrucza wprawdzie poszukuje kogoś ale - aktora do swego nowego filmu a nie syna (nie mówiąc już o śladach przeszłości zapomnianej). Bo on reżyserem jest (dosłownie i w przenośni; tyle że w przenośni to każdemu z nas się marzy, więc dla każdego film ten ostrzeżeniem być powinien). Reżyser to ktoś, komu się wydaje, że panuje nad rzeczywistością, że jest jej panem. Demiurg, który być może nie bierze pod uwagę, że są sytuacje, kiedy wymyka się ona spod naszej kontroli. I wtedy stać się może ona potworem; a on może sobie uświadomić, że był nim od dawna.&lt;br /&gt;Reżyser - ktoś, kto dla własnych potrzeb stymuluje ludzkie zachowania; wywołuje w aktorach oczekiwane przez siebie emocje; manipuluje nimi, a później może być bardzo zdziwiony, że wyzwolone postawy są zbrodnicze (przypomniał mi się &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2011/01/szamanski-balet.html"&gt;"Czarny łabędź"&lt;/a&gt;).&lt;br /&gt;Po obejrzeniu tego filmu z lękiem powinniśmy wchodzić w takie relacje międzyludzkie, w których mamy poczucie, że w istotny sposób wpływamy na czyjś los. Powinniśmy być 'czujni', jak zalecał Camus. Powinniśmy pamiętać, że nie mamy kontroli nad skutkami naszych działań. I być może powinniśmy (ostatnie 'powinniśmy' - bo chyba już za dużo tych nakazów) jak najmniej działać. Choć wiadomo, że usunięcie się w cień nie jest żadnym rozwiązaniem.&lt;br /&gt;Ten film to tez prosta opowieść o chłopaku, który zabija.&lt;br /&gt;Co rusz w codziennym wydaniu gazety jesteśmy w stanie znaleźć notkę o jakimś młodocianym bandycie, który zabija matkę, ojczyma i córkę tegoż (no tak, trochę przesadziłem, nie tak często na szczęście o tym czytam, ale niech już tak zostanie). Myśl, która nam się wtedy w głowie pojawia: "Potwór, że też takiego była w stanie zrodzić a tym bardziej znosić ziemia ". A czasami jesteśmy nawet w stanie mitologizować sytuację, przywoływać jakąś historię opowiedzianą kiedyś przez Sofoklesa; być może nawet obarczyć odpowiedzialnością Fatum. A przyczyny sę przecież bardzo ludzkie (i tym bardziej okrutne): to my - ojciec, który nie zaakceptował konsekwencji swych czynów; matka, która nie potrafiła dać ciepła; mąż matki - pijak z obsesją podejrzliwości i niekontrolowaną agresją; reżyserzy naszego świata (od nauczycieli po polityków) wyzwalający w nas emocje i stany, których natury nie znają.&lt;br /&gt;Czy ja w tej chwili usprawiedliwiłem zbrodniarza?&lt;br /&gt;Nie, nie usprawiedliwiam go - wskazuję jedynie jego wspólników;&lt;br /&gt;siebie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Łagodny potwór - projekt Frankenstein&lt;/span&gt;, reż. Kornel Mundruczo&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-7526288288963822899?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/7526288288963822899/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/10/przeszosc-jako-frankenstein.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7526288288963822899'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7526288288963822899'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/10/przeszosc-jako-frankenstein.html' title='Przeszłość jako Frankenstein'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-7134777914331975888</id><published>2011-09-01T18:45:00.008+02:00</published><updated>2011-09-01T21:41:40.230+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kryminał'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pewność świata'/><title type='text'>O złudniej władzy matematyki</title><content type='html'>Wakacje się skończyły, czas powrócić do pracy. Rozpocznę ten rok od wpisu związanego z lekturą wakacyjną. Oczywiście kryminał, przeczytany jakiś czas temu, a notatki do wpisu poczynione były jeszcze w Bieszczadach. Po raz kolejny wakacje te udowodniły, że niewielka ilość obowiązków wcale nie przyczynia się do tego, że z lubością robimy to, na co z trudem wygospodarowujemy czas, gdy terminy są nader napięte.&lt;br /&gt;Ad rem...&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Liczby Charona&lt;/span&gt; Krajewskiego... (ładny tytuł, świetnie odzwierciedlający istotę intrygi)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książka o złudnej czy wręcz złowrogiej bądź zbrodniczej wierze w to, że w liczbach zawarta jest Prawda o świecie, a przede wszystkim o losie każdego człowieka. No, nie tylko w liczbach, ale w ich powiązaniu z przekazem biblijnym.&lt;br /&gt;[oczywiste jest, że do zbrodni najczęściej popycha człowieka pragnienie dominacji, władzy - jeden z podstawowych ludzkich instynktów, który tkwi w każdym z nas; ja uświadamiam sobie jego istnienie, gdy w roli belfra występuję (i nie wtedy, gdy z satysfakcją stawiam jedynki, ale wtedy, gdy w natchnieniu prawię jakieś mądrości i widzę te zasłuchane twarze - udawane bądź nie:-)), ale i rola kochanka nie jest wolna od zaspokojenia tejże potrzeby;&lt;br /&gt;a w książce Krajewskiego mamy do czynienia z matematykiem (czy szerzej - intelektualistą); a ci od miliona lat chcą udowodnić tym, którzy dzierżą władzę w sposób zdecydowanie bardziej prymitywny, że taki wybór drogi życiowej, czyli ubóstwo a nawet smród ma swój sens, bo można odkryć wzór idealny człowieka i mieć władzę nad jego życiem i, co istotniejsze, śmiercią... tak,tak - my - ci bardziej oczytani i rozgadani erudycyjnie chcemy czasami mieć poczucie władzy, bo na co dzień dzierżą ją ci, którzy ją Mają (!)&lt;br /&gt;ech.. kompleksy ubogich inteligentów... ale czy autor tej książki ma takie kompleksy? raczej nie...]&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książka o jednym wielkim oszustwie, w którym możemy być zanurzeni, jeśli uwierzymy w teorie zbyt doskonałe na temat porządku tego świata.&lt;br /&gt;Książka utwierdzająca mnie w sceptycyzmie dotyczącym każdej ortodoksji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obłąkany naukowiec, by przekonać świat o prawdziwości swej teorii, jest w stanie dokonać okrutnej i wyszukanej zbrodni. Skojarzenie z Raskolnikowem jest jak najbardziej oczywiste: zbrodnia - eksperyment - potwierdzająca naszą prawdę na temat świata nas otaczającego.&lt;br /&gt;Ale książka ta uzmysławia także, jak wielka siła przekonywania tkwi w tego rodzaju teoriach. Słuchacz czy czytelnik, zauroczony logiczną całością i konsekwencją wywodu, przyjmuje ją za prawdę (zgodnie zresztą z podstawową zasadą racjonalizmu, jakby mogło się pozornie wydawać). Koronnym dowodem na ten rodzaj ludzkiej słabości jest manipulacja Popielskiego, który swój (fałszywy) akt oskarżenia potrafił przedstawić w tak przekonujący sposób, że skazany został człowiek, który akurat tej zbrodni nie popełnił. To, że był winny innych niecnych czynów, powoduje, że nie obarczamy Popielskiego zbytnią odpowiedzialnością (swoją drogą odzywa się tu mój nieposkromiony  brak myślenia historycznego i sobie tak dumam, że hrabia staje się w tej powieści  czarnym charakterem a postępuje tak, jak cała masa postaci z panteonu historii - stosując choćby prawo pierwszej nocy; i znowu oczywiste skojarzenie z Raskolnikowem i jego teorią na temat względności ocen postępków ludzi wielkich).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Logika czy też wywód logiczny został w tej książce okrutnie osądzony. Mój sceptycyzm poznawczy, w tym wypadku dotyczący różnorodnych teorii na temat Prawdy o tym świecie - ze szczególnym uwzględnieniem matematyki (nauki zwanej królewską), umocnił się bardzo mocno. Och, jak bardzo dajemy się skusić teoriom sprawiającym wrażenie całościowych, pewnych i bezwzględnych. Zapominamy, że to tylko złudzenia ludzkiego umysłu; że to on uwielbia takie zamknięte układy i że często ma to niewiele wspólnego z tym, co materią umysłu nie jest a stanowi materię przedmiotu poznawanego. Nie mówiąc o tym, że sama tkanka mózgu ma pewnie niewiele wspólnego z matematyką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A wracając do perfidnej manipulacji Popielskiego: można by go usprawiedliwić, gdyż dokonuje jej w szczytnym celu; ale popiersie Sokratesa uległo w powieści zniszczeniu, Sokratesa, który był wrogiem sofistów właśnie - bo któż ma orzekać, czy cel jest wystarczająco dobry albo nie tak zły... Tylko kamerdyner, wychowany zgodnie z rygorystycznymi zasadami biblijnymi, ma wyrzuty sumienia... i niemal fizjologicznie reaguje, gdy w pełni sobie uświadamia swoje wiarołomstwo wobec hrabiego... ale też, jak owe zasady zostały mu wpojone: za pomocą tradycyjnych kar cielesnych. Czy tylko ta wielce wątpliwa metoda jest w stanie tak ugruntować w człowieku zasady moralne tak, że jego ciało radykalnie się sprzeciwia ich łamaniu... A może epilepsja Popielskiego (ech, znowu Dostojewski) jest widomym symbolem jego moralnej dewiacji? A może się mylę, może ta busola jest gdzieś głębiej i bezwarunkowo trzeba mu przyznać rację?&lt;br /&gt;Jeżeli ta książka stawia jakieś pytania, to chyba to jest najważniejsze: czy jeden człowiek ma prawo decydować o tym, co jest, a co nie jest sprawiedliwe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i jeszcze jedna epistemologiczna uwaga: Popielski zauroczony swoją byłą uczennicą, wielce zdziwiony jest prawdą (?) o niej. Bo też jej kreacja jest niezwykła: skromna i święta a jednocześnie znająca cały podręcznik Kamasutry (to oczywiście nie musi być sprzeczność, ale...). I jeszcze do końca twierdząca, że kocha (oczywiście to nie kwestie związane z doświadczeniem erotycznym budzić mogą podejrzenie, że to nieprawda, ale jej przewrotna gra wobec Popielskiego). Czasami nie trzeba być uwikłanym w zagadki kryminalne, by odkryć błędne ścieżki, którymi podąża Prawda; czasami wystarczy spotkanie z kobietą i zwykły romans:-) (to oczywiście banał, ale warto o nim wspomnieć, gdyż pełni istotna rolę w intrydze "Liczb Charona").&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A puenta..&lt;br /&gt;skończyłem czytać tę książkę 15.07.2011&lt;br /&gt;a pisarz skończył ją pisać 15.07.2010&lt;br /&gt;znak?&lt;br /&gt;rozważmy: jeżeli moi koledzy nie wyjechaliby spod Rawki rankiem piętnastego, to nie skończyłbym w tym dniu czytać tej książki; należałoby więc przeliczyć liczbę liter w ich nazwiskach, zamienić je na litery hebrajskie i wtedy być może okazałoby się, że już w Biblii  zapisane jest, że najspokojniejszy dzień  w schronisku pod Rawką wypadnie podczas tego mojego wyjazdu właśnie w tym dniu (większość tego tekstu napisałem do godz. 20 tego właśnie dnia i w świetlicy schroniska siedziałem przez cały wieczór sam, co jest niezwykłe o tej porze roku i powinno pobudzać do niepokojącej refleksji:))&lt;br /&gt;nie mówiąc o tym, że w końcówce poprzedniej powieści &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/we-wadzy-demonow-zemsty.html"&gt;Krajewskiego &lt;/a&gt;pojawia się bohater o nazwisku Staniszewski (12 liter!)&lt;br /&gt;znak?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;M. Krajewski &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Liczby Charona&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-7134777914331975888?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/7134777914331975888/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/09/o-zudniej-wadzy-matematyki.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7134777914331975888'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7134777914331975888'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/09/o-zudniej-wadzy-matematyki.html' title='O złudniej władzy matematyki'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-19473680727854070</id><published>2011-05-08T15:16:00.009+02:00</published><updated>2011-05-08T22:26:42.234+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kryminał'/><title type='text'>Świat jako puzzle</title><content type='html'>Choć ostatnie zmagania Wallandera mamy już za &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2011/01/o-wallanderze-i-epistemologii.html"&gt;sobą&lt;/a&gt;, to Henning Mankell nie opuścił (i nie opuści zapewne) świata naszej wyobraźni (trochę &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2011/05/bwana-kubwa-z-misja.html"&gt;monotematyczny &lt;/a&gt;się robię, ale to przejdzie...). Już jakiś czas temu okazało się, że zamierza nam nadal opowiadać historie niezwiązane z komisarzem z Ystad. &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/12/z-perspektywy-samotnego-wilka.html"&gt;Chińczyk &lt;/a&gt;był powieścią, w której Mankell udowodnił, jak bardzo swobodnie potrafi się przenosić w czasie i przestrzeni, by dać wyraz swojemu widzeniu świata. Świat ten zawsze jest mocno podminowany przez ludzką zachłanność. Zawsze postrzegany bardziej lewym niż prawym okiem. Z tą samą perspektywą mamy do czynienia w ostatniej jego powieści.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Powrót nauczyciela tańca&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Tym razem dominującym problem jest neonazizm.&lt;br /&gt;Rzadko kiedy kojarzymy Szwecję z Hitlerem. Po raz pierwszy ten podskórny kompleks Szwedów uświadomiłem sobie podczas oglądania pierwszej części &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Millenium&lt;/span&gt;. Lecz tam chodziło o przeszłość tylko. Nie zwracano uwagi na aktualność tego problemu. W powieściach, w których patrzyliśmy na świat oczyma Wallandera, Mankell już zwracał uwagę na społeczne nastroje swego czasu - lecz przede wszystkim związane z problemem imigrantów. W stosunku niektórych szwedzkich środowisk do obcokrajowców można było dostrzec uprzedzenia i nienawiść charakterystyczną dla twórców III Rzeszy (dzisiaj - gdy widzimy, co dzieje się na południu Europy - problem okazuje się wciąż aktualny).&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Powrót nauczyciela tańca&lt;/span&gt; uświadamia, że neutralna Szwecja była mocno zainfekowana ideologią nazistowską. Oczywiście jej mieszkańcy nie byli wyjątkiem w tamtym czasie. Ale przeszliśmy chyba do porządku dziennego nad faktem, że np. Ukraińcy czy &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2010/07/oczyszczenie-z-fatum-historii.html"&gt;Estończycy &lt;/a&gt;aktywnie włączyli się w podbijanie Europy przez rasę nadludzi. Natomiast Szwedom się chyba trochę upiekło, ich udział w II wojnie światowej wydawał się co najwyżej asekuracyjny. Lektura ostatniej powieści Mankella to wyobrażenie mocno zmienia.&lt;br /&gt;Swoją drogą zastanawia mnie, jak taka powieść o Polakach napisana przez Polaka byłaby przyjęta przez Polaków (czy też prawdziwych polskich patriotów). Przecież takie obnażanie win sprzed 70 lat jest u nas wciąż uznawane za zdradę (wiem, że już sporo się mówi o tym, że niekoniecznie byliśmy tacy święci, za jakich się uważamy, ale ciągle wiąże się to z jednej strony ze sporą odwagą, z drugiej - ze świętym oburzeniem; daleko nam jeszcze do zdrowego oczyszczenia).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak już gdzieś pisałem, lubię kryminały, ponieważ proces dochodzenia do prawdy o zbrodni jest tylko szczególnym przypadkiem drogi, jaką przebywamy próbując sobie na co dzień odpowiedzieć na pytanie, w jakim świecie &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/10/to-co-ukryte.html"&gt;żyjemy &lt;/a&gt;(początek śledztwa - szczególnie tak tajemniczego i jednocześnie okrutnego, jak to opisane w tej powieści - stawia zawsze policjanta i najczęściej czytelnika w sytuacji dziecka, które ma poskładać w całość mocno niespójną a także przerażającą rzeczywistość).  Zważywszy, że mam z tym poważny problem, zrozumiałym się staje to, że dobrze napisany kryminał jest bliski mym problemom epistemologicznym. I to począwszy od tych najprostszych związanych z tym, jak odczytujemy komunikaty wysyłane (świadomie bądź nie) do nas przez osoby, z którymi przebywamy, po te ogólniejsze dotyczące mechanizmów rządzących otaczającym nas (nawet tym najbliższym) światem. Mimo już całkiem mocno średniego wieku ciągle mam poczucie (często męczące bardzo), że jednak nie zdołałem tego najważniejszego wydawałoby się problemu rozgryźć (i troszkę smutna jest świadomość, że tak już pewnie pozostanie). Tym bardziej jestem utwierdzany w tego rodzaju przekonaniu za każdym razem, gdy obserwuję historię taką, jak ta, którą przeżył Stefan Lindman (tym razem to on jest głównym bohaterem opowieści Mankella). Najpierw, próbując rozwikłać zagadkę śmierci człowieka, z którym przez wiele lat pracował, uświadamia sobie, że kompletnie go nie znał (o tym już było w &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2011/01/o-wallanderze-i-epistemologii.html"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Niespokojnym człowieku&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;), później - gdy dowiedział się tego samego o swym ojcu (taka mała odmiana historii o Edypie). Gdy już posiadł tę prawdę, zaczęły wyłaniać się z jego pamięci skrawki wspomnień, które dopiero teraz mógł właściwie zinterpretować. Ale czy właściwie? Przecież to, czego się dowiedział (że ojciec był kryptonazistą), to też tylko jakaś część prawdy... Znowu pozostaje przejmujące poczucie, że zawsze żyjemy przede wszystkim tylko w świecie własnych wyobrażeń (nawet o tych najbliższych). Bohater na początku powieści dowiaduje się, że ma raka, co tym bardziej przyczynia się do tego, że rozwiązywana zagadka staje się jednocześnie pretekstem do penetracji własnej przeszłości (ale i aktualnej sytuacji uczuciowej). I wydaje się czasami, że rządzi nim siła, nad którą nie panuje (jakby ktoś kierował jego decyzjami): co rusz postanawia porzucić śledztwo (którego zresztą zabraniają mu prowadzić, bo jest policjantem pochodzącym z innego rejonu; swoją drogą podczas czytania tej powieści uświadomiłem sobie, jak duże mam problemy z topografią, następną powieść Mankella czytać będę chyba z atlasem przed oczyma) a w ostatniej chwili zmienia decyzję i powraca do Sveg (trochę jak we wspominanym już przez mnie w tym miesiącu "Widmie wolności" Bunuela). Zresztą moment najbardziej znaczący dla jego historii rodzinnej także ma w sobie coś mrocznego i tajemniczego. Wprawdzie filmy kryminalne przyzwyczaiły nas do tego, że policjanci bez żenady włamują się do podejrzanych mieszkań (zresztą scena, gdy w jakieś zagubionej na krańcach świata chałupie, która jest jednocześnie miejscem zbrodni, bohater czyta pamiętnik swego kolegi nazisty, także jest tego przykładem - ale klimat mroczny Mankell skutecznie wykreował), to moment przeszukiwania mieszkania Wetterstedta (weterana szwedzkich nazistów) ma w sobie coś niepokojącego czy też zagadkowego, czyli brak szczególnej racjonalnej motywacji. Wydaje się, że Stefan robi to tylko po to, by znaleźć informacje, od których zaczyna się jego głęboki osobisty problem (czy tego nie chce? to już zależy od naszego stosunku do prawdy, której poznanie nie zmienia rzeczywistości wprawdzie, ale w istotny sposób może się przyczynić do kształtowania naszego poczucia tożsamości).&lt;br /&gt;Po raz kolejny Mankell sugeruje, że poznawanie świata ma w sobie coś z układania puzzli. Symbol wprawdzie dość zbanalizowany (notabene są ludzie, którzy układają je dopasowując tylko brzegi, szczególnie nie przyglądając się fragmentom obrazków - to także mogłaby być metafora specyficznego, po omacku poruszania się po świecie współczesnego człowieka), lecz autor tym razem ten obraz wzbogaca. Herbert Molin (zamordowany nazista - i to wcale nie neo...) sporą część swego życia emeryta właśnie na tę wymagającą cierpliwości pasję poświęca. On jednak kupuje tylko puzzle ręcznie (nie mechanicznie) robione. Co ciekawe, gdy już mu się udaje ułożyć całość, pali swoje dzieło. Powiedziałbym, że mamy tu do czynienia ze swoistym paradoksem: zawsze mi się wydawało, że wyznawcy takich światopoglądów jak nazizm mają potrzebę prostej wizji świata, która raz 'ułożona' staje się bezkrytycznie wyznawaną religią. Postępowanie Molina mogłoby świadczyć o tym, że tkwi w nim głęboka potrzeba nieustannego stawania przed wyzwaniem epistemologicznym i to w dodatku mocno niepowtarzalnym (niechęć do fabrycznych puzzli). Być może Mankell jest przekonany, że jest to potrzeba uniwersalna i zbyt szybkie uformowanie uproszczonego porządku tego świata pozostawia w człowieku pewien rodzaj niespełnienia, które może być zrekompensowane przez tego rodzaju pasję-protezę. Spowiedź, którą uczynił podczas swej wyprawy do Szkocji mogłaby być potwierdzeniem tego rodzaju potrzeby (i w tym momencie nie byłaby ona tylko cynicznym oszustwem - bądź co bądź dał temu wyraz w swoim pamiętniku).&lt;br /&gt;Mankell stawia w swojej powieści także pytanie dotyczące naszego prawa do zemsty. Nie odpowiada na nie. Zobrazował nam dość dokładnie motywację zbrodniarza (dzięki zmiennej perspektywie narracyjnej - co czyni bardzo często w swych powieściach), byśmy mogli (nie tylko my - Aron Silberstein stara się, by inni bohaterowie tego utworu także zrozumieli) go poznać. Ale nie wiemy, czy w końcu zostanie schwytany i skazany.&lt;br /&gt;A wszystko dzieje się w odległej północnej szwedzkiej prowincji, do której umknął człowiek z tajemniczą przeszłością nie bardzo potrzebujący innych ludzi do szczęścia (wydawałoby się). Mieszka samotnie w lesie z dala od innych ludzkich siedzib.&lt;br /&gt;Czy tego rodzaju pragnienia mają tylko ludzie chcący coś ukryć przed światem?&lt;br /&gt;Zaczynam się nad sobą zastanawiać:)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;H. Mankell &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Powrót nauczyciela tańca&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-19473680727854070?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/19473680727854070/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/05/swiatjako-puzzle.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/19473680727854070'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/19473680727854070'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/05/swiatjako-puzzle.html' title='Świat jako puzzle'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-1052197954055668167</id><published>2011-05-03T13:42:00.010+02:00</published><updated>2011-09-01T21:55:45.797+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='postkolonializm'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dramat współczesny'/><title type='text'>Bwana Kubwa z misją</title><content type='html'>Afryka ma 30,37 mln km, Europa zaś 10, 5 (6 - bez Rosji). Afryka jest trzy razy większa, a postrzegamy ją tak, jakby była wręcz jednym państwem. No może nieco odróżniamy północ - szczególnie teraz, gdy dzieje się wiele niebezpiecznych rzeczy. Nasza ignorancja (no dobra - moja, być może nie wszyscy ulegają takim mentalnym uproszczeniom) powoduje, że na tym ogromnie zróżnicowanym kontynencie widzimy jedynie sawanny z przemykającymi czarnymi tubylcami oraz pustynie z czarnymi nomadami na wielbłądach (jak ładnie udało mi się pogodzić w jednym zdaniu Arabów i Murzynów). No tak, ale Indian Ameryki Północnej też do wora jednego wrzucamy, a przecież ci z prerii a ci z Alaski to zupełnie różne tradycje. Tak to już jest z tym Innym czy Obcym. No i z moją ignorancją oczywiście. Indianie to jeszcze mieli swój czas w kulturze i można było wtedy nieco ich oswoić, uczynić z mich mit, pobawić się w nich na podwórku. Stali się częścią naszych (moich) snów o pierwotnej, naturalnej i pełnej godności przygodzie.&lt;br /&gt;A bawił się ktoś w Murzyna?&lt;br /&gt;Indianin to groźny wojownik (czasami się z nim utożsamiamy, czasami się go boimy, ale zawsze [no przeważnie - bo pijany często jest odzierany z godności] - nawet, gdy nazywany jest dzikusem - czujemy przed nim respekt). Murzyn to niewolnik (i mimo że popełniamy tu dramatyczną pomyłkę, bo potomkowie niewolników to nie w Afryce przecież mieszkają a i często dzisiaj niezłą kasę zarabiają choćby na muzyce, to i tak skojarzenia się z tym nie liczą).&lt;br /&gt;Ale rzeczywiście powinienem od tego momentu pisać Afrykańczyk (i po raz kolejny skonstatować, że brzmienie słowa jednak nadaje godność człowiekowi - bo jak to inaczej i dostojniej od razu brzmi).&lt;br /&gt;Ja, jak na razie, popełniłem jeden tekst o Afryce. Było to rok temu i choć obiecałem sobie, że ten wątek pociągnę, to jakoś nie mogłem się zmobilizować. Dopiero przedwczoraj oglądając "&lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2011/05/sowa-z-kurzu-i-bytu.html"&gt;Zawód: Reporter&lt;/a&gt;" temat powrócił. Film się przecież od Afryki zaczyna. Od pustyni i reportera, który zdobywa materiały na temat skomplikowanej sytuacji na tym przecież wcale nie tak odległym lądzie. Już w tym filmie widać, jak nasz ogląd Innego jest ograniczony, jak dajemy się manipulować, jak bardzo nie potrafimy zmienić punktu widzenia (bohater rozmawiający z Szamanem, który powrócił do rodzinnej wioski i który, chcąc uświadomić Locke'owi epistemologiczne uwikłanie Europejczyka, odwraca podczas wywiadu kamerę w jego stronę). I przyglądając się tej afrykańskiej robocie Locke'a nie mogłem nie pomyśleć o &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2010/04/moje-5-groszy-non-fiction.html"&gt;Kapuścińskim&lt;/a&gt;, który przecież szczególnie mocno przyglądał się temu, co tam się dzieje. Ale to właśnie metody stosowane przez polskiego dziennikarza zmuszają nas do postawienie pytania: W jakim stopniu sposób postrzegania innych kultur uwarunkowany jest przez koncepcję, pomysł, który mamy w sobie na narrację o tym świecie. Czy w ogóle o każdym Obcym nam świecie.&lt;br /&gt;To są pewnie oczywistości antropologiczne czy też etnologiczne (dla mnie po prostu epistemologiczne): nie jesteśmy w stanie oddzielić podmiotu od przedmiotu poznania. Jak wejść w inny świat i później go uczciwie ale i przekonująco opisać?&lt;br /&gt;W pewnym stopniu dotyczy tego dramat Henninga Mankella &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Antylopy&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;Mankell dotąd na moim blogu funkcjonował jako autor &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/sprawiedliwosc-z-kobieta-w-tle.html"&gt;szlagierów &lt;/a&gt;kryminalnych. I to one przyczyniły się przede wszystkim do jego sławy. Ja natomiast poznałem go dawno temu z lektury dramatu, który opublikowany był w jednym z numerów Dialogu. Zaintrygowany dramatem sięgnąłem po kryminały, no i się zaczęło...&lt;br /&gt;Ale dzisiaj o Afryce.&lt;br /&gt;Mankell od wielu lat część roku spędza w Szwecji (swoją drogą po raz kolejny warto uzmysłowić sobie, jak wiele się na tej północy Europy teraz dzieje [pisałem już o tym przy okazji &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2010/08/wyrzuty-sumienia-kanos.html"&gt;powieści &lt;/a&gt;Axelsson, w której także o nasze postkolonialne kompleksy chodzi]- na marginesie można dodać ciekawostkę, że obecną żoną Mankella jest córka Ingmara Bergmana, reżysera, która do niedawna poza Munchem chyba jako jedyny ze Szwecją się przeciętnemu odbiorcy kultury kojarzył) a część w Mozambiku, w którym prowadzi teatr z murzyńskimi aktorami. Akcja jednej z jego powieści niekryminalnych (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Comedie infatill&lt;/span&gt;) także w Mozambiku jest umiejscowiona. W czasie wojny. Bo z Afryką niestety kojarzą nam się chyba przede wszystkim wojny i potworny głód. To jest jedna z tych rzeczy, która nie pozwala zostawić tej społeczności samej sobie, nie pozwala nieingerować. Zresztą nie tylko to oczywiście. Wystarczy choćby przypomnieć &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kwiat pustyni&lt;/span&gt;, opowieść o somalijskiej dziewczynie, której udało się wymknąć ze społeczności poddającej kobiety rytualnemu obrzezaniu - bo jakże ona by mogła doświadczać przyjemności seksualnej (co zresztą nie jest jedynym problem: sposób przeprowadzania tej seksualnej egzekucji jest zdecydowanie ważniejszy). Tego typu sytuacje zawsze prowokują pytanie: gdzie jest granica poza którą nie można w sposób zdystansowany i 'naukowy' przyglądać się zwyczajom charakterystycznym dla całkowicie obcych nam kultur?&lt;br /&gt;No dobra czas przejść do dramatu Mankella, bo to o nim kilka słów postanowiłem dziś napisać (i znowu wstęp przygniecie swoją objętością zasadniczy temat... - kompozycja nomadyczna:)).&lt;br /&gt;Sztuka bardzo kameralna chciałoby się powiedzieć. Bo jedno miejsce (mieszkanie średniozamożnych Szwedów), krótki czas i trójka bohaterów. Jak w tragedii antycznej. Tylko że ta kameralność jest pozorna: w przestrzeń mieszkania wdziera się permanentnie (na zasadzie złudzenia optycznego - jak to zrobić w teatrze?) świat Afryki z jego nieposkromioną naturą i niepokojącymi odgłosami. Mieszkańcy tej europejskiej wyspy czują się jak w bunkrze, żyjąc w ciągłym lęku przed Nieznanym, czyli Czarnym. Zresztą ci także się 'pojawiają', ale są niewidzialni - kolejny oryginalny pomysł Mankella. Rozmawia się z Nimi, ale nikt Ich nie widzi. Co ciekawe bohaterowie tej sztuki przybyli do Afryki, aby pomóc ("żyć czy umierać?") - budują studnie (z pięćdziesięciu działają trzy - z wybudowanych w ciągu 11 lat). Z dialogu Męża i Żony wyłania się bardzo pesymistyczny obraz tak zwanej pomocy humanitarnej. W ich wypowiedziach mamy do czynienia z nieustannymi sprzecznościami odzwiercedlającymi swoistą schizofreniczną mieszankę ich mentalności: składa się ona z pozostałości naiwnej humaitarnej wiary oraz głębokiego lęku i niechęci do dzikusów. I to chyba jest najbardziej charakterystyczne dla postawy cywilizowanego Europejczyka do dzikiej kultury czarnego lądu. Poczucie wyższości, chrześcijańskie miłosierdzie, pogarda dla dzikusa i potężny strach przed nieznanym. Tylko że to ostatnie najprawdopodobniej pojawia się dopiero, gdy naiwnie uwierzymy w kulturową misję białego człowieka i zdecydujemy udać się z pomocą do murzynka Bambo. Lundin (który przybył wymienić na misji małżeńską parę) potrafi jeszcze humanitarnie usprawiedliwiać jego zachowania, ale pytanie, jak długo - kiedy jemu zaczną robaki wyłazić ze stopy (jeden z surrealistycznych pomysłów Mankella):&lt;br /&gt;"Lundin: I jestem gotowy walczyć o to, żeby biednym było lepiej.&lt;br /&gt;Żona: Ale oni śmierdzą.&lt;br /&gt;Lundin: Może dlatego, że nie mają wody.&lt;br /&gt;Żona: Kradną.&lt;br /&gt;Lundin: Bo nic nie mają!&lt;br /&gt;Żona: I są leniwi.&lt;br /&gt;Lundin: Bo są niedożywieni.&lt;br /&gt;Żona: Śpi pan z rewolwerem pod poduszką.&lt;br /&gt;Lundin: Bo nie mają nic do stracenia. A ja mam!"&lt;br /&gt;To akurat przykład postawy pełnego dobrych chęci i zrozumienia Europejczyka. Ale taki dialog uzmysławia, że przecież nie musi tu koniecznie tylko o Afrykę chodzić, a o nasz stosunek do wszystkich wykluczonych, którym chcielibyśmy w dobrej wierze pomóc. Zabrakło tu chyba tylko jednej kwestii, która w polskiej rzeczywistości byłaby konieczna: - Ale oni piją. - Bo stracili nadzieję, musimy im ją przywrócić...&lt;br /&gt;Pojawia się w dramacie także motyw seksualnego wykorzystywania tych, którym pomoc niesiemy (ten problem także jest mocno widoczny u Axelsson): Mąż lubuje się w fotografowaniu nagich młodych siostrzyczek murzynka Bambo.&lt;br /&gt;Zastanawiam się, czy ten dramat miałby szansę na polskich scenach. W jakim stopniu interesuje nas problem Afryki? Nie mamy przecież kompleksów postkolonialnych (w czasie, gdy europejska cywilizacja zanosiła obłudny kaganek oświaty na czarny ląd, sami borykaliśmy się ze zniewoleniem - ciekawe jak potoczyłaby się historia, gdybyśmy nie uchwalili Konstytucji 3 Maja [taka asocjacja okolicznościowa], co według niektórych przyczyniło się do utraty niepodległości). O działalności naszych misjonarzy wiemy niewiele. W jakim stopniu uprawnione byłoby uogólnienie sytuacji przedstawionej w dramacie na innych wyklętych i upośledzonych (którzy przecież nie pojawiają się fizycznie na scenie - i być może taka też była intencja Mankella - by uogólnić, zuniwersalizować)? Być może zwróciłoby to uwagę na dwuznaczne bardzo ukształtowanie naszego miłosierdzia; ale to może lepiej jednak napisać dramat dotyczący jednoznacznie właśnie takiej sytuacji...&lt;br /&gt;Jest wprawdzie w utworze wątek dramy małżeńskiej. Oczywiście wskazujący na obcość tych, którzy nazywają siebie Mężem i Żoną (specyficzne, że właśnie wyjazd do Afryki traktowali jako szansę na uporządkowanie swojego życia, ech ta ludzka naiwność...). Dlaczego 'oczywiście'? Bo chyba tak musi być w dramacie... Ale gdyby ktoś zdecydował się na wystawienie tej sztuki, to według mnie musiałaby ona rozegrać na małej scenie, blisko widowni. Konieczne byłoby zniesienie dystansu i umieszczenie widza wobec zagrożenia Nieznanym.&lt;br /&gt;Czasami może powinniśmy ze sceny powiedzieć coś o problemach, które rozgrywają się daleko od nas, ale, jak już o tym wspomniałem, jednocześnie ukazują, że coś, co ma miejsce, powiedzmy w Somalii, można dostrzec 20 km za miastem. A jeszcze częściej gdzieś w sobie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Henning Mankell&lt;span style="font-style: italic;"&gt; Antylopy&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;(druk w Dialogu nr 5 z 2005 r., tytuł notki też z tego numeru zaczerpnąłem)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-1052197954055668167?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/1052197954055668167/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/05/bwana-kubwa-z-misja.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/1052197954055668167'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/1052197954055668167'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/05/bwana-kubwa-z-misja.html' title='Bwana Kubwa z misją'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-5598767795199050234</id><published>2011-05-02T12:39:00.008+02:00</published><updated>2011-05-02T15:16:25.250+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino amerykańskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wody pierwotne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><title type='text'>Dlaczego przenika?</title><content type='html'>Zastanawiam się cały czas, dlaczego ten film przenika mnie &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;do szpiku kości&lt;/span&gt;...&lt;br /&gt;Musiałby się pewnie tym zająć jakiś psychoanalityk, tym bardziej że przyczyny, których sam się nieśmiało domyślam, nie tak łatwo ujawnić można. To jest tak, jak z Szekspirowską "Pułapką na myszy". Jedna z tych najistotniejszych funkcji sztuki (niezależna od artyzmu): oglądamy coś i z niewiadomych przyczyn objawia nam się jakaś wewnętrzna prawda. Rodzaj wzruszenia, tęsknoty, niespełnienia, pewności... Nie zawsze musi chodzić o metaforycznie nawet pojmowaną 'zbrodnię', choć fakt skrywania czegoś dowodzić musi wstydliwości skrywanej treści.&lt;br /&gt;Dom z bali, zapomniane przez Boga miejsce, późna jesień...&lt;br /&gt;Ale nie są to Bieszczady, dom nie jak z katalogu, z którego wybierać będą swą przyszłą chałupę moi uczniowie, a jesień jakoś nie złota...&lt;br /&gt;To jakaś prowincja na środku Stanów Zjednoczonych... a na podwórkach porozrzucanych w promieniu kilku kilometrów chałup panuje bałagan, jak w przeciętnym polskim gospodarstwie. Pejzaż zdecydowanie bardziej przypomina "Dom zły" niż krainę, w której pucybut zostaje prezydentem. Film jest amerykański a świat dziwnie znajomy.&lt;br /&gt;Ten film to nawet nominację do Oscara miał. I dla mnie jest niewątpliwie o wiele bardziej znaczący niż pozostali kandydaci do tej nagrody. Wiadomo było, że wśród dzieł nominowanych do tej 'zaszczytnej' nagrody był kwiatkiem do kożucha, przypominającym, że kino to nie tylko Hollywood a świat to nie klocki Lego, ale i tak fajnie, że w tym gronie się znalazł, bo być może dzięki temu obejrzałem coś, chyba najważniejszego, w tym roku (dawno tak długiego zdania nie ułożyłem:)).&lt;br /&gt;A więc...&lt;br /&gt;Prowincjonalna społeczność rządząca się swoimi prawami. Twardymi i okrutnymi. Taki prawie amerykański zaścianek, bo wszyscy jakoś tam ze sobą są spokrewnieni. Co nie znaczy oczywiście, że się kochają. Czy też nienawidzą. Mają w sobie coś bardzo pierwotnego, chciałoby się powiedzieć - plemiennego. Tylko że w przeciwieństwie do Dobrzyńskich ich podstawowym zajęciem nie jest warcholenie na sejmikach, lecz gotowanie amfy. Można powiedzieć, że taki znak czasu. To, co być może łączy te dwie tak różne wspólnoty to to, że kablowanie jest grzechem największym. Zdrady się nie daruje... I to jest problem, przed którym stanęła bohaterka tego filmu (świetna J.Lawrence): jej ojciec poszedł na układ z szeryfem i jego pobratymcy go wykończyli. Tylko, że film wcale nie o tym jest. Bo choć przez cały czas oglądania być może zastanawiamy się, co się stało z ojcem Ree, to zdecydowanie bardziej przejmujemy się postawą córki. Skąd w człowieku bierze się taka pierwotna siła. Można ją nazwać oczywiście dobrem, ale to jest coś, co poprzedza etykę. To dotyka pokładów przedrefleksyjnych w człowieku.&lt;br /&gt;"- I co my mamy z tobą zrobić?&lt;br /&gt;- Możecie mnie zabić.&lt;br /&gt;- Ta propozycja już padła.&lt;br /&gt;- Możecie mi pomóc".&lt;br /&gt;Albo "Nigdy nie proś o coś, co powinno być ci ofiarowane".&lt;br /&gt;To są rzeczy, które kompletnie nie pasują do świata, w którym żyjemy. Świata, w którym trzeba się permanentnie chwalić swoimi osiągnięciami, by czasem nie umknęły niczyjej uwadze (szczególnie oczywiście szefów). Świata, w którym autopromocji uczy się na kursach...&lt;br /&gt;A dziewczyna uczy swoje młodsze rodzeństwo strzelać do wiewiórek, bo gdy jej zabraknie, muszą sobie jakoś poradzić w życiu.&lt;br /&gt;Czy chcę żyć w tak pierwotnym świecie? Pewnie nie i po obejrzeniu tego filmu pomyślałem sobie, że mój pomysł, by wynieść się gdzieś na Podlasie nie jest taki prosty... co będzie, gdy trafię na tego rodzaju społeczność? Ale jednocześnie w tym świecie panują prawa, które zdecydowanie łatwiej mi zaakceptować niż permanentna autopromocja czy konieczność udowadniania czegoś... Świat klocków Lego jest za czysty.&lt;br /&gt;Czy to już to, co mnie tak ujęło w tym filmie? Być może, ale...&lt;br /&gt;Jakiś czas temu oglądałem film "Królestwo zwierząt". To, co mnie tam szczególnie zaintrygowało, to uwypuklenie specyficznej sytuacji człowieka w świecie, polegającej na tym, że jesteśmy umieszczeni w rzeczywistości, której musimy się ciągle uczyć. No i najczęściej jest tak, że za młodu przyswajamy pewne schematy, które później mniej lub bardziej skutecznie pozwalają nam przetrwać do emerytury. W "Świecie zwierząt" młody chłopak - nawet nie wiadomo czy bardzo, czy nie inteligentny - w gruncie rzeczy walczy o byt (nawet 'rodzona' babka go zdradza) i mu się udaje. Ale prawa, które sobie przyswoił tak skutecznie są rodem z bajki Krasickiego "Wilk i baranek" (tytuł chyba nie do końca pamiętam).  Czy my rzeczywiście w takim świecie żyjemy? Mam wrażenie, że coraz bardziej...&lt;br /&gt;W tym filmie zresztą zaintrygowały mnie także niezwykłe relacje rodzinne - i tu znalazłem podobieństwo do jeszcze innego obrazu, który jakiś czas temu oglądałem, czyli "Boso, ale na rowerze"... ale przystopujmy asocjacje i powróćmy do tematu...&lt;br /&gt;Ree Dolly ma we krwi, genach, czy w czymś tam jeszcze zasady rządzące światem, w którym jej podstawowym celem jest uratowanie rodzeństwa, matki... I po scenie, w której musi uczestniczyć w obcinaniu dłoni swego martwego ojca, wiemy, że jej się to uda.&lt;br /&gt;A ja ciągle nie wiem, skąd ludzie mają taką siłę?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Do szpiku kości, reż. Debra Granik&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;(a w roli głównej Jennifer Lawrence)&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;W sumie, to nawet nie wiem, czy ja właśnie to chciałem o tym filmie napisać...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-5598767795199050234?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/5598767795199050234/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/05/dlaczego-przenika.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5598767795199050234'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5598767795199050234'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/05/dlaczego-przenika.html' title='Dlaczego przenika?'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-4741939483369013983</id><published>2011-05-01T14:42:00.006+02:00</published><updated>2011-05-01T17:06:00.613+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Antonioni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='w źle obsadzonej roli'/><title type='text'>Słowa z kurzu i bytu</title><content type='html'>Gdy zamierzam napisać coś o utworze, który i opisany po wielokroć był, i za wielki już przez autorytety został uznany, pokonać muszę w sobie ogromny opór i - co tu dużo  mówić - kompleksy. Tuż przed wciśnięciem pierwszego klawisza przekonuję siebie, że jakąkolwiek bzdurę lub komunał bym napisał, to przecież asekuracyjnie już w opisie tego bloga dałem sobie do tego prawo. A jednak niezależnie od tego, pozostaje lęk przed kompromitacją... bo też coraz mniej anonimowy ten mój nomadyzm się staje.&lt;br /&gt;Dzisiaj będzie o pustyni, kurzu i wynikającej z nich niepewności świata.&lt;br /&gt;A może nie, może na plan pierwszy wyjdzie nasze pragnienie ucieczki przed własnym losem, przed sobą.&lt;br /&gt;"Co ty tu kurwa ze mną robisz?" - są tacy pewnie, którzy to powtarzające się w filmie zdanie uczyniliby centrum wywodu; snując refleksję na temat motywów powodujących, że ludzie są ze sobą - wbrew logice i własnemu poczuciu bezpieczeństwa.&lt;br /&gt;A więc ciągle nie wiadomo, gdzie nas zawiedzie nomadyzm - spoza kurzu ledwo widoczna droga.&lt;br /&gt;I tak właśnie jest z tym filmem. Tak jak zresztą to się bardzo często dzieje, gdy mamy do czynienia ze wspomnianym toposem. Gdy bohaterowie ruszają na szlak utożsamiając swój los z pokonywanymi kilometrami, z kolejnymi niebezpiecznymi zakrętami, wertepami czy też bezdrożami (które mogą się okazać właśnie najpiękniejsze - to w momencie, gdy ścigani przez policję bohaterowie tego filmu musieli zboczyć na coś w rodzaju wrzosowiska, stwierdzili, że jest im dobrze, chyba po raz ostatni w swym życiu i mimo że łączyło się to także z awarią samochodu).&lt;br /&gt;"&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Zawód: Reporter" Antonioniego&lt;/span&gt; - film o Fauście, który przeklął swe dotychczasowe życie; film o Edypie, który zadaje wyroczni pytanie o swój los. I choć ten los jest dość ściśle zapisany w notesie, który odziedziczył po swym poprzedniku, to - jak to zwykle z wyroczniami bywa - nie jest świadomy, co się kryje za prostymi informacjami z kalendarza. Film o człowieku, który rzucił wyzwanie Opatrzności... albo który przygląda się jej działaniu, czyniąc z siebie przedmiot eksperymentu. Jest reporterem - lecz tym razem nie przygląda się światu go otaczającemu (z pełną świadomością manipulacji, której poddaje odbiorców), ale sobie - obserwuje człowieka uwikłanego w sieć z góry zaprogramowanych dla niego zdarzeń. I choć koniec jest najbardziej oczywisty z rzeczy oczywistych, to determinizm charakteryzujący wszystkie jego poczynania przeraża... i fascynuje...&lt;br /&gt;David Locke (Jack Nicholson) pozostawiony sam sobie na środku pustyni, bezradny i wściekły wykrzykuje w niebo "wszystko mi jedno, wszystko mi jedno". Tak to się zaczyna w zasadzie - i to jest też to, co mnie tak hipnotyzuje, gdy patrzę na filmy Antonioniego. Co rusz obraz wyzwalający przeróżne asocjacje związane z miejscem człowieka w świecie. Zero retoryki, deklamacji, moralizatorstwa.&lt;br /&gt;Patrz! i pamiętaj, że to o twoim miejscu w bycie...&lt;br /&gt;David dostał swą szansę (od kogo? czy to Przypadek, czy Opatrzność, czy też Diabeł miesza ludzkie rzeczy?), ale też podpisał swoisty cyrograf. Bo choć kilkakrotnie mówi o realizowaniu scenariusza, o którego treści decydowałaby jego wolna wola, to jednocześnie podejmuje cały czas decyzje zgodne z planem wytyczonym przez Robertsona. Niby jest wolny...&lt;br /&gt;W "Widmie wolności" Bunuela jest scena, polegająca na tym, że bohaterowie zamierzają opuścić pomieszczenie, w którym przebywają i choć są bardzo zdeterminowani, to nie mogą przekroczyć progu... U Antonioniego jest to ukazane zdecydowanie bardziej naturalnie. Dlaczego nie poleciał do Dubrownika? Uznał, iż to, co robił Robertson, w którego postać się wcielił, ma większy sens, czy też po prostu ma sens. W przeciwieństwie do jego wczesniejszego życia.&lt;br /&gt;Locke ucieka w życie Robertsona troszkę tak, jak my, widzowie, gdy na krótki czas seansu nasza wyobraźnia karmi się cudzymi biografiami (temat skądinąd dość często do mnie powracający w nieco innej wersji: interesująca jest pasja, z jaką penetrujemy obce biografie - Mistrzów czasów minionych - karmimy naszą wyobraźnię cudzymi losami, uciekając przed doświadczaniem życia bezpośrednio... a czy to w ogóle jest możliwe, czy czasem to kulturowe odzienie - nieważne czy skinerskie czy też z półki tak zwanej górnej - nie pozbawiło nas siebie raz na dobre... no i jak zwykle doszliśmy do Gombra... ech...).&lt;br /&gt;Kim w końcu był? czy się stał? jego tożsamość? czy rzeczywiście wystarczy zmienić zdjęcie w dowodzie by uciec? On sam odpowiada:  "Znam tylko jedną osobę. Nie ma nikogo innego. Cała reszta jest..." Ale to jak wiemy, jest tylko jedna prawda, choć być może jedyna... "Cała reszta jest..." Locke/Robertson nie skończył zdania - prawdopodobne jego zakończenie to: "cała reszta, czyli to, kim jesteśmy dla innych, jaka jest prawda innych o nas, to pozór, zdjęcie w dowodzie, które łatwo wymienić" (Locke chyba takich długich zdań w tym filmie nie formułował). Na końcu jego zwłoki identyfikowane są przez jego żonę - nie rozpoznała go ("nie znam tego człowieka"); Dziewczyna, której imię nie pada a z którą bohater przeżył na pewno chwile ważniejsze niż pobyt na pustyni, rozpoznaje go, mówi, że go Zna. Niejasny paradoks kończący film dla mnie jest dość jednoznaczny. Choć przeżył z żoną wiele lat, to ona go nie Poznała...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Zawód: Reporter" jest dla mnie szczególnie ważny z jedego powodu. Dawno dawno temu miałem na egzaminie do jednej ze szkół artystycznych zanalizować wybraną scenę (oczywiście wcześniej puszczono nam film i wtedy oglądałem go po raz pierwszy). Zrobiłem, co w mojej mocy i niestety oblałem. Później przy różnych okazjach coś tam doczytywałem na jego temat i zrozumiałem, dlaczego wynik egzaminu był taki a nie inny. Istnieje sporo bardzo dokładnych analiz tego filmu; analiz, w których skrupulatnie interpretuje się zastosowane w nim filmowe środki wyrazu (ze szczególnym uwzględnieniem budowy kadru i prowadzenia kamery). Scena finałowa jest chyba w takich wypadkach najczęściej przywoływana: przez ponad szcześć minut kamera powolutku bardzo (bo to przecież Antonioni) wychodzi z zakratowanego pokoju hotelowego, w którym na łóżku leży Locke; wychodzi na plac za oknem (przez kraty - w czasach, gdy komputerów nie było!), zatacza krąg, by powrócić do zamordowanego w tym czasie bohatera; na placu przez cały czas przebywa Dziewczyna.&lt;br /&gt;Mądre różne rzeczy pamiętam o tym napisano (nie bagatelizuję ich - świetnie teksty te przeróżne ukazują, na czym polega sztuka filmu i jak wiele można powiedzieć sposobem prowadzenia kamery, budową kadru, ruchem...itp) No i ja właśne na egzamienie też tę scenę interpretowałem naiwnie nie dostrzegając tego wszystkiego, co decyduje o jej arcydzielności.&lt;br /&gt;Lecz nadal głosze pochwałę naiwności - tym bardziej, że filmowcem nie zostałem (być może na szczęście - taki już ten mój scenariusz...):&lt;br /&gt;Los Locke'a zatoczył koło. Ale przez ten czas, gdy to się działo, bohater opuścił swoje zakratowane wnętrze. Poznał Dziewczynę. I choć plac przed hotelem jest piaszczysty, zakurzony i okolony wysokim murem - to coś się jednak w tym jego życiu istotnego wydarzyło. Dla wielu może to być dość ponure zakończenie - obraz brudnego świata, którego lepiej nie oglądać. Ja nie jestem pewny, czy to takie pesymistyczne...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;M. Antonioni &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zawód: Reporter&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-4741939483369013983?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/4741939483369013983/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/05/sowa-z-kurzu-i-bytu.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/4741939483369013983'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/4741939483369013983'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/05/sowa-z-kurzu-i-bytu.html' title='Słowa z kurzu i bytu'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-7985449371766478758</id><published>2011-03-01T20:23:00.006+01:00</published><updated>2011-03-01T22:59:47.720+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='komuna'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='film polski'/><title type='text'>Czarny czwartek władców tego świata</title><content type='html'>Miałem wtedy 9 lat. Chodziłem do trzeciej klasy podstawówki. W grudniu roku siedemdziesiątego. I prawie nic nie pamiętam: to że zostaliśmy skarceni przez nauczyciela za jakieś głupawe zabawy na korytarzu szkoły; i jedną wymianę zdań pomiędzy mamą i starszym kuzynem. Nic oczywiście nie rozumiałem. Ani z zabawy ani tym bardziej z tych kilku zdań wypowiadanych z lękiem.&lt;br /&gt;Tylko tym się różnię od młodych ludzi urodzonych po 89 roku, że pamiętam bardzo dobrze kontekst, czyli PRL. Tylko albo aż...&lt;br /&gt;Film o &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Czarnym czwartku &lt;/span&gt;jest dla mnie także opowieścią w dużej mierze historyczną.&lt;br /&gt;Bardzo trudny film dla twórców. Trzeba pogodzić wspomnienia świadków (często zapewne mocno się różniące); zobrazować wymowę dokumentów - z wymogami sztuki narracji. Bo przecież nie można ani na moment zapomnieć o wymogach opowieści: widz oczekuje sprawnie opowiedzianej historii (w znaczeniu oczywiście ciągu zdarzeń, z których wyłania się jakiś ogólniejszy sens). No i największe niebezpieczeństwo - nie można popaść w łatwą martyrologiczną heroizację. Trzeba zawierzyć widzowi - aby wzruszyć i poruszyć nie trzeba przejaskrawiać rzeczywistości. Prawda w tym wypadku jest wystarczająco wymowna. Myślę, że to dobrze, iż ten film zrobił Krauze a nie Wajda.&lt;br /&gt;Nie ma w nim Homeryckich bohaterów, są zwyczajni ludzie. Brunon Drywa żyje problemami, które już na szczęście odchodzą w przeszłość, znajdującymi swoje miejsce w pamięci mieszkańców eksperymentu pt. PRL. Przyglądając się życiu jego rodziny rozpoznawałem wyłaniające się zza gęstej mgły zapomnienia nastroje i klimaty odległego dzieciństwa. I choć w moim domu życie być może nie było aż tak szczęśliwe, to i tak mogę ten świat uznać za swój.&lt;br /&gt;To jest ważne, że przewodnikiem po tych absurdalnych wydarzeniach była zwyczajna rodzina. W której w ogóle  nie rozmawiało się o polityce. Niebuntująca się przeciwko zastanej rzeczywistości (czyli systemowi). Uznająca ją za swoją i niezależnie od wysiłku, który trzeba włożyć w skuteczne się w niej urządzenie budująca swoje prywatne szczęście. Nawet podwyżki (będące bezpośrednią przyczyną strajków), mimo trudności, próbowali jakoś oswoić. Taka była większość. Tacy są zwyczajni ludzie.&lt;br /&gt;Po raz kolejny okazało się, że Historia (którą wymyślają Ci, którzy pospolitą rzeczą władają) nie pozwala zbytnio się przyzwyczaić do tej naszej małej stabilizacji. Do której przecież każdy powinien mieć prawo.&lt;br /&gt;Przekleństwo Historii... Brunon wysiadający z kolejki. Z lękiem pragnący do niej powrócić. I seria z karabinu uzmysławiająca, że nie należymy do siebie. Klątwę trzeba by rzucić na tych, którzy doskonale wiedzą, jak ten świat ma wyglądać i nie cofną się przed niczym, by wszystkich wokół 'przekonać' do swej wizji.&lt;br /&gt;A może właśnie film ten pokazuje, że pozostawanie na małym, poddanie się władcom tego świata wcale nie jest gwarancją, że ci władcy to uszanują? Że jednak lepiej być niepokornym...&lt;br /&gt;Albo że jest to bez różnicy. Historia każdego dopadnie.&lt;br /&gt;A ci władcy?&lt;br /&gt;Odcięci od świata, zamknięci w swoim gabinecie wypowiadają slogan za sloganem, a każdy podszyty lękiem, że są jeszcze więksi od nich. W całości obleczeni w linię programową Partii. Ludzie w służbie idei. Teorii. Obłędnej myśli.&lt;br /&gt;Aż się prosi, by zapytać, czy ci czciciele dobrych pomysłów na urządzenie mi życia bardzo się zmienili?&lt;br /&gt;Na niższych szczeblach pojawiają się w tym filmie ludzie, którzy nie w pełni realizują linię partii. Dziś zostaliby jedynie wykluczeni z szeregów, ale wtedy wymagało to jednak odwagi. I choć nie wykonali żadnych spektakularnych gestów (i są dziś pewnie na czarnej liście IPNu), to być może wykazali się większym bohaterstwem niż robotnik dający wyraz swym frustracjom  w skandującym tłumie. Wiem, że nie było miejsca w filmie, by opowiedzieć także ich historię, ale mnie ciekawi bardzo, co było z nimi dalej. Od Przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej po jego sekretarkę. Doskonale wiem, jak trudno podejmuje sie tego rodzaju decyzje w czasach zagospodarowanej wolności; a co dopiero wtedy... W tym kontekście porażająco działają sceny, w których szeregowi bądź prawie szeregowi najemnicy systemu dają wyraz swemu absurdalnemu pragnieniu zadawania bólu.&lt;br /&gt;Nawet w kinie usłyszałem szeptem wypowiedziany przez jednego z widzów komunał: Rozkaz to rozkaz... Zastanawiam się nad takim banałem: co się dzieje w umyśle, tego żołnierza z służby zasadniczej, gdy beznamiętnie naciska spust strzelając w bezosobowy tłum.&lt;br /&gt;Temu to jeszcze mogę zarzucić prymitywny brak wyobraźni, której coraz mniej w świecie. Ale są przecież w tym filmie i tacy, dla których ta polityczna hucpa staje się świetną okazją do wypuszczenia na wolność swego najbardziej perwersyjnego okrucieństwa. Co oni dzisiaj opowiadają swoim wnukom i prawnukom o czasach, gdy wiernie służyli ojczyźnie? Wiem, że to bardzo naiwne pytanie, ale co opowiadają? I choć oczywistym jest, że powinni być osądzeni, to zdecydowanie bardziej interesuje mnie ich sumienie... powtórzę jeszcze raz: jakkolwiek naiwne byłoby to zainteresowanie... (kiedyś pisałem o filmie "&lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2010/04/daratt.html"&gt;Daratt&lt;/a&gt;" - mogłaby to być jedna z odpowiedzi)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatni kadr filmu to gdyński pomnik postawiony poległym.&lt;br /&gt;A mi się nasunęło kontrowersyjne pytanie dotyczące bohaterstwa. Bo ci, których nawet ciała zostały w pewnym sensie sponiewierane, są dla nas bohaterami. Walczącymi o wolną Polskę. Ale ja jak zwykle mam bluźniercze wątpliwości. Historia Brunona wystarczająco dobitnie wskazuje na to, że zginęli przypadkowi ludzie (czy polegli? - tak tak, skojarzenia bezmyślne nasuwają się same i nie dam się im ponieść). A jeżeli nie przypadkowi, to upominający się o chleb (i gdyby tych kilku kacyków miało większy instynkt samozachowawczy, to mogli podjąć decyzje, które by tych ludzi zaspokoiły; zrobił to przecież skutecznie Gierek).  Wiem, to jest walka o godność człowieka pracy. Ale godność, którą łatwo przecież manipulować.&lt;br /&gt;A więc, kim jest bohater?&lt;br /&gt;Na pewno nie ktoś, kto ginie przypadkowo. Co nie znaczy, że nie przejmuję się ich śmiercią. Ich dramatycznie zakończone życie jest dla mnie świadectwem i dowodem na to, 'że bakcyl dżumy nie umiera nigdy'. A pomniki, które im postawiono ( i lepiej mi się żyje w świecie ze świadomością, że pamięć o ofiarach - szczególnie gdy potrzebna jest determinacja i odwaga - w tym świecie nadal jest wartością) będą mi przede wszystkim przypominały o absurdzie świata, w którym idea jest istotniejsza od człowieka. Każda śmierć jest absurdalna - śmierć robotników ze stoczni w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie jest tym bardziej nie do zaakceptowania, ponieważ została zadana przez tych, którzy absurdowi służą; a przecież powinni się jemu przeciwstawiać, choćby w imię swojej idei...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Celowo nie pisałem o wszystkich scenach zbiorowego gwałtu. One są wystarczająco wymowne. Dla mnie to był film o zwyczajnym człowieku, który się wykrwawił dostawszy się w tryby Historii.&lt;br /&gt;I o jego żonie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Czarny czwartek, reż. Antoni Krauze&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;unikam przeważnie ocen, ale jestem pełen szacunku dla roboty reżysera i scenarzystów ( &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Michał Pruski &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;i Mirosław Piepka)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-7985449371766478758?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/7985449371766478758/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/03/czarny-czwartek-wadcow-tego-swiata.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7985449371766478758'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7985449371766478758'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/03/czarny-czwartek-wadcow-tego-swiata.html' title='Czarny czwartek władców tego świata'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-3474005204887246152</id><published>2011-02-27T20:38:00.006+01:00</published><updated>2011-02-27T22:25:42.177+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Bergman'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Antonioni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pewność świata'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='obok Śmierci'/><title type='text'>30 VII 2007</title><content type='html'>Od początku tego filmu ma się wrażenie kulturowego deja vu. Wzięty a więc i bogaty fotograf, który niemal bezrefleksyjnie zaangażowany jest w rejestrowanie wszystkiego, co go otacza. A jednocześnie przetwarzający realistyczne obrazy tak, by spełniały jego wyobrażenie o pięknie, co niewątpliwe świadczy o tym, że ten świat taki, jakim jest, nie w pełni mu odpowiada. Człowiek, który istnieje w świecie tylko za pośrednictwem obiektywu. Uwalniający emocje jedynie podczas sesji fotograficznych.&lt;br /&gt;Świat, w którym prawdziwe jest tylko to, co jest widzialne. I co zarejetrować jest w stanie soczewka obiektywu.&lt;br /&gt;Tak, to w "Powiększeniu" Antonioniego jest punkt wyjścia. Punkt wyjścia do opowiedzenia historii o sceptycyzmie epistemologicznym i nie tylko... (film, o którym bardzo chciałbym w końcu napisać, ale jakoś nie mogę się zabrać:( )&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;"Spotkanie w Palermo" W. Wendersa&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Od początku kojarzy się ten film z Antonionim, ale w trakcie oglądania nachodzą człowieka wątpliwości. Bo przecież sama postać fotografa to za mało. Jest jeszcze klimat... No i nie będę ukrywał, że znana mi jest fascynacja Wendersa twórcą "Powiększenia", więc skojarzenie wydawało mi się nazbyt oczywiste. Tym bardziej, że w pewnym momencie pojawiają się obrazy i tematy przywołujące twórczość innego wielkiego - Bergmana. I gdy orientujemy się, że mamy do czynienia z kolejną opowieścią o śmierci zapraszającej ludzi do tańca, nie możemy się już uwolnić od skojarzeń choćby z "Siódmą pieczęcią".&lt;br /&gt;Nie jest to wielki film, ale po raz kolejny się przekonałem, że ma to dla mnie niewielkie znaczenie. Nie jest dla mnie ważne, czy istotne myślątka pojawiają mi się w głowie pod wpływem utworów wtórnych czy odkrywczych.&lt;br /&gt;Przemierzanie świata ze słuchawkami na uszach czyniące z postrzeganych przez nas obrazów spontaniczne teledyski przekonująco uzmysławiają, jak bardzo i często lubimy oddzielać się od rzeczywistości. Nie bardzo później wierzymy w zapawnienia bohatera podczas rozmowy ze śmiercią, że kocha życie. Czyli co kocha(my)? Nieustające widowisko, w którym niechętnie bierzemy udział? Spektakl, w którym rzeczywistość zatraca charakter realności?&lt;br /&gt;Z drugiej strony tak sobie myślę: dlaczego nie? Śmierć (podobnie jak u Bergmana wykreowana przez mężczyznę - Dennisa Hoppera) próbuje przekonać Fina, że jest tylko bramą... A jeżeli nie, jeżeli śmierć to koniec absolutny? W takim wypadku nawet bycie tylko widzem w tym świecie ma urok zdecydowanie większy niż niebycie... Nie jest żadnym odkryciem, że poczucie bliskości z drugim człowiekiem czyni z tego życia wartość większą niż tylko przyglądanie się spektaklowi. Ale brak tej bliskości nie unieważnia poczucia sensu; przynajmniej nie musi (nie chcę, by opuściła mnie wiara w wartość takiego życia - nawet jeżeli zostanę nazwany 'płazem w skorupie lewitującym nad trupimi wodami' ). Chyba nieopatrzenie, ale Wenders pozostawia nam szansę na takie odczytanie swego filmu. Zdjęcia Palermo Franka Lustiga są najlepszym na to dowodem. Oglądamy ten film zauroczeni obrazami świata, w którym zniszczenie czy też umieranie materii staje się niezwykle malownicze. Inaczej niż u Antonioniego, u którego korozja przestrzeni staje się egzystencjalnym symbolem kruchości świata ludzkich uczuć.&lt;br /&gt;Film jest dedykowany (o czym dowiadujemy się na końcu) Antonioniemu i Bergmanowi - twórcom, którzy zmarli tego samego dnia - 30 VII 2007, podobno już w trakcie realizowania zdjęć do tego obrazu. Jest rodzajem hołdu.&lt;br /&gt;Czytelnego bardzo, bo mógłby ten wpis wyglądać zupełnie inczej- można by się pobawić w erudytę i pokazać, ile zbieżności jest pomiędzy tym filmem a dziełami obu mistrzów. Tym bardziej, że to wszystko u Wendersa grubymi nićmi szyte. I co z tego? Myślę, że jest to cenny hołd złożony tym, których większość już nie ogląda i coraz mniej pamięta.&lt;br /&gt;Kolejny film podkreślający, że czasami warto przystopować; dać się wytrącić z kolein, przyjrzeć się swoim snom, by dotknąć życia, zanim nie będzie za późno. I choć można by mi w tej chwili zarzucić sprzeczność (bo wcześniej o byciu widzem w tym spektaklu pisałem), to nie ma ona dla mnie większego znaczenia. Takie sobie prawo nomadyzmu mentalnego...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;"Spotkanie w Palermo" reż. W. Wenders&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-3474005204887246152?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/3474005204887246152/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/02/30-vii-2007.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/3474005204887246152'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/3474005204887246152'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/02/30-vii-2007.html' title='30 VII 2007'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-8632478023145539778</id><published>2011-01-31T21:04:00.004+01:00</published><updated>2011-01-31T22:14:27.910+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino amerykańskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='z ciemności rodem'/><title type='text'>Szamański balet</title><content type='html'>Aronofsky w "Czarnym łabędziu" sięga do abecadła sztuki aktorskiej. Do tego abecadła, którego podstawy sformułował Stanisławski: na scenie nie masz grać postaci - masz nią się stać. Nie jest to już teoria jedynie obowiązująca i niekwestionowana. Ale nadal spektakle, w których aktorzy skutecznie ją zastosują, wywołują u wielu widzów (u mnie na pewno) dreszcze. Jest to jedno z tych doświadczeń, których nie można zaznać w żadnej innej sztuce, w żadnej innej sytuacji; jedna z tych rzeczy, które powodują, że chodzę do teatru. Niestety - tego typu wrażenia zdarzają się nazbyt rzadko. Ale może na tym właśnie polega ich urok...&lt;br /&gt;Pokazywanie kogoś czy stawanie się kimś?&lt;br /&gt;Co to znaczy - stawać się kimś?&lt;br /&gt;Być może jednak 'stawanie się' jest to skrajna forma pokazywania jednak - ale takiego pokazywania, które angażuje maksimum woli i wyobraźni artysty w celu zaczarowania widza. Swoisty rodzaj hipnozy, polegający na omamieniu zmysłów poddającego się, z przyjemnością bądź co bądź, iluzji - obserwatora. Nawet jeżeli nie mamy tu do czynienia z różnicą jakości a jedynie stopnia, to i tak obszary wyobraźni, które trzeba zaangażować, by proces okazał się skuteczny, są przeogromne. I odwrotnie - siła oddziaływania świadczy o jej potędze.&lt;br /&gt;Stanisławski a później jego wierny uczeń - Grotowski - kazał się dokopywać w psyche aktora wyobrażeń i doświadczeń, które byłyby tożsame z jego widzeniem życia wewnętrznego postaci scenicznej. Wiadomo, że nie zawsze jest to możliwe. Związane jest to chociażby z życiowym doświadczeniem aktora. Ale trzeba jednocześnie pamiętać, że nie musimy zdradzać żony czy być mordercą, by odnaleźć w sobie odpowiedzialną za te niecne czyny ciemną stronę, którą nie zawsze zresztą jesteśmy w stanie zaakceptować. Wykształceni psychologowie mają tu szerokie pole do popisu i mogą przywoływać szereg metod, których zadanie polega właśnie na odkrywaniu różych aspektów naszej duszy. Literaturze oczywiście także są nieobce tego rodzaju historie.&lt;br /&gt;Do jakiego stopnia nasza osobowość jest jakością spójną? Czy prawdą jest, że nasza jedność jest iluzją? Może jest nas wiele? Może płynne przechodzenie od roli do roli jest naturalną czynnością czy wręcz potrzebą człowieka? W jakim stopniu nasze wyobrażenie o nas samych prowadzi do tego, że tę wewnętrzną rozmaitość próbujemy siłą woli okiełznać i sprzedać światu jako jedność?&lt;br /&gt;Pytania możemy mnożyć - ważne jest, iż bardzo prawdopodobna jest taka koncepcja ludzkiej osobowości, zgodnie z którą jesteśmy w stanie w sobie odnaleźć i świętego ascetę szczerze wyznającego Bogu swą wiarę i żądnego krwi mściciela wszelkich krzywd ludzkich (a może tylko dającego wyraz swemu egoistycznemu niezadowoleniu, że świat nie pasuje do jego wyobrażeń) - niemal w jednej chwili.&lt;br /&gt;Bo w każdym z nas być może cały ludzki świat kłębi się nierozpoznany.&lt;br /&gt;I im jesteśmy starsi i im bardziej jesteśmy konfrontowani z różnorodnymi doświadczeniem, tym pełniej rozpoznajemy ten świat w sobie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bardzo prosto ukazuje to w swoim filmie Aronofsky. Nie można przekonująco zagrać Czarnego łąbędzia, jeżeli nie przekroczyło się progu pokoju dziecinnego.&lt;br /&gt;Ale przekroczeniu musi towarzyszyć wewnętrzne oswajanie tej przestrzeni; świadomość siebie. 'Dojrzałość' chciałoby się powiedzieć, ale nie przepadam za tym słowem.&lt;br /&gt;Mistrz, do którego mamy zaufanie i który nie igra naszymi emocjami w celu osiągnięcia ambicjonalnego sukcesu. Musi istnieć istotne wsparcie - na zewnątrz albo w nas (i szczerze powiedziawszy nie wiem do końca na czym to wszystko polega; wiem, że pewne procesy są nieuniknione czy wręcz konieczne, by życie miało sens, ale nie wiem, czy istnieje teoria i praktyka z niej się wywodząca, która zapewniałaby stuprocentową gwarancję, że nasza psychika nie wypadnie na stałe z kolein podczas doświadczania takiego procesu).&lt;br /&gt;Nitka Ariadny, która wyprowadzić może z ciemnego labiryntu po okiełznaniu wewnętrznego potwora na światło dnia.&lt;br /&gt;Nieprzypadkowo procesy inicjacji wpisane były w różne obrzędy rytualne, nad którymi czuwali doświadczeni szamani.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Thomas chwilami wydaje się być takim szamanem. Historia opowiedziana jest w taki sposób, że mamy wrażenie, że manipuluje on Niną bardziej, niż to widać w momentach, gdy ją agresywnie uwodzi. Stwarza swoisty teatr. Zręcznie kreuje sytuacje, które wyzwalają w niej emocje niezbędne, by zerwać pępowinę łączącą ją z matką i przekonująco odwołać się do ciemnych pokładów własnej psyche. Ale on Mistrzem jednocześnie nie jest. Tłumione przez lata Siły wymykają się na wolność i biorą we władanie życie wewnętrzne Niny.&lt;br /&gt;Ale poczuła się doskonała; doskonałość ta udzieliła się także widzom.&lt;br /&gt;Podczas całego spektaklu przeszła od roli niewinnej a nawet niezdarnej dzieciny, przez morderczego demona, po zawiedzioną, z żalem przyglądającą się światu pełną Ninę.&lt;br /&gt;Czy ta śmierć to smutne zakończenie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chwilami przemykały mi ciarki po plecach...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Czarny łabędź, reż. Darren Aronofsky&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-8632478023145539778?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/8632478023145539778/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/01/szamanski-balet.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/8632478023145539778'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/8632478023145539778'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/01/szamanski-balet.html' title='Szamański balet'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-1193359754758417195</id><published>2011-01-24T17:25:00.006+01:00</published><updated>2011-01-24T20:14:26.358+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kryminał'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='starość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='lewactwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='obok Śmierci'/><title type='text'>O Wallanderze i epistemologii</title><content type='html'>Teoretycznie powinno to być pożegnanie z Wallanderem.&lt;br /&gt;Ale przecież dzięki przypadłości zwanej słabą pamięcią będę do niego wracał jeszcze nie raz... przypadłość ta pozwala przeżywać pewne przyjemności po wielokroć. Niezależnie od tego, że jest to kolejna rzecz, która sprawia, iż mogę tak mocno utożsamiać się z bohaterem tego kryminału.&lt;br /&gt;Odchodzi z pierwszymi oznakami Alhzeimera. I fragmenty, w których ich doświadcza są przerażające. Jest ich 'tylko' kilka i gdzieś na marginesie, ale wystarczyłoby jedno, by wzbudzić niepokój starzejącego się czytelnika. &lt;br /&gt;Tak, jakbym w autobusie do pracy nagle się zorientował, że nie wiem, co w nim robię, dlaczego wsiadłem, dokąd zmierzam...&lt;br /&gt;to nie jest banalna myśl o tym, że się nie wie, czy się wyłączyło gaz przed wyjściem z domu&lt;br /&gt;to nie zagubiona klasówka&lt;br /&gt;to czarna studnia&lt;br /&gt;ciemna otchłań niebytu&lt;br /&gt;Teraz, z którym nie wiadomo, co uczynić...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powieść, która już w niewielkim stopniu jest kryminałem. Ale by przejąć się losem bohatera, trzeba mieć w pamięci pozostałe części cyklu, które niezależnie od szerokiego tła społecznego reprezentowały w pełni ten gatunek. I nie chodzi mi tylko o to, że mamy w tej powieści do czynienia z wieloma nawiązaniami do przeszłości bohatera; istotniejsza jest dla mnie bliska znajomość tego człowieka, z którą w ciągu ostatnich lat mocno się zżyłem.&lt;br /&gt;Wiadomo dlaczego:&lt;br /&gt;bo wiek podobny, bo ta Szwecja jakoś mi Polskę przypomina, bo przywary i pragnienia bohatera podobne, bo samotność (a Nyrberg chce się wynieść na najbardziej odległe pustkowie)&lt;br /&gt;Ale to wszystko wiadomo... (piszę to, by troszkę się rozkręcić, bo palce odwykły od klawiatury, a myśli jak na razie nazbyt leniwie poddają się skojarzeniom)&lt;br /&gt;Być może nie jest to najgenialniejsza powieść o procesie starzenia. A sprowadzenie bohatera do domu, w którym się wychował i w którym od miliona lat nie był, zdawać się może nazbyt banalne. Być może...&lt;br /&gt;Ale przecież wędrówki świadomości sprowokowane miejscem, w którym kiedyś tam coś istotnego przeżyliśmy, mają miejsce nie tylko w wieku 60 lat. Zaczynają się dość szybko; wtedy, gdy doświadczenia zapisują w naszej pamięci narrację życia własnego układającą się w jakąś sensowną całość. Pojawiają się wtedy rozdziały, które wydają się już zamknięte. W tym momencie zaczynamy się starzeć... Jeszcze nie o śmierci myślimy, ale już mamy poczucie, że któregoś siebie opuściliśmy być może (ilu nas mamy już za sobą, ze złudnym poczuciem jednorodnej tożsamości? m.in. pisze o tym Barnes w "Nie ma się czego bać" - to jeden z tych tekstów, o którym pisać chyba nie można, a który warto czasami zacytować, co chyba zacznę czynić, gdy od pisania powstrzymać się nie będę mógł, a od siebie nic nie będę miał do powiedzenia) . Im dalej, tym takich momentów więcej, aż do czasu, gdy nie trzeba żadnego stymulatora z zewnątrz; wystarczy usiąść w fotelu i spoglądać niewidzącym wzrokiem w okno...&lt;br /&gt;"Niespokojny człowiek" mógłby być opatrzony przypisami tak, by ten, kto dopiero poznaje komisarza z Ystad, wiedział, w której powieści cyklu odnaleźć dopełnienie. I myślę, że to także mógłby być interesujący sposób czytania Mankella.&lt;br /&gt;To co szczególnie lubię w sposobie myślenia komisarza a pewnie i jego kreatora, to przekonanie, że nie dane nam jest dojście do pełni prawdy o rzeczywistości. Kryminał jest gatunkiem, który szczególnie nadaje się do wyeksponowania tej oczywistości. Bądź co bądź jego istota polega właśnie na tym, na poszukiwaniu faktów, które ułożą się w sensowną narrację, którą uznajemy za prawdę. W tej powieści było to szczególnie widoczne, tak jakby autorowi chodziło o wyeksponowanie m.in. tej zasady. Wallander skutecznie manipulowany układa sobie w głowie historię, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Tyle że jego intuicja podpowiada mu, że coś w tej historyjce nie gra. I to jest druga rzecz, którą szczególnie u niego lubię (choć niektórzy mogliby uznać, że jest to jeden z tych elementów jego utworów, które obniżają ich wartość jako kryminału; bo przecież zagadka powinna być rozwiązywana logicznie i konsekwntnie opierać się na racjonalnym rozumowaniu), to że czasami wie, iż coś nie pasuje. Wie, że nasze postrzeganie rzeczwyistości nie sprowadza się li tylko do świadomości; że rejestrujemy więcej niż nam się wydaje i że czasami warto zaufać takiemu Dajmonionowi...&lt;br /&gt;W zakończeniu okazuje się, że nie wszystkie klocki lego komisarz potrafił do siebie perfekcyjnie dopasować. I nie robił tego na siłę. Wiedział, że mamy dostęp tylko do skrawka a i jego nie możemy być pewni. Prawda o świecie to nie klocki lego, choć bardzo byśmy tego pragnęli. I to nasze pragnienie (ta nasza skłonność do układania życia w klarowne narracje) powoduje, że gdy już sensownie poukładamy fakty w całość, to trudno jest nam dopuścić, że możliwa jest wersja alternatywna; wersje...&lt;br /&gt;(od kilku minut dobija mi się do świadomości Porfiry ze "Zbrodni i kary", mistrz dedukcji a jednocześnie człowiek, ktory stanął przed tym samym problemem: z tych samych faktów można ułożyć przeróżne narracje i ta sama osoba może się okazać świętym bądź złoczyńcą - i tak też jest u Mankella)&lt;br /&gt;Mankell ukazuje ten sceptycym epistemologiczny w sposób jeszcze bardziej drastyczny. Sporo w tej ostatniej powieści mowy o różnych małżeństwach, które są jakimiś tam zwierciadlanymi odbiciami kłopotów rodzinnych samego bohatera. Czyż fakt, że można przeżyć z kimś kilkadziesiąt lat i nie wiedzieć o nim rzeczy najistotniejszych (dotyczy to także relacji rodziców i dzieci - Hans, który dowiaduje się w sumie przez przypadek, że ma siostrę... i to nie przyrodnią, co jeszcze byłoby jakoś zrozumiałe), nie czyni z istoty ludzkiej ontologicznego samotnika... skazanego tylko na siebie... ? a i to jest niepewne... bo przecież to, iż każde z małżonków (Kurt i Mona) zachowało pamięć o pewnych zdarzeniach w dwu zupełnie różnych wersjach (nota bene za prawdę wśród postronnych uznawana jest przeważnie ta wersja, która jest pewniej formułowana; jeśli człowiek ma świadomość gierek, w które zabawia się z nami nasza pamięć, jest z góry na straconej pozycji - jego prawda jest paradoksalnie mniej wiarygodna; przypomniał mi się tekst z ostatnich warsztatów teatralnych: 'nieważne czy robisz to dobrze, rób to pewnie' - kolejny dowód na to, jak bardzo życie jest teatrem)  nie stawia pod znakiem zapytania także naszych wspomnień, z których układamy narrację naszego życia czyli w sumie naszą tożsamość...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mimo że szwedzka prowincja tak bardzo przypomina Polskę a firma Wallandera i próby jej udoskonalenia pozwalają nam (mi) w niej dostrzegać odpowiednik instytucji, w których zarabiamy na podtrzymanie swego bytu biologicznego (ciągłe pozorne reformowanie, które służy pijarowi a w żaden sposób nie przyczynia się do podnoszenia jakości pracy; bożek statystyki, który odpowiednio manipulowany jest w stanie wykazać, że działania szefów przynoszą realne korzyści społeczeństwu...itd - kolejny przyczynek do rozważań o prawdzie...), to jest wątek kryminalny tej powieści, który Polakowi niekoniecznie musi przypaść do smaku. Polakowi w wieku powiedzmy 50 lat... (choć to mój wiek, to nie w pełni siebie mam na myśli). Jeśli dobrze pamiętam (!), to w latach powiedzmy 70. czy 80. postrzegaliśmy USA jako właśnie tego Dobrego, który zbroi się przeciwko Demonowi ZSRR. I dlatego myślenie szwedzkeigo patrioty, który w tych samych latach mógł uznawać, że przyzwolenie na ingerencję w sprawy neutralnej ojczyzny każdego (!) z tych mocarstw jest zdradą, może nam się wydawać obce. Wystarczy przypomnieć sprawę pułkownika Kuklińskiego; kto w Polsce uważa go za zdrajcę? Myślę, że do dzisiaj mamy z tym kłopot (tortury amerykańskich jeńców w Polsce). A ta książka w istotny sposób i tego problemu dotyka. Miarą naszego XIX-wiecznego patriotyzmu było przeciwstawianie się roli, jaką pełniła wtedy Rosja - roli europejskiego żandarma. Jakoś nie mamy problemu z tym, by zaakceptować Stany w roli światowego policmajstra.&lt;br /&gt;Mankell jest lewakiem i stąd zapewne taki obraz praw rządzących tym światem w jego powieści. Dał temu wyraz biorąc udział w "Flotylli pokojowej na rzecz Strefy Gazy". Ludzie wychowani w PRLu patrzą przeważnie na tego rodzaju działania jak na dziwactwa rozpieszczonych burżujów z Zachodu. A ja, nie wnikając w tej chwili w meandry współczesnej polityki swiatowej, o której wiem tylko tyle, ile mi jej szeroko pojęte media sprzedadzą, cenię sobie tego rodzaju działania. I nie chodzi mi o wzniosłe (i być może naiwne) cele, które im przyświecały, ale o to, że prowokują mnie one do spojrzenia na ten świat także z ich punktu widzenia.&lt;br /&gt;I za to chyba cenię świat, którego dożyłem: nie pozwala mi usnąć w zakrzepłej epistemologiczej koleinie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Figurą tej powieści jest dla mnie scena wizyty Wallandera u Signe, siostry Hansa; kobiety czterdziestoletniej, niemającej od urodzenia strun głosowych, która urodziła sie bez obu rąk, z wrodzoną wadą mózgu i niedorozwojem kręgosłupa...&lt;br /&gt;nie wiadomo, czy była świadoma swego cierpienia (Bóg bywa łaskawy); być może rozpoznawała odwiedzającego ją ojca po głosie...&lt;br /&gt;i tylko jej ojciec wyznawał podczas wizyt swoją prawdę&lt;br /&gt;symbol człowieka, któremu mógł zaufać&lt;br /&gt;symbol Człowieka&lt;br /&gt;który nie wiadomo, co myśli&lt;br /&gt;kim jest&lt;br /&gt;choć kilkadziesiąt lat takiej egzystencji świadczy o potędze pragnienia życia&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A ojciec w swym pamiętniku, który pewnie był manipulacją, której miał ulec Wallander zanotował:&lt;br /&gt;"Pod powierzchnią faktów&lt;br /&gt;Nikt nie widzi&lt;br /&gt;Co się dzieje".&lt;br /&gt;Nawet, gdy chcemy wprowadzić w błąd, nieopatrznie dajemy świadectwo prawdzie. Bo mówimy więcej, niż mamy tego świadomość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;H.Mankell: Niespokojny człowiek&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-1193359754758417195?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/1193359754758417195/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/01/o-wallanderze-i-epistemologii.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/1193359754758417195'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/1193359754758417195'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2011/01/o-wallanderze-i-epistemologii.html' title='O Wallanderze i epistemologii'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-7258827349362189055</id><published>2010-09-01T18:39:00.006+02:00</published><updated>2010-09-01T20:20:07.683+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hamlet'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='narracje historyczne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino amerykańskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='historia literatury'/><title type='text'>Wpis okolicznościowy</title><content type='html'>Do jednego z miesięczników dołączono dzisiaj film "Na zachodzie bez zmian".&lt;br /&gt;Słynna powieść Ericha Marii Remarque'a.&lt;br /&gt;Manifest pacyfizmu.&lt;br /&gt;Zdobył sobie to miano dzięki bezkompromisowemu ukazaniu tego, co działo się w okopach niemieckich podczas I wojny światowej. Bezkompromisowemu, bo autor uświadamia tym, którzy komentują działania wojenne z perspektywy cichego, nienarażonego na działania wojenne miasteczka, czym w praktyce jest wojna w XX wieku. Odziera ją z 'ducha' wielkości ukazując człowieka, który nurzając się w błocie, omijając porozrzucane cząstki ciał przyjaciół i wrogów, wyzwala w sobie najbardziej atawistyczne cechy, by przetrwać.&lt;br /&gt;Remarque swą powieść pisał w roku 1927; film nakręcony w 1979 (30 lat tylko nieco osłabiło siłę jego oddziaływania) jest remake'em pierwszej ekranizacji z 1929 roku. Po cóż te daty? By mieć świadomość miary: nasza wrażliwość na okrucieństwa ukazywane na ekranie czy na zdjęciach jest już bardzo otępiała i niekoniecznie wyzwala w trakcie ich oglądania reakcje pacyfistyczne. A rok 1927 jest o tyle istotny, że sprowokował mnie do zrobienia małego wypadu w stronę polskiej literatury tego czasu. Bo cóż niebanalnego można by napisac dziś o okrucieństwie wojny czy też o pacyfizmie (choć muszę powiedzieć, że pokrewne tematy z cyklu "bić się czy nie bić" często plączą mi się po głowie i nie zawsze jestem w stanie jasno orzec, jaka jest moja ocena np. naszych powstań).&lt;br /&gt;Natomiast początek dwudziestolecia międzywojennego jest jednym z tych momentów, które są świadectwem tego, jak bardzo pod pewnym względem nieeuropejscy byliśmy. Bo powieść Remarque'a nie była jedynym głosem tego czasu na temat absurdalności wzajemnego wyżynania się przez gatunek zwany człowiekiem (w Polsce dopiero w 35 wyszła "Sól ziemi" Wittlina, w której jednak tylko pewne akcenty pacyfistyczne są obecne). Setki żołnierzy powracających z okopów tej pierwszej nowoczesnej wojny już nigdy nie potrafiło uwierzyć w człowieka a tym bardziej w Boga. Tylko nie u nas... bo myśmy dzięki tej wojnie niepodległość odzyskali. Dla nas nie była ona świadectwem koszmaru, który ludzie z taką beztroską są w stanie sobie zafundować (u nas wiadomo - ten temat dopiero po obozach koncentracyjnych i łagrach się pojawił), lecz zrządzenia losu, Boskiej opatrzności, która jednak czuwa nad naszym narodem. Ta wojna nie była dla nas przekleństwem.&lt;br /&gt;Tak to sobie myślałem ogladając ten film - niekoniecznie pacyfizm, lecz okrutny relatywizm w postrzeganiu historii. I patrząc na rozpadające się w powietrzu ludzkie ciała miałem w głowie jednocześnie radosny klimat twórczości młodych Warszawiaków: Tuwima, Wierzyńskiego, Jasieńskiego... i ożeniwszy ten wojenny naturalizm z niepodległościowym witalizmem jakoś przestałem się dziwić, że mniej więcej w tym samym czasie w spokojnej Szwajcarii zrodził się najbardziej nonsensowny kierunek w sztuce, czyli dadaizm...&lt;br /&gt;Ale i jeszcze jedna myśl, być może nieprzypadkowa, do głowy mi się zakradła.&lt;br /&gt;Jest taka scena w "Hamlecie":&lt;br /&gt;Hamlet: Co to za wojska łaskawy panie?&lt;br /&gt;Kapitan: Norweskie.&lt;br /&gt;Hamlet: A przeciw komu ciągną (...)?&lt;br /&gt;Kapiat: Idą na Polskę. (...)&lt;br /&gt;Hamlet: Czy wojna toczy się o cała Polskę,&lt;br /&gt;Czy też o jakiś teren przy granicy?&lt;br /&gt;Kapitan: Prawdą a Bogiem, bez fantazjowania,&lt;br /&gt;Idziemy zdobyć mały skrawek ziemi:&lt;br /&gt;Ma to-to nazwę, ale nic poza tym.&lt;br /&gt;Za pięć dukatów nie wziąłbym w dzierżawę&lt;br /&gt;Tego zagonu. I zresztą Norwegia&lt;br /&gt;Czy Polska więcej na nim nie zarobią,&lt;br /&gt;Gdyby go nawet od ręki sprzedały.&lt;br /&gt;Hamlet: No, to Polacy nie będa go bronić.&lt;br /&gt;Kapitan: A będą, będą: już tam wojska stoją.&lt;br /&gt;Hamlet: Więc warto gubić dwa tysiące dusz,&lt;br /&gt;Tracić dwadzieścia tysięcy dukatów,&lt;br /&gt;Żeby rozstrzygnąć spór o to źdźbło słomy?&lt;br /&gt;(...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz w zasadzie należałoby przytoczyć cały monolog Hamleta, w którym przeciwstawia on swą opieszałość w działaniu zaangażowaniu mijających go wojaków. Krótki fragment:&lt;br /&gt;Choćby te wojska, tłumne i kosztowne,&lt;br /&gt;Pod wodzą księcia, wiotkiego młodzika,&lt;br /&gt;W którym ambicją napełniony duch&lt;br /&gt;Drwi sobie z przyszłych niewidocznych następstw,&lt;br /&gt;Gotów narażać niepewną doczesność&lt;br /&gt;Na groźby losu i ryzyko smierci&lt;br /&gt;W walce o byle co - skorupkę jajka!&lt;br /&gt;Prawdziwie wielki jest nie ten, kto czeka&lt;br /&gt;Na wielki powód do boju, lecz ten&lt;br /&gt;Dla kogo słomka to powód dość wielki,&lt;br /&gt;Kiedy w grę wchodzi honor.&lt;br /&gt;(Barańczak oczywiście jako tłumacz; wiem, że cytat długi, lecz Szekspira nigdy za wiele:-))&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co by powiedzieli żołnierze toczący bezsensowne śmiertelne boje o przesunięcie frontu o 8 km; boje, w których poległo pół miliona tych, którym Hamlet tak zazdrości woli czynu. I honoru...  Może jednak lepiej pozostać Hamletem na etapie wątpliwości podejrzewanym o szaleństwo niż być dzielnym Fortynbrasem, który bez mrugnięcia okiem wyśle na front najbardziej żywotną część swego narodu. Hamlet poszukuje sensu i daje wyraz bezpodstawnej nadziei, że ci, którzy stają się mięsem armatnim, ten sens odnaleźli. Jeżeli już, to chyba tylko redukując, tę zgubną dla bohatera Szekspira, zdolność do refleksji - by nie wylądować w szpitalu psychiatrycznym. Zdecydowanie łatwiej funkcjonuje się w świecie wyzbywszy się potrzeby sensu. Na pewno łatwiej się zabija...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wpis jest okolicznościowy, bo dziś 1. września; dzień, w którym wybuchła ta wojna, która dla nas jest taką traumą jak dla zachodu była już ta, która wybuchła w 1914.&lt;br /&gt;Dziś jest 1. września i już od jutra będę gadał o Szekspirze, Tuwimie, dwudziestoleciu... ale trochę inaczej:-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Erich Maria Rearque: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Na zachodzie bez zmian&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;reż. D. Mann&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-7258827349362189055?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/7258827349362189055/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/09/wpis-okolicznosciowy.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7258827349362189055'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7258827349362189055'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/09/wpis-okolicznosciowy.html' title='Wpis okolicznościowy'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-1509857288570223486</id><published>2010-08-29T07:29:00.013+02:00</published><updated>2010-08-29T17:59:20.438+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino amerykańskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino spoza...'/><title type='text'>Opowiedzieć siebie światu</title><content type='html'>Wydaje się, że jest to jedna z przyrodzonych cech ludzkich: pragnienie opowiedzenia siebie komuś. Nie wiem, czy nawet nie jest ona bardziej immanentnie ludzka niż potrzeba bliskości, bo ta druga przecież niemal całego zwierzęcego świata dotyczy. Można by zadać pytanie (na które odpowiedzi niewątpliwe nie poznamy): czy nie leży ona u źródeł literatury czy sztuki w ogóle? Co jest bardziej pierwotne: żywioł liryczny (nastawiony na ekspresję nadawcy) czy dramatyczny bądź epicki (sprawiający wrażenie, że obiektywną wizją świata przedstawionego zainteresować chce odbiorcę przede wszystkim) w tekstach, które jako pierwsze przekraczały funkcję li tylko komunikacyjną? Te banalne pytania można by mnożyć, aczkolwiek nie sądzę by były one tak nieaktualne. Bo gdzieś tam w swej istocie dotyczą tematu (w różny sposób formułowanego) przewijającego się we współczesnych dyskusjach o sztuce - kto jest ważniejszy: nadawca czy odbiorca dzieła? Która funkcja ważniejsza: czy ta związana z zabawą i relaksem, czy też ta odnosząca się do problemów nurtujących świat współczesny? W skrajnych przypadkach materią sztuki staje się sama sztuka a jej tematem ten, kto ją tworzy. Kogo to może interesować? Chyba tylko tych, którzy dostrzegają w refleksji sztuki nad samą sobą kwintesencję refleksji na temat sztuczności środków komunikowania się w ogóle pomiędzy ludźmi a w egzystencji artysty przykład, czasami skrajny z racji jego specyficznej wrażliwości (zakładamy, że ma taką), na fundamentalny konflikt pomiędzy człowiekiem i światem go otaczającym.&lt;br /&gt;No tak, ale moja wstępna dygresja dość mocno się rozbujała kosząc po drodze wszystkie najistotniejsze problemy związane ze sztuki ontologią. A ja powrócę do zasadniczego pytania: skąd w człowieku taka potrzeba narzucenia innym narracji o sobie samym? Niby ona nie wszystkich dotyczy, nie każdy już po pierwszym piwie ma ochotę uraczyć mniej lub bardziej przypadkowych towarzyszy opowieścią o tym, że żona go zdradza i że miało być inaczej a u niego same dobre intencje. Są tacy, którzy nawet po zachęcie: "Powiedz coś o sobie" nie są skłonni do wynurzeń na swój temat. Według psychologów czynią źle. Nie powinni prawdy o sobie (jakkolwiek by ją pojmowali) skrywać przed światem, bo prędzej czy później ich zdrowie psychiczne może na tym ucierpieć. Nieprzypadkowo w kościele pojawiła się instytucja spowiedzi...&lt;br /&gt;Ad rem...&lt;br /&gt;W sumie to mógłbym zacząć inaczej - od krótkiej refleksji na temat "Wyznań" Augustyna bądź Rousseau, czyli dzieł, których tytuły mówią już same za siebie. Mogłyby one wskazywać na to, że trzeba być kimś szczególnym, by swym jestestwem a szczególnie refleksją na jego temat kogoś zainteresować. "Pamiętniki" Paska przeczą jednak tej opinii. Szczególne zainteresowanie różnorodnymi autokreacjami (bo przecież zawsze z czymś takim mamy do czynienia) dotyczy także tych tzw. przeciętnych. Bo choć banalny i zwyczajny sąsiad nie jest (przeważnie) w stanie zainteresować nas swymi wynurzeniami (szczególnie, gdy jest po którymś głębszym - tu warto zwrócić uwagę na jednego takiego, którego losem fascynują się od ponad stu lat kolejne pokolenia czytelników, czyli Marmieładowa; przykład niby literacki, ale jeżeli uświadomimy sobie, że ojciec pisarza był pierwowzorem tej postaci, to możemy wagę tej wątpliwości zawiesić), to przeciętniak z innej epoki już zaczyna budzić nasze zainteresowanie. Z jednej strony chcemy się po raz kolejny przekonać, że mentalność ludzka tak naprawdę niewiele się zmienia, z drugiej chcemy się pocieszyć być może, że gdy tworzyły takie gwiazdy jak np. Jan Andrzej  Morsztyn, to tzw. przeciętna większość nie wiedziała o jego istnieniu, a więc nie mamy co mieć kompleksów, że nie jesteśmy au courant wobec najnowszych wydarzeń w sztuce.&lt;br /&gt;Opowiadamy o sobie nie tylko słowami. Facebook jest przykładem w tej chwili chyba najbardziej masowego upubliczniania własnego bytu. Ilość zdjęć zamieszczona na tym portalu jest chyba najmocniejszym argumentem na istnienie potrzeby, której dotyczy tytuł wpisu. Można oczywiście zapytać, czy jest to potrzeba szczerej spowiedzi czy autokreacji? A może jeszcze czegoś innego, np. ucieczki od anonimowości.&lt;br /&gt;I jeszcze jedno: pragnienie uwiecznienia siebie w przeróżnych okolicznościach. Banałem już stało się to, że jeżeli w jakiejś atrakcyjnej turystycznie okolicy nie dysponujemy aparatem lub kamerą, to pobyt w tym miejscu nagle pozbawiony jest istotnej części uroku. A więc fotografujemy i filmujemy siebie od najmłodszych lat. I tak jak pismo zabiło pamięć, to być może zdjęcia (i filmy oczywiście) zabijają indywidualne doświadczanie świata.&lt;br /&gt;Narracja o naszym życiu zaczyna sprowadzać się do ciągu zdjęć i fragmentów filmów. Znika z pamięci to, co było poza kadrem. Tym bardziej, że każdy na temat rzeczywistości niesfilmowanej może mieć inne zdanie (nie tylko chodzi o opinie ale także o fakty - nie będę tego rozwijał, bo i tak moja dygresyjność rozbrykała się dziś ponad miarę, ale fascynująco pisze o tym Barnes w książce "Nie ma się czego bać"). Ale jakże często (zbyt często) zapominamy o banalnej (przynajmniej od połowy XX wieku) prawdzie sformułowanej przez Mc Luhana, że "środek przekazu jest także przekazem" (ostatnio mój bliski [mogę tak chyba Jacku powiedzieć:-)] znajomy po odkryciu barwnych zdjęć sprzed stu lat żartobliwie dał wyraz swemu zdziwieniu, że wtedy świat nie był czarno-biały; zrobił to oczywiście na facebooku:-)). No i to co najważniejsze: techniczna strona środka przekazu a także konwencja kształtują nasze wyobrażenie o świecie przedstawionym czy to na zdjęciu, czy też filmie. O prawdzie na temat tegoż świata. I choć nie jestem zwolennikiem relatywizmu co do istnienia Prawdy, to jednocześnie cechuje mnie radykalny(!) sceptycyzm wobec jakichkolwiek prawd na temat tego świata formułowanych przez kogokolwiek (znowu - nie będę pisał o tym czynniku ludzkim, który związany jest z intencjami, uprzedzeniami itp. i który dodatkowo to wyobrażenie o prawdzie wypacza).&lt;br /&gt;O sztuczności sztuki zapominamy szczególnie wtedy, gdy oglądamy filmy reprezentujące wypracowany przez Hollywood "styl zerowy", którego celem jest pozostawienie w widzu pewności, że obserwował świat bez pośrednictwa żadnego medium. Jakże zaczynamy się denerwować, gdy twórca, chcąc nam przypomnieć, że to konwencja li tylko jest, istnienie tego medium nam uświadamia. Sposoby są oczywiście przeróżne (np. manifestacyjna, czyli przesadna obecność konwencji) - zawsze wytrącają widza z błogiego obserwowania akcji w poczuciu, że świat jest właśnie taki. Jak wiemy, wchodząc na sale kinową (czy też teatralną oczywiście) zawieramy swoisty kontrakt, bo przecież nie jest tak, że wierzymy tak naprawdę naprawdę. Ale czasami mam wrażenie, że kontrakt ten jest tak głęboko uwewnętrzniany, że nie jesteśmy w stanie zaakceptować stylu opowieści, która dotyczy nie tylko przygód bohatera, lecz także sposobu opowiadania o nich.&lt;br /&gt;Czas chyba przejść do źródeł tych moich dzisiejszych dygresji.&lt;br /&gt;Przyczyną tego ciągu przyczynkarskich refleksji na temat sztuki jest film Jonathana Caouette'a "Tarnation"; zwycięzca festiwalu Era Nowe Horyzonty w roku 2005 (zaznaczam to, ponieważ dopiero w tym - 2010 - roku po raz pierwszy na tym festiwalu byłem i jakoś nie potrafiłem nic o nim napisać, a ten film mógłby być swoistym odzwierciedleniem tego, co wydaje się istotą tej wakacyjnej imprezy, więc refleksja na jego temat w pewnym stopniu zastępuje wpis dotyczący festiwalu).&lt;br /&gt;Wszystko, co dotąd napisałem, w jakiś sposób odnosi się do tego filmu. I ponieważ uciekam od pisania tekstów przypominających recenzję, nie będę tego mocno uszczegóławiał.&lt;br /&gt;Kilka słów tylko... (być może kilka)&lt;br /&gt;Film - bolesna spowiedź, czy też - jak chcą niektórzy - swoista terapia.&lt;br /&gt;Bo jest to wyznanie człowieka mocno poharatanego. Opowieść o  ranach, które pozostawia na człowieku rodzina. Ale też o potrzebie a i o istnieniu(!) miłości.&lt;br /&gt;Film opatrzony etykietką - dokument...&lt;br /&gt;Bohaterem i autorem jest Jonathan Caouette, który od 11 roku życia z pasją się fotografował a przede wszystkim - filmował. Posiada chorobliwą skłonność do autokreacji wynikającą ze zdiagnozowanej depersonalizacji. Oglądając film odnosimy wrażenie, że Jonathan wtedy, gdy nie jest obecny w kadrze, nie istnieje. I być może jest to pewien rodzaj prawdy psychologicznej odzwierciedlającej w ekstremalnym stopniu to, o czym wcześniej pisałem - tę niezbędną człowiekowi współczesnemu potrzebę uwieczniania się, kreowania własnego wizerunku na potrzeby publiki. Tym bardziej, że utwór zmontowany jest z fragmentów amatorskich filmów, zdjęć, wypowiedzi nagranych na automatyczne sekretarki, czyli z materiałów, które każdy z nas gromadzi w domowych archiwach. A więc środek przekazu staje się tym razem bardzo widocznym tematem dzieła. I paradoksalnie taki kształt formalny filmu wzmacniać może sceptycyzm odbiorcy co do prawdziwości tegoż przekazu. Paradoksalnie, bo przyjęła się już konwencja polegająca na tym, że jeżeli tworzymy film niedoskonały technicznie, na poziomie amatorskim - to jest on bliższy prawdy. Ale przecież, nawet jeżeli te materiały są autentyczne, to przecież także obarczone grzechem (dla niektórych błogosławieństwem) konwencji i ograniczeń technicznych.&lt;br /&gt;Nie wiemy, jaka jest Prawda. Nawet ta najistotniejsza - dotycząca genezy tego, kim jesteśmy. Nawet jeżeli dysponujemy bardzo bogatym archiwum rodzinnym, to i tak wiedzieć będziemy tylko tyle, ile wyczytać jesteśmy w stanie z ułomnego środka przekazu.&lt;br /&gt;Los Jonathana naznaczony jest bolesną traumą - min. związaną z chorą psychicznie matką. Film zdaje się mówić, że terapia jest niemożliwa - strach przed genetycznym dziedzictwem pozostanie... Ale jednocześnie, mimo tak radykalnego podkreślenia sztuczności każdej opowieści - nawet tej najbardziej intymnej - autor daje szansę życiu. Paradoks - ale banalnie oczywisty: o życiu opowiadać można tylko za pomocą jakiegoś środka przekazu; tylko w ramach konwencji dajemy innym świadectwo życia...&lt;br /&gt;Reszta jest milczeniem:-)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tarnation&lt;/span&gt;, reż. Jonathan Caouette&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;P.s. W całym tym wywodzie nie wspomniałem o tzw. blogosferze, czyli świecie, który swą popularność zawdzięcza min. właśnie tej potrzebie mówienia o sobie. Nie ma wątpliwości, że mój blog także takiej potrzebie czyni zadość. Czyni to jednak nie wprost. Komunikuję siebie poprzez opowieści o tym, co przeczytałem czy - częściej - obejrzałem. Czasami nawet komunikuję siebie sobie. Należę do tych, którzy zdziwieni są faktem, że ludzie potrafią szczerze i bezpośrednio o sobie opowiadać nie czując zażenowania. Tym bardziej, że jestem przekonany, że niewiele o sobie wiemy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-1509857288570223486?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/1509857288570223486/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/08/dygresje-woko-potrzeby-ekspiacji.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/1509857288570223486'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/1509857288570223486'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/08/dygresje-woko-potrzeby-ekspiacji.html' title='Opowiedzieć siebie światu'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-1768067311357320759</id><published>2010-08-20T21:53:00.009+02:00</published><updated>2010-08-21T07:12:55.552+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino amerykańskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wody pierwotne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pewność świata'/><title type='text'>Zemsta Ariadny</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;kolejny wpis Kubie dedykowany&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Nie zamierzałem pisać o tym filmie, ale sprowokowany czy też namówiony spróbuję skrobnąć kilka słów. Może nie o nim samym a o różnych skojarzeniach czy też wątkach nomadycznych, które przecierały swe szlaki podczas tych dwóch godzin w kinie i nieco po nim.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Incepcja&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Lubię filmy Nolana. Niezależnie od tego, czy mam do czynienia z fabułą sensacyjną czy też nieco bardziej dosłownie &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/10/w-labiryncie-pamieci.html"&gt;oniryczną&lt;/a&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;, &lt;/span&gt;lubię być wciągany w jego świat wyobraźni czy też wodzony na pokuszenie&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;jego pomysłami. Byłbym pewnie idealnym przedmiotem penetracji przez specjalistów z jego ostatniego dzieła... choć może nie - pewnie byłoby to dla nich zbyt banalne a i efekt mało satysfakcjonujący, bo tajemnic żadnych ważnych dla przetrwania świata czy innej korporacji nie skrywam.&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;Chyba że chcieliby zaszczepić mi idee wszechświatowej rewolucji... lecz do tego też nie wystarczy pomysł - trzeba mieć jeszcze odpowiednie zaplecze. Stąd wniosek, że przeciętność i niewielkie społeczne znaczenie skutecznie chronią człowieka przed zakusami specjalistów z firmy Cobba. Pozostaje jedynie niepokój co do takich możliwości w ogóle... Skoro już dziś możliwe jest tzw. świadome śnienie (lecz indywidualne z tego co wiem)&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;, &lt;/span&gt;to być może przyszłość jeszcze bardziej otworzy przed nami wrota nieświadomości. Nie sądzę jednakże, by miało to wyglądać tak, jak w filmie Nolana, aczkolwiek reżyser podszedł do koncepcji nader poważnie (nie będę jednak szczegółowo analizował psychologicznych aspektów filmu, bo ani nie czuję się kompetentny, ani też nie uważam, że są one tak niezbędnie konieczne). &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Sen.&lt;br /&gt;Życie snem.&lt;br /&gt;Dawno temu bardzo czytałem opowiadanie Briusowa (o Calderonie nie będzie w tym wpisie, przynajmnie bezpośrednio) napisane na początku XX wieku (tytułu nie pomnę), którego bohaterowie tak bardzo zasmakowali w świecie snu, że śnienie stało się dla nich niezbędnym do 'życia' nałogiem&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;. &lt;/span&gt;Tak bardzo weszli w tę senną rzeczywistość, że zawsze wracali do tego samego marzenia kontynuując tam swoje, w ich przekonaniu - prawdziwe - życie. Jeden z bohaterów filmu Nolana o tego rodzaju nałogowcach mówi: "Oni tu przychodzą, aby się obudzić". Tzw. realny świat w tej sytuacji zaczyna być mniej rzeczywisty. Można by wysnuć z tego wniosek, że sen zawsze jest tą rzeczywistością&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;, &lt;/span&gt;w której wszystko dzieje się zgodnie z naszymi oczekiwaniami. W filmie tak jest: świat Cobba i Mal jest ich ideałem. Pewnie dlatego, że - w przeciwieństwie do nas - posiedli umiejętność świadomego kreowania własnych sennych wyobrażeń. To rzeczywiście musiała być idealna para, skoro ich wyobrażenia nie rodziły żadnych konfliktów. Chyba że mamy do czynienia cały czas tylko i wyłącznie z marzeniem sennym Cobba (który zresztą sam podczas ostatniej rozmowy z Mal mówi, że nie potrafi jej sobie wyobrazić całej - także z wadami). Taa... byłby to dowód, że chyba jednak cały czas siedzimy tylko i wyłącznie w głowie Cobba, w której dokonuje się proces zneutralizowania oddziaływania projekcji Mal... Zresztą Nolan zostawił jeszcze kilka innych śladów, których celem było podważenie naszej pewności co do realności istnienia świata przedstawionego. Takie wirusy... tyle, że nazbyt czytelne i dzięki temu niegroźnie funkcjonować sobie mogą w świecie ludycznym (a otwarte zakończenie przypomina mi &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2010/03/robaki-w-mozgu.html"&gt;"Wyspę tajemnic"&lt;/a&gt; traktującą o podobnej niepewności - no i też di Caprio w środku tego świata). &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Aczkolwiek problem nie ma charakteru tylko i wyłącznie fantastycznego. Gdzie jest to miejsce w mózgu, w którym rodzą się idee? Nasze najbardziej często nieprawdopodobne pomysły? Czy rzeczywiście tylko przez sen jestem w stanie tam wkroczyć, by wpisać tam własny projekt? Wiadomo, że nie. Oczywiście marzeniem wszystkich polityków jest, by taki bezpośredni wgląd do mózgów wyborców mieć (wymieniłem tylko polityków, bo uznałem, że władza jest tą wartością, dla której człowiek jest w stanie najwięcej poświęcić - ale oczywiście mogę się mylić; zaznaczam jednak, że nie tylko o władzę stricte polityczną mi chodzi, a o każdą próbę zdobycia dominacji nad drugim człowiekiem). Przeciętny Polak jako tako kojarzyć powinien słynne cztery słowa: "Daj mi rząd dusz!" Firma Cobba mogłaby mu go zagwarantować ("Co ja zechcę, niech wnet zgadną"... ciekawe, czy Nolan zna Mickiewicza... wiem, wiem, głupie pytanie...).&lt;br /&gt;Ale poza marzeniami tych, którzy dobrem świata tłumaczą swoje niezaspokojone popędy, są też i niepokoje tych, którzy mają rzeczywiście realny wpływ na kształt co niektórych umysłów. Tych, którzy nieopatrznie zasiać mogą ideę, która rozrastać się może już całkowicie poza ich wolą a tym bardziej intencją. Ideę równie katastrofalną w skutkach, jak zasianie sceptycyzmu w nieświadomości Mal przez Cobba.  Omawiając na lekcjach Szekspira czy Dostojewskiego częstokroć sobie myślałem, że to może i dobrze, że uczniowie tak nie bardzo rozumieją, nie doczytali, a może i nie mają pojęcia (wiem, bluźnierstwa belferskie teraz plotę, ale nie o prowokację mi chodzi). Zaszczepić, niczym wirus, w nastolatku istotę monologu Hamleta... czy to nie jest zbrodnia? Albo ostatnie słowa Makbeta? Oczywiście, to zbrodniarz był, ale idea pozostanie w główce być może... a co gorsza w główce tej ambitniejszej właśnie (bo przeciętny pamięta tylko o czarownicach i o tym, że to żona zła była; powiedzmy, że pamięta - niech naiwnym belfrem będę). Nie trzeba podłączać się kabelkami, by mieć poczucie odpowiedzialności za rozrastające się nie w mojej głowie idee.&lt;br /&gt;Idea jak wirus - to chyba ważne w tym filmie jest. Bo to tytuł przecież.&lt;br /&gt;Belferska incepcja - taka mała dygresyjka.&lt;br /&gt;A wracając do filmu...&lt;br /&gt;Niezwykle widowiskowy był. Pejzaże niewątpliwie nie z moich snów. Ale tego się czepiać nie mogę, bo to subiektywne przecież bardzo. Mogę jedynie skonstatować, że marzenia senne projektowanego współczesnego odbiorcy karmić się muszą (tak pewnie zakładają twórcy filmu, a wydając taką kasę, pewnie wiedzą, jak jest) już tylko pejzażem rodem z filmów sensacyjnych, z Bondem na czele oczywiście. Ja wiem, że w tym filmie ktoś taki jak architekt pełnił istotną rolę i zapewne jej projekty odpowiadały wyobraźni pana Fischera, i tym bardziej czuję się coraz bardziej wyalienowany. Do kilku rzeczy, które czynią ze mnie małego outsidera doszła jeszcze jedna: poranna ułomna świadomość marzenia sennego. To, co rankiem pamiętam, jest przeważnie kameralne a przestrzeń sprowadza się do skrawków porzuconego domostwa na tle szerokiego pejzażu. Nie miejskiego oczywiście a natury. A jedyną naturą w tym filmie był ocean - czyli najbardziej powszechny symbol nieświadomości i jej destrukcyjnej siły. Co zresztą znalazło wyraz w pejzażu limbo w zakończeniu filmu (limbo to jest ten poziom piekła, do którego trafiają nieochrzczone duszyczki). Gdybym się znalazł w rzeczywistości, która dominowała w tym filmie, pewnie dość szybko bym się zorientował, że to sen wykoncypowany, by mnie wykorzystać.&lt;br /&gt;Tylko po co?&lt;br /&gt;Marco Polo pozostawił po sobie słynną opowieść o półmitycznym Starcu z Gór i asasynach. Usypiał on mianowicie młodych chłopców (być może odurzał ich haszyszem) - chłopców zdrowych i krzepkich - i następnie przenosił ich do ogrodu rozkoszy. Tam w towarzystwie niewiast niezwykłej piękności oraz innych pomniejszych przyjemności doświadczali czegoś, co niektórzy są skłonni nazywać rajem. Lecz gdy już do tej rajskiej dziedziny przywykli jak do czegoś oczywistego, znowu ich usypiał i przenosił do naszego nudnego świata. A tu, Starzec z Gór dając nadzieję powrotu, czasami  uświadamiając, że to sen dający przedsmak życia pośmiertnego był tylko, mógł zażądać od takiego młodzieńca dokładnie wszystkiego... i byli to najbardziej bezwzględni wojownicy. By powrócić do ogrodu rozkoszy, byli w stanie oddać nie tylko duszę i ciało (czy jest coś jeszcze?).&lt;br /&gt;Film Nolana także i o tym jest. O tej upragnionej bardzo we współczesnym świecie ucieczce ku rajom wydawałoby się odzyskanym (Mal ma zdecydowanie syndrom asasyna). I nieważne czy to jest sen, czy narkotyki. Efekt jest ten sam: zanurzenie się we własnej subiektywności, w której sami sobie hołdy składamy i stawiamy się na podium. Bo nie jest to przecież świat, w którym spotkamy Innego. Nie rozpoznamy go nawet w sobie.&lt;br /&gt;A to jest to, czego na temat snu w tym filmie w zasadzie nie ma: sen - ten niepokojący, pot czasami pozostawiający - konfrontuje nas z tym Innym w nas, którego dotąd nie chcieliśmy poznać.&lt;br /&gt;Di Caprio strzela do armii broniącej Fischera przed manipulacją i Ariadne stwierdza:&lt;br /&gt;- Niszczysz część jego umysłu.&lt;br /&gt;- Nie, to tylko projekcje... - odpowiada on"&lt;br /&gt;Bym powiedział: Skoro te projekcje są tak jawne, to jaki sens znowu je wypierać (nie mówiąc o tym, że Fischer już nie żył - przynajmniej na tym poziomie - a projekcje nadal były w 100% sprawne; jeżeli nie umarł zupełnie, to przynajmniej z aktywnością jego umysłu powinno coś się pogorszyć chyba...) ?&lt;br /&gt;No tak, ale Cobbowi nie na zdrowiu psychicznym Fischera zależało..&lt;br /&gt;I tak moglibyśmy psychologicznie o wielu szczegółach, wieloznacznych bardzo.&lt;br /&gt;Ale chyba nie warto, bo to przecież przede wszystkim sensacyjny film był z pięknym &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=kFRuLFR91e4&amp;amp;feature=related"&gt;utworem &lt;/a&gt;na przebudzenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ps. Jeśli to tylko marzenie Cobba było (a wszystko na to wskazuje), to niezły koszmar i spotkanie z Innym w sobie jak najbardziej ma miejsce. Tylko że on tam pozostał... Zemsta Ariadny w n-tym pokoleniu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ch. Nolan: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Incepcja&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-1768067311357320759?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/1768067311357320759/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/08/zemsta-ariadny.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/1768067311357320759'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/1768067311357320759'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/08/zemsta-ariadny.html' title='Zemsta Ariadny'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-8711308658299394895</id><published>2010-08-17T13:09:00.006+02:00</published><updated>2010-08-17T15:51:37.573+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='postkolonializm'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='lewactwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='z perspektywy kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='z ciemności rodem'/><title type='text'>Wyrzuty sumienia 'kanos'</title><content type='html'>Dopiero teraz przeczytałem pierwszą powieść Majgull Axelsson ("Droga do piekła"). Z tego, co dotychczas poznałem, wydaje się być najmniej magiczna (w sensie dosłownym - niezależnie od narracji podążającej trzema ciągami czasowymi nie dzieje się w niej nic, co byłoby sprzeczne z naszym poczuciem prawdopodobieństwa; w późniejszych utworach - przynajmniej w tych, które &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2010/07/o-tak-zwanym-rozstaju-drog-i-nie-tylko.html"&gt;znam &lt;/a&gt;- mamy już do czynienia z pomysłami odbiegającymi od przeciętnego poczucia rzeczywistości). Poza tym - podobne motywy, ta sama wrażliwość i analogiczny punkt widzenia.&lt;br /&gt;Kobiecy - można by było powiedzieć.&lt;br /&gt;Bo autorka, bo bohaterka...&lt;br /&gt;Ale mylne by to było. Bo choć kuszące jest mówienie o kobietach jako o tej bardziej sponiewieranej części ludzkości (i mi nawet na tym blogu to się czasem zdarza), to jest ono i nieco przebrzmiałe i , w odniesieniu do tej powieści, niepełne.&lt;br /&gt;Jest to utwór poświęcony wyznawcom 'Czarnego Nazarejczyka'.&lt;br /&gt;"To Chrystus Trzeciego Świata. Chrystus odrzuconych. Chrystus samotności".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga do piekła...&lt;br /&gt;czyli gdzie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym, co przeważnie nam się z tym miejscem kojarzy, to temperatura. Na Filipinach, gdzie akcja między innymi się rozgrywa, jej źródłem jest wulkan, którego niespodziewana (a jakże - musi być niespodziewana, boć przecie dziś tego rodzaju kataklizmy muszą zaskakiwać, zbyt przyzwyczajeni jesteśmy do oczywistego status quo będącego źródłem poczucia bezpieczeństwa) erupcja staje się źródłem zniszczenia w tym dosłownym ale i w metaforycznym sensie. Cecylia doświadcza bardzo głębokiego szoku konfrontując swe europejskie współczucie z oczekiwaniami i wyobrażeniami tych, którym chce pomóc. Coraz częściej z tego rodzaju problemem się spotykam. Bo już dawno przecież nie chodzi o to, że świat dzieli się na biednych i bogatych. Nawet nie o to, że ci bogaci wszystko zawdzięczają biednym. I nawet nie o to, że czas z tym skończyć.&lt;br /&gt;Przyswojono już także świadomość szkodliwości i ograniczoności europocentryzmu.&lt;br /&gt;Choć z tym ostatnim problemem wciąż się borykamy myślę. I ta książka między innymi o tym jest. Począwszy od zasadniczego pytania: w jakim stopniu moje współczucie już nacechowane jest właśnie europocentryzmem, a co za tym idzie - poczuciem wyższości. Być może pogardy.&lt;br /&gt;Strachu&lt;br /&gt;(a jest się czego bać: NogNog chce, podobnie jak tłuszcza w filmie "Dzień, w którym umarł Bóg", przede wszystkim zemsty; a my - kulturalni przedstawiciele kultury zachodnioeuropejskiej - możemy oczywiście wymyślać na ich określenie całą masę poniżających epitetów, co nie zmieni faktu, że są Oni dziełem właśnie naszej cywilizacji i powinniśmy się w nich przeglądać jak w lustrze, które przetarte nieco chusteczką naiwnej subtelności odsłoniłoby odczłowieczone twarze naszych przodków).&lt;br /&gt;A przede wszystkim poczucia winy.&lt;br /&gt;Ale w związku z tym Ricky i Cecylia nigdy się nie zaprzyjaźnią. Taki przede wszystkim wyciąga wniosek Majgull Axelsson.&lt;br /&gt;To tak jak w "Weselu" ale jest to o niebo bardziej okrutne.&lt;br /&gt;Tym bardziej, że piekło ma się w najlepsze.&lt;br /&gt;Dzieci pracujące w fabrykach na Dalekim Wschodzie (i pewnie nie tylko), by zapełnić tanimi towarami nasze supermarkiety. Dzieci, które w kilka lat stają się żebrzącymi staruszkami. Które, wbrew nawet najlepszym intencjom (tak tak - to ten piekielny bruk) Cecylii nigdy nie będą wiedziały, co to sukienka z falbankami i lalka. Dolly zabita przez NogNoga, by oszczędzić jej poniżenia w krainie mamionego sumienia.&lt;br /&gt;Testowanie leków przez wielkie koncerny farmaceutyczne w zapomnianych krajach afrykańskich (a to już "Wierny ogrodnik", który mi się tu jakoś skojarzył).&lt;br /&gt;Kupowanie brakujących na naszym rynku ludzkich organów - wszędzie tam, gdzie bieda zmusza do pozbycia się nerki jeszcze za życia (to w tej powieści) czy też tam, gdzie nikt nie zauważy zniknięcia 'dawcy' (to już Mankell: "Mężczyzna, który się uśmiechał").&lt;br /&gt;A gdy ten świat skrzywdzonych i poniżonych zniknie z powierzchni ziemi zmieciony impetem cywilizacyjnym, pojawią się zapewne dobrze odżywieni moraliści przekonujący wszystkich, iż najbardziej ludzkie i humanitarne jest zachowanie status quo niepomni tego, że ich byt ufundowany jest na piekle (zawsze można je nazwać 'obiektywnymi prawami historii').&lt;br /&gt;Specyficzne, że niebo także nie zachwyca w tym świecie. Bo jest to higieniczna Szwecja. Przypominająca osiedle z klocków lego, z jakim mamy do czynienia w filmie "Burrowing". Osiedle, z którego najlepiej się ewakuować (to uproszczenie jest, ale uproszczenie bohaterki - jej córka bardzo tego kraju nie chce opuszczać).&lt;br /&gt;Tylko gdzie?&lt;br /&gt;Bo przecież nie na Alaskę jak bohater "Into the wild"...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale jest w tej powieści epizod, którego bohaterką jest Szwedka mieszkająca w Indiach wśród pariasów. Taki mit odrzucenia dobrobytu w imię idei. Ale oto co ona mówi: "Myśli pani, że zwariowałam, o nie, dobrze wiem, co robię. Luksus i nadkonsumpcja w krajach wysoko rozwinietych, i nędza, i cierpienie w krajach Trzeciego Świata nie będą trwały wiecznie. Nadejdzie dzień Sądu Ostatecznego! Nie chciałabym wtedy być z dziećmi w bogatym świecie. Wszyscy się usmażycie, udusicie od tych waszych spalin, sczeźniecie w ogniu zemsty... A ja przeżyję, ja, mój mąż i moje dzieci, my przeżyjemy. I będziemy żyć z pracy naszych rąk, z tego, co rodzi ziemia. W harmonii! Wie pani, co to takiego? Wie pani, czym jest prawdziwa harmonia?"&lt;br /&gt;Czy to tak musi być? Bezsilność albo religijne nawiedzenie? Podszyte w dodatku jadem Tymona Ateńczyka? Gdy dzieci przymierają głodem...&lt;br /&gt;Bliska mi jest narratorska "...nienawiść do tych, którzy są bardziej lojalni wobec abstrakcji niż ludzi. Gniew na dorosłych, którzy pielęgnują swoje idee z większą czułością niż własne dzieci. Strach przed ludźmi gotowymi poświęcić dzieci..."&lt;br /&gt;Ten epizod pozostawia 'kanos' w sytuacji jeszcze bardziej beznadziejnej...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podoba mi się u Majgull Axelsson, że o trapiących sumienie Europejczyka problemach opowiada za pośrednictwem medium, które także mocno poharatane jest przez życie. I choć bardzo wiele ran łączy Cecylię z bohaterkami innych książek szwedzkiej pisarki, to ta wspólnota traumy wcale mi  nie przeszkadza. Mogłoby oczywiście mnie razić, że to mężczyźni są najczęściej przyczyną ich nieszczęścia, ale cóż... kobiecy punkt widzenia...&lt;br /&gt;(do którego jeszcze wrócę, bo właśnie ukazała się najnowsza powieść pisarki:-))&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Majgull Axelsson: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Droga do piekła&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-8711308658299394895?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/8711308658299394895/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/08/wyrzuty-sumienia-kanos.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/8711308658299394895'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/8711308658299394895'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/08/wyrzuty-sumienia-kanos.html' title='Wyrzuty sumienia &apos;kanos&apos;'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-8185540777539288850</id><published>2010-08-04T13:26:00.006+02:00</published><updated>2010-08-04T18:33:15.859+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='z perspektywy kobiety'/><title type='text'>Okaleczanie i uzdrawianie świata</title><content type='html'>Dwa filmy Jasminy Zbanic (inaczej się pisze, ale mam tylko polskie litery): "Grbavica" i "Jej droga".&lt;br /&gt;Pejzaż obyczajowo-mentalny kilkanaście lat po krwawym wybuchu narodowo-religijnego fanatyzmu na Bałkanach. W miejskim pejzażu tylko gdzieniegdzie pozostały ślady ruin przypominające o krwawej wyzwoleńczej jatce. I pewnie niedługo znikną.&lt;br /&gt;Gorzej z pejzażem wewnętrznym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znowu moja narracja dotyczyć będzie przede wszystkim kobiet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Większość mężczyzn funkcjonuje tak, jakby wojna nie była w ich życiu jakimś szczególnym wydarzeniem. Ciekawe z czego to wynika? Czy z tego, że niezależnie od tego, czy jest wojna czy nie, mężczyźni funkcjonują podobnie: ich świat to mniej lub bardziej ukryta przemoc i namiętności? Czy też są mniej wrażliwi? Niezależnie od przyczyny swoimi decyzjami organizują świat kobietom. Albo chciałoby się powiedzieć - organizują kobietom piekło, z którego one próbują stworzyć świat.&lt;br /&gt;Wyjątkiem mógłby być Amar, który próbuje stłumić przeszłość w sposób nader tradycyjny czyli nadużywając alkoholu. A gdy już uda mu się znaleźć antidotum na ów zgubny nałóg, to okazuje się nim ortodoksyjna religijność, którą chciałby narzucić swej życiowej partnerce. A jeśli uświadomimy sobie, że wiara, która odnowiła jego życie, to islam, nie zdziwimy się, że Luna nie bardzo jest skłonna pójść w jego ślady. Z filmu ("Jej droga") można by wyciągnąć wniosek, że lepiej mieć męża alkoholika niż ortodoksyjnego muzułmanina. Luna by zapewne powiedziała, że jest trzecie wyjście: wyleczyć się z alkoholu w imię miłości, którą przecież oboje tak namiętnie deklarują i w którą nie mamy powodu nie wierzyć.&lt;br /&gt;Ale dlaczego nawrócony Amar jest gorszy niż grzeszący muzułmanin? Skąd ta niechęć do wewnętrznej czystości? Czy możliwy jest związek wiernie idącego za wskazaniami proroka mężczyzny z kobietą, dla której nakazy i zakazy religijne odzierają życie z wszystkiego, co radosne i barwne? Z filmu wynika, że nie.&lt;br /&gt;A we mnie pozostał niepokój. Czy aż tak to, co Boskie musi się kłócić z tym, co bardzo ludzkie?&lt;br /&gt;W tym filmie wojna jest daleko w tle. Przewija się gdzieś w oddali motyw domu, z którym zetknąłem się w sztuce &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/09/o-sprayu-kamieniu-i-historii.html"&gt;"Kamień"&lt;/a&gt;. Domu, który trzeba było opuścić i o którym już nie tylko bohaterka może powiedzieć: "mój dom".&lt;br /&gt;Historia jest jednak zdecydowanie bardziej uniwersalna. Nie ma nic specyficznego w tym, że z życiowego kryzysu i zagubienia znajduje się wyjście w przestrzeni o charakterze religijnej, dzięki której świat wydaje się być bezpiecznie uporządkowany. Tylko co wtedy mają zrobić ci, którzy na takie rozwiązanie się nie godzą i wiązali się wcześniej w gruncie rzeczy z innym człowiekiem? W tym filmie zmienia się mężczyzna i on, jak na film przez kobietę zrobiony przystało, chce narzucić nowego siebie a przede wszystkim wyznawaną przez siebie wiarę swej małżonce. Ale przecież sytuację spokojnie można by było odwrócić. Czy tak trudno wyobrazić sobie sytuację, w której to kobieta poddaje się wyzwoleńczej (w jej przekonaniu) idei a mężczyzna pozostaje nadal blisko namiętnej tkanki życia (choć trochę to wbrew stereotypom oczywiście) ?&lt;br /&gt;Zdecydowanie bardziej naznaczony przeszłością wojenną jest film "Grbavica". Teraźniejszość jest w nim w sposób niewidoczny dla wprawnego oka osadzona na niedawnej (-naście lat) krwawej przeszłości. Gdybym był turystą przebywającym na wycieczce w Sarajewie, to pewnie nie dostrzegłbym tej podskórnej tkanki czasu.&lt;br /&gt;Wszyscy zapewne pamiętają apel papieża, by zgwałcone podczas wojny na Bałkanach kobiety nie usuwały ciąży (jestem przeciwnikiem aborcji, lecz nigdy nie odważyłbym się tak brutalnie skrzywdzonym ludziom radzić, co mają czynić).&lt;br /&gt;Esma urodziła Sarę.&lt;br /&gt;I, mimo że dopóki była w ciąży, nienawidziła tego życia poczętego z nienawiści, to po narodzinach pokochała córkę. To jest chyba jedna z tych rzeczy, których mężczyźni nie potrafią zrozumieć. Bo dla nich najważniejszą wartością jest honor, a on wymaga, by nigdy nie przestać nienawidzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tożsamość Sary...&lt;br /&gt;Jak się odnaleźć w świecie kształtowanym przez kult bohaterów narodowych, gdy jest się dzieckiem spłodzonym podczas gwałtu w obozie jenieckim? Gdy ojcem jest anonimowy czetnik, utwierdzający swym czynem odwieczne prawo wojenne? Gdy mamy problem z okazaniem szacunku matce, której uczucie i determinacja są w stanie naprawić to, co bezkompromisowo wysadziła w powietrze kultura honoru ufundowana na prawie odwetu?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwa filmy o Bośni współczesnej. Okaleczonej przez męskie zabawy z bronią i instynktem. O Bośni, w której kobiety próbują normalnie żyć. Mimo...&lt;br /&gt;mimo że nie wiadomo, kiedy znowu panowie zechcą zmienić świat w imię jakieś idei&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;"Grbavica"&lt;br /&gt;"Jej droga"&lt;br /&gt;reż. Jasmina Zbanic&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-8185540777539288850?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/8185540777539288850/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/08/okaleczanie-i-uzdrawianie-swiata.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/8185540777539288850'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/8185540777539288850'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/08/okaleczanie-i-uzdrawianie-swiata.html' title='Okaleczanie i uzdrawianie świata'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-3869770184302155710</id><published>2010-07-21T17:24:00.004+02:00</published><updated>2010-07-21T19:34:38.871+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wielka cisza'/><title type='text'>W oczekiwaniu na cud</title><content type='html'>Co to jest cud?&lt;br /&gt;Szczęśliwy zbieg okoliczności; przypadkowy układ zdarzeń, dzięki któremu uniknęliśmy nieprzyjemności; sytuacja wymykająca się oczywistym interpretacjom; fenomen sprzeczny z prawami, które uznajemy za naukowo udowodnione?&lt;br /&gt;Ale i metafizyczne poczucie, że każdy wschód słońca, którym dane jest nam się cieszyć, nie jest taki oczywisty...&lt;br /&gt;Każdy cud można zakwestionować przywołując na pomoc psychologów, którzy udowodnią, że mamy do czynienia tylko i wyłącznie z faktem psychologicznym (niby ciągle faktem, ale od cudu oczekujemy bardziej empirycznego sposobu istnienia) lub głosząc teorię, zgodnie z którą zdarzenia wykraczające poza aktualnie znane nam prawa dadzą się kiedyś wpisać w porządek racjonalno-empiryczny. A najczęściej idzie nam w sukurs prosta teoria przypadku.&lt;br /&gt;Odróżniłbym też wspomniane wcześniej przekonanie, że każdy dany nam dzień jest cudem od wiary w ingerencję jakiejś osobowej siły w nasze codzienne poczynania. Byt sam w sobie jest czymś najbardziej niepojętym i niezwykłym, ale wewnętrzne poczucie tego stanu rzeczy niekoniecznie musi iść w parze z wiarą w Boga.&lt;br /&gt;Zastanawiające, że uznajemy za cud te zdarzenia, które sprzyjają człowiekowi w jakiś sposób. Nie słyszałem jakoś, by ktoś uznał za cud niespodziewany i sprzeczny z jakąkolwiek logiką kataklizm. Zresztą mam nawet wrażenie, że owe kataklizmy zdecydowanie łatwiej wpisują się, post factum oczywiście, w przeróżne narracje interpretacyjne niż dajmy na to niespodziewane uzdrowienie ze stwardnienia rozsianego. Wyolbrzymiając: dlaczego skłonni jesteśmy (ja jestem) życie traktować jako cud a śmierć tylko jako naturalną kolej rzeczy? Dlaczego upadek niemowlaka z dziesiątego piętra zakończony tylko lekkimi potłuczeniami ma być cudem a pozbawione jakichkolwiek przyczyn ustanie bicia serca dzieciątka leżącego spokojnie w łóżeczku jest tragedią? Przecież obydwa zdarzenia są świadectwem praw tego świata, przed którymi powinniśmy z pokorą pochylić czoła. "A my wspinamy się do nieba Boże tajemnice upatrując...."&lt;br /&gt;Dla niektórych istnienie cudu może być dowodem. Oczywiście na istnienie Boga (i tu znowu pojawia się okazja, by  przywołać początek "Mistrza i Małgorzaty" wraz z szeregiem dowodów będących przedmiotem sporu Berlioza i Wolanda - można mi zarzucić obsesję, proszę bardzo, rzeczywiście mnóstwo rzeczy kojarzy mi się z tą powieścią - ale odwołam się do niej inaczej nieco). Tak jakby Bóg miał straszliwą potrzebę udowadniania nam, że istnieje. Jeżeli istnieje, to niby dlaczego miałby zabiegać o nasze względy? Jedna z podstawowych krytycznych uwag na temat mieszkańców Olimpu dotyczy ich uczłowieczenia, ich ludzkich wad. A czyż tego rodzaju oczekiwanie dotyczące tego Jedynego nie świadczy o tym, że mamy go za jakiegoś małostkowego egocentryka? No ale cóż, potomkowie św. Tomasza (doprawdy nie potrafię zrozumieć, dlaczego on jest święty? czy dlatego, że uwierzył, gdy zobaczył? - niepojęte dla mnie) są dzisiaj nawet skłonni uprawiać cudowną turystykę odwiedzając miejsca, w których istnieje największe prawdopodobieństwo doświadczenia tajemnicy.  Zresztą miejsca te dość dobrze przygotowały się na tego rodzaju ludzkie potrzeby i często posiłkując się folderami i innymi środkami reklamującymi atrakcje turystyczne skutecznie kuszą spragnioną cudu gawiedź. I wśród modlitw, okolicznościowych zdjęć, przygodnych miłości, sakralnych zakupów toczą się rozważania na temat okoliczności ostatnio zanotowanych uzdrowień. Taka 'kronika miracli' (by nie brzmiało zbyt pospolicie) miejsc świętych.&lt;br /&gt;A gdy, wbrew temu całemu zgiełkowi, zdarzy się uzdrowienie?&lt;br /&gt;No to może się okazać, że byli godniejsi, że wybór jakiś taki niezrozumiały. Spojrzenia będą ciekawie penetrować zjawisko, by dopatrzeć się fałszu bądź sensacji. Co niektórzy cierpliwie poczekają aż uzdrowienie okaże się chwilowe (tak jakby była jakaś różnica, jakby moment był mniej wart niż powiedzmy 30 lat pozostałego zycia - to ludzkie przekonanie, że tylko to, co stałe, ma wymiar prawdy, fałszywe przekonanie oczywiście). A ci, którzy nadal przywiązani są do swoich wózków z nieukrywaną zazdrością i zawiścią spoglądać będą na wybrańca... (losu ?). No i jeszcze wzruszenie ramion podkreślające nasze poczucie wyższości wobec tego rodzaju zjawisk - niech nikt nie pomyśli, że cokolwiek jest nas w stanie zdziwić w tym świecie...&lt;br /&gt;Tak jest w filmie Jessici Hausner "Lourdes".&lt;br /&gt;I może niesprawiedliwy jestem, bo przecież w tym wypadku często o ludzkie cierpienie idzie. I co z tego, że wiara pielgrzymów, przynajmniej niektórych, ogranicza się tylko do tej jednej prośby? Ludzkie cierpienie tę prośbę całkowicie usprawiedliwia (ja usprawiedliwiam). Nawet jeśli jest to wiara bardzo instrumentalna.&lt;br /&gt;Piękny film. Spokojnie i z szacunkiem (bez cienia ironii obecnego w moim wpisie) rejestrowany jest fenomen sanktuarium w Lourdes. I niezależnie od nazbyt wymiernych oczekiwań pielgrzymów udało się twórczyni pozostawić w widzu wrażenie, że nie wszystko jest takie oczywiste, jak nam się wydaje. Ślad tajemnicy. Cichej i nieokreślonej. Film nie jest ani krytyczną analizą zjawiska pod tytułem 'turystyka sakralna' ani gloryfikacją mistycznego nawiedzenia. Wśród aż nazbyt obecnych zjawisk charakterystycznych dla zgiełku (i niekoniecznie o ilość decybeli mi chodzi) świata współczesnego daje się posłyszeć szept zdający się mówić:&lt;br /&gt;- To nic. Nie zwracaj za bardzo na to uwagi. Skup się a zobaczysz więcej...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Lourdes&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;, reż. Jessica Hausner&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-3869770184302155710?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/3869770184302155710/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/07/w-oczekiwaniu-na-cud.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/3869770184302155710'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/3869770184302155710'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/07/w-oczekiwaniu-na-cud.html' title='W oczekiwaniu na cud'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-3976167788829887956</id><published>2010-07-21T12:17:00.008+02:00</published><updated>2010-08-04T15:58:24.557+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pewność świata'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='z perspektywy kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='w źle obsadzonej roli'/><title type='text'>O tak zwanym rozstaju dróg i nie tylko</title><content type='html'>To już druga książka Axelsson, którą przeczytałem i na pewno na tym się nie skończy.&lt;br /&gt;Po raz kolejny pod urokiem jestem.&lt;br /&gt;No i znowu Szwecja (choć to nie kryminał, nie Mankell czy Larsson - a coś więcej). Zadziwia ta ekspansja szwedzkiej kreatywności. Ciekawe, z czego to wynika? Na czym polega ten mentalny klimat, dzięki któremu pojawiają się tam tak interesujące zjawiska dziś (czy też od jakiegoś czasu). Warto by było kiedyś przy jakieś okazji nad tym się zastanowić (albo przeczytać coś na ten temat).&lt;br /&gt;Szwecja, o której cicho jakoś jest w przestrzeni politycznej. Kraj socjalizmu kapitalistycznego. Kraj, na który tęsknie spoglądaliśmy w latach siedemdziesiątych. Wzór liberalizmu w sferze wychowania seksualnego. Błogiego dobrobytu.&lt;br /&gt;I oczywiście kraj Bergmana...&lt;br /&gt;(co nie bez znaczenia akurat w tym wypadku, ponieważ powieść "Ta, którą nigdy nie byłam" o personie traktuje; o tej naszej reprezentacji wobec świata; o poczuciu obcości wobec tej reprezentacji - poczuciu obcości kogo, czego w nas? czyli w kim?)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;U Mankella jest to społeczność, w której narasta atmosfera przeróżnych fobii. Głównie chyba antyimigranckiej. Ale też narastającego okrucieństwa. Coraz bardziej wymyślnego. Tak jakby z nudów przepoczwarzonej monotonii zrodzonego. Okrucieństwa mającego w sobie coś ze współczesnego dekadentyzmu. Gdy wartością samą w sobie staje się doznawanie coraz bardziej wyrafinowanych wrażeń. Mających za nic człowieka. I wszystko inne.&lt;br /&gt;Kraj ludzi zagubionych (ale to chyba już nie jest nic specyficznego).&lt;br /&gt;Wallander co i rusz zastanawia się nad zaginioną gdzieś w przeszłości hierarchią wartości.&lt;br /&gt;Ale to Mankell; a co go łączy z Axelsson?&lt;br /&gt;W &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/sprawiedliwosc-z-kobieta-w-tle.html"&gt;"Piątej kobiecie"&lt;/a&gt; mamy do czynienia z motywem, który jest także obecny w "Tej, którą nigdy nie byłam". Męskie pragnienie dominacji nad kobietą znajdujące swe odzwierciedlenie w różnorodnych aktach agresji.&lt;br /&gt;Tak, temat chyba charakterystyczny dla prozy kobiecej. Bo choć Mankell kobietą pewnie nie jest, to na pewno cechuje go duża wrażliwość na cierpienie wykluczonych i poniżonych. W jakiś sposób słabszych. Czyli to, co jest charakterystyczne dla postaw lewicowych. Bo nie ma nic przypadkowego w tym, że ruchy feministyczne jakoś tak blisko partii lewicowych się sytuują (jakie groteskowe były te wygibasy naszych dwóch prawicowych kandydatów na prezydencką emeryturę wobec środowisk kobiecych:-)).&lt;br /&gt;Ale zdecydowanie więcej łączy Axelsson z &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2010/07/oczyszczenie-z-fatum-historii.html"&gt;Oksanen&lt;/a&gt;. Od głębokiej psychologicznej wiwisekcji po pomysłowość formalną.&lt;br /&gt;Axelsson ma pomysły fantastyczne.&lt;br /&gt;Magiczne.&lt;br /&gt;Tak już było w "Kwietniowej czarownicy".&lt;br /&gt;W "tej którą ..." mamy do czynienia z rozszczepieniem ludzkiego losu na dwie prawdopodobne wersje. Rozszczepieniem, które wynika z prostego faktu, że od najmłodszych lat bohaterka ma poczucie, że istnieje w niej wyraźna dwoistość tożsamości.&lt;br /&gt;MariMary&lt;br /&gt;(dobrze, że tylko dwie; ja mam czasami poczucie, że tych osobnych całości osobowych jest we mnie więcej)&lt;br /&gt;Mari przygląda się Mary. Mary przygląda się Mari. Są jednością i nie są. Dyskutują ze sobą. Komentują swój los. Ich życiowe wybory czasami polemizują ze sobą.&lt;br /&gt;Nie wiem, czy każdy zna to ze swego życia. Ja znam...&lt;br /&gt;Myślę, że gdy człowiek musiał choć raz podjąć jakąś radykalną decyzję w swoim życiu, to chyba nawet przez przypadek może mu się pomyśleć alternatywna wersja jego losu. I mimo że, w przeciwieństwie do MariMary, wiemy, który ciąg zdarzeń jest tym realnym a który wyobrażonym, to i tak ma szansę zaistnieć realna dyskusja (nawet pełna pasji) pomiędzy dwoma wersjami ludzkiego losu. Dyskusja, w której zapomnieć można, co realne a co marzone. I przez ułamek sekundy odnieść możemy wrażenie, że to, co wydawało się nam się dotąd realne, wymyśloną tylko hipotezą losu było i że tak naprawdę nasze miejsce w czasie jest jeszcze u początku tej drogi, na rozstaju...&lt;br /&gt;w momencie podejmowania decyzji&lt;br /&gt;I nawet jeżeli nie jest to wybór pomiędzy Arete i Kakią (cnotą i występkiem), bo nie zawsze nawet mamy pełnię wiedzy na temat tego, która droga jest którą  (zresztą coraz częściej mam wrażenie, że wybór nie dotyczy cnoty i występku, lecz po prostu w momencie podejmowania decyzji bardzo byśmy chcieli wiedzieć, która z dróg jest tą przyjemną, gdzie przewodniczką przez nas upragnioną jest Kakia), to i tak możliwość alternatywnej wersji nie opuszcza naszej wyobraźni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;MariMary zabija ukochanego męża.&lt;br /&gt;MariMary zabija znienawidzonego męża.&lt;br /&gt;MariMary powstrzymuje się od zabicia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Specyfika tych wymagających decyzji momentów polega na tym, że wybierając możemy zabić.&lt;br /&gt;Zabić uczucie, zaufanie, szacunek&lt;br /&gt;jakąś formę życia w nas.&lt;br /&gt;Wybierając wolność możemy skazać się na pustkę.&lt;br /&gt;Ale Majgul Axelsson wydaje nam się także mówić, że w sumie nasz wybór nie miał aż takiego znaczenia, jakie mu przypisywaliśmy. Niezależnie od tego, czy wybrało się los Mari czy Mary i tak dochodzimy do tego samego. Bo wszystko chyba zaczęło się dużo wcześniej. Niepostrzeżenie. Niezależnie od naszych decyzji. Nasza wolność jest tylko złudzeniem. A wybory, przed którymi stajemy, wcale nie decydują w sposób tak radyklany o naszym losie. O tożsamości.&lt;br /&gt;(co z tego, że Mary wybrała, jak mogłoby się wydawać, drogę cnoty - nie uczynił ten wybór jej życia dobrym, bo nie było ją stać na wybaczenie i ja ją doskonale rozumiem; lecz w takim razie jej decyzja sprowadzała się do wyboru pomiędzy dwoma rodzajami występku: tym jawnym i tym ukrytym; czyżby to była ta jedna z prawd na temat człowieka, że tylko tym się różni człowiek występny od człowieka zwanego dobrym?)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale fantastyczny formalny pmysł Axelsson dotyczy naszej niepewności istnienia. Tożsamości właśnie. Dotyczy niepewności bycia. Realności. Dotyczy towarzyszącego nam dystansu do własnego życia. Do życia w ogóle. Dotyczy poczucia, że to prawdziwe toczy się gdzieś obok i dotyczy Innego. My przez niego myślani jesteśmy tylko jako hipoteza losu.&lt;br /&gt;I choć brzmi to i fantastycznie i anachronicznie jednocześnie, to psychologicznie jest nader prawdziwe.&lt;br /&gt;Zasadniczy punkt ciężkości usytuowany jest chyba w poczuciu winy przylegającym do losu MariMary niczym skóra. I w umiejętności wybaczania. Czyli znowu coś, co pojawiło się w książce Sofi Oksanen. Można by było powiedzieć, że obie pisarki opowiadają o sytuacji kobiet wmanewrowanych przez mężczyzn w poczucie winy.&lt;br /&gt;Kobiecy punkt widzenia. Coraz bardziej mnie wciąga. Coraz bardziej widoczna dla mnie jest represyjność zmaskulinizowanej kultury. I choć zdaję sobie sprawę z tego, że taki punkt widzenia jest także uproszczeniem (bo znam kobiety, które potrafią byc bardziej represyjne wobec płci przeciwnej niż wielu znanych mi facetów...itd.... - nie dziś o tym), to takie spojrzenie jest czasami na miarę odkrywania nieznanego lądu.&lt;br /&gt;Bo choć życie MariMary podyktowane zostało przez kilku mężczyzn, to w sumie ich świat jest stale gdzieś w tle. A zasadnicza historia dotyczy psychiki bohaterki. To ona stara się w tym labiryncie uwarunkowań odnaleźć siebie.&lt;br /&gt;Prawdziwą.&lt;br /&gt;Niezależnie od tego, czy to Mari przygląda się Mary, czy odwrotnie, to i tak zawsze każda z nich ma wrażenie, że to nie ona, że to ta, którą nigdy nie była.&lt;br /&gt;Obcość persony. Skazująca na ucieczkę i samotność.&lt;br /&gt;Rozumiem to, a jednocześnie nie utożsamiam się z taką postawą. Jest mi dobrze z tym poczuciem fikcyjności persony. Jest to pewnie kwestia uczciwości (czy też nieuczciwości). Czasami tylko żal się pojawia. Wtedy, gdy nawet bliski człowiek nie z tobą rozmawia a z tym wyobrażeniem. Niezależnie od tego, jak bardzo to wyobrażenie wykreowane jest przez nas samych...&lt;br /&gt;Chciałoby się wtedy stanąć obok i przyjrzeć się temu Innemu, który nosi twoje imię i nazwisko...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Majgul Axelsson, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ta którą nigdy nie byłam&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-3976167788829887956?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/3976167788829887956/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/07/o-tak-zwanym-rozstaju-drog-i-nie-tylko.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/3976167788829887956'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/3976167788829887956'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/07/o-tak-zwanym-rozstaju-drog-i-nie-tylko.html' title='O tak zwanym rozstaju dróg i nie tylko'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-884825921042331811</id><published>2010-07-14T19:55:00.006+02:00</published><updated>2010-08-04T15:58:46.247+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='komuna'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='na wschód od Bugu'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='z perspektywy kobiety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><title type='text'>Oczyszczenie z fatum Historii</title><content type='html'>Chciałoby się, aby taki utwór dziś w Polsce powstał (pewnie jest coś takiego, tylko ja o tym nie wiem). I dotyczył losów bieszczadzkich, kaszubskich, czy jeszcze innych... by dotyczył bohaterów, o których nie można opowiedzieć prostych i jednoznacznych historii.&lt;br /&gt;Chciałoby się, by takich utworów powstało na tyle dużo, by przeorana ludzka świadomość nie była już tak podatna na demagogiczne uproszczenia polityków dotyczące historii, tej najnowszej oczywiście. Czasami sobie myślę, że może to i dobrze, iż język polityków tak jawnie już się kompromituje. Przynajmniej jak na dłoni widać jałowość ich opisu świata.&lt;br /&gt;Ale być może przemawia przeze mnie naiwna nadzieja...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po raz pierwszy czytałem powieść estońsko-fińską. I pod wrażeniem wielkim jestem...&lt;br /&gt;Powieść skomponowana nader achronologicznie, a mimo to efekt jest nadspodziewanie klarowny. Dwa zasadnicze wątki nieustannie się przeplatają i wyłania się z nich uniwersalna historia okrucieństwa, zła, miłości i wybaczenia.&lt;br /&gt;Liryczna historia miłosna.&lt;br /&gt;I okrutna męska agresja erotyczna.&lt;br /&gt;I zwracający uwagę język, który dzięki metaforycznemu skrótowi jest w stanie trafnie odzwierciedlić charakter czasu jak i mniej lub bardziej dramatycznych przeżyć bohaterów ("W tym czasie na Syberii odebrane wywiezionym złoto zdążyło się już zmienić w nowe zęby w nowych ustach i gdy złote uśmiechy szły o lepsze ze słońcem, w ich cieniu w całym kraju lęgły się uciekające spojrzenia i odwracające się twarze. Przez targi, drogi i pola niekończącą się strugą rwały poszarzałe źrenice i zaczerwienione białka. Kiedy kołchozy wzięły w twarde jarzma ostatnie już gospodarstwa, szczere słowo zapadło się w podtekst" - chyba jeden z najbardziej syntetycznych i prawdziwych opisów dotyczących czasów stalinowskich w całym naszym 'obozie').&lt;br /&gt;W tle specyficzna historia Estonii, która nadzieję na niepodległość pokładała w III Rzeszy.&lt;br /&gt;I nic dziwnego, skoro to pod rosyjskimi rządami utracili na wiele dziesięcioleci szanse na samostanowienie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Męska agresja erotyczna, to zwierzę z lubością poniżające kobiety, ten potwór , któremu nie tylko o seks chodzi; można wręcz powiedzieć, że seks jest tylko narzędziem służącym do spełnienia pragnień o męskiej dominacji. Trudno to inaczej postrzegać. Chore atawistyczne pragnienie zniewolenia, podporządkowania.&lt;br /&gt;W tej powieści w postaci czystej.&lt;br /&gt;Tak jak w &lt;a href="http://http//nomadyzm.blogspot.com/2010/05/rok-1984-w-realu.html"&gt;"Ładunku 200"&lt;/a&gt; i wielu innych utworach...&lt;br /&gt;I nie ma żadnej różnicy, czy to czekista w brutalnym gwałcie upatruje jeden ze sposobów na skuteczne przesłuchanie, czy współczesny macho sprytnie przymusza naiwną dziewczynę do prostytucji...&lt;br /&gt;Można by powiedzieć, że wynika to z tego, że mamy do czynienia z kobiecym postrzeganiem świata (Sofi Oksanen, niezwykłej urody, jest autorką książki). Lecz nawet gdyby to była wizja ewidentnie subiektywna, to co z tego; gdyby to właśnie był kobiecy świat przedstawiony, to miałoby znaczyć, że należy patrzeć na niego z dystansu, męskiego dystansu? Wsłuchuję się w te głosy z innej (kobiecej) rzeczywistości i czasami lekko przerażony jestem...&lt;br /&gt;Książka o wieczystej niesprawiedliwości losu. I choć to nie odkrywcze, że dwie kobiety (siostry w dodatku) zakochują się w tym samym mężczyźnie, to i tak historia jest przejmująca (niezwykły początek tego wątku: "&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Spójrz na mnie. &lt;/span&gt;Mężczyzna zamilkł, obrócił się w ich stronę i akurat wtedy odwróciła się Ingel, dlaczego Aliide tak się ociąga, promienie słońca padły na jej koronę z warkoczy i - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;nie, nie, spójrz na mnie!&lt;/span&gt; - Ingel swoim zwyczajem wyprostowała łabędzią szyję, uniosła brodę i wtedy spotkały się ich spojrzenia, mężczyzny i Ingiel. Aliide od razu pojęła, że mężczyzna już nigdy jej nie zobaczy, bo widziała, jak urwał w pół słowa, jak zamarła wysuwająca się z kieszeni dłoń z papierośnicą, jak w milczeniu wpatrywał się w Ingiel, by wreszcie otworzyć pudełko, wieko zalśniło jak ostrze noża. Nie odrywając wzroku od mężczyzny, Ingel podeszła do niej, jej obojczyki lśniły, dekolt falował zachętą" - a to wszystko na cmentarzu w dodatku).&lt;br /&gt;I ta, która nie została zauważona kochała aż po grób. I do końca nie zostało jej to zrekompensowane. Miłość pełna absolutnej ofiarności ale i okrucieństwa. Niespotykanego przywiązania i śmiertelnej zdrady.&lt;br /&gt;A wszystko przez tak zwany kaprys... losu. Przypadek. Sekundy być może. Skierowanie uwagi nie w stronę tej, która jest w stanie całą siebie ofiarować.&lt;br /&gt;Tak miało być...&lt;br /&gt;Powinniśmy się przyzwyczaić do przewrotności tego gościa, który stymuluje nasze indywidualne historie. Ten Wielki Autor pewnie lubuje się w takich dramatycznie sprzężonych ze sobą emocjach. "Nieznajomy wróg jakiś miesza ludzkie rzeczy..."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miłość niewątpliwie powinna wybaczać, ale nie usprawiedliwiać.&lt;br /&gt;Ale niezależnie od tego wypada się nad losem Aliide Truu (uczciwy, wierny to nazwisko po estońsku oznacza) pochylić.&lt;br /&gt;Aliide zdradza rodzinę i naród&lt;br /&gt;(nawet w sumie zdradza ukochanego paradoksalnie)&lt;br /&gt;i nie ma wątpliwości: jej celem jest ocalenie mężczyzny, którego kocha.&lt;br /&gt;I nawet, jeżeli ta ofiara mocno nacechowana jest egoizmem (czy to możliwe? czy to nie paradoks?) to i tak jest czymś niezwykłym, czymś wyjątkowym bardzo.&lt;br /&gt;Ja sceptyczny bardzo jestem...&lt;br /&gt;Ja nie bardzo chyba wierzę w istnienie takiej miłości.&lt;br /&gt;A gdy słyszę, że jednak istnieje, to niezmiernie zadziwiony jestem.&lt;br /&gt;Aż tak się zaprzepaścić - nie pod wpływem chwilowego zauroczenia, ale przez długie, długie lata?!&lt;br /&gt;Oddać się w niewolę niespełnieniu (oczywiście tam jest nadzieja, ale jej złudność jest oczywista).&lt;br /&gt;Truu - wierna...&lt;br /&gt;A z drugiej strony facet i jego Męska Historia. Poniósł jej konsekwencje, ale zdecydowanie większe poniosły kobiety. To też rodzaj oczywistej prawdy wyłaniającej się z książki.&lt;br /&gt;Losy trzech kobiet (a może i czterech, bo przecież los Zary nosi także piętno dziadkowego dziedzictwa) okrutnie naznaczone traumą, która jednoznacznie związana jest jest z wiernością mężczyźnie. Bo choć jest on bohaterem lirycznej historii  miłosnej, pełnej wzajemności, ciepła i radości (bo nie tylko o niespełnieniu jest ta książka), to nad losem kobiet zaciążył on tak samo jak zezwierzęceni czekiści. W nim nie ma oczywiście tego atawistycznego zła co w nich, ale on współtworzy Męską Historię, w której kobiety chcąc nie chcąc muszą uczestniczyć i której konsekwencje najcierpliwiej znoszą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiele, wiele rzeczy jest w tej niewielkiej książeczce (i żeby zrozumieć tytuł tego posta, powieść przeczytać trzeba). Aż żal, że nie o wszystkim...&lt;br /&gt;ale nie można jej zadusić słowami uzurpacji interpretacyjnej, bo ona żywa bardzo jest i pewnie długo pozostanie&lt;br /&gt;Ale o jednym jeszcze muszę, czy po prostu bardzo chcę:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;teatrum mundi&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mamy w książce do czynienia z kilkoma stylami opowieści, kilkoma typami narracji. Od pierwszoosobowej, poprzez personalną aż po całkowicie wyzbyty tonu osobistego styl meldunku Tajnych Współpracowników. Wiadomo, jakie niesie to konsekwencje dla oglądu świata przedstawionego.&lt;br /&gt;Ale niezwykłego dramatyzmu nabiera ten utwór od początku dzięki narracji zsubiektywizowanej właśnie. Tak, początek jest kapitalny...&lt;br /&gt;Rozbudowany bardzo opis sytuacji.&lt;br /&gt;Spotykają się dwie obce (a jednocześnie bliskie bardzo sobie - ale o tym jeszcze nie wiemy) kobiety. Kolejne mikrorozdziały prezentują w postaci właśnie narracji personalnej sposób postrzegania świata tejże sytuacji przez każdą z nich. Ich świadomość koncentruje się na przeróżnych szczegółach.&lt;br /&gt;Niezwykła gra.&lt;br /&gt;Sprytu i podejrzliwości.&lt;br /&gt;Nieufności i dystansu.&lt;br /&gt;Obraz świata, w którym poddanie się zwykłemu ludzkiemu współczuciu może mieć śmiertelne konsekwencje. Obraz mentalności człowieka współczesnego (czy posttotalitarnego) w niezwykłym skondensowaniu.&lt;br /&gt;I, jak się okazuje, gra jest jak najbardziej motywowana. To nie psychopatyczna podejrzliwość. To walka o przetrwanie. Zarejestrowana (bo odnosimy wrażenie, że jest to żywa relacja, że siedzimy w głowach obu bohaterek na przemian; tak jakbyśmy w nie wskoczyli w tym momencie właśnie, bo nikt nam nie tłumaczy na razie, kim one są i dlaczego tak przeżywają świat) subtelnymi środkami literackimi.&lt;br /&gt;Jedna z tych książek, dzięki którym doświadczamy spotkania z Innym (i to spotkanie jest także jej treścią). Po raz kolejny mamy okazję uświadomić sobie, że Obcy jest wyzwaniem i szansą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A pisałem to wszystko w schronisku (w zeszycie oczywiście, bo na kompie to teraz dopiero:-)). Nie mogłem się oderwać od tej historii i na góry tylko od czasu do czasu spoglądałem bez żalu, bo wiedziałem, że jutro (dziwne czasu pomieszanie, bo to jutro już dawno było) i tak tam wlezę. Pisałem niemal w absolutnej ciszy przysłuchując się brzęczeniu muchy, rzucając okiem na baraszkujące koty i spoglądając czasem na zieleń Bieszczad. Tylko podobna historia mogłaby się tu wydarzyć, bo tu spychacz przejechał po Historii pozostawiając miejsce na nieskrępowany rozwój natury.&lt;br /&gt;I patrząc na tę pierwotność skrywającą okrutne tajemnice chciałoby się mieć nadzieję, że Prawdziwi Mężczyźni z daleka będą się trzymać od mściwych trybów Historii.&lt;br /&gt;ale to nadzieja tylko&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Sofi Oksanen, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Oczyszczenie&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-884825921042331811?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/884825921042331811/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/07/oczyszczenie-z-fatum-historii.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/884825921042331811'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/884825921042331811'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/07/oczyszczenie-z-fatum-historii.html' title='Oczyszczenie z fatum Historii'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-65184811728727317</id><published>2010-06-27T23:48:00.004+02:00</published><updated>2010-06-27T22:02:38.035+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='starość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dramat współczesny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='teatr'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='z ciemności rodem'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='w źle obsadzonej roli'/><title type='text'>Kilka słów na temat ciała</title><content type='html'>Na co dzień skryci jesteśmy za swymi maskami, a nasze twarze i ciało całe niewiele mówią o tym, kim jesteśmy i co czujemy. I mimo deklaracji, że szczerość i prawda są wartościami wysoko bądź wręcz najwyżej  przez nas cenionymi, to staramy się skrzętnie ukryć to, co czujemy. Nie chcemy, by nasze ciało nas zdradziło. Wstydzimy się. Do tego stopnia wprawiliśmy się w ukrywaniu, że robimy to całkiem bezwiednie. Często tłumacząc sobie, że jest to forma samoobrony przed nieprzyjaznym nam światem. Nierzadko dotyczy to nawet tych, których uznajemy za najbliższych nam. Rany przechowujemy głęboko, często nie mając wręcz świadomości, że one istnieją.&lt;br /&gt;Czujemy się głupio, gdy uczestniczyć musimy w zbyt jawnym obnażeniem uczuć osób, z którymi przebywamy. Ja przynajmniej w takich sytuacjach mam problem z tym, jak się zachować. A ponieważ sam nie znoszę, gdy ktoś stara się ukoić mój ból, to i innych nie potrafię uczciwie pocieszać. Wolimy atmosferę dystansu, zahamowania, neutralności. Nadmiar prawdy o emocjach drugiego człowieka odstrasza czy wręcz budzi niesmak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wstydzimy się Siebie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasami może i słusznie. Bo (niezależnie od zdrady ciała) moglibyśmy się bardzo zdziwić a może i szok by towarzyszył poznaniu naszego rozszarpanego często brutalnie wnętrza. W ukrytych zakamarkach naszej psyche kryją się prawdy trudne często do zaakceptowania. Oprócz oczywistego pragnienia ciepła i czułości mogą pojawić się emocje niezwykle agresywne i destrukcyjne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed jakim karkołomnym zadaniem staje aktor, który, by prawdziwie zagrać postać z którejkolwiek ze sztuk Sarah Kane, musi się obnażyć?. Do jakich pokładów musi się dokopać w sobie? A później jeszcze tym się publicznie się dzielić? Szczególnie, gdy mamy do czynienia z teatrem a nie z filmem. Gdy każdego wieczora, na żywo trzeba publicznie przed obcymi całkowicie ludźmi dawać świadectwo Siebie. Niezależnie od tego, że istnieje pomiędzy aktorem i widzem umowa dotycząca konwencji. Niezależnie od tego, że wychodząc do ukłonów i oklasków prezentuje swoją uśmiechniętą twarz potwierdzającą, że to co przed chwilą oglądaliśmy, nawet gdy było bardzo brutalne i wstydliwe (a może właśnie przede wszystkim w takich sytuacjach), to  fikcja tylko, udawanie...&lt;br /&gt;Grając w sztuce Sarah Kane trzeba na scenie przekroczyć uładzoną granicę ciała. Wyzwolić się trzeba z tej klatki. By wiarygodnie przekazać prawdę o tym, że całością jesteśmy, że emocje, myśli i słowa stanowią jedność z ciałem trzeba przekroczyć granicę wstydliwości. Trzeba złożyć ofiarę ze swej intymności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W życiu nie mają tego problemu narkomani, pacjenci szpitali psychiatrycznych i być może jeszcze niektórzy. Nie mają tego problemu, bo świat zewnętrzny już dla nich nie istnieje. Oni całkowicie zanurzeni są w swej okrutnej duszy. Dealer w tym momencie jawi się jako doktor ułatwiający wkroczenie na tę ścieżkę zatracenia się w sobie. A ciało widzom postronnym mówi całą prawdę o stanie, ale nie o treści... Wkroczenie do tego świata może stać się dla nich formą oczyszczenia.&lt;br /&gt;Jeśli widz w teatrze choć przez chwilę zacznie się z postacią na scenie utożsamiać, przeżyć może katharsis. Odkryty już przez starożytnych magiczny stan  pozwalający bezpiecznie oczyścić się z zalegających naszą duszę potworności.&lt;br /&gt;By to wywołać, musimy się zgodzić na to, by na scenie pojawiły się nagie pokiereszowane ciała, gwałt i okrutna intymność. Środki wyrazu jedynie adekwatne. Nie pokaz atrakcji służący szokowaniu. Ale jedna z wielu prawd na nasz temat. Ale trzeba z całą świadomością zaakceptować wtedy teatr, który nie służy rozrywce.&lt;br /&gt;Teatr, który jest konfesjonałem, obrzędem, brutalnym Izajaszem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Oczyszczeni" Sarah Kane to dla mnie spektakl ogromnego nagromadzenia w człowieku pragnień ciepła i bliskości. Niespełnionych pragnień. Konwulsyjnie wołających do pustego nieba.&lt;br /&gt;Wśród nich pragnienie bycia całością. Myślą, uczuciem, słowem i ciałem.&lt;br /&gt;Bo jest to na pewno spektakl miedzy innymi o ucieleśnionym słowie. Słowie z ciałem stopionym. Słowie pierwotnym będącym jednością z emocją. Słowie, które uderza bardziej boleśnie niż ciosy otrzymywane na bokserskim ringu. Wyrywa wnętrzności i oszpeca ciało. A więc im piękniejsze ciało, tym więcej fałszu i emocjonalnej pustki.&lt;br /&gt;Tak jest w spektaklu, w życiu bywa zgoła inaczej.&lt;br /&gt;Ciało może być takim samym zdrajcą jak kłamliwe słowo. Przyzwyczailiśmy się do myśli, że jest ono jedynie mniej lub bardziej atrakcyjnym (w miarę starzenia się oczywiście coraz mniej atrakcyjnym) opakowaniem dla naszego wnętrza, jakkolwiek byśmy je nazywali (może być i dusza...). Albo źródłem zmysłowych uciech lub, jak chcą niektórzy, pokus sprowadzających duszę na manowce.&lt;br /&gt;Ciało nie mówi o nas prawdy. Zdradza nas; ale paradoksalnie nie w znaczeniu ujawniania o nas tajemnic, które chcielibyśmy przed światem ukryć, a w znaczeniu przeciwnym - objawiania światu prawd fałszywych (wiem, że to oksymoron).&lt;br /&gt;Ciało jest tą najbardziej widoczną granicą pomiędzy tym co zewnętrzne i wewnętrzne. Jest symbolem nieprzekraczalnej przepaści istniejącej pomiędzy ludźmi. Granicą, która kiedyś na plakatach mających uzmysłowić problem dzieci autystycznych przedstawiona była za pomocą szyby z rozpłaszczonym, rozpływającym się na niej (bodajże) palcem. Równie dobrze możemy sobie wyobrazić rozpłaszczoną na zaparowanej szybie twarz człowieka starającego się nas dojrzeć przez coś, co powszechnie uznajemy za przeźroczyste. Zazwyczaj nie zauważa się zamglenia czy wręcz ciemności. Pozostaje tylko pragnienie przekroczenia. Pragnienie kontaktu i zrozumienia. Niespełnione.&lt;br /&gt;Ciało stanowi też granicę pomiędzy tym i tamtym światem. Dopiero pozbywszy się go możemy przekroczyć. Ale, by być konsekwentnym, należałoby zapytać, czy nadal jesteśmy ci sami, skoro ono jest częścią całości. Skoro Ja to także ono.&lt;br /&gt;Najbardziej radykalną formą zdrady ciała jest problem płci. Co zrobić, gdy mamy głębokie wewnętrzne poczucie, że to rzeczywiście jest opakowanie nieadekwatne całkowicie do naszej treści?&lt;br /&gt;Ciało ukrywamy. Najdalej posunął się w tej dziedzinie islam nakazujący kobietom zasłanianie także twarzy. W naszej kulturze w dwudziestym wieku mamy do czynienia ze stopniowym obnażaniem wydawałoby się intymnych tajemnic. Wydawałoby się, bo najczęściej, po odkryciu, że Bóg obdarzył nas jakąś zmysłową atrakcją (od atrakcyjnych kobiecych piersi po wypracowaną męską muskulaturę), objawiamy ją światu, by zdobyć nad innymi władzę, by choć na chwilę ich emocje podporządkowane były naszym cielesnym przewagom. Wyjątek stanowią te osoby, które wyłamują się z narzuconych przez kulturę schematów cielesnego piękna i bez żenady prezentują swe uroki budząc u innych często uśmiech politowania. A to przecież oni (częściej one) wydają się uczciwsi. Bliżsi prawdy o sobie, której się nie wstydzą. Powinni budzić większe zaufanie niż plejada figur obnosząca się ze swym podobieństwem do wypromowanych właśnie kanonów piękna.&lt;br /&gt;I dlatego nie zapomnę nigdy Stanisławy Celińskiej, która na scenie pozbyła się całkowicie wstydu swego pulchnego bardzo i starzejącego się ciała (dotąd najbardziej podziwiałem Dorotę Kolak w "Słodkim ptaku młodości", ale ona jest nadal atrakcyjną dojrzałą kobietą). Bo był to przejmujący bardzo widok jego zdrady. Ono mówi światu, że pragnienie miłości - tej zmysłowej także oczywiście - już się z niego ulotniło. Biologia przecząca człowieczeństwu. A ci wszyscy, którzy ze świętym oburzeniem reagują na te nieprzystające do wieku i wyglądu pragnienia, stają w szeregu tych naturalistów, którzy uznali, że człowiek powinien podporządkować się prawom rządzącym całą przyrodą. Oni to nazywają przyzwoitością...&lt;br /&gt;Jednym ze sposobów gry ciała z otoczeniem jest okrywanie go ubiorem, który już dawno przestał służyć li tylko do ochrony przed chłodem. I niezależnie od tego, jak bardzo ulegamy różnorakim modom, można uznać, że w to okrycie dzięki bezpośredniemu kontaktowi z ciałem przenika z czasem jakaś cząstka ludzkiej tożsamości. Wydaje się w to wierzyć Grace, która zaczyna swój proces utożsamiania się z ukochanym a nieżyjącym bratem od założenia jego ubrania. Jeden ze sposobów pojmowania miłości. Pełne utożsamienie z ukochanym i jednocześnie pełna ofiara ze swojego Ja, ze wszystkiego, co nie pasuje do ubrania Grahama.&lt;br /&gt;Najbardziej utożsamić się mogłem w tej sztuce z Rodem (choć moje preferencje seksualne są nader tradycyjne), który jak ognia wystrzegał się jakichkolwiek obietnic dotyczących miłości. Pełna asekuracja uważana przez wielu (przeze mnie także) za szczerość. "Kocham cię teraz" - to jest wszystko, co potrafi obiecać okrutnie kaleczonemu stopniowo przez miłość Carlowi. "Teraz"! Żadnej gwarancji na jutro. Bo to nieuczciwe. Ale być może, jeżeli nie potrafimy powiedzieć (co zresztą Rod w końcu mówi) "Zawsze będę cię kochał" to oznacza, że i słowa "Kocham cie teraz" są nieprawdziwe... Rod w trakcie sztuki nie doznaje żadnych okaleczeń. Jego ciało niemal do końca nie doświadcza muśnięcia głębszych emocji i prawdziwszych słów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chciałem pisać o tym spektaklu. Bo trudno pozbyć się wstydu, że prawić będę banialuki. Że o tej sztuce napisano już tyle, że skompromituję się tylko brakiem erudycji. A i o fenomenologii ciała napisano w ostatnim półwieczu tomy. Ale ponieważ na tym blogu przyzwoliłem sobie na banał, to stwierdziłem, że mam to w nosie. Pogadałem sobie przez chwilę obok tych wszystkich erudycyjnych cenności...&lt;br /&gt;taki sobie nomadyzm&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Sarah Kane, "Oczyszczeni", reż. Krzysztof Warlikowski&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-65184811728727317?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/65184811728727317/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/06/kilka-sow-na-temat-ciaa.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/65184811728727317'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/65184811728727317'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/06/kilka-sow-na-temat-ciaa.html' title='Kilka słów na temat ciała'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-7838587589408921671</id><published>2010-06-25T17:11:00.007+02:00</published><updated>2010-06-26T09:52:03.218+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino rosyjskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><title type='text'>Zwiastowanie pustki</title><content type='html'>Dawno temu, w liceum jeszcze, miałem szczególną rozmowę z 'moją' ówczesną dziewczyną. Stwierdziła ona mianowicie, że Józef (świętym zwany przez wielu) musiał mieć niezwykły charakter: świeżo poślubiona żona informuje go, że jest w ciąży, lecz nie z nim. A on...&lt;br /&gt;Biblia ma to do siebie, że niewiele tam znajdziemy opisów przeżyć wewnętrznych bohaterów. Ich dramaty skryte są głęboko za opowieścią o czynach i słowach. To dopiero w czasach bliższych współczesności zaczęliśmy spekulować na temat tego, co mógł czuć Izaak prowadzony na rzeź, czy też - no właśnie - Józef, którego żona ma urodzić Boga. I nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę, że mamy do czynienia z czasami, w których tego rodzaju wiadomość nie musiała szokować (o czym doskonale wie Berlioz z "Mistrza i Małgorzaty" informujący Bezdomnego o powszechności tego zjawiska w starożytności), to i tak warto chwilę zadumać się nad jego postawą. Bo nie tylko nie odesłał swej małżonki do ojca (czym zhańbiłby ją po wieczne czasy), ale nawet z narażeniem życia ratuje życie swego przybranego syna uciekając przed siepaczami Heroda (nie warto oczywiście wspominać o tym, ilu świeżo narodzonych chłopców poniosło śmierć w Betlejem w zamian za to jedno istnienie - a wszystko dzięki temu, że Józef miał, w przeciwieństwie do innych śmiertelników, dostęp do najświeższych wiadomości). Nie mówiąc już o tym, że przecież mógł uznać, że jego młoda nawiedzona małżonka jest niespełna rozumu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Jestem w ciąży, ale to nie twoje dziecko".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W naszej kulturze tego rodzaju wiadomość na pewno ciągle wywołuje szok u mężczyzny, który przywykł do opatrywania słowa żona (bądź kobieta lub dziewczyna) zaimkiem dzierżawczym "moja" (zresztą w równym stopniu dotyczy to płci przeciwnej). To samo prawo własności przenosimy na dzieci. I choć zaimek wydaje się niewinny i z przyjemnością jego dzierżawczość ograniczylibyśmy do praw rządzących językiem, to codzienna praktyka jest dowodem na to, że jego treść w pełni przystaje do naszych codziennych zachowań. Dopóki symboliczna pępowina nie zostanie zerwana chcielibyśmy niemal w pełni decydować o kształtowaniu się osobowości dzieci, które całkowicie bezwiednie nazywamy naszymi. Nie inaczej jest z partnerami, którymi szczęśliwy w tym wypadku los nas obdarował. Często na początku związku, gdy staramy się dopomóc fortunie, wkładamy wiele wysiłku, by odkryć w tym drugim człowieka. I nawet jeżeli musimy w to włożyć wiele wysiłku, to ten Inny jest dla nas wyzwaniem, dzięki któremu odkrywamy w sobie pokłady nieznanych treści a przede wszystkim emocji. Rodzi się w ten sposób uczucie powszechnie zwane miłością, pozwalające nam przetrwać w nieprzyjaznym często świecie. Lecz z czasem, gdy bliskość i ciepło stają się niekwestionowane, przyzwyczajenie zaczyna wygrywać z ambitnym, wymagającym permanentnego wysiłku procesem przekraczania siebie, którego celem jest zrozumienie tego nieznanego lądu. Zawłaszczenie naiwnie wydaje się pełne, więc zaczyna człowiek swą energię kierować na kolejne życiowe zdobycze. Rodzina staje się, podobnie jak inne meble, elementem wyposażenia wnętrza.&lt;br /&gt;Nietrudno sobie wyobrazić, z jakim dramatem będziemy mieli do czynienia, gdy w takim momencie usłyszymy: "Jestem w ciąży, ale to nie twoje dziecko".&lt;br /&gt;Możemy zabić (małżonkę bądź nienarodzone) lub wybaczyć (pozostawiając oczywiście kobietę z wiecznym poczuciem winy, które w odpowiednim momencie jesteśmy skłonni wykorzystać). Do głowy nam nie przyjdzie, że jest to najbardziej autentyczny sprawdzian miłości, która nakazuje przede wszystkim zaakceptować a później być może zrozumieć.&lt;br /&gt;Szczytne to i idealistyczne oczywiście, ale to jest podstawowy warunek, by w sprofanowanym świecie wygospodarować sobie odrobinę ogrodu nad rzeką Gichon. By, niczym Józef, chronić wszystko, co najważniejsze, niezależnie od kosztów.&lt;br /&gt;Człowiek współczesny jest jednak spadkobiercą wygnanych z Edenu rodziców najpierwszych i postępuje zgodnie z nakazem tego demonicznego zaimka dzierżawczego: zabija to, co wymknęło się spod jego prawa własności. I jeżeli żałuje, jeżeli ma poczucie, że błąd popełnił, to przeważnie za późno. Przypieczętowuje w ten sposób swoje zasłużone wygnanie.&lt;br /&gt;Nomada na pustyni...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący"&lt;b&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Wygnanie&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;, reż. Andriej Zwiagincew&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/b&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-7838587589408921671?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/7838587589408921671/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/06/zwiastowanie-pustki.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7838587589408921671'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7838587589408921671'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/06/zwiastowanie-pustki.html' title='Zwiastowanie pustki'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-8640011272452276463</id><published>2010-06-23T15:17:00.005+02:00</published><updated>2010-06-23T16:59:55.858+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><title type='text'>Najważniejsze jest słabo widoczne</title><content type='html'>Choć "Ojciec chrzestny" należy do moich ulubionych  filmów, to nigdy nie czytałem żadnej książki &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mario Puzo&lt;/span&gt;. Dopiero teraz... "&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Dziesiąta Aleja&lt;/span&gt;"...&lt;br /&gt;Na początku troszkę się nudziłem i błąkały mi się po głowie myśli w stylu: "co mnie obchodzą amerykańskie losy włoskich emigrantów z początku XX wieku?" I przymuszony jakąś zawodową koniecznością  szukałem w tej historii  problemów uniwersalnych (tak jakby rodzina sprawą uniwersalną  nie była). Gnany męską potrzebą idei nie mogłem uchwycić sensu czytania tej powieści (rodzina ideą jest chyba tylko w hasłach wygłaszanych przez polityków, a właśnie trwające wybory uzmysławiają, że jest to idea już mocno zużyta, bo mało się o niej mówi podczas kampanii - pytanie: smutne to czy nie).&lt;br /&gt;Jedną z przyczyn tego, że zasadnicza wartość tej książki mi umykała, był chyba sposób, w jaki ją czytałem. Była to dla mnie lektura do autobusu (bo tak sobie myślałem, że pewnie nieskomplikowana historia świetnie się na taką codzienną 40-minutową okoliczność nadaje). Dopiero od wczoraj (bo wolnego dużo bardzo się zrobiło) zanurzyć się mogłem w nią bez reszty. Zrazu tylko z obowiązku - by skończyć przed wakacjami - później już całkowicie pochłonięty, by po przeczytaniu ostatniego zdania doświadczyć dawno nieodczuwane wzruszenie (wzruszenie w ogóle, a nie związane z tą konkretną historią). Bo choć konstrukcja tej historii jest nieco impresjonistyczna (czyli brak w niej wyrazistego, zasadniczego wątku a całość składa się z szeregu epizodów składających się na niemal 40-letnie zmagania z losem rodziny Angeluzzich-Corbo) to jednak czytanie na raty jej nie służy (zresztą, tak jak zawsze; lecz są książki, które nadają się do czytania podczas codziennych dojazdów do pracy, nie mówiąc o tym, że doskonale się w tej roli sprawdzają utwory, które lubimy i znamy, a które pragniemy sobie tylko przypomnieć). Skupieni na poszczególnych sytuacjach nie zawsze jesteśmy w stanie dostrzec głównego bohatera tej książki. Bo, tak jak w życiu, nie jest to postać pchająca się na plan pierwszy... przeważnie...&lt;br /&gt;Tym bohaterem jest matka.&lt;br /&gt;Niepiśmienna, uboga Włoszka, która w Nowym Jorku walczy z losem i Bogiem o swoje szczęście. Szóstka dzieci, dwóch mężow (pierwszy umiera, drugi wariuje) i Wielki Kryzys...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W "Ojcu chrzestnym" Coppola (t tak pewnie także jest w książce Puzo) wykreował świat, w którym to mężczyźni decydują o przetrwaniu rodziny. Kobiety w nim głosu nie mają, a jeśli tego nie rozumieją, to brutalnie wskazuje im się ich miejsce. Gdy nie są w stanie tego zaakceptować, dochodzi do rodzinnego dramatu. Ale to brak otwartości mężczyzn i ich kurczowe trzymanie się archaicznych obyczajów (głównie związanych z patriarchatem) prowadzi do tragedii.&lt;br /&gt;W "Dziesiątej Alei" mamy do czynienia z tym samym światem wartości, z tą samą obyczajowością, która konfrontowana jest z Nowym Światem. Los dzieci Lucii Santy odzwierciedla rozmaitość ról, które w tym świecie mogą pełnić urodzeni już na tym odległym od tradycyjnych wartości kontynencie. Od gangstera po nauczycielkę czy lekarza. A ginie ten, który&lt;br /&gt;w Italii pewnie wiódłby szczęśliwe życie (tak sobie wnioskuję na podstwie jego charakteru charakteryzującego się brakiem przystosowania). Cóż znaczy jedna ofiara...&lt;br /&gt;Tym razem Puzo bardzo jednoznacznie wskazuje na to, że przetrwanie rodziny od kobiety zależy przede wszystkim. I w sposób niezwykle wiarygodny a jednocześnie przejmujący kreuje postać Lucii Santy - kobiety ubogiej, niezbyt przebojowej (w przeciwieństwie do niektórych  jej włoskich przyjaciółek), słabo orientującej się w świecie - nawet bez jednoznacznego systemu wartości (pod koniec dochodzi do wniosku, że świat jest tak poukładany, że żadne zasady postępowania nie są w stanie zagwarantować nam sukcesu w życiu; a przecież jej ambicje są nader skromne), poza jedną - rodziną... Ale właśnie, w przeciwieństwie do niektórych naszych współczesych polityków, nie była to dla niej idea; co nie znaczy, że wszystkie decyzje podejmowała instynktownie. Ale spekulacje towarzyszące podejmoaniu przez nią niektórych z nich pojawiały się, gdy dochodziło do konfliktu wartości i musiała się sprzeniewierzyć czemuś odwiecznemu dla dobra...&lt;br /&gt;Gorzki amerykański raj...&lt;br /&gt;"Chciałam to wszystko osiągnąć bez cierpienia. Chciałam tego bez konieczności opłakiwania dwóch mężów i ukochanego dziecka. Chciałam tego wszystkiego, ale bez wzbudzania nienawiści u syna poczętego z prawdziwej miłości. Chciałam tego wszystkiego, ale nie kosztem wyrzutów sumienia, zgryzot, strachu przed śmiercią i grozą dnia sądu ostatecznego. Zachowując niewinność".&lt;br /&gt;Można by powiedzieć: kazdy by tak chciał.&lt;br /&gt;Lekturę kończymy odczuwając dla niej podziw... z jednoczesnym przekonaniem, że jest to podziw wobec postaw, które coraz mniej obecne są w świecie nas otaczającym (takie moje subiektywne wrażenie bardzo) i że teatralnej histerii na pogrzebie Vincenza przyglądałbym się z takim samym dystansem jak Gino...&lt;br /&gt;Bo to z tym, przeklętym przez Lucię, bohaterem mam chyba najwięcej wspólnego. I w sumie powinienem sporządzić blogową notkę o tej postaci, obnażając się przy okazji. A ja sprytnie opisałem postać, z którą niewiele mam wspólnego, ale na której postawę patrzę z zadziwieniem podszytym zazdrością. Trochę jak Gino przyglądający się swojej matce (tyle że w jego spojrzeniu pod koniec był już widoczny ładunek demonicznego zła).&lt;br /&gt;Gino, który wolał uciec na wojnę (która przerodziła się po ataku na Pearl Harbor w światową) niż być uwikłanym w relacje rodzinne.&lt;br /&gt;"Teraz już była pewna, że Gino nie wróci po wojnie do domu. (...) Że zostanie pielgrzymem i w marzeniach będzie szukał swoich własnych Ameryk".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mario Puzo: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dziesiąta Aleja&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-8640011272452276463?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/8640011272452276463/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/06/choc-ojciec-chrzestny-nalezy-do-moich_23.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/8640011272452276463'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/8640011272452276463'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/06/choc-ojciec-chrzestny-nalezy-do-moich_23.html' title='Najważniejsze jest słabo widoczne'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-3457434155289041412</id><published>2010-06-07T20:28:00.006+02:00</published><updated>2010-06-07T21:46:50.027+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='narracje historyczne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='starość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dramat współczesny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='teatr'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><title type='text'>Gorycz władzy</title><content type='html'>Najbardziej samotni są bohaterowie mitów&lt;br /&gt;... i wielcy tego świata (co czasami na jedno wychodzi). Pewnie jeszcze kilka innych kategorii by się znalazło (z tych najbardziej dramatycznych to jeszcze samotność choroby i cierpienia a także starości... szczególnie tej, gdy się jest rzeczywiście całkowicie pozbawionym bliskich...), lecz ja chciałem kilka słów o "&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Elżbiecie królowej Anglii&lt;/span&gt;" Ferdynanda &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Brucknera&lt;/span&gt;. Obejrzałem sobie ten stary telewizyjny spektakl i zatęskniłem  bardzo za tradycyjnym teatrem telewizji. Jest to jedna z tych strat, które przyniosła nam wolność. Strat niepotrzebnych. Widząc to, co dzieje się obecnie w telewizji, trudno mieć nadzieję na powrót tej niezwykłej i wyjątkowej formuły teatru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Elżbieta Brucknera...&lt;br /&gt;ponieważ to teatr, nie oczekiwałem skrupulatnego odtworzenia słów, zdarzeń, postaci...&lt;br /&gt;Teatr pozwala na zasadzie syntezy zwrócić uwagę na jakiś szczególny aspekt wydarzeń historycznych, których dotyczy. I czasami rzeczywiście to te wydarzenia zaczynają w pełni decydować o napięciu dramaturgicznym do tego stopnia, że zapomina się o człowieku. W tej sztuce jest i jedno i drugie.&lt;br /&gt;Trzy godziny (w teatrze to już coraz rzadziej się zdarza taka długa sztuka, widzowie coraz mniej cierpliwi są, siedzenia coraz twardsze, pragnienie zamiany miejsca dojmujące), więc wiele różnych rzeczy można było w tym spektaklu pomieścić.&lt;br /&gt;Ale ponieważ ja (i tu przypomnę po raz kolejny) nie recenzję piszę a jedynie pisanie piszę zbaczając czasami na bezdroża, więc pominę np. przeobrażanie się Anglii z kraju skoncentrowanego na obronie swej odrębności i suwerenności w państwo o ambicjach (zrealizowanych jak wiemy) mocarstwowych.&lt;br /&gt;Pominę też konfrontację dwóch rodzajów władców: Filipa poświęcającego się dla idei chrystusowej (w imię której unieszczęśliwił - choćby za pomocą inkwizycji - wielu ludzi) i Elżbiety - pragmatyka z kompleksem braku idei... (ale napięcie istniejące pomiędzy tą dwójką jest w sztuce niezwykle ambiwalentne; taki niemal wzorcowy przykład bliskości, jaka rodzi się pomiędzy zaciekłymi wrogami)&lt;br /&gt;Są to tematy wciągające bardzo, ale...&lt;br /&gt;Elżbieta ma lat 60 a Essex... dużo dużo mniej...&lt;br /&gt;Kobieta, która osiągnęła wszystko, co w jej sytuacji było możliwe (i to bez parytetów i armii feministek)...&lt;br /&gt;Kobieta, której kobiecość staje się ważna tylko jako element polityki dynastycznej (co oczywiście specjalnie jej nie wyróżnia wśród władców tamtych czasów, ale warto pamiętać o tym, gdy staramy się spojrzeć na nią jak na kobietę właśnie).&lt;br /&gt;Kobieta stara...&lt;br /&gt;W jaki sposób odróżnić szczere uwielbienie od fałszywych pochlebstw? Jest to trudne w prostych sytuacjach zależności. A co dopiero, gdy ona jest królową. Przyzwyczajoną zresztą do tego, że się ją podziwia. Jest też kobietą, która chciałaby być kochana nie jako królowa, lecz właśnie jako kobieta (czy rzeczywiście tego pragnęła, nigdy się nie dowiemy, ale przecież jest to bardzo prawdopodobne). Ale jest także starą kobietą...&lt;br /&gt;Nigdy nie będzie wiedziała, czy jest autentycznie kochana (i ta gorycz niesamowita, gdy dowiaduje się od Bacona, że był on współautorem listów Essexa do niej; i to jego 'niewinne'&lt;br /&gt;zadawanie jej bólu, gdy jej to mówi... tylko tak można choć trochę poniżyć tę, która wczesniej sama takie okazje wykorzystywała).&lt;br /&gt;Tego rodzaju zależność zawsze naznaczona będzie piętnem nieufności.&lt;br /&gt;i trzeba swą miłość bardzo mocno stłumić, by wydać wyrok na wielbiciela, który zdradził&lt;br /&gt;Podobno po ścięciu Essexa Elżbieta już nigdy nie funkcjonowała tak jak wcześniej. Nawet, jesli to legenda, to wielce prawdopodobna.&lt;br /&gt;samotność wielkich&lt;br /&gt;samotność starości&lt;br /&gt;Jeżeli wszyscy sa całkowicie od ciebie uzaleznieni, żadne ich słowo, nawet to dotyczące najintymniejszych uczuć, nie może być wiarygodne.&lt;br /&gt;A i tak przy całej ostrośności i dystansie nie można ustrzec się takiego Bacona (niektórzy twierdzą, że to on był Szekspirem, bo w przeciwieństwie do stratfordczyka był świetnie wykształcony), który potrafi cynicznie wykorzystać swą inteligencję, by osiągnąć cel, czyli pchnięcie Anglii na drogę rozwoju mocarstwowego. Na drodze stoi mi tylko stara, ostrożna nazbyt królowa (oj, musiał mocno przeżywać ten ambitny i inteligentny karierowicz to, że kobieta przypomina mu, gdzie jest jego miejsce w szeregu).&lt;br /&gt;Ale potrafił... stać się reżyserem zdarzeń (przynajmniej w tej sztuce), a królowa umierając miała poczucie pewnie, że to, co było blaskiem ostatnich lat jej panowania - miłość - mogło być (właśnie - mogło być, bo nie musiało: Essex przecież mógł ja rzeczywiście kochać, tyle że wykorzystany został przez Bacona a później jego urażona duma pchnęła go na drogę spisku... ale tutaj to możemy gdybać w nieskończoność... i to ciekawe nawet jest; jak było nawet królowa się pewnie nigdy nie dowiedziała) tylko elementem perfidnego planu.&lt;br /&gt;I ona - mistrzyni udawania, ona - która nikomu nie pokazywała się bez niemalże już barokowej charakteryzacji - została ograna (niezwykła scena, gdy Essex zobaczył ją w negliżu - porażający dramat starej kobiety, która i tak potrafiła zachować dumę...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tradycyjny teatr telewizji, który pozwala z bliska przyglądać się niezwykłemu kunsztowi aktorskiemu. Bo to spektakl przede wszystkim bardzo teatralny i aktorski...&lt;br /&gt;Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Jan Frycz, Marek Walczewski, Henryk Machalica, Zdzisław Wardejn, Bogusz Bilewski, Adam Ferency, Piotr Machalica, Michał Bajor...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;F. Bruckner, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Elżbieta królowa Anglii&lt;/span&gt;, reż. Laco Adamik&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-3457434155289041412?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/3457434155289041412/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/06/gorycz-wadzy.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/3457434155289041412'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/3457434155289041412'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/06/gorycz-wadzy.html' title='Gorycz władzy'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-2195136178052800428</id><published>2010-06-05T11:25:00.009+02:00</published><updated>2010-06-07T08:41:46.084+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='narracje historyczne'/><title type='text'>Narracja historyczna czyli radość pisania</title><content type='html'>Historia...&lt;br /&gt;O historii różnie bardzo można. Tak w literaturze jak i w kinie (zresztą w podręcznikach także, ale ten tekst nie będzie dotyczył wątpliwości dotyczących tego, w jakim stopniu naukowe książki historyczne są także jednym z typów narracji o świecie; narracji, której wyróżnikiem jest konwencja mająca swe korzenie w dziewiętnastowiecznym scjentyzmie).&lt;br /&gt;Można niczym Aleksander Dumas skupić się na przygodach całkowicie fikcyjnych bohaterów, których brawurowe awantury całkowicie dominują nad poważniejszą analizą skomplikowanych procesów historycznych (a więc siłą rzeczy tło - czyli tak zwana prawda historyczna - jest uproszczona tak, by zbytnio nie absorbować czytelnika; niestety czytelnik nieświadomy konwencji w takim wypadku zaczyna postrzegać przeszłość przez pryzmat tychże uproszczeń i w ten sposób horyzont wyobrażeń dotyczących komplikacji świata, w którym żyjemy dramatycznie ubożeje).&lt;br /&gt;Można też skupić się na postaciach, które znamy z podręczników do historii: na Elżbiecie, Henryku czy Williamie (wtedy, gdy zakochany jest). Uproszczonych interpretacji w dziełach opowiadających o ich losach także jest co niemiara oczywiście, ale przynajmniej prowokują do przyjrzenia się poważniejszego historii.&lt;br /&gt;No i jeszcze gdzieś tam jest ktoś taki, jak Teodor Parnicki, którego pisanie jest jakby przekopywaniem się przez sterty różnych innych tekstów po to, by uświadomić czytelnikowi, że nasz sposób postrzegania historii zapośredniczony jest przez zmieniające się permanentnie konwencje (które on jednocześnie w swoich utworach wykorzystuje, co potwornie utrudnia lekturę - ale mi się podobało).&lt;br /&gt;Gdy dawno temu chłopcem małym byłem zdecydowanie bardziej przepadałem za wersją reprezentowaną przez Sienkiewicza niż np. przez Golubiewa. Dzisiaj jest inaczej. Z tym, że różnica przede wszystkim polega na 'zdolności filmu (obecnie zdecydowanie częściej niż z książkami mam do czynienia z tego typu filmami) do skłonienia mnie do ponownego obejrzenia'; a powracam do tych, które prowokują mnie do poszukiwania dodatkowych informacji, dzięki którym lepiej zrozumiałbym czasy i ludzi... gdy tego nie ma, film prędzej czy później ulega zapomnieniu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(właśnie sobie uświadomiłem, że wszystko, co dotąd tu napisałem, wstępem jest tylko do sformułowania glosy do właśnie obejrzanego filmu &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kapitan Alatriste&lt;/span&gt; [a dlaczego ten film a nie "Robin Hood" najnowszy, tego nie wiem, choć przecież film Ridleya Scotta mógłby być pretekstem do bardziej śmiałego pisania nie na temat; ale o nim to może kiedyś, bo tam jednak jest coś, co lubię bardzo, czyli tworzenie się mitu...]; i dobrze, że sobie przypomniałem, bo skuszony kolejnymi skojarzeniami pewnie do tego filmu nigdy bym nie doszedł zbłądziwszy wśród wijących się znaczeniami dygresji nomadycznych i okazałoby się, że mój tekst tekstem nie jest [co nie znaczy, że przestałby Być - zostałby jedynie zaklasyfikowany pogardliwie do klasy grafomanii, czyli bytów, które na istnienie nie zasłużyły i które są pozostałością aktu nazbyt dowolnego i w dodatku roszczącego sobie... i pewnie w ten sposób doszedłbym do "Ucieczki z kina Wolność" - filmu opowiadającego między innymi o miejscu, w którym przebywają twórcze twory wykluczone] , bo pozbawiony jest kilku immanentnych cech wyróżniających tego rodzaju twory; warto jednak ostrzec czytelników, których prace są jeszcze wciąż oceniane przez belfra: broń Boże nie bierzcie przykładu, pisząc swe dysertacje, z Nomady...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ad rem...&lt;br /&gt;1622 - 1643, Hiszpania, wojna trzydziestoletnia (w odległej Rzeczypospolitej - byłoby to od , mniej więcej, bitwy pod Chocimiem po założenie miasta Wejherowa... nieoceniona wikipedia)&lt;br /&gt;od hiszpańskich wojen we Flandrii (charakteryzowanej nader ponuro przez bohatera filmu; ciekawe, co by powiedział o ziemiach jeszcze bardziej oddalonych od jego centrum świata, czyli od Madrytu) po bitwę pod Rocroi (specyficzne, że w sekwencji pokazującej tę bitwę, mamy do czynienia z jednej strony z heroiczną grupą żołnierzy hiszpańskich - nieźle zresztą sfatygowanych - a po drugiej z przeważającymi siłami wojsk francuskich w całkiem jeszcze niezłym stanie; i choć trudno Hiszpanom zarzucać fałszowanie historii, bo pod koniec bitwy rzeczywiście tak to mogło wyglądać, aczkolwiek na jej początku stosunek sił był dokładnie odwrotny [w filmie mamy do czynienia zresztą ze swoistym komentarzem do twórczego traktowania pamięci o przeszłości: bohaterowie w pewnym momencie komentują prawdę historyczną obrazu Velazqueza "Kapitulacja Bredy"; obrazu dotyczącego wydarzenia, w którym uczestniczyli - i wytknąwszy mu pierwej nieścisłości, stwierdzają, że i tak jest wybitne])&lt;br /&gt;czyli czas stopniowego podupadania potęgi Hiszpanii i gdybyśmy mieli szukać problemu dotyczącego, będących w tle, procesów historycznych, to pewnie musielibyśmy wymienić ten właśnie&lt;br /&gt;Dlaczego do tego doszło? Dlaczego Hiszpanie dali się pokonać mniej licznym Francuzom (ale przypominam: o tym, że stosunek sił taki właśnie był, to tylko ewentualnie Hiszpan wie a nie przeciętny widz, który takiego pytania sobie nie zada - on wyjdzie z kina z niezwykle heroicznym wyobrażeniem o ludziach pochodzących z Półwyspu Iberyjskiego i w ten sposób utrwali się przekonanie, że gdy jest nas mniej, gdy jesteśmy wycieńczeni walką a przeciwnik proponuje nam korzystne warunki kapitulacji, to należy gardząc wrogiem dać głowę pod nóż [notabene później Hiszpanie przyjęli warunki zawieszenia broni, o czym w filmie nikt nie pisnął])?&lt;br /&gt;Utwór jest typowym reprezentantem gatunku 'płaszcza i szpady' (i trzeba przyznać, że oba te rekwizyty dość często są w użyciu), więc tylko zarysowuje w tle pewne propozycje odpowiedzi na tak postawione pytanie: zdemoralizowany król, intrygi arystokracji, prywata, niedoinwestowanie armii (można by powiedzieć, że jest to kolejny dowód na to, że już wtedy do Europy należeliśmy, boć przecie u nas równie budująca sytuacja miała miejsce; tylko jak oni - przy takim nastawieniu - mogli przez 30 lat tę wojnę prowadzić?)&lt;br /&gt;Ale czy tak naprawdę jest to problem, który powinien nas intrygować a tym bardziej niepokoić?&lt;br /&gt;To chyba dobrze, że jedno z mocarstw nieco podupadło (myślę tak pewnie, bo Hiszpanem nie jestem)...&lt;br /&gt;Niezależnie od tego, jak historycznie uzasadniona, nie budzi mego zachwytu polityka mocarstwowa - czy to dziś, czy w XVII w. I wiem, że jest to spojrzenie ahistoryczne, aczkolwiek myślę, że uzasadnione, jeżeli pojawia się  przy okazji snucia refleksji o filmie historycznym.&lt;br /&gt;Bo po co dziś ktoś taki film robi?&lt;br /&gt;Mam nadzieję, że poza rozrywką w postaci obserwowania przygód, mniej lub bardziej oryginalnych, twórcy chcą zaoferować choć namiastkę dyskusji ze współczesnością (a jeśli w ogóle ich to nie obchodzi, a film cieszy się popularnością, to jest to dość ponury  obraz, ale - współczesności). A to, choć trochę uzasadniać może stawianie pytań o charakterze ahistorycznym.&lt;br /&gt;A więc typowy kolos u schyłku, któremu trudno współczuć - a i więcej: heroiczna klęska pod Rocroi, będąca zapewne świadectwem niewydolności państwa i nieudolności elity rządzącej - z ulgą powinna być przyjmowana.&lt;br /&gt;Jest jednak inaczej, bo widz nie z Kolosem a z bohaterami utożsamiwszy się pierwej, podziwia ich męstwo i ogarnięty współczuciem dla walczących kończy oglądanie filmu (ostatni kadr - zatrzymany - kapitan Alatrist z wściekle atawistycznym okrzykiem na ustach rusza do samobójczego ataku). Co zresztą im właśnie się należy (że tak lewacko dopowiem).&lt;br /&gt;No właśnie, przecież ten film nie o procesach historycznych jest  (tak, jakbym kolejny wstęp do wpisu miał za sobą:-)) a o dwóch ludziach żyjących w czasach, w których niebycie żołnierzem mogło tylko niektórym kobietom się podobać - i to tym, które matkami albo siostrami były.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Świat mężczyzn - ich cynizmu i honoru ( w zależności od sytuacji i sfery).&lt;br /&gt;Świat, w którym kobiety, jeśli są rozsądne,  także muszą , by zadbać o swą przyszłość - porzucić mrzonki o uczuciach. I porzucają. Lecz, paradoksalnie, to mężczyźni są ich niewolnikami. Bo ci, których się wyrzekły, kochają je nadal i są w stanie im wszystko wybaczyć. Można by z tego wyciągnąć wniosek, że - zgodnie z gatunkiem - ze światem honoru do czynienia mamy. Tu się jednak zaczyna kłopot - z tym etosem różnie bywa. Są sytuacje, w których nawet wieloletni towarzysz broni może nam zadać  śmiertelny cios rapierem - co ciekawe, nikt nie jest tym faktem zdziwiony ani oburzony; jeśli ciosy były wzajemne, to jeszcze sobie w ostatniej chwili pogadają o tym, jaki ten świat jest beznadziejny. Można powiedzieć, że mamy w tym filmie do czynienia z opromienionym niemało etosem najemnika, który zbratany jest ze śmiercią (taki zawód i dziś pewnie najemnicy wynajmujący się do robienia wojny raz są po przeciwnych stronach a innym razem po tej samej... i trudno, żeby mieli do siebie pretensje w momencie, gdy są zmuszeni wzajemnie się pozabijać; byłoby to nieprofesjonalne), walczy przeważnie zgodnie z ustalonymi zasadami (choć gdy jest krucho z forsą, to jest człowiekiem do wynajęcia i podejmuje się zadań, które raczej do ukształtowania legendy się nie przyczynią).&lt;br /&gt;Świat, w którym mężczyzna uświadamia sobie, że może być potrzebny kochanej kobiecie, gdy jest już za późno. I wcale nie ma w tym nic romantycznego. A także w tym, że inna kobieta, by być pewniejszą swej przyszłości, porzuca kochanka, który przecież prędzej czy później zginie. I płacze ona potem do końca życia.&lt;br /&gt;Świat, w którym bohater (Vigo Mortensen grający troszkę podobnie do swej roli we "Władcy pierścieni") do końca czuwa nad życiem syna swego kumpla, bo ten mu taką prośbę wyszeptał umierając podczas bitwy. Ale ten sam bohater potrafi bez mrugnięcia okiem innego swego kumpla zabić, gdy ten wyciągnął rękę nie po swoje złoto - żeby nie było, nie był później pewien, czy ten nie miał racji. Ale znowu było za późno.&lt;br /&gt;Bo on tylko najemnikiem był.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja nawet nie wiem, czy o tym filmie warto było tyle pisać. Lecz tyle mojego, ile sobie postukam w klawisze:-) - utwory, o których piszę, są tylko dla mnie pretekstem - i to nie tyle do refleksji, co pisania właśnie...  (ktoś mnie tydzień temu zapytał, co mi sprawia przyjemność - bo ja taki dziwny niby jestem - to odpowiadam: między innymi właśnie to - pisanie, oglądanie, czytanie; i nie po to, żeby z tego coś było - sprawia mi radość sam stan - pisania, oglądania, czytania...&lt;br /&gt;no i jeszcze lubię, gdy mnie myślątka niczym spuszczeni z łańcucha nomadzi doprowadzają do miejsca, którego dotąd nie znałem:-)&lt;br /&gt;No właśnie, żebym nie zapomniał: film ten bardzo dobrze się ogląda; jest sprawnie zrobiony, w miarę klarownie opowiedziany, są dobre kreacje aktorskie (piękne dwie kobiety: Elena Anaya i Ariadna Gil) i obrazy - o tak! - nawiązujące między innymi do Velazqueza (a jednocześnie miały być pewnie wiarygodne, bo dużo na nich brudu i krwi a bohaterowie nieraz i w łachmanach, ale czasami to wszystko jednak jakoś tak bardzo malownicze jest, mało odrażające i podejrzewamy, że pewnie nie śmierdzi... - to niesamowite jak turpizm wpłynął na skonwencjonalizowanie estetyczne brzydoty - ona naprawdę stała się ładna).&lt;br /&gt;Dobre kino, żeby sobie odpocząć a później jeszcze kilka słów napisać; słów nie pod przymusem przywoływanych do porządku, co możliwe tylko wtedy, gdy kilka dni wyjętych jest z rytmu codzienności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kapitan Alatriste, reż. Agustin Diaz Yanes&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-2195136178052800428?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/2195136178052800428/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/06/historia.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/2195136178052800428'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/2195136178052800428'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/06/historia.html' title='Narracja historyczna czyli radość pisania'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-5354963329680467771</id><published>2010-06-03T21:34:00.007+02:00</published><updated>2010-06-04T00:08:49.852+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mity i legendy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='z ciemności rodem'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Szekspir'/><title type='text'>Nie-boski klasztor</title><content type='html'>Mimo że w naszej kulturze powstały takie dzieła jak &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Faust&lt;/span&gt; czy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mistrz i Małgorzata&lt;/span&gt;, to mam wrażenie, że bohater tych książek - czyli diabeł - współcześnie najlepiej zadomowił się w kulturze popularnej. A ponieważ Behemotha nie słucham a i nie przepadam za tanimi horrorami (oczywiście nie mam na myśli filmów Polańskiego), to rzadko coś współczesnego prowokuje mnie do snucia myślątek na temat ducha, który przeczy. Zresztą, nawet, gdy próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, kim jest Woland, to także towarzyszy mi świadomość, że traktuję go jako symbol czy też figurę literacką, a nie jako znak sił demonicznych realnie wpływających na ludzki los.&lt;br /&gt;(przyznaję jednocześnie, że gdy wypowiadam  imię Diabła towarzyszy mi leciutki nieokreślony lęk, który pewnie i Bułhakow miał na myśli ostrzegając, by go nie przywoływać bez potrzeby, bo a nuż może się ucieleśnić)&lt;br /&gt;Nawet gdy oglądałem świetny spektakl Lupy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mistrz i Małgorzata&lt;/span&gt; i uświadomiłem sobie dzięki niemu, że można pojawienie się świty Wolanda w Moskwie potraktować jako intensywne pragnienie bycia - kogoś, kto z tego świata został już wyeliminowany (bo przecież pojawia się ona w momencie, w którym Berlioz kategorycznie umieszcza jego istnienie wśród mitów i legend). Bo to straszne być przecież musi - poczucie, że się istnieje wspóistniejące ze świadomością, że nikt twego istnienia nie zauważa. Jakież to ludzkie... i jak bardzo musi taka samotność doskwierać...&lt;br /&gt;Tak, tylko że ja, przyglądając się tej świetnej scenie, w której diabelskie towarzystwo próbuje być (nie ma tego w powieści, a było popisem subtelnego, bardzo oszczędnego aktorstwa - zagrać pragnienie bycia!), nadal o człowieku a nie o wyparciu nie-boskiego z naszego świata myślałem (nie mówiąc o tym, że przede wszystkim zachwycony byłem samą sceną i aktorstwem - czyli estetyka wzięła górę nad metafizyką, co dość istotnym problemem religijnym jest).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Musiałem ten wstęp zrobić, bo obejrzałem dziś film, po którym mocno skonsternowany byłem (wciąż w sumie jestem). I dzisiejszy wpis, bardziej niż kiedykolwiek, robię dla siebie - mam nadzieję, że moje komórki zwane szarymi (dlaczego w tym wypadku nie ciemnymi) nieco się rozbrykają i mimo czasu wolnego ułatwią mi choć w jakimś stopniu ogarnięcie tego, co opowiedział mi Manoel de Oliveira w filmie &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Klasztor&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;Sięgnąłem po niego skuszony krótką notką, w której pojawiła się informacja, że bohater tego filmu (Malkovich, zadziwiający mnie rozmaitością filmów, w których gra - od &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lotu skazańców&lt;/span&gt; przez &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Niebezpieczne związki&lt;/span&gt; po tak hermetyczne dzieło jak to) poszukuje w tytułowym klasztorze dowodów na to, że Szekspir nie był Anglikiem lecz hiszpańskim żydem. Pomyślałem sobie, że będzie to kolejne dzieło zainspirowane tak niejasną biografią twórcy, który wciąż inspiruje kolejne pokolenia badaczy do pisania prac na temat jego istnienia czy wręcz nieistnienia (prawie tak jak z Wolandem Lupy - duch Szekspira musi się nieźle zżymać spacerując po niebiańskich łąkach, gdy docierają do niego kolejne teorie, w których się udowadnia, że w ogóle nie istniał a jego utwory są dziełem np. Marlowe'a).&lt;br /&gt;Film z Szekspirem (tak mi się przynajmniej wydaje) niewiele ma wspólnego. To, że filmowy profesor zajmuje się wspomnianym problemem ma chyba służyć uwypukleniu pewnej ludzkiej cechy: dumnemu dążeniu do nieśmiertelności uzyskanej na drodze duchowego rozwoju, a dzięki wykorzystaniu do tego tak wydumanego tematu badań podkreślona zostaje absurdalna ludzka ambicja, której celem jest dokonanie niemożliwego.&lt;br /&gt;To nie Szekspir jest niezbędny do zrozumienia lepszego tego filmu a Goethe. To jego &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Faust &lt;/span&gt;przywoływany jest co rusz przez bohaterów i to z bohaterem tego dzieła zaczynamy w pewnym momencie utożsamiać Michaela (niestety - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Fausta &lt;/span&gt;znam niewystarczająco, co tym bardziej utrudnia mi rozmowę z Oliveirą). A w pewnym momencie inny bohater tego filmu niemal każe siebie utożsamiać z Mefistofelesem (Naltar cytuje dzieło Goethego z pamięci).&lt;br /&gt;Bohater, niczym Faust, jest we władzy żądzy wiedzy (lecz w tym filmie, podobnie jak i w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mistrzu i Małgorzacie&lt;/span&gt; nie mamy do czynienia z prostymi analogiami do dzieła Goethego, np. to Mefistofeles zakochuje się w towarzyszce życia Michaela - Helene [tak, tak znowu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Faust&lt;/span&gt;] i to ona w gruncie rzeczy potraktowała go instrumentalnie, by odzyskać uczucie męża zatopionego w zapleśniałej stercie archiwalnych papierzysk [w roli Helen - Catherine Deneuve o nieśmiertelnej urodzie]; Helen, która także walczy z cielesnymi siłami ciemności, ale jednocześnie kojarzona jest z Jasnowłosą Dziewicą, figurą Matki Boskiej i może dzięki temu okazuje się silniejsza od Naltara). Profesor od Szekspira spotyka na swej drodze... członków sekty satanistycznej. Niemal od początku jest to dla widza jasne, od momentu, gdy Naltar staje na tle wielkiego pentagramu;  od tego momentu zaczęła się moja konsternacja, bo myślałem że obejrzę klimatyczny film, którego akcja rozgrywa się w ascetycznym miejscu doświadczania Wielkiej Ciszy. I opowieści o tych, którzy - dawno dawno temu - w tym niezwykłym miejscu dawali wyraz ludzkiej woli w dążeniu do świętości, w filmie się pojawiają. Poznajemy wraz z bohaterami surowe groty, w których, zapominając o potrzebach ciała, wznosili się na wyżyny ducha. Lecz już na początku przewodnikowi wyrywa się spontaniczna uwaga, że byli głupcami. A przewodnik - Baltazar - jest niezwykle podobny do najwyższego kapłana kościoła satanizmu laveyańskiego Antona Szandora La Veya (wiem to przez przypadek, bo oczywiście odpaliłem sobie wikipedię, by coś niecoś doczytać a tam zdjęcie, które jak ulał pasuje do aktora - Almeidy - aktora, który gra rolę bohatera mieszającego w swych wypowiedziach kilka języków...).&lt;br /&gt;W hierarchii wartości satanizmu laveyańskiego najważniejsze jest opowiedzenie się po stronie życia, witalności (seksualność i pragnienia z nią związane nie są tu oczywiście bez znaczenia). Zgodnie z jego zasadami człowiek powinien dążyć do zaspokojenia swoich pragnień za wszelką cenę, nie oglądając się na jakiekolwiek ograniczenia moralne czy kulturowe (to też oczywiście na podstawie wikipedii:-)). Przytoczyłem te najważniejsze zasady, bo są one ważne dla zrozumienia podstawowego konfliktu, z którym mamy do czynienia w tym filmie.&lt;br /&gt;Czytając notkę w wikipedii, pomyślałem sobie, że 90% światopoglądu laveyańczyków (nie wiem, czy istnieje takie słowo:-)) odzwierciedla typ postawy przeciętnego człowieka współczesnego. Więc może Oliveira właśnie na ten temat też chciał mi coś powiedzieć; może uzmysławia, jak bardzo nieświadomymi członkami jakieś sekty jesteśmy. A przecież nigdy byśmy się do tego nie przyznali... (Tym bardziej, że oni chyba w osobowego diabła nie bardzo wierzą. A i ich cześć dla zwierząt z modą na wegetarianizm ideologiczny troszkę ma wspólnego)&lt;br /&gt;Do myślenia także daje to, że klasztor to już dziś muzeum dość mocno splądrowane i popadające w ruinę, a kustoszem tegoż jest czciciel diabła Naltar, który mówi w pewnym momencie: "Teraz jest lepiej, ludzie są dobrowolnie źli"(towarzyszy tej wypowiedzi demoniczny śmiech Luisa Miguela Cinty, którego uroda nie pozostawia złudzeń co do roli, którą kreuje).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oglądanie tego filmu jest źródłem swoistej przyjemności. Mimo że pozbawiony byłem komfortu rozumienia z niezwykle perwersyjną uwagą wpatrywałem się w ekran. Powolny rytm i wysmakowane zdjęcia nie pozwalały na oderwanie uwagi. I choć sfera ludzkich, bardzo ludzkich pragnień jest tam mocno obecna, to nieobecna tam jest trywialna cielesność. Wszystko rozgrywa się w wymiarze duchowym. A bardzo ważnym elementem wyrazu jest muzyka. Muzyka &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=h6DhNG9FDug&amp;amp;feature=related"&gt;Mauzamiego&lt;/a&gt; (utwór, do którego podałem link, troszkę przypomina muzykę z filmu) niemal od początku niepokoi uświadamiając, że zauroczenie obrazem rzeczywistości może nas sprowadzić na Manowce. Uprzedza nas o tym twórca na samym początku, ostrzegając w momencie przekraczania przez bohaterów bram klasztoru: "Jeżeli wchodzicie do tego klasztoru, bądźcie głusi, ślepi i niemi", co oczywiście kojarzyć się musi ze słynnym napisem nad wejściem do bram piekieł w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Boskiej komedii&lt;/span&gt;:&lt;br /&gt;"Pozbądźcie się wszelkiej nadziei wy, którzy tu wchodzicie".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Klasztor, reż. Manoel de Oliveira&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-5354963329680467771?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/5354963329680467771/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/06/nie-boski-klasztor.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5354963329680467771'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5354963329680467771'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/06/nie-boski-klasztor.html' title='Nie-boski klasztor'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-8459763247922349271</id><published>2010-05-31T19:27:00.006+02:00</published><updated>2010-05-31T20:48:49.316+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='komuna'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='na wschód od Bugu'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino rosyjskie'/><title type='text'>Rok 1984 w realu</title><content type='html'>Rzadko chyba ogląda się filmy, które są tak okrutnie realistyczne a jednocześnie wyrastają na miarę symbolu.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ładunek 200&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Rok 1984 - ta data pojawia się na końcu filmu i przenosi ten odrażający obraz na poziom uogólnienia.&lt;br /&gt;Ale na początku filmu poinformowano widza, że wydarzenia, o których w nim się opowiada, są autentyczne. Czy nie pomniejszamy dramatu losu bohaterów, gdy traktujemy opowiedzianą historię jak symbol? Bo przecież w takim wypadku zaczyna być on mniej realny; tak jakbyśmy upuszczali z niego cząsteczki życia, przenosząc go w wymiar li tylko kulturowy.&lt;br /&gt;Ale w sumie to nie wiem, dlaczego liczby mnogiej użyłem przy słowie 'dramaty'...&lt;br /&gt;Nawet nie wiem, czy to dramat jest czy koszmar... senny koszmar, z którego nie można się obudzić.&lt;br /&gt;I to kolejny problem: bo w sytuację przedstawioną w filmie do tego stopnia trudno uwierzyć, że chwilami mamy poczucie groteski - okrutnej bardzo, co jeszcze powiększa to wrażenie. I znowu - to poczucie przyczynia się do obniżenia wagi przeżyć tych, którzy tego doświadczyli (bo wierzymy twórcom, że doświadczyli).&lt;br /&gt;Kojarzy mi się to z czymś co napisała S. Sontag: "Atak na World Trade Center z 11 września 2001 roku w wielu relacjach na gorąco, które zdawali uciekinierzy z wieżowców albo obserwatorzy z sąsiedztwa, był opisywany jako 'nierealny', 'surrealistyczny', 'jak na filmie'. (Po czterdziestu latach hollywoodzkich filmów katastroficznych wyrażenie 'czułem się jak na filmie' wyparło sformułowanie 'to było jak we śnie' w ustach świadków, którzy uszli z życiem i pragnęli wyrazić chwilową niepojętość tego, przez co przeszli)".(&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Widok cudzego cierpienia)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wiem, to nie w pełni to samo.&lt;br /&gt;Ale chodzi mi chyba o to, że ni stąd ni zowąd, obserwując zdarzenia przedstawione w konwencji naturalistycznej (w wypadku której mamy do czynienia ze swoistym paktem wiarygodności co do realnego istnienia świata przedstawionego), pojawiają mi się w główce skojarzenia z konwencjami artystycznymi (symbolizm, groteska, surrealizm), które podważają tę wiarygodność. I jakoś tak moralnie czuję się nieswojo wobec tych, którzy cierpieli...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Związek Radziecki u schyłku; pejzaż rozsypującej się materii w rzeczywistości, z której wyproszono Boga; świat spełnionego proroctwa: jeżeli Boga nie ma, to wszystko wolno;&lt;br /&gt;świadomość człowieka rozpuszczana w hektolitrach alkoholu; jedynym abstynentem jest pozbawiony jakichkolwiek norm moralnych milicjant (znowu się przypomina Hitler będący abstynentem i wegetarianinem); do istnienia Boga przekonuje, mający zasady i honor, zatwardziały alkoholik mający zwyczaj zapijać się w trupa; państwo, w którym los człowieka uzależniony jest całkowicie od potwornej (w sensie dosłownym) wrażliwości naczelnika milicji&lt;br /&gt;(ciemne, zapijaczone pustkowie kojarzące mi się momentami z "Domem złym"); bezczeszczone ciało bohatera (?) z Afganistanu - wcale nie w imię protestu przeciwko wojnie, lecz z powodów ewidentnie psychopatycznych; krajobraz po siedemdziesięcioletniej bitwie o iluzyjne miasto słońca&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Film zrobiony w 2006 roku, 20 lat po...&lt;br /&gt;Co pozostało po tamtym świecie? Kim są współcześni rosyjscy milionerzy? Czy to Walerij i syn Artioma? Dwóch pozbawionych wszelkich zasad młodzieńców o hedonistycznym nastawieniu do świata?&lt;br /&gt;Co mogło narodzić się tego świata po 20 latach?&lt;br /&gt;Nie jest to przecież dziedzictwo na miarę tego, o którym opowiadają &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/08/rosyjska-arka.html"&gt;Sokurow &lt;/a&gt;i Konczałowski - zauroczeni Rosją Wielką.&lt;br /&gt;Boże chroń nas przed taką Rosją!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ładunek 200&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;reż. A. Bałabanow&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-8459763247922349271?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/8459763247922349271/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/rok-1984-w-realu.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/8459763247922349271'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/8459763247922349271'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/rok-1984-w-realu.html' title='Rok 1984 w realu'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-5461499831924861722</id><published>2010-05-27T20:01:00.005+02:00</published><updated>2010-05-27T21:21:25.313+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hamlet'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pewność świata'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='teatr'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Szekspir'/><title type='text'>Komedia epistemologiczna</title><content type='html'>To było pożegnanie ze spektaklem. Po raz kolejny doceniłem swoją bardzo kiepską pamięć. Czułem się prawie jakbym jeszcze tej sztuki nie oglądał. Dopiero w trakcie przypominały mi się myślątka, które błąkały mi się po głowie, gdy poprzednimi razami to oglądałem...&lt;br /&gt;to, czyli &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Komedia omyłek &lt;/span&gt;w Wybrzeżu (zresztą do innych teatrów prawie nie chadzam - już niedługo będę mógł wymienić kilka stałych, z których moje żyćko się składa: miejsc, sytuacji, osób; bo nawet, gdy wyjeżdżam, to ostatnio w jednym kierunku tylko...)&lt;br /&gt;A te myślątka są przede wszystkim związane z pierwszą częścią sztuki.&lt;br /&gt;Zastanawiałem się nad sytuacją Antyfolusa i Dromia (całej czwórki:-)). Pewnego dnia, ni stąd ni zowąd świat wokół nabiera najbardziej niepokojącej cechy - dziwności: witają ich ludzie, których nie znają; ci, których znają zachowują się nieobliczalnie i nieprzewidywalnie; traktowani są w sposób dotąd niespotykany (nie zawsze oczywiście dla siebie korzystny). Świat, który wydawał się już w pełni oswojony - wykoleił się (pojawia się to w "Hamlecie", ale znowu możemy dostrzec, że tematy i motywy, które w dojrzałej twórczości Szekspira stanowiły o tragizmie jego bohaterów, obecne były już w jego wczesnych tekstach - być może to nie on, może po prostu to epoka tym oddychała; ale jeżeli tak, to musiała być bardzo dramatyczna epoka i my w czasch sielankowych bardzo żyjemy). Prawie nic nie jest takie, jak było. Ludzie, których spotykamy, zaprzeczają jakoby robiliśmy przed chwilą coś, czego jesteśmy na 100% pewni. Mój dom nie jest moim domem i przeciwnie - nieznajoma kobieta twierdzi, że jest moją żoną. Czy możliwy jest większy koszmar? Można sobie czasami pogaworzyć, że się jest sceptykiem; że nie każdy przejaw tak zwanego świata nas otaczającego jest przez nas odbierany jako w pełni realny; mozna sobie czasami mówić, że przeżywało się coś tak jak we śnie (dzisiaj częściej - jakby się w filmie było); można...&lt;br /&gt;ale w tej sztuce ten niepokój związany z utratą poczucia pewności co do jakości świata otaczającego bohaterów jest dużo większy i choć to tylko (!) komedia, to spokojnie można by było zrobić z tej sztuki spektakl, którego akcja w szpitalu psychiatrycznym się rozgrywa i jeżeli komuś by było do śmiechu, to świadczyłoby tylko, że żyje w świecie całkowicie oczywistym (tak jak bohater "Truman Show" do czasu) i można mu tylko współczuć (albo zazdrościć - pod warunkiem, że nigdy nie będzie miał nieszczęścia przekonać się, że nie wszystko w tym świecie jest w tym miejscu, w którym sie tego spodziewamy [a jeżeli niestety spotka go to nieszczęście, to wpadnie w histerię niczym bohater "Lepiej być nie może" - jak się okazuje, wszystko już zostało opowiedziane])&lt;br /&gt;A największy koszmar to chyba ten, że co rusz się okazuje, że Antyfolus jest kimś innym, niż mu się dotychczas wydawało. Być może też byśmy odczuli to samo, gdyby udało nam się całkowicie zdystansować do własnego wyobrażenia o sobie i gdybyśmy się wsłuchali rzetelnie bardzo w to, co mówią o nas inni; gdybyśmy bacznie przyjrzeli się spojrzeniom i zaczęli je czytac bez żadnej wewnętrzenj intencji.&lt;br /&gt;Kto by się pojawił?&lt;br /&gt;Obcy nam gość, z którego zaakceptowaniem byśmy mieli spore trudności. Bohaterowie tej sztuki zaczynają w tym momencie podejrzewać, że są pod działaniem czarów. Z punktu widzenia zdrowia psychicznego człowieka można powiedzieć, że dobrze, iż kiedyś wewnętrzne poczucie wyalienowania miało swe źródło (w przekonaniu ówczesnych ludzi oczywiście) w magii i czarach - pozwalało to żyć bez poczucia winy.&lt;br /&gt;tak, to oczywiście temat "Granicy", ale u Szekspira mamy do czynienia z czymś w rodzaju laboratorium: przeprowadzany jest eksperyment - niech wszyscy wokół zachowują się tak, byśmy przestali wierzyć w swą tożsamość; co ciekawe, początkowo, gdy górę biorą pragnienia, bohater lekceważy obcość czy tez inność tego świata...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Komedia omyłek" - zabawny utwór pietrzący nieporozumienia wynikające z podobieństwa bliźniaków. Typowo awanturniczo-przygodowa przyczyna wydarzeń. Stereotypowy książe, który niczym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;deus ex machina&lt;/span&gt; przyczynia się do szczęśliwego (jak przystało na komedię) zakończenia.&lt;br /&gt;itd&lt;br /&gt;A zrobione tak, że wprawdzie śmiech na ustach nie zamiera, ale po wyjściu z teatru nie można przestać o tym myśleć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;W. Szekspir, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Komedia omyłek, &lt;/span&gt;reż. Z. Brzoza&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-5461499831924861722?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/5461499831924861722/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/komedia-epistemologiczna.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5461499831924861722'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5461499831924861722'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/komedia-epistemologiczna.html' title='Komedia epistemologiczna'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-7473466498798641495</id><published>2010-05-24T20:25:00.002+02:00</published><updated>2010-05-24T21:53:14.281+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kryminał'/><title type='text'>We władzy demonów zemsty</title><content type='html'>Znowu kryminał&lt;br /&gt;Chyba zmęczenie uniemożliwia mi czytanie ze zrozumieniem innej literatury. Choć muszę przyznać, że czasami to właśnie większe problemy mam ze zrozumieniem skomplikowanych wątków sensacyjnych (szczególnie, gdy uwikłane są one w problemy dotyczące zjawisk, o których nie mam pojęcia, jak np. machinacje finansowe) niż literatury z tak zwanej wyższej półki.&lt;br /&gt;Najnowszy &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/10/o-miosnikach-starozytnosci-i-kobiecego.html"&gt;Krajewski &lt;/a&gt;i jego &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Erynie&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;Już we wcześniejszych powieściach przyzwyczaił nas autor do analogii mitologicznych. Tym razem jest to utwór o zemście. By nie drażnić tych bogiń odwetu za naruszenie praw natury Grecy nazywali je także Eumenidami  (taki archaiczny przesąd, o mocy którego dowiadujemy się także z "Mistrza i Małgorzaty" - tam wspomnienie o Diable powoduje, że się On ucieleśnia; wniosek - może czasami lepiej jednak stosować eufemizmy) - boginiami przebaczenia i pojednania. W powieści także mamy do czynienia z tym ich aspektem. Niestety dopiero w czasach nam współczesnych (które są klamrą dla właściwej opowieści), bo w czasie akcji właściwej (rok 1939) bohaterowie pozbawieni są tego drogocennego daru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem już Edward Popielski bez pomocy swego wrocławskiego kompana wkracza w świat perwersji i przemocy. I jakoś dziwnie prawie już się od Mocka nie różni (co mogłoby świadczyć albo o wyczerpaniu się wyobraźni autorskiej albo o istotnym podobieństwie tych literackich kreacji do kondycji samego autora albo przynajmniej do marzeń o własnej kondycji; nie ma co jednak przesadzać - nie byłby to pierwszy pisarz, który kreuje wciąż tego samego bohatera, mimo że zmienia mu nazwisko i miejsce zamieszkania).&lt;br /&gt;wykształcony klasycznie erudyta, sybaryta lubujący się w modnych strojach rozpoznawalnych marek, esteta z pedantyczną dokładnością układający na biurku przybory do pisania&lt;br /&gt;ale jednocześnie&lt;br /&gt;erotoman topiący zmartwienia w najtańszej wódce, skłonny do poniżającej rozpusty, człowiek brutalny ponad policyjną miarę&lt;br /&gt;(obie natury łączy to, że Popielski potrafiłby brutalnie skatować gościa, który zniszczyłby mu garnitur 'od Jabłkowskich')&lt;br /&gt;postać komisarza z Lwowa wzbogacona jest o jeszcze jedną przypadłość - jest on epileptykiem (im bliżej Rosji tym bliżej do Dostojewskiego i jego bohaterów chciałoby się... ale tylko chciałoby się...)&lt;br /&gt;Taaa... człowiek całkowicie nie z mojej bajki.&lt;br /&gt;Poza jednym: sinusoida przebiegająca od stanów skrajnego hedonizmu po ścisłą ascezę (choć o skłonności do tej ostatniej dowiadujemy się od narratora czy tez za pośrednictwem mowy pozornie zależnej - w obu powieściach mamy do czynienia z nadchodzeniem momentu zmęczenia hedonizmem, lecz jakoś nie widzimy bohatera unikającego wszelkich pokus - pewnie mało atrakcyjne by to było dla czytelnika, a być może to tylko ukryte pragnienie bądź jakiś rodzaj wewnętrznej projekcji, która się nigdy nie urzeczywistnia).&lt;br /&gt;Z Wallanderem łączy go chyba tylko wiek i posiadanie córki.&lt;br /&gt;Zdecydowanie bardziej bliższy jest mi policjant ze Szwecji.&lt;br /&gt;Z utworami Mankella łączy Krajewskiego zamiłowanie do okrucieństwa. Nie mamy w tych utworach do czynienia z rozwiązaniem banalnej zagadki zabójstwa. Zbrodnie mają charakter spektakularny (różnica i to istotna polega na tym, że Wallander jest zszokowany postępującym okrucieństwem świata, Popielski zaś jakoś wogle się nad tym nie zastanawia). W tym wypadku  skutki chorych układów w świecie dorosłych ponoszą dzieci.&lt;br /&gt;i to ponoszą w wymiarze niewyobrażalnym&lt;br /&gt;aż dziw, że niektóre z fragmentów powieści można było napisać&lt;br /&gt;Być może potrzebne to było, by uzasadnić wyzwolenie się w komsarzu Popielskim niemal pierwotnej potrzeby zemsty. Są momenty, w których jest on niemal całkowicie opanowany przez krwawego demona odwetu. Akty agresji, którymi ściele on zapadającą coraz bardziej w głąb piekieł ścieżkę swego dochodzenia, powodują, że nie widzimy w pewnym momencie żadnej różnicy pomiędzy nim a zbrodniarzem, którego ściga.&lt;br /&gt;Wszyscy w tym utworze ponoszą klęskę. Skojarzenie z tragedią grecką samo się narzuca. Lecz czytając ten utwór jakoś nie czułem tej atmosfery archaicznej wielkości tkwiącej w ostatecznym poniżeniu człowieka.&lt;br /&gt;Tak jakby problem przerósł opowiadacza...&lt;br /&gt;Może za bardzo skupił się na skrupulatnym odtworzeniu realiów panujących we Lwowie w 1939r. Ta częśc roboty Krajewskiego (czytałem, że większość rzeczy się zgadza) zasługuje na podziw. Ale kto dozna wzruszenia, gdy sobie uświadomi, że np. zakłady rzemiślnicze czy fabryczki, które pojawiają się na kartach powieści rzeczywiście istniały.&lt;br /&gt;Przecież o wielkości dzieła Dostojewskiego nie świadczy to, że burza podczas której Swidrygajłow popełnia samobójstwo, rzeczywiście miała miejsce dokładnie w tym czasie. To jest tylko dodatkowe uwiarygodnienie tego świata; świata, w którym zdecydowanie istotniejsze jest to, co dzieje się w duszy bohaterów.&lt;br /&gt;No cóż... nie ma się co czepiać - Erynie sa pozbawione psychologicznej subtelności, a szkoda...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niewątpliwą wartością tej książki jest to, że jeden z istotniejszych jej bohaterów przez wiele lat nosił nazwisko Staniszewski:-) i to, że niektórzy to nazwisko zapamiętali okazało się kluczowe dla przemiany Erynii w Eumenidy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;M. Krajewski: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Erynie&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-7473466498798641495?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/7473466498798641495/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/we-wadzy-demonow-zemsty.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7473466498798641495'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7473466498798641495'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/we-wadzy-demonow-zemsty.html' title='We władzy demonów zemsty'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-5921975030022416022</id><published>2010-05-23T21:08:00.006+02:00</published><updated>2010-05-23T22:57:04.979+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Antonioni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><title type='text'>Kolor trucizny</title><content type='html'>Ostatni raz o Antonionim pisałem w lutym. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Czerwona pustynia &lt;/span&gt;nieco musiała poczekać na swą kolej. Ale dzisiaj ponownie się przekonałem po tej długiej przerwie, że obrazy Antonioniego działają na mnie hipnotyzująco. Powinienem być może czuć się zaniepokojony, gdyż to, co jest ich treścią dalekie jest od naszych codziennych pragnień.&lt;br /&gt;Lustro - przeglądam się w tym świecie odnajdując tę samą pustkę i to samo pragnienie wyrwania się z niej. Niema rozpacz, która w pewnym momencie przybiera kształt biernej akceptacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Ty mówisz, na co mam patrzeć; ja mówię, jak mam żyć. To to samo" - mówi Corrado.&lt;br /&gt;Bardzo dużo w tym filmie o patrzeniu; o tym, co widzimy.&lt;br /&gt;Tak naprawdę, to mamy do czynienia z dwoma pejzażami: tym realnym i tym duchowym. Co oczywiście nie jest niczym odkrywczym ani w odniesieniu do Antonioniego, ani tym bardziej do sztuki europejskiej.&lt;br /&gt;Pejzaż mentalny. Znowu.&lt;br /&gt;Współczesny pejzaż przemysłowy (w tym filmie absolutnie dominuje). Silosy, rusztowania, anteny, budynki pozbawione okien - dzisiaj po takich fabrykach pozostały czasami postindustrialne skanseny w postaci choćby naszej stoczni, która młodym bardziej kojarzyć się będzie z hedonistycznym szaleństwem niż z egzystencjalnym wyjałowieniem - ale wbrew pozorom, w wymiarze duchowym, wychodzi na to samo pewnie - tyle tylko, że jakoś z tej destrukcyjnej atmosfery dziś niewielu chce się uciekać.&lt;br /&gt;Ziemia jałowa; jeśli niezabetonowana to pełna błota zanieczyszczonego olejami. Sieć anten do słuchania odgłosu gwiazd w świecie, w którym trudno usłyszeć drugiego człowieka. Sieć anten przypominających ogrodzenie w obozie koncentracyjnym. Trudno odróżnić mgłę od dymów wydobywających się już nie tylko z kominów, ale niemal z każdej tkanki przestrzeni; mgły przez które przestajemy dostrzegać otaczających nas ludzi - tych, którzy powinni być bliscy. Fioletowe drzewa. W miasteczku wąskie pozbawione przechodniów uliczki. Obdrapane mury, odpadający tynk. Przestrzeń zamknięta mimo że droga powinna gdzieś prowadzić. Klepsydry. Życie, które ma jeden ostateczny kres.&lt;br /&gt;Czerwona pustynia&lt;br /&gt;Miasto portowe, co nie jest bez znaczenia: morze także bywa drogą ucieczki, jest przestrzenią otwartą.&lt;br /&gt;Film jest kolorowy, lecz mimo to w świecie przedstawionym dominują szarości. Morze także jest szare, oleiste. Kuszące kolory pojawiają się tylko w bajce, którą Giuliana opowiada swemu synowi.  Bohaterka tej opowieści pewnego dnia spostrzega na lazurowym oceanie wspaniały żaglowiec, inny, niż wszystko, co dotychczas widziała. Podpływa do niego, zbliża się - jawi się on jako coś bardzo tajemniczego. Na chwilę nawet się zatrzymuje. Ale odwraca się, odpływa i znika. Na pokładzie dziewczynka nie dostrzegła żadnych ludzi. Gdy powróciła na brzeg, zaczęła słyszeć głos... "głos zaprzepaszczony" - "lecz to był głos i tylko głos i nic nie było oprócz głosu" (Leśmian oczywiście cytowany z pamięci).&lt;br /&gt;Część akcji rozgrywa się w domku nad morzem. I sformułowanie jest tu niezwykle ważne: domek nad morzem - w wyobraźni niemal każdego człowieka musi się pojawić w tym momencie obrazek drewnianej chałupki otoczonej złocistym piaskiem, po którym w kilka sekund dotrzeć można do rozbijających się o brzeg malowniczych fal. W filmie ten domek jest przy portowym pomoście, obok którego przepływają wielkie metalowe kadłuby statków towarowych. Jest wprawdzie drewniany, lecz pomalowane olejną farbą wnętrze przypomina bardziej kanciapę na narzędzia niż miejsce, w którym można by urządzić atrakcyjną imprezę.&lt;br /&gt;Domek nad morzem jako metafora kondycji duchowej bohaterów (najważniejszym tematem rozmowy były afrodyzjaki: tłuszcz z krokodyla, tłuszcz barani+2 łyżki miodu, mleczko pszczele, sproszkowany róg nosorożca).&lt;br /&gt;Czerwona pustynia&lt;br /&gt;Opowieść oczywiście o kobiecie.&lt;br /&gt;Która się boi "ulic, fabryk, kolorów, ludzi". Można by powiedzieć: zwyczajna bohaterka Antonioniego. Kobieta pozbawiona żyroskopu, czyli urządzenia (mówi sie o nim w filmie), które stabilizuje ruch statku na burzliwym morzu. Taka cywilizacyjna metafora zdrowia psychicznego. Ale czasami się to urządzenie psuje (strajkuje - od strajku rozpoczyna się film, ale analogie społeczne już sobie daruję). Podłoga umyka spod nóg. Potrzebny jest bardziej niż zwykle drugi człowiek. Kobieta, która spotyka mężczyznę (znowu, znowu, znowu i niezależnie od naszego zżymania się i sarkazmu, tak będzie zawsze; i nawet jeśli na pewnym poziomie uogólnienia wydają nam się te historie identyczne, to za każdym razem są inne - chyba że sprowadzimy ludzki los do figury robota będącego zabawką syna Giuliany, robota, który w ciemności obija się o dwie przeciwległe ściany nie mając władzy nad swym mechanizmem).&lt;br /&gt;Niezwykła scena: Ona w końcu do niego przychodzi. On - inteligentny, wrażliwy, pełen zrozumienia (potrafił na nią patrzeć tak, że mu zaufała). Ona przychodzi ze swoim lękiem; on każdym gestem (delikatnym wprawdzie) podlega swemu pożądaniu. Jego cierpliwość została wynagrodzona. Lecz, mimo że on chce z nią być, mimo że nie miało się skończyć na seksie (którego nie widzimy, bo on zupełnie nieistotny jest) - ona odchodzi.&lt;br /&gt;Dlaczego? Bo nie poradził sobie z najważniejszym jej problemem: "Jest w rzeczywistości coś strasznego, ale nie wiem, co to jest". Czy ktokolwiek jest w ogóle w stanie sobie z tym jej problemem poradzić? Nie wiadomo, lecz on na pewno źle zaczął... uchwycił się nie tego końca i wypłynie na dalekie morza nie unosząc nic z tego świata. Bo nic mu nie potrzeba. W przeciwieństwei do niej - gdyby wyjeżdżała pragnęłaby zabrać wszystko, co jest tu jej światem. Niezależnie od tego, że 'jest w rzeczywistości coś strasznego'. Pewnie do czasu, kiedy ktoś autentycznie obok niej się nie objawi. W tej mgle to pewnie niemożliwe.&lt;br /&gt;"- Mamo, dlaczego te dymy są żółte?&lt;br /&gt;- Bo one są zabarwione trucizną".&lt;br /&gt;To już nie jest romantyczna mgła kształtująca malowniczy charakter wieczornego spotkania kochanków nad morzem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Czerwona pustynia&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;reż. M. Antonioni&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-5921975030022416022?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/5921975030022416022/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/ostatni-raz-o-antonionim-pisaem-w-lutym.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5921975030022416022'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5921975030022416022'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/ostatni-raz-o-antonionim-pisaem-w-lutym.html' title='Kolor trucizny'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-3193780688798630021</id><published>2010-05-22T19:43:00.007+02:00</published><updated>2010-05-22T21:56:32.533+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mity i legendy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wolność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dramat współczesny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='teatr'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='w źle obsadzonej roli'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Szekspir'/><title type='text'>Ucieczka z ikony</title><content type='html'>Scena to niemal naturalne miejsce do przedstawienia dramatu rozgrywającego się w pomieszczeniu zamkniętym. Nic dziwnego, że dramaturdzy nader często to wykorzystują. Przeważnie są to oczywiście kameralne psychomachie o obcości lub wzajemnej psychicznej agresji tych, którzy powinni być sobie najbliżsi (to charakterystyczne, że jakoś nie sprawdzają się na scenie historie o szczęśliwym pożyciu małżeńskim czy o zrozumieniu mającym miejsce pomiędzy rodzicami i dziećmi). Od miłości do nienawiści droga niedaleka jak wiemy a i przebywanie z kimś pod jednym dachem przez lat wiele może zrodzić frustracje, które znajdują ujście w serialu pt. "codzienne dogryzanie sobie" lub w tradycyjnym mordobiciu, które we współczesnym tatrze najlepiej żeby skończyło się ostrym agresywnym seksem na scenie.&lt;br /&gt;Tym razem skończyło się (na szczęście?) inaczej.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Eva Peron &lt;/span&gt;- dzisiejsza premiera Teatru Wybrzeże&lt;br /&gt;sztuka o teatrze&lt;br /&gt;teatrum mundi w kolejnym wydaniu&lt;br /&gt;Ostatnia scena: bohater(ka) po wyreżyserowaniu perfekcyjnym swojej śmierci opuszcza - dosłownie - teatr. Widzowie uwięzieni w zacienionych czterech ścianach obserwują na ekranie aktora, który, wcieliwszy się w przypadkową tożsamość właściciela płaszcza pozostawionego w teatralnej szatni, schodzi po schodach, wyjściem dla publiczności opuszcza mury przybytku Melpomeny, mija okoliczne knajpy i znika na Targu Węglowym. Wybrał(a) wolność, w przeciwieństwie do widzów, którzy nadal przykuci są do swoich krzeseł, a co gorsza - także do opowiedzianej im na scenie historii.&lt;br /&gt;Prawdziwa(?) Eva Peron wyzwoliła się z narracji na swój temat; pozostał mit okupiony zbrodnią&lt;br /&gt;(choć stały bywalec Absyntu siedzący nad orzeźwiającym napojem w ogródku, obserwujący podczas kolejnych wieczorów przechodzącego obok aktora w nietypowym stroju może spokojnie dojść do wniosku, że uczestniczy w spektaklu i że 'Eva' wcale się nie wyzwoliła, a może wręcz przeciwnie - codziennie, podczas wieczorów teatralnych odgrywać musi to samo; zniewolenie nabiera podwójnego znaczenia).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Evitę gra Łukasz Konopka&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;. &lt;/span&gt;I choć szekspirowska zamiana płci w teatrze nie jest niczym nowym, to w tym spektaklu od początku uzmysławia ona widzowi, że mamy do czynienia z wielką mistyfikacją (swoją drogą w momencie, gdy Eva całuję się z Ibizą - Maciej Konopiński - przypominają się oburzenia purystów z czasów Wiliama na sodomę i gomorę mającą miejsce w teatrach, w których, częste bardzo, sceny miłosne grane były tylko przez mężczyzn).&lt;br /&gt;Zresztą niewyjaśnioną do końca sztuki; mimo wszystko płeć Evy nie została wyjaśniona (zresztą, czy z żebra Adama mógł powstać ktoś, kto tak bardzo i często mu przeczy:-)). Musi pozostać niepewność; nie można wyjść z teatru z przekonaniem, że wszystko wiemy. Ta sztuka jest właśnie o tym, że wiemy niewiele. Tylko tyle, ile przekazują nam media - a jakie są media, każdy widzi...&lt;br /&gt;Eva wyzwala się ze swej ikony...&lt;br /&gt;Inscenizuje spektakl śmierci (jak się okazuje, umieranie to także kawał teatralnej roboty).&lt;br /&gt;Ale po to, by wyzwolić się ze spektaklu. Wokół niej wszyscy grają. A szczególnie matka - Dorota Kolak, która ani przez moment nie pozwala uwierzyć widzowi w to, że jest kochającą matką. Z wyraźnym dystansem do swej roli inscenizuje cały szereg stereotypowych zachowań, które mają przekonać Evę, że jej uczucia są szczere i że wcale nie chodzi jej o spadek.&lt;br /&gt;Zaczynamy w końcu watpić nie tylko w to, co serwują nam permanentnie media, ale także w wyznania najbliższych.&lt;br /&gt;Jedyną osobą, która nie w pełni wydaje się odnajdywać w tym okrutnym spektaklu jest pielęgniarka - Wanda Skorny. Wyraźnie zagubiona próbuje dostosować się do sposobu funkcjonowania dworu milczącego władcy (bo tak przedstawiony jest Peron - Krzysztof Gordon), ale nie udaje jej się to...&lt;br /&gt;wydawałoby się&lt;br /&gt;Bo gdy założyła jedną z piękniejszych sukienek swej chlebodawczyni, gdy peruka spowodowała, że zaczęła być uderzająco podobna do ikony (właśnie do ikony, bo przecież realna umierająca na raka Eva w niczym nie przypomina swych wizerunków), to z nieśmiałej pielegniarki dość szybko przeobraziła się w zachwyconą sobą ulubienicę tłumów. I to ją zgubiło (ale to, że zginęła ma mniejsze znaczenie przecież niż to, że tak szybko wyzbyła się wcześniejszej tożsamości dobrej kobiety; dokonała czegoś w rodzaju mentalnego samobójstwa, samobójstwa które jest naszym udziałem permanentnym, samobójstwo przez Gębę). Stała się ofiarą na ołtarzu wolności... no właśnie - kogo? Bo przecież nie Evy, jej być może nigdy nie było. Stała się niewolnicą swego mitu i otaczających ją dworaków. Być może także niewolnikiem swej płci (to już mogłaby być lekka przesada, gdyby nie to, że przecież przez stereotyp wyobrażeń na temat naszej płci także zniewoleni jesteśmy i niezależnie od tego, z jakim szyderstwem potraktujemy współczesne feministki, to akurat ich teksty na ten temat powinny dawać do myślenia - co nie znaczy, że od razu trzeba się z nimi zgadzać; ot - pomyśleć chwilę...)&lt;br /&gt;Scenografia: zamknięta przestrzeń. Grupka ludzi uwięziona przez mit Evy. Eva uzmysławiająca im nieustannie to zniewolenie swoimi kaprysami, histeriami, swym niezdecydowaniem, swą śmiercią. Przestrzeń otoczona albo lustrami, w których odbijają się groteskowe figury czy wręcz Gęby bohaterów, albo ekranem, na którym obecna jest narracja o Evicie. A za ścianą szafa, o której marzy każda kobieta - wypełniona milionem sukienek, wśród których trudno znaleźć tę, o którą nam akurat chodzi. Sukienek, które decydują o naszej tożsamości.&lt;br /&gt;Strój jako najbardziej podstawowy komunikat określający naszą tożsamość.&lt;br /&gt;Eva rozdaje sukienki, obdziela swoim mitem otoczenie.&lt;br /&gt;Najatrakcyjniejszą dostała pielęgniarka. Ona stała się Evitą.&lt;br /&gt;I szpitalne łóżko z buteleczkami sztucznie podtrzymującymi życie ludzkiego organizmu. Symbol podtrzymywania przy życiu wyobrażeń, na których nam zależy.&lt;br /&gt;Zadanie to o tyle jest łatwiejsze od podtrzymania życia pacjenta (szczególnie w polskim szpitalu), że ludzie są spragnieni mitu. To tak, jakby smierć zabiegała o ludzkie życie. Tak, jakby to człowiek zapraszał śmierć do tańca, a ona permanentnie dawała mu kosza. Tak jest z tym ludzkim pragnieniem mitu.&lt;br /&gt;Ostatnia scena: Peron wygłasza mowę na pogrzebie swej żony. Mowę, która ma podtrzymać mit. A widzowie jednocześie przyglądają się na ekranie, jak rzeczona Eva opuszcza teatr, jak wędruje uliczkami Gdańska. Trudno powstrzymać śmiech. Patos rozbrojony przez groteskę.&lt;br /&gt;Chciałoby się powiedzieć: ciszej nad tą trumną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Copi &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Eva Peron &lt;/span&gt;reż. Kuba Kowalski&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-3193780688798630021?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/3193780688798630021/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/ucieczka-z-ikony.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/3193780688798630021'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/3193780688798630021'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/ucieczka-z-ikony.html' title='Ucieczka z ikony'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-4452172419202029546</id><published>2010-05-15T19:44:00.006+02:00</published><updated>2010-05-15T21:41:51.139+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kryminał'/><title type='text'>Sprawiedliwość z kobietą w tle</title><content type='html'>...albo bezsilna kobieta ze sprawiedliwością w tle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciałem napisać post w stylu 'przepis na potrawę' i pierwotny tytuł brzmiał: "Przepis na Mankella". Zmieniło sie troszku po drodze, więc zmieniam tytuł, ale początek pozostawiam...&lt;br /&gt;(taki ślad warsztatu blogera:-))&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tytuł postu chyba jest zbyt ambitny, bo nie sądzę, by mi się chciało bardzo szczegółowo opisać specyfikę kryminałów &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/10/to-co-ukryte.html"&gt;Mankella&lt;/a&gt;; tym bardziej, że będę pisał o jednej tylko powieści:  &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;o "Pią&lt;/span&gt;tej kobiecie" (&lt;/span&gt;czytane w Paryżu podczas naiwnych nocnych prób utrzymania uczniowskich hormonów na wodzy:-)).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie chce mi się pisać o Wallanderze, bo o nim także już kilka ciepłych słów popełniłem. Jego wiek, styranie życiem, nieumiejętność zorganizowania sobie osobistych spraw, niezwracanie uwagi na zdrowie i zaangażowanie, któremu czasami sam się dziwi - cechy czyniące go mi bliskim; cechy, które przypominają Chandlera.&lt;br /&gt;I choć kreacja bohatera to niewątpliwy atut tych powieści, zastanawiam się, co poza tym...&lt;br /&gt;Problem... sprawa...&lt;br /&gt;sprawa kryminalna przede wszytskim, bo przeciez coś musi być motorem akcji&lt;br /&gt;w tym wypadku molestowanie kobiet, męska agresja&lt;br /&gt;To, że nie jest to nic nowego, nie znaczy, że nie może być już tematem książki.&lt;br /&gt;To, że nie jest to nic nowego, a mimo to wciąż jest społecznym problemem, świadczy o tym, że wciąż należy o tym mówić.&lt;br /&gt;"Wallander spotykał się z Yvonne Ander w areszcie. Powoli zaczęła sobie zdawać sprawę, że jej nie prześladuje. Różnił się od innych mężczyzn, był zatopiony w sobie, chyba źle spał i dręczył go niepokój. Po raz pierwszy uznała, że naprawdę może zaufać mężczyźnie. O czym mu zresztą powiedziała podczas jednego z ich ostatnich spotkań.&lt;br /&gt;Nigdy go o to nie spytała, ale wydawało się jej, że zna odpowiedź. Chyba nigdy nie uderzył kobiety. A jeśli nawet, to pewnie nie więcej niż jeden jedyny raz".&lt;br /&gt;Czy to rzeczywiście jest takie rzadkie?&lt;br /&gt;Aż trudno mi uwierzyć, że agresja mężczyzn w stosunku do kobiet jest zjawiskiem powszechnym. I nie chodzi mi o uogólnianie, nie chodzi mi o dyskusje na temat tego, jak bardzo kultura, w której żyjemy jest represyjna wobec kobiet. Tu chodzi o zwyczajne, prymitywne chamstwo.&lt;br /&gt;Co kryje się za drzwiami mieszkań, które codziennie mijamy.&lt;br /&gt;Co dzieje się pomiędzy ludźmi, którzy na ulicy czy w parku wyglądają na serdecznych albo przynajmniej spokojnych i kulturalnych?&lt;br /&gt;Ale nie jest to powieść o tym, co ukryte; nie jest to powieść o fascynującej zagadce człowieka; jest to utwór o ludzkiej bezsilności. To, że dotyczy kobiet, świadczy tylko dodatkowo o specyficznym wymiarze naszej kulury. O tym, jak bardzo wpisane w nią jest ciche przywolenie na egzekwowanie dominacji mężczyzny nad kobietą.&lt;br /&gt;Mankell przypomina, że bezsilność rodzi agresję; bezsilność budzi śpiącego w człowieku potwora. Dosłownie.&lt;br /&gt;Opowiada nam historię sprowokowaną przez morderstwa kobiety "mądrej i szalonej zarazem". I to jest ważne. A dlaczego, to może za chwilę.&lt;br /&gt;Bo zasadniczy problem jest często obecny w świecie nas otaczającym.&lt;br /&gt;Myślę, że tak samo jak Szwedzi w książkach Mankella jesteśmy społeczeństwem bardzo krytycznie oceniającym działalność policji (to też jest jedna z tych rzeczy, które powodują, iż swiat przedstawiony tej powieści wydaje mi sie bliski bardzo). Często sam łapię się na myślach typu: "potrafią legitymować przechodnia za byle g..., a gdy się dzieje coś naprawdę groźnego, to spieprzają na druga stronę ulicy" albo "ciekawe, kto komu ile zapłacił, by ten przekręt nie został wykryty". Od takich myśli bardzo blisko już jest do konstatacji, że policja to tylko kolejny bezproduktywny pożeracz naszych podatków. I najlepiej będzie, jeżeli sprawę weźmiemy w swoje ręce. I to sie dzieje w tej powieści; inicjatywa oddolna; społeczeństwo samo zamierza wymierzać sprawiedliwość.&lt;br /&gt;Skoro państwo nie staje na wysokości zadania...  to skuteczniejsze wydaje się stworzenie grup samoobrony, które w bardzo prosty sposób, bez wikłania się w prawne subtelności (które czynią ze zbrodniarza człowieka), wymierzą tak zwaną sprawiedliwość.&lt;br /&gt;Nie mieliście nigdy takich myślątek? Jeżeli - to pewnie dlatego, że nie macie poczucia, by jakaś spektakularna krzywda, która spotkała was albo waszych bliskich, uszła sprawiedliwości.&lt;br /&gt;Bohaterka tej książki przed popełnieniem samobójstwa (chyba przestałem się przejmować, że coś zdradzam w powieści kryminalnej... - najwyżej przypadkowy czytelniku będziesz musiał się skupić nie na tym, co się za chwilę zdarzy, a na tym co jest naprawde ważne:-)) pisze list: "Gdzieś w Algierii żyje mężczyzna, który zabił moją matkę. Kto go szuka?"&lt;br /&gt;Pragnienie sprawiedliwości zamieniające się w odwet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W mieście Wallandera formuje się spontanicznie organizacja, której celem jest właśnie przejęcie wymierzania sprawiedliowści we własne ręce. Dość szybko dochodzi do skatowania przez jej przedstawicieli przypadkowego człowieka. Bo im się zdawało...&lt;br /&gt;Ale czy naprawdę nie macie czasami takich myśli, żeby w ten sposób przywrócić poczucie bezpieczeństwa w świecie, w którym żyjemy. Ci się pomylili...&lt;br /&gt;Ale bohaterka tej książki jest mądra. Zanim zabije wnikliwie zbada sprawę. I zabija tych, którzy za zamkniętymi drzwiami, z pełnym poczuciem bezpieczeństwa, bili i zabijali kobiety będące z nimi związane emocjonalnie. Gdyby nie ona nikt nigdy by się o tym nie dowiedział.&lt;br /&gt;Charakter śmierci zadawanej męskim potworom był adekwatny do ich czynów.&lt;br /&gt;Czy to sprawiedliwe?&lt;br /&gt;"Wallander zauważył, że wśród kolegów istnieje zrozumienie dla postępków Yvonne Ander. Był zaskoczony".&lt;br /&gt;Ona nie zabiła nikogo niewinnego, a nawet jeżeli okazała się takim samym potworem, jak oni, to przynajmniej "nigdy nie kłamała".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdzie jest granica pomiędzy poczuciem sprawiedliwości a chęcią odwetu?&lt;br /&gt;Co czynić, gdy ma się poczucie, że ci, którym płacimy za chronienie naszego bezpieczeństwa, nie wywiązują się ze swoich obowiązków i czynią ze swej uprzywilejowanej pozycji niezły interes?&lt;br /&gt;Jak nie dopuszczać do bezilności, która rodzi demony?&lt;br /&gt;itd...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a oprócz tego bardzo istototny wątek najemników walczących w Afryce, do którego wrócę na pewno, bo Mankellowski Czarny Ląd wciąż prowokuje mnie do napisania...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-4452172419202029546?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/4452172419202029546/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/sprawiedliwosc-z-kobieta-w-tle.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/4452172419202029546'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/4452172419202029546'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/sprawiedliwosc-z-kobieta-w-tle.html' title='Sprawiedliwość z kobietą w tle'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-7567631273369909532</id><published>2010-05-09T18:53:00.004+02:00</published><updated>2010-05-15T20:32:52.918+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='spoza'/><title type='text'>By podtrzymać życie mego bloga</title><content type='html'>To będzie jeden z wpisów bez związku z jakimś tam życiem kulturalnym.&lt;br /&gt;Ale gdy się było w Paryżu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie znoszę wycieczek. Nie znoszę przewodników.&lt;br /&gt;Nie znoszę pośpiechu.&lt;br /&gt;I nawet nie o to chodzi, żeby mi ktoś jakieś mądre rzeczy opowiadał (niezastąpiona Ania), ale żebym mógł pobyć, żebym nie musiał myśleć w najbardziej niezwykłym miejscu, które w swoim długim życiu widziałem - w katedrze w Chartres - że już się spóźniłem do autokaru. I ktoś mi to wypomni... ktoś, kogo wcześniej poganiałem, bo za długo robił zakupy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie muszę wyjeżdżać. Coraz mniej rzeczy robi na mnie wrażenie.&lt;br /&gt;Tak naprawdę, było tak zawsze.&lt;br /&gt;Bycie obok...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyglądanie się rewolucji hormonów (bo to wycieczka szkolna) i stercie kamieni.&lt;br /&gt;Które człowiek poukładał we wzór, który nie wiadomo dlaczego ma zachwycać...&lt;br /&gt;Tajemna wiedza humanistów i erudytów.&lt;br /&gt;Wiedza będąca źródłem orgazmu mentalnego.&lt;br /&gt;A po drugiej stronie konsumpcjonizm, materializm i hedonizm.&lt;br /&gt;Czy tylko te dwie strony istnieją?&lt;br /&gt;Bo nie należę do żadnej z nich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paryż - miejsce, w którym można zrobić bardzo dużo zdjęć, więc nie warto brać aparatu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-7567631273369909532?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/7567631273369909532/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/by-podtrzymac-zycie-mego-bloga.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7567631273369909532'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7567631273369909532'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/05/by-podtrzymac-zycie-mego-bloga.html' title='By podtrzymać życie mego bloga'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-2337950877325046654</id><published>2010-04-05T11:54:00.008+02:00</published><updated>2010-08-17T15:43:56.636+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hamlet'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='postkolonializm'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino spoza...'/><title type='text'>Daratt</title><content type='html'>Historia prosta niemal jak z greckiej tragedii.&lt;br /&gt;Historia tak prosta, że zdarzyć się mogła prawie wszędzie, w dowolnym czasie.&lt;br /&gt;W pewnym odległym bardzo kraju, po latach domowych wojen, po niekończącym się łańcuchu odwetu i nienawiści ogłaszają amnestię (kreślą grubą kreskę między przeszłością a przyszłością zapominając, że realna jest tylko teraźniejszość), by naród się nie wykrwawił. Rachunki krzywd pozostać mają niezapłacone; przeszłość ma być tylko historią.&lt;br /&gt;Są jednak tacy, którzy oczekiwali sprawiedliwości: stracili ojca, syna...&lt;br /&gt;Skoro państwo stara się myśleć tylko kategoriami przyszłości, zemsty (bo w tego rodzaju sytuacjach to ona jest synonimem sprawiedliwości) trzeba dokonać samemu; tego wymaga honor.&lt;br /&gt;Ślepy nestor rodu powierza misję  pomszczenia śmierci swego syna nieznającemu ojca wnukowi.. Ma zabić i dopiero wtedy powrócić do wioski. Tylko tak w przekonaniu Gumara może być przywrócona pierwotna harmonia. Sam udaje się na pustynię, by tam wraz z Bogiem czuwać na powodzeniem misji.&lt;br /&gt;Z niewielkiej wioski na prowincji udaje się do stolicy młody człowiek, by pomścić śmierć swego ojca.&lt;br /&gt;...poznaje zbrodniarza: starego religijnego piekarza...&lt;br /&gt;Chłopak uczy się piec chleb. Poznaje młodą żonę swego... nauczyciela. Pieczenie chleba, rozmowy z Aichą (lubię to imię:-)) przynoszą mu więcej radości niż konieczność zabijania. Widać to na jego twarzy: przeważnie spiętej, groźnej, złej, a tylko czasami radosnej.&lt;br /&gt;Zdradzam zakończenie (którego można się domyślić, zresztą pewnie rzadko kto ten film obejrzy): chłopiec zabija - ale tylko symbolicznie - by zaspokoić żądzę zemsty dziadka. Atim (sierota znaczy to imię) pozostaje czysty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To nie jest alegoryczna historia o lustracji.&lt;br /&gt;Prędzej afrykańska, współczesna wersja Hamleta. Tyle tylko, że bohater zdecydowanie mniej rozgadany jest i żadnego monologu nie uświadczysz w filmie. A słynna kwestia dotycząca bycia znaczyć coś istotnego może w odniesieniu do istnienia narodu, który wykrwawiony wojną domową powinien zadać sobie pytanie o swoją przyszłość. I nie ociągać się zbytnio z odpowiedzią na nie, by nie doprowadzić do sytuacji, że nie będzie miał kto na nie odpowiedzieć.&lt;br /&gt;Akcja filmu rozgrywa się w Czadzie; w miejscu, gdzie znaleziono jedne z najstarszych szczątków przodków człowieka; w jednym z najuboższych państw świata. Sprawdziłem w necie, bo oczywiście nawet nie wiedziałem, gdzie to państwo leży. Przeszłość można sobie dopowiedzieć: kolonia francuska (w filmie po francusku mówią; jedyna kwestia w języku nieeuropejskim pada w momencie podejmowania przez Atima decyzji dotyczącej usynowienia go przez mordercę jego ojca i padają z ust kobiety...), odzyskanie niepodległości i w konsekwencji (?) wyniszczająca wojna domowa...&lt;br /&gt;Stamtąd pochodzimy i to miejsce bezpowrotnie zniszczyliśmy.&lt;br /&gt;Miejsce, które jest lub być powinno podstawowym wyrzutem sumienia Europejczyka.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;Daratt&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Czy jest to film o Czadzie? Dość mocno był on pozbawiony szczegółów regionalnych. Pustynne pejzaże, ubodzy mieszkańcy wioski, błąkające się kozy, jaskrawe ubiory, domy-niedomy, przenikliwe słońce (daratt to susza), chleb jako wartość podstawowa.&lt;br /&gt;Tyle tej Afryki w filmie.&lt;br /&gt;Wojny domowe i islam (ponieważ w filmie nie pojawiają się biali, to tego, że wszyscy są czarni, nie zauważamy - naturalne to jakoś).&lt;br /&gt;Powolny rytm narracji, chwilami niepokojące decyzje dotyczące ruchu kamery - czasami spoza kadru dobiegają odgłosy przyciągające naszą uwagę, ale ich źródeł musimy się domyślać niczym  ślepy Gumar; czasami bohater z kimś rozmawia, lecz ani przez moment nie widzimy twarzy rozmówcy... pozostaje niewiedza, lekki niepokój, świadomość fragmentu, urywka...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O Afryce chciałem od dawna napisać. Ogromny kontynent sprowadzany najczęściej do jednego mianownika uzależnionego od punktu widzenia obserwatora. Kontynent, który dla Kapuścińskiego był kwintesencją konsekwencji okrutnych kolonializmu.&lt;br /&gt;Ja wiem niewiele: "W pustyni i w puszczy" i "Jądro ciemności" wyznaczają ramy mojego wyobrażenia o tym świecie. Zawsze obserwowanego z perspektywy Europejczyka .&lt;br /&gt;Słabo pamiętam "Pożegnanie z Afryką" i pewnie, by ten watek na blogu kontynuować, będę musiał do niego wrócić.&lt;br /&gt;"Wierny ogrodnik" i "Krwawy diament" - obydwa ukazujące zbrodnicze zaplątanie światowego biznesu w degradację tego kontynentu. Bardzo różne filmy oczywiście, ale łączy ich właśnie to oskarżenie. Metafora jądra ciemności jako demonicznej siły tkwiącej w człowieku i aktywizującej się pod wpływem bogactw tej upodlonej ziemi jak najbardziej do nich pasuje...&lt;br /&gt;I Mankell jeszcze, o którym, już nie w kryminalnym kontekście, na pewno tu napiszę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I ciągle nie wiem też, dlaczego słowo 'murzyn' jest obraźliwe... to jak mam mówić o mieszkańcach Afryki, szczególnie wtedy, gdy nie wiem, z jakiego kraju pochodzą. Zresztą - dla wielu z nich może to nie mieć znaczenia, bo pewnie plemię jest istotniejsze - jeśli przetrwało najazd Hunów, czyli Światłych Europejczyków...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Daratt&lt;/span&gt;, reż. Mahamat-Saleh Haroun&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-2337950877325046654?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/2337950877325046654/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/04/daratt.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/2337950877325046654'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/2337950877325046654'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/04/daratt.html' title='Daratt'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-4389620128164277445</id><published>2010-04-03T15:08:00.005+02:00</published><updated>2010-05-31T19:46:34.305+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mity i legendy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='komuna'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='lewactwo'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='historia literatury'/><title type='text'>Moje 5 groszy non-fiction</title><content type='html'>Nigdy nie należałem do wielbicieli Kapuścińskiego. Ceniłem go, lubiłem czytać, ale nie był moim guru. I pewnie nie sięgnąłbym po biografię Domosławskiego, gdyby nie ten prowokujący zgiełk wokół tej książki. Staram się tego rodzaju nastrojom nie ulegać... tym razem się nie udało, przeczytałem (niektórzy z uczestników tego zamieszania przyznali się, że nie czytali:-))... Dobrze, że przeczytałem.&lt;br /&gt;Jestem po stronie Domosławskiego.&lt;br /&gt;Być może mój pozbawiony emocji stosunek do Kapuścińskiego spowodował, że nie pojawiły się sprzeciw, zniesmaczenie, wstrząs, szok. Jestem pod wrażeniem niezwykłej opowieści.&lt;br /&gt;Pisząc kiedyś o książce &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/07/kawior-i-popio.html"&gt;Marci Shore&lt;/a&gt; wspominałem, że mamy trudności z opisaniem czasów Polski Ludowej. Autorce "Kawioru i popiołu" łatwiej było, bo z zewnątrz na ten nasz świat spojrzała. Domosławski był w sytuacji trudniejszej a i tak, jak sam o tym mówił, aż takiej reakcji krytycznej się nie spodziewał. Ciągle bardo trudno jest pisać (i czytać, jak się okazuje, także...) o  naszym ostatnim pięćdziesięcioleciu. Ale takie książki jak "No-fiction" przecierają szlaki.&lt;br /&gt;Kiedyś sobie pomyślałem, że musi być w tej trudności, w tym naszym przytępieniu pamięci sporo wstydu. Im bardziej oczywisty jest świat, w którym teraz żyjemy, tym bardziej asurdalne wydaje się przyzwolenie na istnienie tamtego świata. A przecież to przywolenie było... i to powszechne. A ja przecież stosunkowo niewiele lat przeżyłem w tamtych czasach (choć ciągle więcej niż w wolnym świecie), a i pod koniec panowania systemu wybory były prostsze i w miarę oczywiste. Co nie znaczy, że 4. VI roku pamiętnego nie był zaskoczeniem...&lt;br /&gt;A więc wstyd, niechęć do przypominania sobie tego wspólnego uwikłania w banalne zło.&lt;br /&gt;Książka Domosławskiego była dla mnie między innymi świetną opowieścią o czasach, których już tylko schyłek  (dzięki Bogu lub innym siłom) doświadczyłem.&lt;br /&gt;Jest jeszcze kolejny, dla niektórych być może istotniejszy, problem: co zrobić z lewicowością pisarza, którego umieściliśmy na pomniku Nowej Liberalnej Polski...&lt;br /&gt;Co zrobić z uwikłaniem w system człowieka, który, jak wszystko na to wskazuje, w ten system wierzył? I swoim pisaniem permanentnie to zaświadczał. Był po stronie wykluczonych i ubogich (ech, ta nasza powikłana polityka - przecież to wyborcy, do których niezadowlenia zwraca się PiS, który takich ludzi, jak Kapuściński skazałby najchętniej na publiczny niebyt).&lt;br /&gt;Jest jeszcze kolejny problem: tytułowe non-fiction; problem etyki dziennikarza. W jakim stopniu autor reportażu może posiłkować się fikcją? W jakim stopniu konfabulacja może okazać się trafniejszym sposobem na oddanie prawdy o zdarzeniu niż zegrmistrzowska wierność szczegółom? Czy jest to tylko problem akademicki, związany z klasyfikacją gatunkową pisarstwa Kapuścińskiego? Dla mnie tak. Nie ma dla mnie znaczenia, na której półce postawię "Cesarza". A jednocześnie robota, którą wykonał Domosławski, by dotrzeć do ludzi, o których pisał jego mistrz, jest dla mnie godna podziwu. I wcale nie jest przejawem jego małostkowości, a właśnie rzetelnego warsztatu. Prawda tkwi w szczegółach, ale i w trafnej metaforze. I wcale nie są one ze sobą sprzeczne. Pięknie się uzupełniają, dając nam pełne wyobrażnie o świecie, w którym żyjemy.&lt;br /&gt;I ostania chyba kontrowersja: jak głęboko, pisząc biografię, możemy wkraczać w intymność bohatera naszej książki. Szczególnie, gdy wiele osób bardzo blisko  z nim związanych nadal żyje. Dla nich musi być to trudne.&lt;br /&gt;Ale... ja, między innymi dzięki temu bezpruderyjnemu wkroczeniu Domosławskiego w tę bardzo osobistą przestrzeń, spotkałem się z żywym człowiekiem. Nieprzeciętnym, pełnym pasji i zaangażowania, niezwykle wrażliwym, ale i przeczulonym na swoim punkcie, zmysłowym, próbującym się odnaleźć wśród koterii partyjnych, ostrożnym a i małostkowym. Wielcy są także zwyczajni.&lt;br /&gt;Czy, aby kogoś szanować i cenić, trzeba go odzierać ze zwyczajnych ludzkich przywar?&lt;br /&gt;Jeżeli autorytet ma być człowiekiem bez skazy, któż się ostanie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Artur Domosławski, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Kapuściński, non-fiction&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-4389620128164277445?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/4389620128164277445/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/04/moje-5-groszy-non-fiction.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/4389620128164277445'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/4389620128164277445'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/04/moje-5-groszy-non-fiction.html' title='Moje 5 groszy non-fiction'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-9021319454320459419</id><published>2010-03-28T12:20:00.008+02:00</published><updated>2010-03-28T16:56:00.991+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Bergman'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='teatr'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wielka cisza'/><title type='text'>Redukcja bycia</title><content type='html'>Dzięki Wiśniewskiemu spędziłem kilka godzin w towarzystwie Bergmana. Tym razem, w przeciwieństwie do sytuacji, która miała miejsce przed premierą &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/11/perwersja-w-cieniu-stalowni.html"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zmierzchu Bogów&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;, przypomniałem sobie film (swoją drogą ciekawe, czy po Viscontim i Bergmanie Wiśniewski sięgnie po Antonioniego - pewnie nie...:-)). To była dobra decyzja - materia &lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Persony  &lt;/span&gt;jest tak różna od &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zmierzchu..., &lt;/span&gt;że oswojenie się z tym północnym bardzo klimatem przed seansem okazało się bardzo przydatne. I nie doprowadziło to do permanentnego porównywania filmu i sztuki teatralnej; spowodowało, że przez półtorej godziny mogły mi swobodnie przepływać myśli związane z istotą rzeczy... oczywiście - z jak najbardziej moją istotą rzeczy:-)&lt;br /&gt;To, co mi się myślało było i nie było ze mnie przecież. I nie wiadomo, w jakim stopniu to, co tu napiszę jest z Bergmana, Wiśniewskiego, ze mnie... O tym też ten film przecież jest - o naszym przeglądaniu się w lustrze, którym jest oczywiście druga osoba, ale także i sztuka... I myślę tak sobie, że im mniej zwracamy uwagę na niuanse artystyczne, tym bardziej zafascynowani jesteśmy odbijającym się w sztuce obrazem samych siebie. Rozbijanie iluzji w wypadku filmu czy też spektaklu może służyć przywracaniu nas rzeczywistości a więc sobie... ale...&lt;br /&gt;pozbawieni swego odbicia możemy doznać poczucia nieistnienia&lt;br /&gt;może się okazać, że wszystko czym myśleliśmy, że jesteśmy - jest na zewnątrz&lt;br /&gt;a więc prawda o nas myślana przez nas i przez innych (nie będę wchodził w tym momencie w problemy związane z tym, jak te dwa obrazy różnią się zaprzepaściście) jest taką samą fikcją jak świat przedstawiony filmu czy spektaklu (zawsze można się pocieszyć i dopowiedzieć - ale i tak samo realny...)&lt;br /&gt;tak jak fikcją jest świat Almy zaplanowany dla niej (ale przecież prawie każdy z nas w sposób niezauważalny realizuje scenariusze przygotowane przez jakąś wielką Anonimowość) przez innych (jedynym doświadczeniem związanym z poczuciem realności istnienia jest dla Almy przypadkowy &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/07/wstep-i-houellebecq-wyspa.html"&gt;seks&lt;/a&gt;, którego konsekwencją była aborcja... tak jakby Bergman chciał nam uświadomić, iż żyjemy tylko wtedy gdy drastycznie przekraczamy granice moralności ale i to że poczucie wewnętrznej pustki jest wynikiem naszej decyzji - być może nie jednorazowej, być może jest to proces - ale to my podejmuje decyzję o wykluczeniu z życia...)&lt;br /&gt;I może lepiej nigdy tej prawdy nie dostrzec, bo może się okazać, że w przypływie ambitnej szczerości wobec siebie postanowimy sprawdzić, gdzie jest Prawda. I zaczniemy redukować nasz świat. Aż &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/11/na-ponoc-jak-najdalej.html"&gt;odwrócimy się do ściany&lt;/a&gt; w akcie ostatecznej ucieczki w Milczenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Milczenie.&lt;br /&gt;Milczenie to Cisza niby... Ale jednak to nie to samo co Cisza.&lt;br /&gt;Cisza może być sygnałem Nieobecności. Milczenie może być pragnieniem Nieobecności.&lt;br /&gt;Milczenie może być pytaniem o znaczenie słów.&lt;br /&gt;Milczenie może być ucieczką od słów, które niczym garderobiany odziewają nas w pozory istnienia. Co zostanie, gdy zredukujemy nasze bycie i pozbawimy się tego kostiumu?&lt;br /&gt;Gest pustelnika, dla którego Wielka Cisza jest drogą do Boga.&lt;br /&gt;A gdy Cisza jest sygnałem Nieobecności?&lt;br /&gt;pozostaje Nic&lt;br /&gt;Nic, od którego uciec trzeba ponownie w Personę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy jest się, jak Elisabeth, aktorem, uświadomienie sobie tej prawdy wydaje się nieuniknione. Świetna Bogacka, która bez słów, gestem i mimiką stwarzała swą postać. Chłód, irytację, dumę, złośliwą radość, uspokojoną radość... I to w niej była siła a nie w wypełniającej potokiem słów kameralną przestrzeń Almie, która dość szybko tymi słowami przyodziała się w stereotypową tożsamość dającą jej poczucie bezpieczeństwa. Milczenie jednak także prowokuje. Słowa, jak i ludzie, nie znoszą wolności, pragną się związać, wejść w układ; dopiero wtedy zaczynają udawać, że znaczą... cokolwiek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwie, w pewnym sensie skazane na siebie, kobiety. Wydawałoby się, że bardzo różne. Przeglądające się w sobie. Po jednej stronie pozór wielkości wpisany w znaczącą mimikę i związany z kostiumem przeszłości (której znajomość przecież tak samo a może i bardziej buduje wyobrażenia o naszej osobie jak wypowiadane przez nas słowa), po drugiej szczelnie owinięta w bluszcz werbalny zwyczajność. Spektakl wampirycznego przejmowania cudzej persony...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dawno temu, już nie pamiętam gdzie, Marek Hłasko opisał młodzieńców wychodzących z kina, z filmu amerykańskiego. Zwrócił uwagę, jak bardzo ich ruchy są do siebie podobne, jak bardzo - całkowicie nieświadomie - naśladują swych idoli, rewolwerowców z Bardzo Dalekiego Zachodu. Tak i ja, po wczorajszym spektaklu sącząc wino (bo tylko to pito w tej sztuce), przyglądając się przemykającym obok klientom mego ulubionego baru, z mądrą miną grałem rolę milczącego filozofa. Rewolwerowiec czy filozof - na jedno wychodzi...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Persona&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;, reż. I. Bergman&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.mmtrojmiasto.pl/8722/2010/3/27/subtelna-persona-w-teatrze-wybrzeze?category=Kultura"&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Persona&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;, reż. G. Wiśniewski&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-9021319454320459419?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/9021319454320459419/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/03/redukcja-bycia.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/9021319454320459419'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/9021319454320459419'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/03/redukcja-bycia.html' title='Redukcja bycia'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-5826054706740534301</id><published>2010-03-20T18:58:00.006+01:00</published><updated>2010-05-25T07:20:16.803+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino amerykańskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wolność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pewność świata'/><title type='text'>Robaki w mózgu</title><content type='html'>Chodziło mi po głowie kilka wstępów do tego wpisu (a czas najwyższy, bo rzadko pisuję ostatnio).&lt;br /&gt;Pierwszy to ostrzeżenie, aby nie czytał tego, co napiszę, ktoś, kto zamierza obejrzeć najnowsze dokonanie &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Scorsese'a - "Wyspa tajemnic", &lt;/span&gt;ponieważ jest to jeden z tych filmów, podczas oglądania których czerpiemy przyjemność między innymi z tego, że interpretacja zdarzeń zmienia się wraz z kolejnymi odsłonami. Źródłem swoistej satysfakcji jest więc to, że nie wiemy... (a więc uprzedzam, że lepiej nie czytać:-) - nie dodam toposu skromności: "jeśli ktoś to czyta":-)).&lt;br /&gt;Później sobie uświadomiłem, że kiedyś zrobiłem wpis pt. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/07/leonardo-na-granicy-schizofrenii.html"&gt;Leonardo na granicy schizofrenii&lt;/a&gt;. &lt;/span&gt;Nie wiedziałem wtedy, że właśnie powstał film, w którym ze schizofrenią (dotyczącą bohatera wykreowanego przez Leonarda właśnie) mamy do czynienia bez przenośni.&lt;br /&gt;A temat ten prowokuje także do wstępu, w którym uczynimy przegląd obecności tego motywu w kinie ostatnich lat. Tego też nie uczynię. Można jedynie skonstatować, że ta psychiatryczna przypadłość okazuje się bardzo wdzięcznym tematem sztuki współczesnej.&lt;br /&gt;Można też zacząć od krótkiej refleksji dotyczącej zagadkowego funkcjonowania ludzkiego mózgu. Ale o tym także już pisałem w poście &lt;a href="http://nomadyzm.blogspot.com/2009/10/w-labiryncie-pamieci.html"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;W labiryncie pamięci&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;Bo atrakcyjność fabuły (a film mi się podobał) tego rodzaju utworów pozostawia zawsze we mnie niepewność co do zaufania własnym szarym komórkom. Mój wrodzony niemalże sceptycyzm poznawczy zyskuje wtedy na radykalizmie - człowiek zaczyna podawać w wątpliwość już nie tylko sądy innych o świecie ale także własną pewność dotyczącą postrzegania świata go otaczającego. Staje się to tym bardziej istotne w momencie, gdy sporo czasu spędzamy w samotności i nie mamy okazji do konfrontowania własnych wrażeń z tym, co widzą i myślą inne osoby. Niepokój zaczyna się pojawiać, gdy zaczynamy się zastanawiać, czy np. wizyta, która urozmaiciła wielką ciszę miała rzeczywiście miejsce (i znowu nieśmiertelny finał &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Powiększenia&lt;/span&gt; z fikcyjną grą w tenisa... wielki finał). W takich momentach zastanawiamy się nad realnością doświadczeń mistycznych pustelników - ilu z nich było schizofrenikami?&lt;br /&gt;Nie wspomnę o wszelkich refleksjach przychodzących do głowy o poranku, który ma miejsce po nazbyt alkoholowej nocy (świetnie zostało to ukazane w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Domu złym&lt;/span&gt; - świetnie także pod względem formalnym).&lt;br /&gt;Alkohol zresztą nie jest tu bez znaczenia, gdyż bohater filmu Scorsese'a w pewnym okresie nadużywał (zresztą pisał o tym tez Stephen King w książce &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jak pisać&lt;/span&gt;, gdy doszukuje się źródeł wielu swych niezwykłych pomysłów właśnie w permanentnej przyjaźni z panią whiski).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Film zaczyna się jak typowy film kryminalny. Leonardo jest szeryfem, który ma do rozwiąznia zagadkę tajmnieczego zniknięcia kobiety. Do pewnego momentu jesteśmy przekonani, że to rzeczywiście jest zasadniczy temat tej fabuły. Zagadka jest jednak głębsza, niż nam się wydaje. Tkwi w jego mózgu.&lt;br /&gt;Zagadka kryminalna staje się pretekstem do wprowadzenia widza w konwencjonalny świat tajmniczych badań na ludzkim mózgiem zagrażającym wolności jednostki. Obsesji na tym punkcie można się nabawić, gdy zbyt wiele na ten temat się naoglądamy bądź naczytamy. I nie jest też niczym nowym zaprezentowanie tego problemu w atmosferze koszmaru Kafkowskiego. Mroczne i zawilgocone labirynty, w których więzione sa typy spod ciemnej gwiazdy, pozwalają wyzwolić w widzu klaustrofobiczne lęki związane z jego własną psyche. Ilu takich potworów ukrywamy w zakamarkach własnego 'ja'... no właśnie - w jakim stopniu jesteśmy w stanie się przyznać do tych lokatorów naszego mózgu?&lt;br /&gt;Pomysł niczym z &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Miczenia owiec&lt;/span&gt;: traumy można się pozbyć, gdy ponownie wejdziemy do tej samej rzeki (wbrew twierdzeniom fiozofów psychologowie są przekonani, że jest to możliwe - twierdzą nawet, że czynimy to nieustannie dopóki, dopóty jakimś dziwnym wysiłkiem woli nie zmienimy scenariusza zdarzeń w momencie kluczowym, by się wyzwolić). Lecz w przeciwieństwie do tamtego filmu tutaj mamy do czynienia z eksperymentem psychologicznym, który ma służyć wyzdrowieniu. Problem pojawia się w momencie, gdy wyzdrowienie łączy się z pogodzeniem z tym, że jesteśmy potworem (no i jeszcze pozostaje pytanie, co zrobić z sytuacją, która kazała nam być potworem z dobrego serca...); może lepiej jednak pozostać w wyimaginowanym świecie, w którym jesteśmy dobrym i pożytecznym bardzo człowiekiem?&lt;br /&gt;Fajne jest to, że Scorsese pozostawia w zakończeniu filmu niedopowiedzenie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko jest w mózgu. Uznanie tej prawdy rodzi szereg lęków. Bo to przecież kawałek mięsa, na który, jak się okazuje, łatwo oddziaływać całkowicie poza naszą wolą. Poprzez ingerencje fizyczną ale także, na co bardziej wyczuleni jesteśmy, manipulując naszym postrzeganiem świata środkami całkowicie dopuszczalnymi . Także w procesie edukacji:-)&lt;br /&gt;Czy mając tego świadomość możemy w ogóle mówić o wolności? Jak jest ona możliwa? Biorąc za siebie odpowiedzialność (co jest konieczne i od czego w moim przekonaniu ucieczki w jakieś małostkowe tłumaczenia nie ma), w jakim stopniu bierzemy na siebie winę za wszystko co w naszym przekonaniu nie-z-nas-jest?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;M. Scorsese: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wyspa tajemnic&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-5826054706740534301?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/5826054706740534301/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/03/robaki-w-mozgu.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5826054706740534301'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5826054706740534301'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/03/robaki-w-mozgu.html' title='Robaki w mózgu'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-6460057996873243203</id><published>2010-02-28T12:38:00.006+01:00</published><updated>2010-02-28T20:33:40.405+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino amerykańskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='obok Śmierci'/><title type='text'>Nomadyzm postapokaliptyczny</title><content type='html'>O tej książce i o tym filmie muszę  napisać niejako z obowiązku.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Droga&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;"Cały czas jesteśmy w drodze, zagubiliśmy Boga" - to cytat z filmu, w książce mniej więcej w tym samym miejscu padają słowa:&lt;br /&gt;"bycie w drodze z ostatnim bogiem byłoby straszne"&lt;br /&gt;do porównania tych dwóch dzieł jeszcze powrócę&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Pamiętam, jak około 30 lat temu&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;z&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;przejęciem oglądałem pierwszy film, którego tematem był stan naszej planety po wybuchu jądrowym ("The Day After" chyba). Poza obrazem powszechnego zniszczenia to chyba nic z tamtego obrazu nie pamiętam - ale telewizyjna projekcja tego filmu była wielkim wydarzeniem (to PRL jeszcze był, jeśli ktoś nie pamięta:-)). Od tamtego czasu filmów tego typu powstało co niemiara. Nie przepadam za nimi (na książki tego typu to już absolutnie szkoda mi czasu). Twory rozbrykanej wyobraźni jakoś nie mają dostępu do mojej wrażliwości. Katastroficzne wizje przemawiające perwersyjnym pięknem szybko się dewaluują. Ludzkie namiętności spuszczone z łańcucha zdecydowanie bardziej przerażają, gdy mają miejsce w świecie, w którym do żadnej katastrofy nie doszło. Filmy te zapewne mają przestrzegać... ale widzowie po takiej projekcji chyba nie o ewentualnych zagrożeniach rozmawiają; a i Ci, którzy zdecydują (jeśli to decyzja będzie...) o naszej zagładzie, raczej takimi produkcjami się nie przejmą. Jeżeli doświadczenia XX wieku niektórym nie przemówiły do wyobraźni, to nie oczekujmy, że przemówi do nich fikcja filmowa. A że nie przemówiły, świadczą o tym choćby płonące pola naftowe podczas wojny w Iraku..&lt;br /&gt;Temat więc jak każdy inny. Jeden z elementów współczesnej wirtualnej rzeczywistości. Problem, który umościł się w masowej wyobraźni na podobieństwo opowieści np. z czasów starożytnego Rzymu... Obraz, którego nikt nie potraktuje jak głosu proroka (im też nie wierzono, więc porównanie może niezbyt trafne - może być za to świetnym pretekstem do przywołania cytatu z książki: "Nie ma takiego proroka w długich dziejach tej ziemi, który nie byłby dzisiaj tutaj czczony. W jakiejkolwiek formie przemawiałeś, miałeś słuszność").&lt;br /&gt;Aby uprzytomnić sobie, że człowieka można sprowadzić do poziomu fizjologiczego i że może to mieć charakter, jeśli nie masowy, to na pewno zbiorowy - wystarczy poczytać Borowskiego i Grudzińskiego. Ale przeciętny uczeń, który to czyta (bo uczniowie chyba tylko, jeżeli już...), raczej nie traktuje tych opowieści jako sprawozdania z rzeczywistości. A tekst: "prawdziwy głód jest wtedy, gdy patrzymy na drugiego człowieka jak na obiekt do zjedzenia" (Borowski oczywiście) jest raczej tylko kolejnym tekstem właśnie, a nie figurą istoty niemożliwego do wyobrażenia głodu...&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;W książce McCarthy'ego to wszystko jest:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;pejzaż spełnionej apokalipsy&lt;br /&gt;Nie wiemy, co było jej przyczyną. Ale jest to przecież nieistotne. Nie mamy nawet pewności, czy to człowieka należy za nią winić. Ważniejsze jest to, że człowiek zachodzi wraz z tym światem, jedynym mu znanym... jakoś tam znanym... bo ten świat zawsze go przecież przerastał.&lt;br /&gt;(są też obrazy o charakterze przeciwstawnym: "Kiedyś w górskich potokach żyły pstrągi źródlane. Widać je było, jak stoją w bursztynowym nurcie, a białe krańce płetw drgają delikatnie w płynącej wodzie. W ręku pachniały mchem. Wypolerowane, muskularne, torsyjne. Na grzbietach miały ślimacznicowate desenie, które były mapami nastającego świata. Mapami i labiryntami Tego, czego nie można odtworzyć. Czego nie można naprawić. W głębokich dolinach, gdzie żyły, wszelka rzecz była starsza od człowieka i tchnęła tajemnicą")&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w tym pejzażu ci, którzy przetrwali&lt;br /&gt;Kierujące się głodem i strachem pozostałości gatunku ludzkiego. Zalęknione osobniki uznające agresję za jedyny skuteczny środek przetrwania. Bandy żywiące się tymi, którzy okazali się za słabi. Każdy z nich mógłby powiedzieć za Borowskim: "ci, którzy przeżyli, przeżyli kosztem innych". I jest w książce kilka drastycznych przykładów tego, jakie to są koszty.&lt;br /&gt;Nie jest to nowa prawda o człowieku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie tylko oni przetrwali.&lt;br /&gt;Świat ten obserwujemy przeważnie z perspetywy mężczyzny bez imienia (konsekwentne jest to w świecie umarłych Imion). Toarzyszy mu syn. To jest ich droga.&lt;br /&gt;Syn jest jak sumienie.&lt;br /&gt;Nie - on jest sumieniem.&lt;br /&gt;Wydawałoby się, że są ostatnimi ludźmi, którzy znają pojęcie dobra i zła. Więc je odróżniają.&lt;br /&gt;Horrendalne zadanie: nauczyć dziecko w tym świecie, czym jest dobro z jednoczesną nadzieją, że ta wiedza nie przyczyni się do jego śmierci.&lt;br /&gt;Ojciec musi przez cały czas tłumaczyć się przed synem z wyrządzanego zła. Z trudem wielkim syn wydaje się akceptować sytuacje absolutnie konieczne. Gdy czuje zło w postaci czystej - protestuje. Dobro trudniej przecież zachować niż zakonserwowane resztki jedzenia cudem znajdowane przez bohaterów. Niż inne ślady minionego świata z pieczołowitością opisywane przez narratora. Ślady te dla syna są całkowicie obce. Nie rozumie ich. Dlaczego więc dobro jest w stanie do niego przemówić?&lt;br /&gt;Można by powiedzieć, że jest to powieść o możliwości przetrwania dobra ('wewnętrznego ognia') w świecie, w którym zachowanie człowieczeństwa jest równoznaczne z samobójstwem. Dlaczego więc go nie popełnić? Cały otaczający świat jest świadectwem degradacji bytu, czy tez niejako powrotu do stanu stworzenia. Samobójstwo jest więc swoistym współdziałaniem z tym światem... może i z Bogiem... Są tacy, którzy w ten sposób odchodzą. Odmawiają uczestnictwa. Chcą pozostać sobą. Albo po prostu uciekają pod wpływem granicznej rozpaczy. Gdy zaczyna się prawdziwy głód&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;, niektórzy wolą skrzywdzić siebie tylko. Szczególnie, gdy masz pewność, że twój stan jest stanem świata...&lt;br /&gt;Całego.&lt;br /&gt;Jest to świat, w którym nie pytamy, dlaczego ktoś popełnia samobójstwo, ale dlaczego go nie popełnia! Dlczego ojciec robi wszystko, co w jego mocy, by ocalić w synu ten wewnętrzny ogień (jednocześnie przygotowując się psychicznie do zabicia go w sytuacji, gdyby nie mógł mu pomóc lub gdyby musiał go na zawsze zostawić, co wydaje się być w tym świecie równoznaczne)? Dlaczego każe mu żyć w świecie z każdą chwilą zanikającym; w którym nadzieja na cokolwiek wydaje się być ewidentnym objawem szaleństwa?&lt;br /&gt;Na te pytania tak naprawdę nie można uzyskać odpowiedzi. W pewnych okolicznościach przekonanie o tym, że trwanie ma sens jest po prostu aktem łaski.&lt;br /&gt;(Rozmowa ojca z synem nad brzegiem morza:&lt;br /&gt;"Co jest po drugiej stronie?&lt;br /&gt;Nic.&lt;br /&gt;Coś musi być.&lt;br /&gt;Może jest tam ojciec z małym synem i siedzą razem na plaży?&lt;br /&gt;To byłoby fajnie.&lt;br /&gt;I oni też nieśliby ogień?&lt;br /&gt;Możliwe. Tak.&lt;br /&gt;Ale nie wiemy na pewno?&lt;br /&gt;Nie wiemy.&lt;br /&gt;Więc musimy byc czujni.&lt;br /&gt;Czujni. Tak."&lt;br /&gt;Ojciec z synem rozmawiający w zapadającym w ciemność świecie.&lt;br /&gt;Rozmowa jak z przypowieści.&lt;br /&gt;Bo powieśc ta, poza wszystkim, jest przypowieścią).&lt;br /&gt;Pytanie o samobójstwo staje się w tym wypadku pytaniem o rację istnienia świata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To wszystko w książce jest oczywiście. Film jest mniej drastyczny. Sceny, które na pewno pozostaną w pamięci są zamkniete w słowach, dając pole do popisu wyobraźni. I nie tylko o subiektywizm tu chodzi, ale o konkretne zdarzenia. Ale i subiektywizm jest na rzeczy; dla mnie świat przedstawiony powieści był zdecydowanie ciemniejszy; przyglądając mu się jednocześnie odganiłem moje klaustrofobiczne lęki. Mimo rozległych przestrzeni.W trakcie czytania czuło się narastające kurczenie tego świata. Pułapki, z której pewne jest tylko jedno wyjście. Nie czułem w filmie przejmującego głodu i strachu. Zimna i poniżenia. Sponiewierania człowieka.&lt;br /&gt;Ale kontrast słonecznego pejzażu i wypalonego na popiół świata zdecydowanie bardziej przemawia w filmie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie ma też w filmie, bo chyba być nie może, obrazu porażająco milczącego cierpienia; samotności skazanych:&lt;br /&gt;"Stał na skraju pola oziminy pośród prostych ludzi. Był w wieku chłopca. Lub trochę starszy. Patrzył, jak kilofem i oskardem rozpruwają skalisty stok, odsłaniając wielkie kłębowisko węży liczące może setkę. Stłoczonych w obronie przed chłodem. Matowe sznury ich ciał poruszające się niemrawo w zimnym ostrym świetle. Niczym wnętrzności jakiejś wielkiej bestii wystawione na świat. Ludzie oblali wszystko benzyną, żeby je spalić żywcem, nie mając innego leku na zło, jak tylko zniszczyć to, co postrzegali jako jego wizerunek. Płonące węże wiły się straszliwe, niektóre pełzały w płomieniach po dnie jamy, oświetlając jej ciemniejsze zakamarki. Były nieme, więc nie rozlegały się żadne okrzyki bólu, a ludzie w ciszy patrzyli, jak palą się, skręcają i ciemnieją, a o zmierzchu rozeszli się w milczeniu na wieczerzę, każdy zabierając własne myśli do domu".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;C. McCarthy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Droga&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;reż. J. Hillcoat&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-6460057996873243203?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/6460057996873243203/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/02/nomadyzm-postapokaliptyczny.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/6460057996873243203'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/6460057996873243203'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/02/nomadyzm-postapokaliptyczny.html' title='Nomadyzm postapokaliptyczny'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-5420512947658867575</id><published>2010-02-27T11:26:00.004+01:00</published><updated>2010-02-27T12:54:25.550+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino amerykańskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wolność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pewność świata'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><title type='text'>Absolwent now</title><content type='html'>Wydawało mi się, że to będzie bardzo lekki film na zakończenie ferii.&lt;br /&gt;A okazało się, że wyzwolił we mnie myśli, które czasami wręcz spędzają mi sen z powiek...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Każdy (przynajmniej w moim wieku) musiał się choć raz w życiu (ja wiele razy) zastanowić, jaka będzie jego reakcja, gdy każą nam usiąść przed niejakim Ryanem (bohater filmu "W chmurach"), który nam powie: "pańskie stanowisko w firmie jest niedostępne" (tak przetłumaczono tę kwestię w filmie :-)).&lt;br /&gt;Stany zawsze zadziwiały mnie w pomysłowości związanej z w wymyślaniem firm, które załatwiają za człowieka to, z czym nie chce lub nie potrafi sobie poradzić. Tym razem jest to instytucja zajmująca się zwalnianiem ludzi (podczas kryzysu niebywały interes) wtedy, gdy szef nie ma tyle odwagi, by spojrzeć swemu pracownikowi w oczy . Jak wiemy - nie jest to takie rzadkie.&lt;br /&gt;W filmie pojawia się cały zróżnicowany wachlarz reakcji, wśród których możemy odnaleźć także siebie. Dla mnie wydaje się najważniejsze (czego w filmie nie ma), to by nigdy nie dać się zaskoczyć; by nie poczuć się zbyt bezpiecznie; a być może wyprzedzić - jeśli człowieka na to stać - posunięcie szefa. Tak, w reakcji wszystkich tych zwalnianych jedno było wspólne - nigdy się tego nie spodziewali, mieli pełne poczucie bezpieczeństwa (co utrwalał zapewne wiecznie sympatyczny, uśmiechający się szef, który chował się za plecami Clooneya).&lt;br /&gt;Ze zwalnianiem jest jak z porzucaniem partnera - można to robić patrząc uczciwie komuś w oczy a można wysłać do niego smsa (i to w filmie akurat jest, bo o odwadze spoglądania w oczy tym, których pozostawia się pośrodku rwącej rzeki niemalże bez nadziei, w jakimś stopniu jest ta opowieść).&lt;br /&gt;Ale to tło tylko (!) było...&lt;br /&gt;Na pierwszym planie jest prawdziwie wolny, współczesny człowiek Ameryki - świetnie zarabiający, pokonujący miliony powietrznych mil: Ryan Bingham. Facet chodzi w modnych, markowych  garniturach (to wynika z kontekstu:-) bo ja oczywiście się na tym nie znam kompletnie), "kręci go status", a mimo to poczułem do niego sporo sympatii i nieistotne było dla mnie to, że zamieszkuje świat całkowicie mi obcy, do którego nigdy nie tęskniłem.&lt;br /&gt;Żyje ze zwalniania innych ludzi oraz z opowieści o plecaku.&lt;br /&gt;Plecak, jak sama nazwa wskazuje, to bagaż, który na plecach nosimy (a strategię podróżowania Ryan opanował do perfekcji). Staramy się, aby znajdowały się w nim tylko rzeczy niezbędnie konieczne, byśmy za bardzo się nie natrudzili podczas jego noszenia - byśmy w ogóle mogli go udźwignąć. A jak sprawdzić niezbędność spakowanych rzeczy? Wystarczy plecak podpalić... i zastanowić się, co byśmy ratowali przede wszystkim. Przytoczyłem tę prościutką opowieść, ponieważ był czas, kiedy bardzo chciałem zminimalizować ilość przedmiotów, od których jestem uzależniony. I nawet przez moment poczułem się wyzwolony. Dzisiaj niestety - obciążenie przedmiotami znowu zaczyna mnie przytłaczać...&lt;br /&gt;Jest jeszcze jeden plecak, nad którego zawartością trzeba się zastanowić, myśląć o wolności w takich bardzo współczesnych, mało odpowiedzialnych czasach. W tym wypadku zawartość plecaka dotyczy ludzi.&lt;br /&gt;Jak łatwo się domyślić, Ryan niewiele posiada rzeczy (oprócz wylatanych kilometrów na koncie, jest to jego jedyna ambicja - i jak się okazuje, to może być "kurewsko sexy"; "Mile są celem" - gdy wyjasnia swą motywację sprawiającą, że tyle lata, staje się tak samo śmieszny jak ci, którzy poświęcają całe życie, by otoczyć się zbędnymi przedmiotami) a i związki z innymi ludźmi nie stanowią dla niego ciężaru  (pod tym względem także znajduje u mnie zrozumienie). Jego plecak jest niezwykle lekki. A w tym plecaku wszystko (czyli to, co niezbędne) jest niezwykle prezyzyjnie uporządkowane (gdy w którejś ze scen - dotyczyła seksu - Ryan mówi, że improwizował, jakoś mu nie wierzymy).&lt;br /&gt;Film o braku miłości. Jakżeby inaczej. I nietęsknieniu do niej. Przeszkadza wolności.&lt;br /&gt;Ryana z Alex łączy sama przyjemność. Żadnych problemów, żadnych zobowiązań, no i żadnych kłótni oczywiście (gdy niewiele nas łączy, nie mamy się o co kłócić). Czyż nie o to nam dzisiaj przede wszyskim chodzi (piszę to bez ironii i nie pobrzmiewa w tym pytaniu żaden ton krytycyzmu): niezobowiązujący czuły seks, ale także sympatyczna rozmowa w pubie. Zachowanie umiaru, który jest gwarancją spokoju. I uciekanie od wszystkiego, co byłoby związane z problemem, stresem, kłótnią...&lt;br /&gt;"Jesteśmy tykającymi zegarami" - szkoda marnować czas...&lt;br /&gt;Gdy Ryan przestał przestrzegać tych zasad, okazało się, że jest tylko "wtrąceniem", "chwilową ucieczką od prawdziwego życia"... I coś się w nim pewnie zmieniło - poza życiem. Bo nie jest to film, w którym mogłoby dojść do prawdziwego dramatu.&lt;br /&gt;Mimo że Clooney gra niewzruszonego i chłodnego przedstawiciela firmy, która pozbawia ludzi poczucia bezpieczeństwa, to w krótkich, migawkowych rozmowach, które prowadzi, pojawiają się czasem niegłupie rozwiązania. I od pewnego momentu nie ma już wątpliwości, że wbrew pozorom nie jest cynikiem.&lt;br /&gt;Można powiedzieć, że wielokrotnie film subtelnie zaskakuje. Dzięki chyba bardzo dobremu scenariuszowi: postaci są subtelnie cieniowane, zdarzenia delikatnie wymykają się konwencji.&lt;br /&gt;Film uczy sztuki sprawnego opowiadania.&lt;br /&gt;Od czasu do czasu sie uśmiechamy (tzn. ja się uśmiechałem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kojarzył mi się przez moment, nie wiem dlaczego (no dobra - trochę wiem...) z "Absolwentem". Ale ponieważ to skojarzenie jest przypadkowe i bardzo subiektywne, to nie będę tego udowadniał, a jedynie w nagłówku przewrotnie pozostawię odwołanie do filmu Nicholsa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;"W chmurach", reż. J. Reitman&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-5420512947658867575?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/5420512947658867575/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/02/absolwent-now.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5420512947658867575'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5420512947658867575'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/02/absolwent-now.html' title='Absolwent now'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-8593346665982804064</id><published>2010-02-15T20:36:00.007+01:00</published><updated>2010-02-16T04:33:44.220+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Antonioni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pewność świata'/><title type='text'>Mięsopust bez Boga</title><content type='html'>"To był mały cud przebudzenia - poczuć po raz pierwszy, że należysz do mnie nie tylko przez tę chwilę i że noc przedłuża się przy tobie w nieskończoność, w cieple twojej krwi, twoich myśli, twojej woli, która stapia się z moją. Przez chwilę zrozumiałem, jak bardzo cię kocham, i to było doznanie tak silne, że moje oczy napełniły się łzami. Stało się tak, bo myślałem, że to nie powinno nigdy się skończyć, że całe nasze życie powinno być dla mnie, jak dzisiejsze przebudzenie, że powinienem czuć cię nie moją, ale częścią mnie samego, czymś, co oddycha wraz ze mną i czego nic nie może zniszczyć ..."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;tak pewnie kończyły się wczorajsze walentynkowe projekcje filmów ale i tak także kończy się "Noc" Antonioniego. Ale...&lt;br /&gt;w jego filmie jest to przywołanie z przeszłości (sprzed 10 lat) słów, które Giovanni napisał do swej żony Lidii; przywołanie, które jest swoistą puentą. Bo w ciągu tej jednej doby, podczas której toczy się akcja, obserwujemy coś w rodzaju fenomenologii dojrzewania do decyzji, która streszczona jest w ostatnim członie listu zakochanego niegdyś w żonie Giovanniego (lecz jak na Antonioniego przystało, to Ona ma odwagę spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć, że nie kocha... nie On):&lt;br /&gt;"jeżeli nie zrobi tego leniwa obojętność, wynikająca z przyzwyczajenia, w której widzę jedyne zagrożenie" (cytat przytoczony ze scenariusza oczywiście, bo nie zanotowałbym tak długiego fragmentu; ale dzięki temu zwróciłem uwagę na drobne różnice w tłumaczeniu, które nie są bez znaczenia, a przynajmniej dają do myślenia; np: jaka jest różnica pomiędzy 'udręką' a 'rozpaczą' - szczególnie, gdy ma być przyczyną pragnienia śmierci; albo jaka jest różnica między 'istotą rzeczy' a 'złem' "całym" zresztą - w tym wypadku chodzi o nieodczuwanie przez Lidię zazdrości o Giovanniego... i w sumie nie wiem, które z określeń byłoby właściwsze, jakoś rzeczywiście synonimiczne są w tym wypadku)&lt;br /&gt;Film ten pokazuje, jak mają się związki, które, wbrew obawom większości bohaterów filmów Antonioniego, jednak powstały; co dzieje się z ludźmi, którzy, mimo wydawałoby się niezrozumiałych obaw, postanawiają być razem (troszeczkę jak z Napoleona kompromitującym powrotem spod Moskwy, o którym mowy nie ma w "Panu Tadeuszu"... taaa:-) tylko, jak we wczorajszych projekcjach - niekoniecznie filmowych - "i żyli długo i szczęśliwie"; a może to ta formuła właśnie jest zabójcza - bo gdy nie jest szczęśliwie a zapowiada się długo to co niektórym, jak bohaterce filmu Antonioniego, marzy się śmierć... "Skończyłaby się ta udręka (rozpacz) i zaczęłoby się coś nowego", na co Walentyna (niedoszła kochanka męża o znaczącym imieniu oczywiście) odpowiada "Może nic"... - "Tak, może nic"... bo jest w tym filmie taki "mięsopust prawy" ale bez Boga, który z przychylnym dystansem przygląda się ludzkim zapasom o sens).&lt;br /&gt;Zaczyna się od zapowiedzi śmierci bliskiego bardzo (jak bardzo dowiadujemy się w oczywiście dopiero zakończeniu) Lidii przyjaciela. To, że nie w nim się zakochała dawno temu było dla ich relacji chyba zbawienne - okazuje się, że jest On jedyną osobą, której los (czy zbliżający się jego kres) rzeczywiście obchodzi. Najprawdopodobniej, gdyby z nim związała swoje życie całkowicie - w szczególności intymnie - to mielibyśmy film o tym, jak w tym dniu się przekonuje, że jego śmierć nic ją nie obchodzi. Jakby Antonioni chciał nam raz na zawsze wbić do głowy, że zbytnie zbliżenie do drugiego człowieka prędzej czy później będzie źródłem korozji uczuć (jak odpadające od ściany tynki po których znacząco przesuwa ręką Lidia, gdy dochodzi do niej, że czas zrobił swoje) ...&lt;br /&gt;Ale w filmie ta rozpacz (pozbawiona ekspresji zresztą) nie tym tylko jest spowodowana.&lt;br /&gt;Lidia przez niemal cały dzień, obserwując ludzi, zastanawia się najpewniej (najpewniej - bo mamy tu do czynienia z tą okrutną narracją Antonioniego, że nie wiemy, co ona tam sobie myśli patrząc na ludzi, którzy mniej lub bardziej - przeważnie - podniecają się przeróżnymi rzeczami - od wywierania wpływu na innych przez dekolt, poprzez próbę fizycznej argumentacji czy też płacz dziecka aż po zupełnie oderwane od problemów z dominacją związanych spojrzenie fascynatów ku niebiosom) nad źródłem ludzkiej motywacji. Skąd w ludziach to zaangażowanie? Gdzie jest ta sprężyna, która pobudza ich do działania?&lt;br /&gt;Z jednoczesnym poczuciem, że nawet gdyby było to jakoś z nich tylko, to i tak jest fajnie i tak lepiej jest tak żyć (jej przyjaciel Tomasso : "być na marginesie przedsięwzięcia, w którym się uczestniczyło" - i ona chyba to w tym dniu poczuła to samo przyglądając się innym ludziom i swojej i jej męża miłości).&lt;br /&gt;W tym filmie już w sposób zauważalny "Powiększenie" zaczyna się przeglądać...&lt;br /&gt;To poszukiwanie motywacji, która wyzwala w nas nieskończone pokłady energii w działaniach niekoniecznie tego wartych, zwieńczone jest grą wymyśloną z nudów przez Walentynę. Dla Giovanniego był to sposób na flirt, dla Walentyny zabijanie nudy... a po krótkim czasie wszyscy goście zaangażowali się w zakłady tak, jakby chodziło o zbawienie... (wszyscy pamiętają scenę z "Powiększenia" z gryfem gitary, który udało się zdobyć bohaterowi - przepiękna sytuacja ilustrująca kształtowanie się naszych preferencji, pragnień, motywacji... za które życie jesteśmy w stanie oddać...).&lt;br /&gt;A co powoduje, że kot, niczym zakochany bez pamięci, przez cały dzień potrafi się gapić (scena z filmu oczywiście) w oczy kamiennej głowy... (to w nim, w jego mózgu przecież, a nie w tej głowie).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Walentyna: "Park jest pełen ciszy złożonej ze szmerów. Jeżeli przyłożysz ucho do kory drzewa i wytrwasz trochę w tej pozie, usłyszysz szmer. To chyba zależy od nas, ale ja wolę myśleć, że to drzewo".&lt;br /&gt;To tak jakby preludium do "Powiększenia";  to zasadnicze pytanie: gdzie leży źródło prawdy o świecie - tej prawdy, którą my przyjmujemy za prawdę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Być może większym dramatem niż brak miłości jest brak pewności tego świata.&lt;br /&gt;Niektórzy by powiedzieli, że to to samo...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ale ja nie jestem pewny&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(niezwykły taniec w filmie był; delikatnie erotyczny z kieliszkiem wina, z którego nawet kropla nie umknęła podczas przewrotnych figur... taka mała sugestia, że warto z wypiciem esencji poczekać do finału numeru... przynajmniej do końca napięcie będzie utrzymane - żeby nie było, życie miałem na myśli...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;M.  Antonioni: &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Noc&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-8593346665982804064?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/8593346665982804064/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/02/miesopust-bez-boga.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/8593346665982804064'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/8593346665982804064'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/02/miesopust-bez-boga.html' title='Mięsopust bez Boga'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-2224836461035007108</id><published>2010-01-31T18:43:00.004+01:00</published><updated>2010-01-31T20:29:36.374+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino amerykańskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Antonioni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wielka cisza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='obok Śmierci'/><title type='text'>Gerrowanie w Dolinie Śmierci</title><content type='html'>Co oznacza słowo 'gerrowanie'?&lt;br /&gt;Ponieważ obaj bohaterowie filmu Van Santa mają na imię (bądź tylko tak się do siebie zwracają) Gerry, to można sądzić, iż jest to imię oznaczające Każdego. Ale nie każdego  przeciętnego człowieka przecież, lecz prędzej każdego, kto podobny jest do bohaterów filmu...&lt;br /&gt;Lecz nie są oni przecież jacyś specjalnie wyjątkowi. Jedyne, co ich wyróżnia to to, że zagubili się na pustkowiu, na które trafili z własnego wyboru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwaj przyjaciele wybrali się na wycieczkę do Doliny Śmierci. Nie chcąc spotkać zbyt wielu turystów niedzielnych (zresztą sami także na takich wyglądają) zbaczają z wytyczonego szlaku. Oczywiście zabłądzili...&lt;br /&gt;I co się dalej dzieje?&lt;br /&gt;Nic...&lt;br /&gt;Jeden z tych nielicznych filmów, w których prawie nie ma zdarzeń.&lt;br /&gt;pełna hipnoza&lt;br /&gt;dziesięciominutowe ujęcia, często z kamery stojącej w miejscu&lt;br /&gt;dialogi zmieściły się zapewne na jednej stronie arkusza a4 (bohaterowie znają się jak łyse konie, nie muszą więc ze sobą rozmawiać; jak wiadomo miarą przyjaźni - nie jest to film o samotności - jest umiejętność nieskrępowanego przebywania ze sobą w milczeniu)&lt;br /&gt;W stan kontemplacji wprowadza nie tylko powolny rytm narracji i rozległe górsko-pustynne pejzaże, ale także specyficzna ścieżka dźwiękowa, na którą składają się odgłosy szumiącego wiatru, chrzęstu piasku i pojedynczych dźwięków fortepianu (Arvo Part)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwóch zagubionych młodych ludzi przemierzających Dolinę Śmierci ("Na końcu drogi jest tylko pieprzony cel").&lt;br /&gt;Wokół fascynująca natura.&lt;br /&gt;Całkowicie obojętna a jednocześnie zabójcza. Dosłownie.&lt;br /&gt;Niemalże pozbawiona życia pustynia.&lt;br /&gt;Zanikające ślady zwierząt prowadzące do wody bądź miejsca kopulacji. Kopulujące na pustyni zwierzęta robiące sobie przerwę na wyprawę do wodopoju - nie, tego w filmie nie ma, o tym się tylko mówi. Jeden z bardziej absurdalnych dialogów pomiędzy bohaterami, którzy planują, że będą się zwierzętom przyglądać z ukrycia, by ich nie krępować...&lt;br /&gt;Ale zwierzęta nie zaprowadziły ich do wodopoju...&lt;br /&gt;bo jest to kolejny film o braku...&lt;br /&gt;I na pewno możemy mówić o bardzo dużym powinowactwie z Antonionim; o tyle zaskakującym, że to film amerykański (w dodatku jedną z postaci poszukującej wyjścia z tej egzystencjalnej pułapki jest Matt Damon).&lt;br /&gt;No właśnie, użyłem sformułowania 'egzystencjalna pułapka'. Czy aż egzystencjalna? Czy każda opowieść będąca jakąś tam  milionową wersją  toposu drogi czy homo viator (oj, zaleciało lekcją polskiego) musi być od razu poważną wypowiedzią na temat sensu ludzkiego życia zwanego przeze mnie właśnie egzystencjalną pułapką?&lt;br /&gt;Nie musi. I być może Van Sant czy też Damon (współautor niezbyt chyba długiego scenariusza) w ogóle o tym nie myśleli (choć trudno mi w to uwierzyć). I szczerze powiedziawszy nie ma to dla mnie większego znaczenia. Gdybym przyglądał się tym dwóm gościom z jakieś boskiej perspektywy (jeżeli podczas oglądania tego filmu pojawia się w głowie jakieś myślątko na temat Boga, to jest raczej związane z jego Brakiem... Bogiem jest Natura i Czas) w tak zwanym realu, to i tak bym pomyślał, że to ich błądzenie jest jakąś  przejmująca metaforą (sam, gdy łażę po górach, postrzegam ten swój absurdlany wysiłek jako swoistą figurę mego pokręconego losu).&lt;br /&gt;Bo to właśnie nomadyzm jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwóch gości, trochę przypadkowo, trochę niefrasobliwie, trochę uciekając przed zwyczajnością zeszło z utartego szlaku. Inną drogą chcieli dojść do tego 'pieprzonego celu'. Co nim było, nie dowiedzieliśmy się do końca filmu...&lt;br /&gt;I to trochę lękiem napawa. Bo zbyt podobne: ten przypadek, niefrasobliwość, zejście...&lt;br /&gt;Historia trwania w Czasie. Historia stopniowego upadku.&lt;br /&gt;"- Chodźmy!&lt;br /&gt;- Równie dobrze możemy siedzieć..."&lt;br /&gt;Pod koniec filmu w wielkiej ciszy i ciemności resztką sił zmierzają przed siebie; stopniowo zaczyna ich otaczać nienaturalna jasność - mentalna pustynia.&lt;br /&gt;"- Jak nam idzie ta wycieczka?&lt;br /&gt;- Dość dobrze..."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i co to jest to 'gerrowanie'?&lt;br /&gt;Pewnie jest to rodzaj absurdu, którym nacechowane jest ludzkie życie; tyle że każdemu może się wydawać, że ten jego absurd jakiś wyjątkowy jest i nadaje mu się jakąś swoistą nazwę... np. 'gerrowanie'.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Gerry, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;reż. Gus Van Sant&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-2224836461035007108?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/2224836461035007108/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/01/gerrowanie-w-dolinie-smierci.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/2224836461035007108'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/2224836461035007108'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/01/gerrowanie-w-dolinie-smierci.html' title='Gerrowanie w Dolinie Śmierci'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-6767329907638560380</id><published>2010-01-10T19:18:00.003+01:00</published><updated>2010-01-19T18:47:07.350+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Antonioni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='obok Śmierci'/><title type='text'>Tylko echo...</title><content type='html'>Jest w "&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Przygodzie" &lt;/span&gt;&lt;span&gt;taka króciutka scena: Klaudia stoi na opustoszałym placu obok surowej budowli powiązanej z kościołem i poprzez zamknięte okiennice zadaje pytanie "Jest tam ktoś?" i sama sobie odpowiada "Tylko echo..."; po chwili wraz z Sandrem dostrzegają u podnóża wzgórza, na którym stoją, zabudowania "Tam jest wioska" stwierdzają, by po chwili sprostować "To cmentarz..."&lt;br /&gt;Tylko echo odpowiada, gdy poszukujemy kontaktu z drugim człowiekiem. Odnajdujemy odbicie własnych oczekiwań i emocji. Projektujemy...&lt;br /&gt;Spotkanie jest niemożliwe.&lt;br /&gt;Filmy Antonioniego mają w sobie coś negatywnego: można by wyliczać, czego w nich nie ma... (zresztą wielu już wyliczyło). Ale w tym filmie brak jest szczególnie uwypuklony: Anna pragnie niebyć. Najpierw stwierdza, że przebywanie w towarzystwie Sandra po jego miesięcznej nieobecności męczy ją; jego obecność jest źródłem jej rozdrażnienia. A później sama znika...&lt;br /&gt;Jest to film o jej nieobecności i to w dodatku nieobecności mocno nieokreślonej pod względem ontologicznym :-) Bo czy jest to nicość, czyli śmierć (jeżeli oczywiście założymy, że nasze życie kończy się tu na ziemi definitywnie; a taką perspektywę wydaje się nam sugerować w swoich filmach Antonioni; sugerować choćby pejzażem); czy może Anna gdzieś jest (i różnorodne informacje na temat miejsca jej przebywania w filmie się pojawiające pełnią pewnie taka funkcję: mają utrzymać widza - a przede wszystkim Sandrę i Klaudia - w niepewności).&lt;br /&gt;Film, którego bohaterem głównym jest nieokreślona, niepewna nieobecność.&lt;br /&gt;Zupełnie jak z Bogiem (jak pisze we wspominanym przeze mnie kilka dni temu eseju Kołakowski: i wiara i niewiara jest dzisiaj równie niepewna - staliśmy się nomadami: "świat opuszczony przez Boga jest źródłem niepokoju").&lt;br /&gt;Żeby spokojnie dalej funkcjonować Klaudio, a może głównie Sandra muszą mieć pewność; chcieliby mieć pewność. Więcej - dość szybko orientują się, że nie chcą, by Anna się odnalazła. Ich motywacja, aczkolwiek okrutna, jest jak najbardziej oczywista. Ich nadzieja na miłość ma szansę tylko kosztem śmierci Anny. Bo znowu mamy do czynienia z kobietą wmanewrowaną przez mężczyznę w nadzieję na prawdziwe uczucie. I choć to temat nieustannie obecny u Antonioniego, to wydaje się, że Sandra jest już nauczona doświadczeniem wcześniejszych bohaterek Mistrza z Ferrary. Broni się przed tym uczuciem i zaangażowaniem. Dlaczego mimo wszystko ulega? Pewnie tak, jak bohaterka &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Krzyku&lt;/span&gt;, miała nadzieję, że "może tym razem..." Skończyło się jak zwykle... Skończyło się tak, jak w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Przyjaciółkach &lt;/span&gt;przygoda Cesare (czy to się odmienia jakoś?)  (ten sam aktor w obu filmach: Franco Fabrizi, co jest źródłem jeszcze dodatkowego smaczku podczas oglądania - ci bohaterowie mają wiele wspólnego, nie miał zbyt wysokiego mniemania o mężczyznach Antonioni), czyli przebaczeniem mężczyźnie jego wiarołomstwa (o którym zresztą się przekonała, gdy zauważyła nieobecność swego partnera, co wywołało niepokój związany z istnieniem Anny) w imię... no właśnie - w imię czego? Podstawową motywacją wydaje się być strach - przed samotnością. Czy to nie za wysoka cena? A może na tym polega istota chrześcijańskiej umiejętności przebaczania? Ale przecież można przebaczyć, ale nie udawać, że się jest razem... chyba...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak szybko jesteśmy w stanie zapomnieć - nawet o tych, którzy wydają nam się być bardzo bliscy? Może nie zapomnieć, bo przecież pamięć jest właśnie źródłem niepokoju Klaudii; ale jak szybko zaczynamy postępować tak, jakby tej osoby nigdy nie było? Zakładając jej nieobecność? Pragnąc jej nieobecności? Jak szybko zaczynamy pragnąć, by nasze jej nawoływania odpowiadały tylko echem? Jak szybko pragnienie związane z odczuwaniem przez nas czegoś, co chyba nazbyt pochopnie zwiemy miłością, jest w stanie zdominować pragnienie obecności? Podkreślam - odczuwanie przez nas czegoś; odczuwanie, które jest potwierdzeniem dla nas, ale tylko dla nas, naszej obecności, ale tylko naszej obecności.&lt;br /&gt;Jak szybko jesteśmy w stanie się przekonać, że nasze istnienie niekoniecznie jest innym potrzebne? A wręcz może zawadzać...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Anna zaginęła na skalistej wyspie, na której mieszkał samotny rybak. Sam. Ale, gdy tylko się pojawił i zobaczył nieznajomych w swojej pustelni, od razu zaczął pokazywać zdjęcia swej rodziny. Jakby w ten sposób chciał upewnić siebie i gości o swoim istnieniu. I mimo, że mieszkał samotnie, to wydaje się, że w przeciwieństwie do bohaterów tego filmu, nie był sam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Film został wygwizdany przez publiczność na festiwalu w Cannes w roku 1960 (jednocześnie dostał wtedy nagrodę jury dla najlepszego filmu - specjaliści jednak mają wyczucie wielkości). Zarzucano mu między innymi właśnie brak. Rozpoczęcie od wątku o charakterze niemal sensacyjnym (zagubienie i poszukiwanie Anny), a następnie porzucenie tegoż (nie dowiadujemy się, co stało się z Anną) na rzecz nieśpiesznie (tytuł także mógł rozbudzić oczekiwania niektórych; zresztą pytanie o to, do czego odnosi się tytułowa przygoda, także można sobie postawić) opowiedzianej historii o uczuciach niemożliwych. Zarzucano reżyserowi niekonsekwencję. Pomijając już pytanie o konieczność istnienia takiej konsekwencji, wydaje mi się, że wątek Anny nie jest porzucony. Antonioni konsekwentnie bardzo opowiada historię o nieobecności. Nie tylko Anny...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Przygoda, &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;reż. M. Antonioni&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-6767329907638560380?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/6767329907638560380/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/01/tylko-echo.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/6767329907638560380'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/6767329907638560380'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/01/tylko-echo.html' title='Tylko echo...'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-7067364627302739440</id><published>2010-01-04T22:44:00.004+01:00</published><updated>2010-01-10T09:06:33.007+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Antonioni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><title type='text'>W poszukiwaniu straconych złudzeń</title><content type='html'>Tym razem zwyczajni ludzie.&lt;br /&gt;W pejzażu zamglonym i bezludnym częstokroć.&lt;br /&gt;Uciekanie od samotności w ramiona drugiego człowieka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny człowiek wytrącony z poczucia oczywistości w momencie porzucenia.&lt;br /&gt;Poczucie oczywistości: stała odpowiedzialna praca, widok na dom i rzekę, i córkę bawiącą się z innymi dziećmi (albo inaczej, w odniesieniu do innego bohatera z tego filmu: "Masz wszystko, łóżko... masz radio... dlaczego uciekasz... czego szukasz?" A on pije, dopóki wszystkiego nie wypije... bo to jakoś mało).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Porzucenie.&lt;br /&gt;Niemożność uwierzenia, że wszystko było naprawdę aż do spotkania kolejnego mężczyzny. Tak jakby spotkanie innego miało unieważnić prawdziwość wcześniejszych uczuć (a może ten kolejny rzeczywiście uświadamiał pozorność wcześniejszych uczuć; albo może 'naprawdę' jest tylko przez chwilę, a później są już tylko histeryczne próby przywrócenia stanu pierwotnego). Ale niektórym tak się wydaje. I nie mogą się z tym pogodzić.&lt;br /&gt;Zresztą kobieta odchodzi także pełna lęku; w pełni świadoma, że skoro już co najmniej dwukrotnie okazało się, że to, co czujemy, dalekie jest od idealistycznych wyobrażeń, to i tym razem może być tak samo. Ale niemalże zrezygnowana - próbuje...&lt;br /&gt;A u mężczyzny pojawia się poczucie straty czasu i innych okazji. Poczucie, że w dopadła nas przypadkowość losu; że mogło przecież być korzystniej; ale skoro już na siebie trafiliśmy i przez moment było dobrze, to bądźmy 'odpowiedzialni' i płaćmy za ten moment (a jeśli trwało to kilka lat - w filmie siedem - to i tak pozostaje pytanie, czy to już wystarczy by skazać człowieka w tym procesie) - do końca życia. Bo jak nie, to wystawimy rachunek naszych strat: mogliśmy przecież przez ten czas związać się z kimś zdecydowanie korzystniej. Byliśmy kochani. Przynajmniej tak nam się zdawało, tyle że wybraliśmy... i chcemy, by było to docenione... więc próbujemy zatrzymać ukochaną siłą... jakby tego rodzaju związek miał jeszcze jakiś sens.&lt;br /&gt;Wysiłki, by zatrzymać kobietę, która postanowiła odejść. Prezenty. Wymuszane pocałunki mające przypomnieć wcześniejsze uniesienia i oddanie. Publiczne wyładowywanie agresji. Gorączkowe poszukiwanie sposobu na miłość.&lt;br /&gt;Nieustające upokorzenie.&lt;br /&gt;Czy można przywrócić minione uczucie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Jak można odrzucić takie uczucie?"&lt;br /&gt;Tak jakby dla istnienia związku wystarczające było uczucie jednej strony. Złudna wiara, że uczuciem można zarazić niczym anginą. Że prędzej czy później ta niemalże ewangeliczna siła udzieli nam swej łaski.&lt;br /&gt;Tak jakby historia Raskolnikowa i Sonii rzeczywiście się zdarzyła?&lt;br /&gt;Ekonomia uczucia: nie można odrzucać, nie można marnować...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A później... ile trzeba zrobić, by uczucie jednak w sobie zabić. Ile kobiet odrzucić, by się przekonać, że jest to tylko wypełnianie pustki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mała dziewczynka przerażona widokiem chorych psychicznie starców zapatrzonych w pustynny i zamglony pejzaż.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak, to znowu Antonioni...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Krzyk&lt;/span&gt;, reż. M. Antonioni&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-7067364627302739440?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/7067364627302739440/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/01/w-poszukiwaniu-straconych-zudzen.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7067364627302739440'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7067364627302739440'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/01/w-poszukiwaniu-straconych-zudzen.html' title='W poszukiwaniu straconych złudzeń'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-4698317883717279009</id><published>2010-01-03T16:26:00.003+01:00</published><updated>2010-01-03T17:22:56.447+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='tylko fragment'/><title type='text'>Między piątkiem a niedzielą</title><content type='html'>W czasie swej okołosylwestrowej wędrówki trafiłem na tekst, którego fragment bez żadnych chyba komentarzy może być przytoczony jako świadectwo istnienia problemu o nazwie 'nomadyzm'...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Świat, w którym żyjemy, nie jest [...] światem ludzi przepełnionych satysfakcjonującą pewnością, umocnionych w swojej wierze lub niewierze. Żyjemy raczej w epoce wygnańców, uchodźców, banitów, istot błąkających się bez końca. 'Żydów wiecznych tułaczy' poszukujących utraconej - duchowej lub fizycznej - ojczyzny. W tym nomadycznym życiu nic nie jest pewne, zagwarantowane, ostatecznie ustalone, nic - poza samą wędrówką - nie jest dane w sposób wolny od pytań".&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;(L. Kołakowski, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Czy Pan Bóg jest szczęśliwy i inne pytania)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;...fragment oczywiście wyrwany z kontekstu, który był ze mną przez te kilka dni.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-4698317883717279009?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/4698317883717279009/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/01/miedzy-piatkiem-niedziela.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/4698317883717279009'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/4698317883717279009'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2010/01/miedzy-piatkiem-niedziela.html' title='Między piątkiem a niedzielą'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-5736082197017088470</id><published>2009-12-26T21:32:00.010+01:00</published><updated>2010-06-05T14:43:09.362+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kryminał'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wielka cisza'/><title type='text'>Poezja wojny</title><content type='html'>Dwóch samurajów.&lt;br /&gt;Z dwóch różnych epok: jeden z końca lat sześćdziesiątych a drugi prawie już z samego końca XXw.&lt;br /&gt;Wprawdzie jeden jest z Francji a drugi ze Stanów, ale mają coś wspólnego: jest to kodeks samurajski.&lt;br /&gt;Jean-Pierre Melville rozpoczyna swój film od cytatu z Księgi Bushido: "Nie ma większej samotności, niż samotność samuraja, chyba że tygrysa w dżungli". Cytaty z Księgi Hagakuru wielokrotnie pojawiają się na ekranie filmu Jima Jarmuscha, począwszy od słów: "Każdego dnia trzeba widzieć się martwym". Różnica polega na tym, że Ghost Dog studiuje kodeks samurajski i świadomie realizuje w życie jego zasady, zaś bohater filmu Melville'a chyba nieświadomy jest roli przypisywanej mu przez reżysera.&lt;br /&gt;Oczywiście zbieżności mogą być przypadkowe. Nikogo przecież nie dziwi nawiązywanie do różnych wersji kodeksu samurajów w filmach, w których bohaterowie (bądź Ci, którzy ich wymyślili) jakoś tam się z nimi utożsamiają. A że akurat swe wzorce odnaleźli w starożytnej Japonii... nie oni pierwsi i nie oni ostatni...&lt;br /&gt;Zbieżności mogą być przypadkowe, mogą biec ścieżką całkowicie dowolnych skojarzeń... Oto twórca filmu (powiedzmy scenarzysta) siedzi sobie na skwerze. Z prawej strony improwizują chłopcy ze znanej grupki kolesi zwanej RZA, z lewej w budce sprzedaje francuskie lody gościu udający Francuza (udający, bo ni w ząb nie zna francuskiego a scenarzysta świetnie wykorzystywał tę swoją umiejętność  zawsze, gdy kupował lody - zamiast waniliowych dostawał czekoladowe) a obok siada dziewczynka czytająca &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rashomona; &lt;/span&gt;ktoś karmi gołębie. Załóżmy, że scenarzysta ma dużo czasu, jest wyciszony i pozwala myślom na swawolne wędrówki nomady humanistycznego. RZA i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rashomon &lt;/span&gt;wywołuje w zupełnie prosty sposób skojarzenie z Bushido... niemieckim raperem wzorującym się na amerykańskim gangsta rap, czyli takiej odmianie tego gatunku, w którym głównie o gangi i strzelaniny chodzi; skojarzenie z &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rashomonem&lt;/span&gt; wzbogacić może naszą wędrówkę o pierwotne znaczenie Bushido związane z niepisanym kodeksem samurajskim. Ale jak tu umieścić opowieść o samuraju w świecie gangów i egzekucji rozpadającej się Ameryki? I tu zbawienne może okazać się nieopatrzne spojrzenie na lewą stronę, w kierunku 'francuskiego' lodziarza, z którym dogadać się nigdy nie było można... bo gdy (i tu sentymentalny odjazd w czasy młodości) nasz scenarzysta był w Paryżu i pod wpływem fascynacji kinem francuskim postanowił zostać filmowcem, to jeden z najwybitniejszych twórców tamtego czasu właśnie zmarł i pogadać z nim sobie nie mógł... a pewnie by było o czym... "Ten by potrafił opowiedzieć historię o samuraju w świecie gangsterów" - myśli sobie scenarzysta... I w tym momencie niczym widmo ukazuje mu się Melville... Jarmusch przeciera oczy i widzi, że to pies tylko... "Cholera - Ghost Dog..." - myśli sobie; ale widmo przypomniało mu coś, czego zapomnieć nigdy nie powinien był... &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Samuraj...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;(cała ta historia kruszy się, gdy uświadomimy sobie, że Bushido nagrał pierwszą płytę w roku 98, wydał pierwszą w 99... a film Jarmuscha przecież z 99 jest; ale co tam, przecież mógł go znać w okresie, gdy improwizował z kolesiami na niemieckich skwerach)&lt;br /&gt;I tak spodobała się ta scena Jarmuschowi, że umieścił ją w swoim filmie. Tyle że na jego miejscu siedzi Whitaker. I opowieść nie jest zupełnie ta sama. Jest tak, jak w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rashomonie&lt;/span&gt;, każdy widzi to samo zdarzenie, tę sama historię - inaczej. Każdy z nich - mistrz i uczeń. Pozostają jednak zbieżności, które można uznać za formę hołdu złożonego przez Jarmuscha francuskiemu mistrzowi gatunku.&lt;br /&gt;A 'francuski' lodziarz? ...on tylko po raz kolejny uprzytamnia, że wszystko w tym świecie może być fikcją i stąd tak ostentacyjna filmowość, z którą mamy do czynienia w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ghost Dogu&lt;/span&gt;, po obejrzeniu którego zastanawiamy się, kto bardziej udaje gangsterów - ci z filmów, czy ci prawdziwi... kto jest tym lodziarzem, którego spotkać mógł Jarmusch...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co łączy bohaterów kreowanych przez Delona i Whitakera?&lt;br /&gt;Zawodowi mordercy, samotni, zamknięci w sobie, do bólu skupieni na zadaniu, które mają do wykonania, milczący perfekcjoniści... obaj prowadzą życie wojownika - ascety (a więc kobiet w ich życiu nie ma, przynajmniej w tradycyjnym sensie). Lojalni... ale tu mamy do czynienia z różnicą, o której później; różnicą, która podoba mi się...&lt;br /&gt;obaj darzą uczuciem chyba jedynie ptaki... (i tu jedna z wielu różnic między dwoma filmami: ptaki informują obu o wizycie w miejscu zamieszkania nieproszonych gości, ale Jeff po prostu widzi mocno zaniepokojonego swego gubiącego piórka ptaszka w klatce, Ghost Dog zaś zastaje na swym dachu rzeźnię... - znak czasu...)&lt;br /&gt;Fabułę filmów łączy konstrukcja w jej najbardziej podstawowych i węzłowych elementach (i masa różnych szczegółów, o których niech lepiej filmoznawcy....). Zawodowy morderca wykonuje wyrok, który nie w pełni zadowolił pracodawców, w wyniku czego jego życie zaczyna być zagrożone.&lt;br /&gt;I oczywiście seppuku.&lt;br /&gt;Jeff w scenie, w której jednym swoim gestem, spokojnym spojrzeniem potwierdza sens swojego życia. Jest zdecydowanie bardziej przekonujący niż Ghost Dog...&lt;br /&gt;[tu kończy się moja tolerancja dla konwencji... to nie śmierć wasala w środowisku gangsterskim a śmierć mężczyzny lojalnego wobec kobiety, która nie jest ani jego kochanką ani tym bardziej żoną i której rola w losie bohatera nie jest do końca jednoznaczna, przemawia do mnie zdecydowanie bardziej.... choć to strasznie stary film... a może dlatego....]&lt;br /&gt;O tej scenie chyba za wiele nie powinno się pisać.&lt;br /&gt;Bo jest banalnie piękna.&lt;br /&gt;I nie ma wątpliwości, że to kino tylko...&lt;br /&gt;Ale i tak, wolę Melvilla...&lt;br /&gt;W filmie Melvilla ujmuje mnie asceza... wnętrz, gry, słów...&lt;br /&gt;cisza... tak niewiele słów trzeba...&lt;br /&gt;stare paryskie kamienice; wnętrze, w którym mieszka Jeff; kolory zgniłej odrapanej:-)  zieleni... to wszystko jest mi bardzo bliskie; to jak wyrzut sumienia, że zgromadziłem wokół siebie tyle zbędnych przedmiotów, a nawet tyle zbędnych książek...&lt;br /&gt;no i to przekonanie, że mnogość celów niweczy cel właściwy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A swoją drogą to myślałem, że to wilk jest w kulturze bytem będącym symbolem drapieżnej egzystencjalnej samotności...&lt;br /&gt;a tu jeszcze i tygrys i niedźwiedź...&lt;br /&gt;tyle, że u Melvilla nadal jest samotny wilk&lt;br /&gt;zraniony samotny wilk&lt;br /&gt;który pozostawia ślady&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale Jarmusch opowiada zabawniej, to ten typ humoru przy którym śmiech mi się śmieje...&lt;br /&gt;np. scena z budową jachtu na dachu wieżowca, współczesny Noe lekceważący oczywisty niby świat wokół niego&lt;br /&gt;ale czy to takie śmieszne?&lt;br /&gt;Gdy wiesz, że świat ulega rozpadowi,&lt;br /&gt;gdy widzisz, jak Noe buduje swą łódź,&lt;br /&gt;w ciągu siedmiu oddechów trzeba podjąć decyzję,&lt;br /&gt;i jak twierdzili starożytni&lt;br /&gt;"chodzi o determinację i odwagę, aby się przedrzeć na drugą stronę"&lt;br /&gt;nawet jeżeli&lt;br /&gt;jak twierdzili zlikwidowani przez Ghost Doga mordercy&lt;br /&gt;niedźwiedzia samotnika&lt;br /&gt;"teraz już żadnej starożytności nie ma".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Samuraj&lt;/span&gt;, reż. Jean-Pierre Melville&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ghost-Dog, &lt;/span&gt;reż. Jim Jarmusch&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-5736082197017088470?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/5736082197017088470/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/12/dwoch-samurajow.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5736082197017088470'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/5736082197017088470'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/12/dwoch-samurajow.html' title='Poezja wojny'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-6886152333363589907</id><published>2009-12-26T10:23:00.008+01:00</published><updated>2009-12-26T14:52:21.938+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wody pierwotne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wielka cisza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><title type='text'>bhatir desz</title><content type='html'>kraina odpływów...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest w tym sporo arogancji - pisać notkę na blogu o powieści, która ma 400 stron.&lt;br /&gt;Powieści, która wiele wątków posiada i którą też czytać można, idąc zupełnie różnymi ścieżkami interpretacyjnymi...&lt;br /&gt;bardzo różnymi&lt;br /&gt;Od lektury, podczas której skupiamy się na polityczno-socjologicznym wymiarze historii (z wyraźnym ciążeniem ku lewicowości) aż po próbę spojrzenia na świat  przedstawiony z perspektywy niemal mistycznej metafory (i wzbogacone te niby rozwidlające się ścieżki są przez liczne przywołania &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Elegii Duinejskich &lt;/span&gt;Rilkiego sugerujące, że różnorodne odczytania mają gdzieś tam swój początek w jedności świata:&lt;br /&gt;"nas, co o szczęściu myślimy,/ że się wznosi, przejęłoby/ omal niepokojące wzruszenie,/ skoro to, co szczęsliwe, pada"&lt;br /&gt;bhatir desz)&lt;br /&gt;"Człowiek ani przez chwilę nie zpomina tam, że jest na wrogim terenie"...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;opowieść ta spleciona jest niczym "niebiański warkocz" Gangi rozlewający się "na szerokich i spragnionych równinach" i mamiący pokusą rozwiązania zwaną &lt;span style="font-style: italic;"&gt;mohona...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ocywiście jest to także opowieść o miłości.. niemożliwej a spełnionej (są tacy, którzy by pewnie się ze mną nie zgodzili, a jednak...). 400 stron, a prawie żadnej sceny intymnej... prawie...&lt;br /&gt;I żeby nie było watpliwości, jaki charakter ma ta scena, przytoczę ją tu obszernie (choć pozbawiam ją w ten sposób znaczącego kontekstu):&lt;br /&gt;"zobaczyła na dalekim krańcu Gordźontoli tygrysa gramolącego się z wody na drzewo. (...) Dostrzegł ich w tej samej chwili, w której go zauważyli. (...) Bez mrugnięcia powieką obserwował ich przez dłuższą chwilę, kołysał mu się jedynie koniec ogona. Pija pomyślała, że gdyby mogła położyć rękę na jego futrze, poczułaby z pewnością mocne uderzenie serca. (...)&lt;br /&gt;księżycowe światło zgasło, a ryk wiatru ponownie zaatakował ich uszy. Pija objęła nogami gałąź (...) Kiedy była zwrócona twarzą do pnia, opletli drzewo liną z sari, a Fokir zrobił na niej mocny węzeł. Ledwie z tym zdążyli, gdy sztorm uderzył ponownie. Nagle powietrze wypełniło się wirującymi rzeczami.&lt;br /&gt;(...) Wiatr nacierał na nich teraz z przeciwnego kierunku. Wcześniej osłaniał ją pień drzewa, teraz było to ciało Fokira. (...) Czy od samego początku wiedział, że jego ciało będzie musiało ją chronić, kiedy oko cyklonu przetoczy się nad nimi? Próbowała oswobodzić się z uścisku i usiąść tak, żeby choć ten jeden raz to ona go oslaniała. Ale jego ciało trwało nieporuszone i nie dała rady się uwolnić, zwłaszcza teraz, gdy wichura naciskała na niego od tyłu. Byli wtuleni w siebie tak mocno, że odczuwała siłę uderzenia wszystkiego, co w niego trafiało, i deszcz spływający mu po plecach. Czuła kość jego policzka, jakby się złączyła z jej własnymi. Było tak, jakby sztorm dał im to, czego nie mogło dać życie - połączył ich, scalił w jedno".&lt;br /&gt;scena potężnie intymna&lt;br /&gt;(czasami mam ochotę na blogu umieszczać tylko cytaty z książek, które aktualnie czytam - często wręcz nie stać mnie na jakiś sensowny komentarz...&lt;br /&gt;pisanie o książkach, filmach, spektaklach to taka proteza właściwej twórczości, do której człowiek nie jest zdolny)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pija i Fokir - ona zna tylko angielski a on tylko po bengalsku; ona jest wykształcona amerykanką o hinduskim pochodzeniu a on prostym rybakiem na wodach Sundarbanu; ona samotnym wędrującym po świecie badaczem natury a on ma uwielbiane przez siebie dziecko i żonę wychowaną w środowisku bardzo tradycyjnym; kompletny brak możliwości kontaktu... tego werbalnego oczywiście...&lt;br /&gt;pomiędzy nimi Wielka Cisza, która pozwala im się wzajemnie zrozumieć,&lt;br /&gt;a wszystko rozgrywa się na niepokojących i nieprzewidywalnych wodach, które nawet na moment całkowicie ich zniewalają w swoim milczącym i niezracjonalizowanym świecie pierwotnym&lt;br /&gt;wody, które są żywiołem, nad którym najbardziej panuje Fokir&lt;br /&gt;a po tych przytoczonych przeze mnie zmaganiach Erosa i Tanatosa Pija przez kilka dni chodziła po wyspie Fokira, po jego mieszkaniu... w podarowanej jej kolorowej sari (strój jej całkowicie obcy)...&lt;br /&gt;nie muszę dodawać, że Fokir już nie żył...&lt;br /&gt;Jest jeszcze ten trzeci (zna języki, dzięki niemu Pija jakoś może porozumieć się werbalnie z Fokirem; wykształcony, bogaty hindus; Pija mu sie oczywiście podoba i nie miałby nic przeciwko romansowi, których ma na koncie wiele; nie rozumie wody i nie rozumie wzajemnej fascynacji - prostego rybaka i młodej uczonej amerykanki) - Kanaj... ten, który musi być wytrącony z poczucia oczywistości; bo to on mógłby być narratorem tej opowieści; narratorem, dla którego opowiedziane zdarzenia miały chyba największą wartość; a może po prsotu - powinny mieć...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ten, który na splątany warkocz Gangi próbuje spojrzeć z perspektywy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;mohony&lt;/span&gt;, nie zatraciwszy jednocześnie jego komplikacji&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozległe wody Sundarbanu. Miejsce, w którym człowiek nigdy nie może mieć poczucia pewności i bezpieczeństwa. Tajemnicze i niebezpieczne jak cały świat pierwotny - tkwiący do dziś gdzieś głęboko w człowieku. Rzeczywistość wewnętrzna, nad którą tylko do pewnego stopnia możemy zapanować, budując wały zabezpieczające. W każdej chwili przypływ może na jakiś czas unicestwić cały nasz opanowany świat - na chwilę. W tym świecie tygrysy ludojady, które nawet w czasie odpływu, gdy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;bhatir desz &lt;/span&gt;objawia się naszym zmysłom, mogą unicestwić człowieka. Ale spotkanie z tygrysem może być także momentem wytrącenia człowieka z poczucia oczywistości; gdy "mózg zalewa powódź czystych doznań".&lt;br /&gt;Świat, w którym gwarancję bezpieczeństwa możemy zyskać dzięki wierze w dobroczynną Bon Bibi i złowrogiego Dokkhin Raja; ta wiara jest równie prawdziwa i równie niepewna, jak wszelkie ustalenia współczesnej nauki. Człowiek zdany jest na siły potężniejsze od siebie.&lt;br /&gt;A "słowa są jak wiatr marszczący powierzchnę wody. Rzeka zaś płynie niżej, niesłyszalna, niewidoczna".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Amitav Ghosh &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Żarłoczny przypływ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-6886152333363589907?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/6886152333363589907/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/12/bhatir-desz.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/6886152333363589907'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/6886152333363589907'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/12/bhatir-desz.html' title='bhatir desz'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-1913324070319461599</id><published>2009-12-20T16:30:00.005+01:00</published><updated>2009-12-20T20:57:22.083+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Antonioni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><title type='text'>Zagrożeni miłością</title><content type='html'>Pisałem już o tym, że akcja filmów Antonioniego rozgrywa się przede wszystkim w środowisku ludzi, których potrzeby bytowe są w pełni zaspokojone (i jest to pewnie eufemizm). Fakt ten mógłby powodować, że świat w tych filmach przedstawiony jest nam obcy. I choć rzeczywiście wśród bohaterek Antonioniego czułbym się bardzo nieswojo, to dzięki umiejscowieniu akcji w tym środowisku widz ma okazję przyjrzeć się ludziom, którym los ofiarował niemal nieskończoną ilość wolnego czasu. Nie są oni zaabsorbowani codzienną walką o byt, która nie pozostawia czasu na zastanowienie się nad sensem rutynowych życiowych zabiegów. Troszkę w naszym zastępstwie doświadczają możliwości swobodnego wyboru... niemal wszystkiego... ale przede wszystkim wyboru sposobu na życie szczęśliwe a przynajmniej satysfakcjonujące.&lt;br /&gt;Nieograniczani bytem mogą decydować o świadomości sensu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W jakim stopniu o naszym poczuciu sensu decydują okoliczności, w które jesteśmy wmanewrowani przez miejsce urodzenia i przypadkowe decyzje podejmowane przez nas w przeszłości. Albo - nie przypadkowe a takie, których konsekwencji nie mogliśmy przewidzieć... bo nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć konsekwencji...&lt;br /&gt;Przestrzeń sensu generowana przez pojawiające się niemal z prędkością światła motywy, potrzeby, pragnienia - do których zrealizowania dążymy nie zastanawiając się nad źródłem tego napędu...&lt;br /&gt;(ze szczególną ostrością uświadamiam sobie ten problem podczas okresu świątecznego - który już przecież nastał - gdy mogę sobie niezaangażowany stanąć z boku i poprzyglądać się temu zabieganiu, którego cel już dawno bardzo zdawał mi się nazbyt z innego świata... (nader ludzkiego niestety)&lt;br /&gt;Jedna z epizodycznych bohaterek &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;"Przyjaciółek" Antonioniego&lt;/span&gt; w pewnym momencie mówi, że "szczęście polega na tym, że nie ma czasu na zastanawianie się nad tym, czy jest się szczęśliwym" i "gdy już dokonało się jakiegoś życiowego wyboru, to należy go ze wszystkich sił bronić".  Ja chyba tak nie potrafię. Nie potrafię się nie zastanawiać (czasami obsesyjnie), co doprowadziło mnie do tego punktu, w którym jestem. I potrzeba szczęścia jest w tym momencie mniej istotna niż pragnienie ogarnięcia własnego losu. Niezależnie od tego, jak mocno towarzyszy temu myśl o absurdalności takiego celu. Z jednym na pewno potrafię się zgodzić: punktem wyjścia do dalszego życia jest zawsze Teraz, czyli że decyzje wcześniej podjęte muszą mieć sens, jeśli moje dalsze życie ma mieć sens; trzeba ich bronić (niekoniecznie werbalnie, można po prostu bronić owego Teraz... to chyba jest jednoznaczne).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Przyjaciółki" Antonioniego (blog stanie się monotematyczny w trakcie trwania tego mojego prywatnego festiwalu Antonioniego) zostały nakręcone na podstawie utworu Pavese. Ciekawe, jak treść filmu ma się do pierwowzoru literackiego? Bo w filmie jest wszystko to, co charakterystyczne dla tzw dojrzałej twórczości Antonioniego... tyle że w całkiem już starej oprawie (wciąga mnie ten odległy klimat kina lat pięćdziesiątych coraz bardziej; oglądanie tych filmów wprowadza mnie w swoisty stan kontemplacji - jest w nich jakaś niezwykła czystość wypowiedzi; pytanie, w jakim stopniu to wrażenie bierze się stąd, że realia - to, co widzimy - jest tak bardzo nie z naszego świata... może dzięki temu możemy wnikliwiej obserwować to, co kryje się pod podszewką zdarzeń składających się na akcję - i to właśnie okazuje się mocno uniwersalne; nie mówiąc już o tym, że siatka zdarzeń u Antonioniego jest nader krucha i po prostu nudna... by dotknąć jądra rzeczywistości trzeba otrząsnąć się z przyćmiewającej jasne spojrzenie erupcji atrakcji w postaci np. takiego nagromadzenia zdarzeń, które podziwiamy lub w których uczestniczymy, które nie przyzwala na pojawienie się cienia podejrzenia, że to tylko wata cukrowa, nic więcej... - ale karkołomne zdanie, mimo to zostawiam je...:-))&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;uczuciowa pustka, ktorej przezwyciężanie prowadzi do jeszcze większego cierpienia i... samounicestwienia&lt;br /&gt;sceptycyzm co do trwałości uczuć (i tych deklarowanych wczesniej i tych rodzących się dopiero)&lt;br /&gt;pragnienie wymazania z pamięci świata swego istnienia&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Są oczywiście w tym filmie bohaterowie, którzy wydają sie kochać prawdziwie. Jedna popełnia samobójstwo. Inny - porzucony - (Karl spoglądający z oddali, jak jego ukochana wraca do świata, w którym o sensie stanowi praca - w domu mody) pewnie jakoś sobie poradzi (porzuceni mężczyźni jakoś nie robią takiego wrażenia, jak porzucone kobiety). I ta najwazniejsza, która decyduje się na życie z mężczyzną, o którym wie (mimo jego zapewnień, że kocha), iż kochać nie potrafi; dla którego rezygnuje z kariery artystycznej - czy to możemy nazywać szczęściem. Zresztą w tym wypadku mieliśmy do czynienia ze swoistym nieuświadomionym szantażem: mężczyzna wdaje się w romans w sytuacji, gdy jego żona w przeciwieństwie do niego zaczyna odnosić artystyczne sukcesy. Niezwykłe są meandry naszych kompleksów; niezwykła jest też skuteczność tego rodzaju poczynań (oczywiście tylko wtedy, gdy kobieta jest zdecydowana wejść w tego rodzaju układ, czyli pewnie przeważnie...) Lorenzo - kolejny mężczyzna zagubiony w nieokreśłonej przestrzeni swoich pragnień; unieszczęśliwiający kobiety, które staną na jego drodze; mężczyzna, który jak dziecko potrafi dać się zauroczyć uśmiechowi młodej dziewczyny i który dwa dni później, gdy ona już nie potrafi bez niego żyć, mówi jej, że "nikogo nie potrzebuje".&lt;br /&gt;On oczywiście nie potrafi żyć bez innych, ale problem powraca...&lt;br /&gt;Inni ludzie...&lt;br /&gt;Czy można bez nich żyć?&lt;br /&gt;Czy człowiek, chcąc być z innymi, skazany jest na nieautentyczne związki, pozorowane relacje?&lt;br /&gt;Czy, by być w związku, musi zaakceptować partnera, którym pogardza?&lt;br /&gt;I ten ironiczny tytuł - "Przyjaciółki"... (choć Antonioni już dawno został okrzyknięty znawcą przede wszystkim kobiecej duszy, to byłbym daleki od niedoceniania jego znajomości mężczyzn; jedno jest pewne - hipokryzja i zakłamanie mężczyzn objawia się inaczej niż ta dotycząca kobiet - opisana w tym filmie; zakłamana męska przyjaźń to niewatpliwie zupełnie inne zjawisko kulturowe niż zakłamana przyjaźń kobiet- bez wartościowania, obie są żenujące).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Świat, w którym jedną z najważniejszych decyzji jest ta, dotycząca wyboru sukienki, którą należy włożyć na wieczór. Świat, w którym o ślubie decyduje także sukienka - atrakcyjna suknia ślubna (którą postanowiła założyć jedna z bohaterek, a skoro bez ślubu to nie bardzo, więc weźmie ślub). Świat, w którym czujemy upokorzenie życiem, gdy rano po przebudzeniu mamy zmęczoną twarz...&lt;br /&gt;Świat, w którym główną bohaterką jest szefowa Domu Mody.&lt;br /&gt;Ale zdarzają się chwile, w których człowiek może być wytrącony z tych oczywistych kolein: "W obliczu czyjeś śmierci odruchowo oddzielamy prawdę od fałszu". Dla samotnej Clelii ta chwila słabości powoduje, że, spragniona czyjegoś ciepła i oparcia, obdarza nadzieją uczucia Carla...&lt;br /&gt;Ale wytrącenie człowieka z kolein, jego przebudzenie, ma charakter chwilowy. Koleiny są gwarancją spokoju i bezpieczeństwa, a przyszłość, związana z trwałą i niezmienną miłością, jest jak banalna, szara, odrapana ściana. Powrót jest nieunikniony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zagrożenie miłością minęło...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;"Przyjaciółki", reż. M. Antonioni&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-1913324070319461599?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/1913324070319461599/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/12/zagrozeni-mioscia.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/1913324070319461599'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/1913324070319461599'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/12/zagrozeni-mioscia.html' title='Zagrożeni miłością'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-7815766637647611117</id><published>2009-12-12T22:52:00.009+01:00</published><updated>2009-12-20T20:57:48.025+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Antonioni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='w źle obsadzonej roli'/><title type='text'>Kto za życia przez moment był w niebie...</title><content type='html'>Antonioni&lt;br /&gt;rok 1953&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po obejrzeniu tego filmu po raz kolejny uświadomiłem sobie, jak niewiele dla mnie znaczy usytuowanie utworu w porządku hierarchicznym sporządzonym przez znawców. I nie chodzi tu o to, że oceny specjalistów nie mają dla mnie znaczenia. Nie znaczy to też, że film mnie zachwycił. Wystarczy mi to, że dostrzegłem w nim sprawy, które mnie zafrapowały.&lt;br /&gt;Prosty z tego wniosek wyciągnąć można, że niekonieczny jest kontakt z arcydziełem, by sprowokowane myśli dostać mogły pożywkę, by sobie pobrykać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlatego unikam ocen; nie czuję się kompetentny.&lt;br /&gt;Dlatego piszę bloga a nie recenzje do tygodników.&lt;br /&gt;Dlatego na blogu także nie chciałbym pisać recenzji, choć wiem, że czasami w ton recenzenta popadam.&lt;br /&gt;Staram się przyglądać myślom spuszczonym z uwięzi, ciesząc się, że zaistniał dla tej chwilowej rozpusty mentalnej pretekst.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W filmie mamy do czynienia z sytuacją przeciwną do upadku Albatrosa.&lt;br /&gt;Gdy Nielotowi pozwoli się przez chwilę uwierzyć, że ma duszę orła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Antonioni nieustannie opowiada o uczuciach. O błędnych ścieżkach miłości. O pragnieniach konfrontowanych z pejzażem przedmieścia.&lt;br /&gt;Gdzie wszystko jest niedo...&lt;br /&gt;Czarno-białe przedmieście to miejsce, w którym można dostrzec pokraczne początki miasta sąsiadujące z procesem rozkładu. Jeżeli w takiej przestrzeni spotykają się kochankowie, możemy łatwo przewidzieć, co będą czuć niebawem i w którym kierunku zmierzać będzie ich romans, czy też, jaki jest stan ich emocji... tych najważniejszych. Typowy pejzaż mentalny. U Antonioniego podmiotem złudnych pragnień jest chyba zawsze kobieta. To ona jest wmanewrowana przez mężczyzn we wiarę w nieprzemijające uczucia. Przez mężczyzn, którzy nawet nie próbują jej później uświadomić, że uczestniczyła w grze ich ulotnych pożądań. Tchórzliwi faceci, którzy nie potrafią podjąć decyzji, bo łączyłoby się z to wyrzeczeniem przyjemności i zmusiłoby do ponoszenia odpowiedzialności. Bardzo lubimy niedookreślone związki trwające w zawieszeniu. Nie mówiąc już o takich sytuacjach, jak ta ukazana w filmie, gdy jasne opowiedzenie się może wystawiać na szwank karierę, podważyć prestiż, czy tez narazić na komplikacje towarzyskie.&lt;br /&gt;Tytuł filmu - &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dama bez kamelii&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; - od początku wpisuje tę opowieść w bardzo znany kontekst.&lt;br /&gt;Kobieta jako towar (lubię ten temat omawiać przy okazji &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lalki&lt;/span&gt;, więc nie będę tego utworu przywoływać jako kontekst, bo jest dla mnie zbyt oczywisty) .&lt;br /&gt;Małżeństwo Clary, poddającej się decyzjom mężczyzn niemal bez oporu - w zasadzie bez oporu, tyle, że widzimy jej niechęć, mimo którego i tak pozostaje bierna (ale gdy już stać ją na samodzielność i odwagę, to mężczyźni zawodzą) - ma w sobie coś z prostytucji. Lecz nie tylko jej bierność o tym decyduje. Prawie tego nie widać (styl pisma Antonioniego), ale matka w sposób niedostrzegalny ale skuteczny decyduje o jej przyszłości (nie ma tu jednakże demonicznego wymiaru charakterystycznego dla tego rodzaju sytuacji u Dostojewskiego, nie jest to też element prawie już kapitalistycznej kalkulacji jak u Balzaca), by później przez moment pławić się w rozkosznym uczuciu spełnienia życiowego. To, że nawet najbliżsi w filmach Michelangela nie próbują się zrozumieć, także jest stałym składnikiem wyobrażeń o świecie Mistrza z Ferrary.&lt;br /&gt;Jak takie małżeństwo będzie wyglądało, łatwo sobie wyobrazić. Z podobnym układem mieliśmy do czynienia w "Kronice pewnej miłości". Tyle, że w tym filmie Clara w momencie załamania wyrzucała mężowi, że wiedział, że ona wychodzi za mąż nie kochając go.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lecz w tym filmie odwołanie do francuskiego pisarza (mam na myśli Aleksandra Dumas oczywiście) ma, moim zdaniem jeszcze jedno, głębsze znaczenie.&lt;br /&gt;Bohaterka jest aktorką. Zaczęła robić karierę w banalnych produkcjach o sentymentalnej miłości naznaczonej erotyzmem. Jest piękna. Publika to lubi. Stała się sławna. Uwierzyła, że jest aktorką.&lt;br /&gt;Chorobliwie zazdrosny mąż zabrania jej grać w takich filmach. Bohaterka stopniowo sobie uświadamia niemal pornograficzny wymiar tego rodzaju produkcji. Przejęła ten punkt widzenia. Chyba nawet poczuła, że zdobyta w ten sposób popularność, jest rodzajem prostytucji. Chyba nawet miała poczucie, że grzeszy (ciekawe co na to nasi współcześni gwiazdorzy, czy jeszcze ktoś w odniesieniu do sztuki przykłada tego rodzaju racje moralne rodem ze średniowiecza).&lt;br /&gt;I jak bohaterka &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Damy kameliowej&lt;/span&gt; została pozostawiona sama sobie (winą może obarczać także uaktywnienie się w niej woli działania, przestała być bierna, zaczęła podejmować samodzielne decyzje dotyczące jej życia - to także swoisty tragizm) w momencie, gdy doświadczyła świata, w którym istnieje prawdziwa miłość. Uświadomiła sobie, że bycie na ekranie, pozwalanie na to, by nas fotografowano (jesteśmy wybrani tylko ze względu na atrakcyjne ciało), nie czyni z nas aktorów. Bycie Aktorem to bycie Albatrosem. To lata pracy i wewnętrznego doskonalenia się. To cierpienie i wzniosłość.&lt;br /&gt;I jak bohaterka &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Damy kameliowej&lt;/span&gt; zmuszona jest wrócić do swej pierwotnej profesji. Z pełną świadomością życiowej porażki. Z pełną świadomością, że teraz wszystko zależy od trwałości urody naszego ciała. Nic więcej... bo więcej, to nie nasz świat.&lt;br /&gt;Problem każdego, kto wyrwany ze swego naturalnego środowiska przez nieszczęśliwy (?!) zbieg wypadków, poczuje urok oddychania czystszym powietrzem i się przekona, że by pozostać w tej piękniejszej atmosferze, trzeba mieć skrzydła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szczyt okrucieństwa.&lt;br /&gt;Pozwolić komuś uwierzyć, że jest wart bardzo dużo, a następnie pozwolić mu spadać w takim tempie, by zdążył jeszcze sobie uświadomić, że nigdy nie miał skrzydeł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znowu powtórzę: ten facet mówił do mnie i o mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dama bez kamelii&lt;/span&gt;, reż. Michelangelo Antonioni&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-7815766637647611117?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/7815766637647611117/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/12/kto-za-zycia-przez-moment-by-w-niebie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7815766637647611117'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/7815766637647611117'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/12/kto-za-zycia-przez-moment-by-w-niebie.html' title='Kto za życia przez moment był w niebie...'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-4123572803539075169</id><published>2009-12-11T22:06:00.005+01:00</published><updated>2009-12-12T11:00:43.577+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kryminał'/><title type='text'>Z perspektywy samotnego wilka</title><content type='html'>niby jedna powieść, a można by z niej zrobić co najmniej dwie, jeśli nie więcej&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;najnowszy &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Mankell &lt;/span&gt;czyli &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Chińczyk&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;Na dalekiej szwedzkiej północy&lt;br /&gt;wśród śniegów zasypujących ślady ludzkiego istnienia&lt;br /&gt;dokonano koszmarnej zbrodni.&lt;br /&gt;Lecz zamiast Wallandera, który dzięki swej psiej intuicji potrafi spod śnieżnej pokrywy wydobyć na światło dzienne obłędne dowody prawdy, do akcji wkracza skrupulatna policjantka mająca poczucie, że rzeczywistość, której istnienie właśnie odkryła, przerasta jej poczucie prawdopodobieństwa.&lt;br /&gt;Tym razem bohaterką charakteryzującą się umiejętnością dostrzegania w świecie obecności śladów przeszłych zdarzeń jest sędzina będąca kilka lat przed emeryturą. Potrafi zawierzyć swej intuicji i przeczuciom; potrafi zawierzyć pamięci nieświadomej i wydobyć spod zaśnieżonych warstw złudnej rzeczywistości to, co wydaje się być niewidoczne. Uwalnia umysł od rutynowego postrzegania świata i dzięki temu od czasu do czasu, to co istotne, ma szanse pojawić się w świadomości. Gdy już to nastąpi, jej wyćwiczony na sali sądowej racjonalny sposób myślenia próbuje tę rozsypaną i wysoce niespójną układankę ułożyć w sensowną całość. Lecz poczucie zagrożenia, mącące jasne spojrzenie, mimo wszystko doprowadza w kluczowym momencie do stanu zagubienia w tym labiryncie do tego stopnia, że nie jest w stanie odróżnić wroga od sojusznika. Opuszczona chwilowo przez tych, którym na pewno mogłaby zaufać, zdana jest jednak na przypadek. Zakwestionowany w ten sposób jest i rozum i intuicja. Bo ludźmi jesteśmy tylko...&lt;br /&gt;Wallander często poddaje się sile przeczucia. I Mankell zapewne świadom jest, iż jego bohater odkrywa prawdę dzięki tej umiejętności. Brigitta Roslin też ją posiada. Lecz, mimo że dzięki niej jest w stanie odkryć więcej, nie jest w stanie samodzielnie umknąć śmiertlenemu niebezpieczeństwu. Konieczny jest drugi człowiek. Obserwujący ją z zewnątrz.&lt;br /&gt;Mankell jest sceptykim... chciałoby sie powiedzieć - epistemologicznym...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Roslin prowadzi i rozstrzyga sumiennie wiele spraw w sądzie. I każda z nich mogłaby być punktem wyjścia do kolejnej powieści z Wallanderem w roli głównej. Tak jakby Mankell chciał nam powiedzieć, że jego słynny cykl mógłby mieć jeszcze wiele części (pomysłów mu nie brakuje). Ale po co? &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Chińczyk &lt;/span&gt;jest powieścią która wykracza poza świat komisarza z Ystad.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na dalekiej szwedzkiej północy popełniono koszmarną zbrodnię.&lt;br /&gt;Zbrodni dokonano 12 stycznia 2006 roku. A ponieważ jest to dzień moich imienin, starałem się przypomnieć sobie, co wtedy robiłem. Bezskutecznie. Pamiętam jedynie, że był to okres, w którym nie byłem w najlepszej kondycji. Jeżeli wtedy usłyszałbym  o zbrodni stulecia wytrącającej świat z błogiego, bezpiecznego snu, którego treścią jest codzienna i oczywista wydawałoby się stabilizacja, nie zrobiłaby ona pewnie na mnie takiego wrażenia jak ta - fikcyjna całkowicie.&lt;br /&gt;fikcyjna ale jednocześnie prawdopodobna - tylko czy aż?&lt;br /&gt;Miejscowość (a właściwie osada), w której do niej doszło, także jest fikcyjna. Autor skrupulatnie sprawdził to na mapie.&lt;br /&gt;Hesjovallen&lt;br /&gt;To ciekawe - są autorzy, którzy robią wszystko, by akcja ich utworu rozgrywała się w zakamarkach ulic, które bez trudu jesteśmy w stanie odnaleźć na planie jakiegoś znanego miasta (a już szczególne podniecenie towarzyszy nam podczas śledzenia poczynań tych zbrodniarzy, którzy dają upust swej oryginalnej wyobraźni dwie przecznice od naszego domu). Autor &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Chińczyka &lt;/span&gt;zaś wymyśla tak koszmarną zbrodnię, że nie chce, by jakaś realnie istniejąca miejscowość była z nią kojarzona. To chyba jest jakiś rodzaj pisarskiej moralności...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hesjovallen&lt;br /&gt;osada na dalekiej północy&lt;br /&gt;mieszkali tu sami starcy powiązani ze sobą więzami krwi&lt;br /&gt;(więzy krwi bywają zabójcze)&lt;br /&gt;i para tak samo starzejących się byłych hipisów&lt;br /&gt;(hipisi także się starzeją)&lt;br /&gt;hipisów, którzy ziścili swe pragnienia, by uciec od cywilizacji na północ&lt;br /&gt;(jak najdalej)&lt;br /&gt;i jeszcze zdziwaczała staruszka snująca się w zimową noc w szlafroku&lt;br /&gt;po opuszczonych zaśnieżonych ulicach starających się zapomnieć o ostatniej dobie&lt;br /&gt;(czy na taką pustkę chciałbym czasami uciec?&lt;br /&gt;ta osada nie istnieje przecież)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zbrodnia niemal doskonała. Do tego stopnia, że policja, otrzymawszy w jej przekonaniu oczywiste dowody przestępstwa, zamknęłaby śledztwo z poczuciem, że zagadka została rozwiązana. Bo czy ktoś o zdrowych zmysłach poszukiwałby genezy zbrodni w roku 1863 w dalekich Chinach czy też Ameryce?&lt;br /&gt;1863&lt;br /&gt;Kojarzy nam się ta data bardzo jednoznacznie.&lt;br /&gt;I choć Mankell nie mógł przewidzieć (jakieś pismo MSZ powinno wystosować, potępiające tak elementarną nieznajomość naszej historii), że podczas lektury jego powieści dwie daty będą miały dla mnie bardzo osobiste lub narodowe znaczenie, to te moje skojarzenia nie są tak zupełnie absurdalne z punktu widzenia mojej lektury tej powieści.&lt;br /&gt;Dla Polaka sprawą kompletnie nieistotną jest to, że w 1863 r. porywano z Chin setki (!) biedaków, by po przetransportowaniu przez ocean wykorzystać ich do budowy transkontynentalnej kolei w kolebce nowoczesnego świata. W 1863 r. ważniejsze było co innego... najważniejsze&lt;br /&gt;Mankell w swej książce tak prowadzi narrację, że jesteśmy zmuszani od czasu do czasu do zmiany punktu widzenia; zmiany podmiotu, z perspektywy którego obserwujemy rzeczywistość (nie jest to Virginia Wolf, ale na pewno z jej szkoły wywodzi się ten sposób prezentacji świata przedstawionego). Narracja personalna powoduje, że bohater, który wydawał się nam obcy i chłodny, w kolejnej części powieści staje się bliski do tego stopnia, że zaczynamy się utożsamiać z jego sposobem postrzegania świata.&lt;br /&gt;Czasami jest to tylko epizod. Ale znaczący, bo stanowiący klamrę opowieści.&lt;br /&gt;Punkt widzenia samotnego wygłodniałego wilka poszukującego zwierzyny na dalekiej północy podczas styczniowej ciemnej nocy.&lt;br /&gt;Kanibalizm samotnego wilka.&lt;br /&gt;I jego śmierć na końcu - będąca zamknięciem historii; zamknięciem, o którym tak marzy główna bohaterka - ale ona nie jest świadoma, czytając o ustrzeleniu leśnego samotnika, że to koniec... nie wie przecież, że gdzieś tam, ponad jej światem ktoś zdecydował o postawieniu finalnej kropki; ona już chyba do końca życia będzie miała momenty lęku związane z poczuciem, że historia jeszcze nie dobiegła końca.&lt;br /&gt;Do momentu ostatecznego zakończenia nigdy nie możemy mieć pewności, które zdarzenie jest finałem jakiegoś tam wątku w naszym życiu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Technika narracji prowadzi do tego, że pod koniec utworu czytelnik (przynajmniej tak było w moim przypadku) zaczyna się utożsamić z postacią najbardziej negatywną w tym świecie przedstawionym. Z samotnym wilkiem w ludzkiej skórze, który bezwzględnie walczy o byt i dla którego prawo zemsty nie zna granic czasu i przestrzeni. Nawet jeżeli jego przodkowie doznali upokorzeń 140 lat wcześniej.&lt;br /&gt;Okrutna gloryfikacja pamięci.&lt;br /&gt;Wsłuchując się w jego opowieść, zaczynamy rozumieć jego potrzebę krwi; a stosunek Ya Ru do angielskiego kolonializmu i pychy wyspiarzy czasami jest mi bardzo bliski.&lt;br /&gt;Opowieść o wiecznym istnieniu niedostrzegalnej różnicy między głodem wilka a prawem krwi dyktującym potrzebę zemsty.&lt;br /&gt;Opowieść kwestionująca egocentryzm charakterystyczny dla naszego postrzegania świata;&lt;br /&gt;także europocentryzm.&lt;br /&gt;Bo to, co najważniejsze w tej powieści, dzieje się w Chinach właśnie. I to tam jest centrum świata współczesnego. W Państwie Środka przez wieki pogardzanym, a przecież wyprzedzającym naszą kulturę we wszystkich dziedzinach... kiedyś w przeszłości i zapewne w przyszłości... jeśli nie już dzisiaj...&lt;br /&gt;Chiny, w których na najwyższych szczeblach decyduje się być może już dzisiaj kształt przyszłego świata (Chiny, które stały się dla Witkacego symbolem nadchodzącej katastrofy: bohaterka przebywająca w Pekinie ma poczucie, że stała się nic nieznaczącą monadą w milionowym mrowisku - to też Witkacy - i że nikt nie zauważy jej zniknięcia).&lt;br /&gt;Chiny, które kolonizują Afrykę, łącznie z tak bliskim sercu Mankella Mozambikiem (spędza tam połowę  swego życia na zmianę ze Szwecją, więc chyba wie, co pisze...)&lt;br /&gt;Chiny, które stają się poligonem walki pomiędzy światem zamożnych właścicieli i konsumentów a nędzarzami. Poligonem, któremu winien się przyglądać świat cały, bo przecież bunt poniżonych nędzarzy staje się o wiele bardziej realnym zagrożeniem dla cywilizowanego (?) świata niż efekt cieplarniany (w jednym roku wybuchło w Chinach 90 000 zamieszek; wszystkie stłumione za pomocą wojska - dane z książki Mankella).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To nie jest jedna powieść,&lt;br /&gt;ale postać sędziny wiąże całą intrygę w całość (wcale nie jasną i oczywistą, nie wszystko zostało odkryte - pozostały ślady, dzięki którym, być może, obraz rzeczywistości okazałby się zupełnie nieprzewidywalny; taka jest już natura zdarzeń, w które jesteśmy uwikłani - nigdy nie możemy mieć pewności, że uchwyciliśmy wszystkie ich przyczyny i konsekwencje... więcej - jesteśmy w stanie uchwycić sens spójny tylko z naszym o tym świecie wyobrażeniu, łudząc się, że spod zalegających naszą pamięć zasp nie wyłoni się w momencie jakieś nieoczekiwanej odwilży szczegół wytrącający nas z kolein oczywistości)&lt;br /&gt;i nie mogę nie przytoczyć jednej z wielu myśli Roslin:&lt;br /&gt;"W głębi serca jestem nomadą (...) Nomadów nie ciągnie do lasu, ale do rozległych równin".&lt;br /&gt;I choć z kobietą chyba trudniej jest mi się utożsamić niż z bohaterem płci brzydszej (szczególnie, gdy ma zamiłowanie do alkoholu i boryka się z problemami czterdziestolatków tak ja Wallander), to Mankell i tym razem nie zawodzi. Często aż za bardzo rozumiem rozterki tej kobiety (ale może właśnie dlatego, że została wykreowana przez mężczyznę).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A od teraz 12 stycznia moje myśli mknąć będą na daleką północ, by spojrzeć na świat z perspektywy samotnego wilka zagubionego pośród zaśnieżonych fiordów, wietrzącego świeży zapach krwi... (oj, chyba przesadziłem...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;H. Mankell &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Chińczyk&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-4123572803539075169?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/4123572803539075169/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/12/z-perspektywy-samotnego-wilka.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/4123572803539075169'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/4123572803539075169'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/12/z-perspektywy-samotnego-wilka.html' title='Z perspektywy samotnego wilka'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-138710804813796163</id><published>2009-12-08T21:12:00.009+01:00</published><updated>2009-12-09T20:05:41.918+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Antonioni'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='miłość'/><title type='text'>Zanim napiszę o "Powiększeniu"...</title><content type='html'>Zrobiłem sobie mikołajkowy prezent i kupiłem niezwykły przedmiot&lt;br /&gt;8 filmów Antonioniego w dość zaskakującym opakowaniu (na ogół nie przywiązuję do tego wagi i zamawiając nie liczyłem na szczególną oprawę - a opakowanie także skłoniło do refleksji; szaro - czarny kartonik, w którego wnętrzu przyciężkawa sztabka z zawartością płytek; oczywiście wszystkie czarne i aby wyjąć jeden, trzeba zawsze rozwinąć całość poskładanej płachty; do sedna zawartości docieramy rozpakowując - za każdym razem - mało atrakcyjną powłokę kojarzącą się z paczuszkami z czasów PRL-u zapakowanymi w odbijający rzeczywistość papier))&lt;br /&gt;Czekałem na taki moment dość długo. Przypomniano już przy różnych okolicznościach prawie wszystkich wielkich minionych. Bergman doczekał się cudnego wydania zestawu swoich filmów (oczywiście o Polsce mówię), a Antonioni jakby w zapomnienie odszedł, jakby był najmniej ważny (poza oczywiście "Powiększeniem", które dość często przypominano - nie mam oczywiście nic przeciwko, ale dlaczego tylko ten jeden...).&lt;br /&gt;A dla mnie to chyba on był zawsze najważniejszy...&lt;br /&gt;A zmarł w tym samym dniu co Bergman. Ale jakoś różnie o tych śmierciach w mediach mówiono. Nawet trochę żal mi było pamiętam, gdy gaworzyłem o tym w zaprzyjaźnionej knajpie (bo to środek wakacji był), wypowiadając już wtedy marzenie, że być może ta właśnie śmierć stanie się pretekstem... (śmierć - znowu Bergman...), no i stała się być może...&lt;br /&gt;Oglądając dawno temu (nie będę się przyznawał kiedy nie ze względu na wiek, ale by uniknąć wstydu wynikającego z tego, jak późno zacząłem odnajdywać w kulturze odbicie jakiegoś tam mojego wewnętrznego wyczucia świata) jego filmy, jeszcze niewiele rozumiejąc, czułem, że ten facet mówi na pewno do mnie. Bergman przemawiał z pozycji Mistrza i czułem zbyt duży respekt (i chyba nie jego pytania wtedy sobie zadawałem). Fellini jakoś ze swoim poczuciem humoru nie pozwalał mi się traktować poważnie (choć zawsze tę powagę dostrzegałem). Kurosawa z kolei zbyt patetyczny momentami. A Visconti... cóż nie przepadam za operą...&lt;br /&gt;I choć zabrzmiało to jak krytyka, to nie o nią tu chodzi (bo każdego z wyżej wymienionych z mniej lub bardziej zapartym tchem oglądałem... no trochę przesadziłem, ale coś z tym tchem się działo). Chodzi o spotkanie. Antonioni mówił do mnie w moim języku o sprawach, o których jeszcze wtedy nie wiedziałem, że będą ważne dla mnie do dzisiaj.&lt;br /&gt;I nie ma co ukrywać - jest najnudniejszy, najpowolniejszy - zawsze czułem, ze to jakaś istotna część prawdy o mnie. Tej najgłębszej... najnudniejszej... gdzie nic nie ma... żadnych wyuczonych formułek i sposobów na życie.&lt;br /&gt;A gdy na egzaminie na jedną z filmowych uczelni, na którą zdawałem, kazano mi analizować sceny z "Zawodu reporter" uznałem to za znak od losu. I do dzisiaj się zastanawiam, czy porażka na egzaminie to rzeczywiście sygnał od bożej opatrzności...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do dzisiaj znałem tylko kanon filmów Antonioniego. Bez tych początkowych, ale i bez tych końcowych.&lt;br /&gt;Dzisiaj obejrzałem jego debiut - &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Kronikę pewnej miłości.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;rok 1950 - warto o tym wspomnieć, bo to dawno bardzo temu (i znowu szykuje mi się dłuższa podróż w czasy, gdy żaden Anioł zafrasowany zbytnio mym losem nie był)&lt;br /&gt;przecudna przestarzała konwencja&lt;br /&gt;urocze czarno-białe zdjęcia&lt;br /&gt;i jeszcze cytat z Antonioniego: "Film, który można opowiedzieć, to nie jest udany film" (nie tylko filmu dotyczy przecież - dedykuję tym wszystkim, którzy pragną wniknąć w kody kulturowe na skróty, czytając streszczenia...)&lt;br /&gt;jak to zrobić, żeby nie opowiadać; zawsze się opowiada, ale ... chyba przede wszystkim o sobie, a nie o filmie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieatrakcyjny Mediolan końca lat czterdziestych. Szare bloki, zmywane deszczem ulice.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To jest debiut, a przecież zasadniczym pytaniem, które stawia tu Antonioni, jest to dotyczące szczęścia: Dlaczego ludzie nie mogą być ze sobą szczęśliwi... nawet jeżeli się kochają... jeżeli się kochają... jeżeli im się tylko nie wydaje...&lt;br /&gt;Antonioni nie dramatyzuje, nie wynosi ludzkich pragnień do poziomu wyniosłych rezygnacji; i to mi się właśnie podoba. Choć 'podoba' nie jest tu właściwym słowem - to jest właśnie ten poziom komunikacji bezpośredniej, który zawsze odczuwałem; on mówi do mnie normalnie. Nawet, gdy mówi o milionerach. Ale czyż mówiąc o pragnieniu szczęścia można pominąć środowisko tych, którym zazdrościmy kasy... nawet jeżeli w konsekwencji sprowadza się to do jakichś banalnych konstatacji...&lt;br /&gt;To jest debiut, a przecież jest to już film o niemożności porozumienia i właśnie miłości... szczególnie wtedy, gdy jesteśmy w stanie uczynić wszystko, by doszło do spełnienia...&lt;br /&gt;wtedy to 'wszystko' stoi na drodze spełnienia - gdy już wydaje się, że przeszkody pozostały poza nami...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeczytałem w opisie filmu, że mamy w nim do czynienia z zakończeniem otwartym.&lt;br /&gt;Raczej nie:&lt;br /&gt;Gdy już jest po wszystkim (nie będę opowiadał po czym) kobieta z histerią pyta mężczyzny swego życia:&lt;br /&gt;- Kochamy się? Do jutra?&lt;br /&gt;- Tak....&lt;br /&gt;Guido wsiada do taksówki:&lt;br /&gt;- Na dworzec...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy to jest zakończenie otwarte....&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A ostania wymiana zdań może kojarzyć się rzeczywiście z "Do widzenia, do jutra". Tyle że Morgenstern opowiada bardziej beztroską historię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;M. Antonioni: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kronika pewnej miłości&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-138710804813796163?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/138710804813796163/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/12/zanim-napisze-o-powiekszeniu.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/138710804813796163'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/138710804813796163'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/12/zanim-napisze-o-powiekszeniu.html' title='Zanim napiszę o &quot;Powiększeniu&quot;...'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-4826856452230946317</id><published>2009-11-07T18:00:00.006+01:00</published><updated>2009-11-08T00:26:14.998+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kino europejskie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='samotność'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wielka cisza'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='obok Śmierci'/><title type='text'>Na północ... jak najdalej</title><content type='html'>Często mam ogromną ochotę rzucić wszystko i zaszyć się na jakimś bezludziu z dala od...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;za często&lt;br /&gt;za często jak na fakt, że tego nie realizuję&lt;br /&gt;wszystko wskazuje na to, że jest to tylko mentalna ucieczka od chwilowych kłopotów i infantylne pragnienie życia bezproblemowego&lt;br /&gt;jakby z dala od ludzi nie było problemów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jakbym nie wiedział, że od siebie nie ucieknę&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ten powiększający się rozziew pomiędzy pragnieniem tchórzliwej ucieczki od świata a codziennym biernym przyklaskiwaniem codzienności czasami przysłaniam wejściem w jakąś fikcyjną opowieść, w której bohater w moim zastępstwie boryka się z oddzieleniem od świata.&lt;br /&gt;Takim filmem był rewelacyjny "Into the Wild"...&lt;br /&gt;stąd moja fascynacja "Wielką Ciszą"...&lt;br /&gt;(ciekawe, że żadna opowieść o bezludnej wyspie jakoś szczególnie mnie nie fascynuje)&lt;br /&gt;A wczoraj obejrzałem sobie skromne "&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Białe szaleństwo&lt;/span&gt;"...&lt;br /&gt;tytuł w moim wypadku zniechęcający, sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z opowieścią o zimowych sportach, co mnie jakoś szczególnie nie pociąga; a okazuje się, że w filmie mamy do czynienia z szaleństwem synonimicznym do obłędu, dalekim od beztroskiej zabawy na śniegu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Biel jest wszechogarniająca. Pustka niemal nieskończona. Od czasu do czasu tylko ktoś, kto z dala od innych pielęgnuje jakieś swoje dziwactwo.&lt;br /&gt;Choroba Jomara polega na skłonności do poddawania się całkowitej bierności. Jakże często rozpoznajemy w sobie podobną przywarę. Różnica polega na tym, że znajdujemy w sobie siłę, by pokusę nicnierobienia zwalczyć. Cienka jest granica między chorobą a zdrowiem. Czasami zazdrościmy (no może liczba mnoga nie jest uzasadniona - zazdroszczę) tym, którzy do tego stopnia mają w nosie świat ich otaczający, że niezależnie od konsekwencji (oczywiście nie mam na myśli tych, którzy dzięki troskliwości otoczenia będą jakoś przed światem usprawiedliwieni) odwracają się do ściany i nie chcą zrezygnować ze stanu leżenia. Jak Jomar...&lt;br /&gt;A gdy już postanowił coś zdziałać, to z kolei całkowicie biernie przyglądał się, jak płonie - całkiem dosłownie - jego dotychczasowe życie. I ruszył na północ.&lt;br /&gt;Odwrócić się do ściany.&lt;br /&gt;Albo obrócić się na północ i ruszyć przed siebie.&lt;br /&gt;Przez śnieżną pustkę.&lt;br /&gt;Wielką śnieżną ciszę.&lt;br /&gt;Spośród ludzi, których spotyka dla mnie najważniejszy był staruszek w wigwamie na środku zamarznietego jeziora. Na tej małej przestrzeni miał wszystko, czego potrzeba człowiekowi oczekującemu na śmierć. Mógł spokojnie leżec i smażyć na ognisku łowione w przerębli ryby popijając je gorzałką dostarczaną mu przez zapobiegliwą córkę. Z pełną świadomością, że życie pozostać musi tajemnicą.&lt;br /&gt;Spodobała mi się jedna jego cecha. Gdy Jomar dopytywał się, czy ktoś jest w wigwamie, nie odpowiadał mając nadzieję, że jego milczenie spowoduje odejście nieproszonego gościa.&lt;br /&gt;Nie był spragniony wizyt czy kontaktu z innymi ludźmi.&lt;br /&gt;Zresztą nie on jeden w tym filmie.&lt;br /&gt;Inni ludzie to tylko kłopot.&lt;br /&gt;Zdecydowanie bardziej interesujący jest samotny pobyt na środku jeziora pośród zaśnieżonych gór.&lt;br /&gt;Taka śmierć także jest zdecydowanie...interesująca?...&lt;br /&gt;śmierć jest niezauważalna&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Specyficzna symbolika. Specyficzne skojarzenia.&lt;br /&gt;Życie od śmierci oddziela gruby lód. Jego topnienie - będące przyczyną śmierci - zapowiada nadejście wiosny. Spotkanie ze śmiercią jest niczym spojrzenie w wodną czeluść znajdującą się pośrodku topniejącego lodu. Śmierć wyłaniająca się z królestwa nieświadomości...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;tak naprawdę to tam żadnej ciszy nie było: albo wiał całkiem głośno wiatr, albo można było posłuchać niezłej muzyki&lt;br /&gt;Wielka śnieżna cisza - podoba mi się...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobieństwo do "Prostej historii" jest oczywiste, ale ta opowieść jest prostsza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;"Białe szaleństwo&lt;/span&gt;", &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;reż. Rune Denstad Langlo&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-4826856452230946317?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/4826856452230946317/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/11/na-ponoc-jak-najdalej.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/4826856452230946317'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/4826856452230946317'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/11/na-ponoc-jak-najdalej.html' title='Na północ... jak najdalej'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-1838547359750917707</id><published>2009-11-01T20:56:00.005+01:00</published><updated>2009-11-01T22:18:29.509+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='teatr'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Szekspir'/><title type='text'>Perwersja w cieniu stalowni</title><content type='html'>A może nawet nie w cieniu - a w bezpośrednim kontakcie... bo niemal wchłonięty przez stalowe płyty wyznaje Martin swą zbrodnię rodem z Dostojewskiego (Domalewski ma przed sobą niezłą przyszłość wydaje mi się... nie tylko na podstawie roli w tej sztuce; bardzo podobał mi się w tak krytykowanym "Poskromieniu..."; poczekajmy...).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzy znaczące elementy scenografii: ogromne płyty chyba przeznaczone na kadłuby okrętów (zapewne wojennych), stół, przy którym gromadzi się rodzina niczym do ostatniej wieczerzy (choć na tę ostatnią trzeba nam poczekać do końca sztuki) i platforma, na której trzy Szekspirowskie wiedźmy sygnalizują kontekst historyczny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ogromne, nieruchome, martwe płyty i grupa mocno powiązanych ze sobą emocjonalnie ludzi&lt;br /&gt;martwe płyty ciążące niczym fatum nad ludzkim losem&lt;br /&gt;Wszystkie podstawowe decyzje, które podejmuje się w tej rodzinie, podporządkowane są dobru fabryki. To ona jest podmiotem narzucającym swa wolę rodzinie Essenbeck.&lt;br /&gt;Rodzinie?&lt;br /&gt;Łączy ich wspólny interes i ewentualnie geny...&lt;br /&gt;Jest to dom, w którym nie liczy się człowiek, nie mówiąc o jego wolności wyboru...&lt;br /&gt;i kompletnie bez znaczenia jest system polityczny, z którym aktualnie mamy do czynienia. Niektórym widzom brakuje w tym spektaklu szerszego tła związanego z kontekstem nazistowskim. Dla mnie są to takie same demony historii jak inne. Tyle że w tym wypadku są w tle.. Bo bardziej zatrważające moim zdaniem jest to, że wszelkie decyzje przesądzające o losie członków rodziny uzależnione są przede wszystkim od przyszłości stalowni... nazizm jest tylko przypadłością historyczną, do której trzeba się dostosować... gdyby Rosjanie w latach dwudziestych zajęli Polskę a w latach trzydziestych Niemcy (takie political fiction), to Herbert zostałby dyrektorem fabryki... oczywiście gdyby przeżył wkroczenie Rosjan; bo ciągle zapominamy, że reżim stalinowski był bardziej zbrodniczy (jeśli można to stopniować) niż hitlerowski...&lt;br /&gt;Nieważne, kto zostaje dyrektorem stalowni, ważne, że wartością podstawową jest jej przetrwanie... staje się ona, jak wiele współczesnych instytucji, Bogiem... gdy inni bogowie zamierają...&lt;br /&gt;Jeżeli jeszcze uświadomimy sobie, że stalownie przetrwały klęskę Tysiącletniej Rzeszy i maja się całkiem dobrze, a przynajmniej konta ich właścicieli, to nazizm możemy uznać za niemniej przegrana stronę w tych zapasach jak rodzinę...&lt;br /&gt;Choć oczywiście możemy sporo powiedzieć o moralnych aspektach upadku rodu Essenbeck... (nie wiem co na to Aschenback, bo podejrzewam, że dziś jakiś jego potomek odcina kupony od nazistowskiej przeszłości... Aschenback, który, dzięki emocjonalnemu zdystansowaniu i specyficznej skromności staje się reżyserem rodzinnej dramy - świetna rola Falkowskiego), to nie ma wątpliwości, że nie jest to najważniejsze... przynajmniej dla mnie...&lt;br /&gt;Bo o tym już przecież Szekspir... i dlatego przywoływany jest w tej sztuce...&lt;br /&gt;Zbrodnicze dążenie do władzy jak w wypadku "Makbeta" i lady Makbet (Kolak zdecydowanie bardziej przekonująca niż Dałkowska) wskazująca drogę...&lt;br /&gt;Friederich Bruckmann Bonaszewskiego - dla mnie rewalacyjny; nawet nie Makbet a Ryszard III, który niemal od początku sztuki nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości, dopóki nie poniesie klęski... ciągle nieprzytomny, ciągle rozbiegane oczy... ciągle chciałby już być kilka kroków do przodu... (aktor ciągle w roli... i oczywiście można by powiedzieć, że spieszył się na pociąg do Warszawy i dlatego tak nerwowo grał... można by... dla mnie Ryszard III).&lt;br /&gt;I Martin, który niczym Hamlet chce zgwałcić matkę ( niesamowita scena - ale dopiero z Kolak...) ...&lt;br /&gt;Hamlet pedofil, bo mama pokochała innego - temat na Festiwal Szekspirowski...&lt;br /&gt;Młody człowiek zamknięty między murem ze stali i matką zakochaną w innym mężczyźnie ujście dla swych emocji musi znaleźć w sferze mocno perwersyjnej...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Największą perwersją współczesnego człowieka jest chyba gotowość oddania swego losu we władanie czegoś w rodzaju tych stalowych płyt. Prędzej czy później będzie musiał odreagować... i wtedy się zdziwimy, że siedzą w nim takie demony...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie pamiętam zupełnie filmu Viscontiego - i to chyba dobrze...&lt;br /&gt;dzięki temu byłem w teatrze&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Zmierzch bogów, reż. Grzegorz Wiśniewski&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-1838547359750917707?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/1838547359750917707/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/11/perwersja-w-cieniu-stalowni.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/1838547359750917707'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/1838547359750917707'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/11/perwersja-w-cieniu-stalowni.html' title='Perwersja w cieniu stalowni'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-8535098146362253543</id><published>2009-10-24T20:52:00.006+02:00</published><updated>2009-10-25T12:03:53.428+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='dramat współczesny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Witkacy'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='teatr'/><title type='text'>Na pieszo</title><content type='html'>Scena się obraca znacząco skrzypiąc...&lt;br /&gt;Się albo sobie...&lt;br /&gt;Świat będący w permanentnym ruchu mógłby wydawać takie odgłosy, gdyby przejmował się ludzkim wysiłkami, by go zniszczyć...&lt;br /&gt;Ale on tylko sobie się znajduje w jednej wiecznej eksplozji.&lt;br /&gt;Wojna rozumiana jako katastrofa wydaje się być stanem ulubionym tego świata. A innego ponoć nie ma...&lt;br /&gt;A na scenie jedynie kamień. Jak wiemy - istota doskonała. Spoglądająca na nas swym jasnym i spokojnym spojrzeniem z oddali bezczucia. Kwintesencja kosmosu zamknięta w chłodnych granicach kamiennego sensu.&lt;br /&gt;Mrożek czy raczej Anna Augustynowicz (bo to jednak ona zmieniła wytyczne dotyczące scenografii wymyślonej wcześniej przez autora sztuki) umieszcza w tym świecie pozbawionym jakichkolwiek wytycznych czy kierunków grupę bohaterów stanowiących niejako syntezę kondycji społeczeństwa w momencie przełomu. Każdego... niekoniecznie tylko tego związanego z II wojną, choć wiadomo, że ten bardzo jednoznacznie widoczny jest w sztuce i spektaklu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dawno temu ważna była dla mnie w tej sztuce przede wszystkim postać Superiusza. Teraz przyglądając się Bace odczułem, jak bardzo już ta postać przestała mnie intrygować. Z moim dawnym filologicznym zainteresowaniem teraz praktycznie (dosłownie) syn mój częściej się boryka niż ja. Czasami nawet już mam nieskromne wrażenie, że tego gościa zrozumiałem (i może stąd to ochłodzenie uczuć)... Witkacego oczywiście, nie - syna...&lt;br /&gt;Kpi sobie z niego Mrożek czy nie? z Witkacego oczywiście, nie - z Syna...&lt;br /&gt;bo Syn to chyba właśnie największym szacunkiem przez autora jest obdarzony; można by pomyśleć, że Synem to gdzieś tam Mrożek być mógłby...&lt;br /&gt;Dzisiaj właśnie kluczowa dla mnie jest relacja Ojca z Synem. Ojciec i Syn są zawsze - "My skądś ich znamy". Swojscy, swoi... (specyficzne, że Nauczyciel to "nietutejszy" jest)&lt;br /&gt;W świecie permanentnego zagrożenia Syn ma prawo oczekiwać od Ojca klarownych wytycznych dotyczących tego, jak postępować. W sztuce zaś rady Ojca sprowadzają się np. do stereotypowego nakazu "Odłóż to na swoje miejsce"; nakazu, który każdy chyba słyszał wielokrotnie ze strony rodziców... I Ojciec dokładnie tak funkcjonuje. Tak jest bezpiecznie. To nie konserwatyzm a chęć przeżycia. Chęć kontynuowania życia. Świat jest nieustannym wyzwaniem, szczególnie gdy podstawową zasadą jest 'przetrwać'. Jak się zachować, by się nie narazić, nie wiedząc, czy mamy do czynienia z wrogiem czy przyjacielem... na szczęście w sztuce obcy okazał się trupem. Ale w życiu nieustannie mamy z tego rodzaju sytuacjami do czynienia. Z sytuacjami, w których lepiej poczekać z wypowiedzeniem tego, co się myśli, do momentu, w którym będziemy pewni opinii rozmówców...&lt;br /&gt;Być może świat ludzki jeszcze istnieje tylko dlatego, że o jego przetrwanie zabiegają tego typu ludzie. Wszyscy natchnieni ideologowie już dawno i to kilkakrotnie by ten świat unicestwili... oczywiście w imię lepszego świata... lepszy niebyt niż to, co jest...takie sobie.&lt;br /&gt;Ojciec skutecznie unika wszelkich sytuacji, które wymagałyby od niego opowiedzenia się, narażenia życia... dopóki się nie upije oczywiście, a i w tym wypadku prawie mu się upiekło. No może poza tym, że Syn już nie słuchał go tak bezkrytycznie. Ale ten moment i tak by nastąpił. Tyle że może w mniej kompromitującej Ojca sytuacji... Kontekst biblijny wskazywałby jednak, że jest to sytuacja uniwersalna... kompromitacja Ojca w oczach Syna. Może dzięki temu, mimo permanentnej asekuracji, świat posuwa się do przodu... bo choć przez moment Syn chce być jednak inny...&lt;br /&gt;Można by uznać, że żenująca kompromitacja Ojca jest niezbędnym warunkiem postępu. I w ten sposób usprawiedliwić wszystkie swoje niecne czyny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak, to nie egotyzm Superiusza i jego arystokratyzm ducha mnie w tej sztuce dziś intryguje. Istnienie, które nie może istnieć bez pytania o sens swego istnienia. Byt, który nie może istnieć bez kobiety - pielęgniarki i tragarza. Kompletnie niepraktyczny hipochondryk, dle którego oderwana część ludzkiego ciała...obcego ciała... jest tylko problemem teoretycznym.&lt;br /&gt;Tak... Superiusza już całkowicie oswoiłem; dla mnie fascynujący, bo obcy jest Ojciec ("Ja nigdy dla siebie, ja zawsze dla rodziny" - ja tam zawsze byłem zwolennikiem zdrowego egoizmu... zdrowego dla mnie oczywiście, więc z tą postacią utożsamić się nie mogę).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I obraca się ten świat w skrzypiącym rytmie, świat oliwiony najbardziej uniwersalną walutą - bimbrem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;S. Mrożek &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pieszo&lt;/span&gt;, reż. A. Augustynowicz&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-8535098146362253543?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/8535098146362253543/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/10/scena-sie-obraca-znaczaco-skrzypiac.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/8535098146362253543'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6646513128891839404/posts/default/8535098146362253543'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/10/scena-sie-obraca-znaczaco-skrzypiac.html' title='Na pieszo'/><author><name>nomada</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06033494974116553294</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6646513128891839404.post-6304036107721611814</id><published>2009-10-18T21:06:00.007+02:00</published><updated>2009-10-18T22:59:12.383+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kryminał'/><title type='text'>O miłośnikach starożytności i kobiecego ciała</title><content type='html'>Aby czytać kryminały mieszczące się we wspomnianym wcześniej nurcie Chandlerowskim, trzeba być przygotowanym na obraz rzeczywistości daleki od tego oświetlonego letnim światłem południa.&lt;br /&gt;Figurą  tego świata może być jeden z fragmentów ostatniej powieści Krajewskiego: "Powiadano, że rzeczne podziemia to tajny przestępczy świat, kolonia trędowatych i ladacznic, azyl morderców i sodomitów. Jako dziecko wyobrażał sobie, że tam przy płonących rzekach siedzą krwawe Furie, a piekielne psy napełniają otchłanie swym wyciem. Jako człowiek dorosły wielokrotnie chciał tam wejść i poznać to przeklęte miejsce, które było wedle miejskiej legendy, godne pióra Dantego".&lt;br /&gt;Lektura tego rodzaju kryminałów przypomina często wędrowanie przez tego rodzaju przestrzenie, kolejne kręgi piekła.&lt;br /&gt;Tym razem Krajewski, znawca kultury starożytnej, wpisuje swa opowieść w jeden z najsłynniejszych mitów: w historię Minotaura. Po raz kolejny okazuje się, że starożytni powiedzieli już niemal wszystko o człowieku. A co ważniejsze - to, co wydaje nam się w tych archaicznych opowieściach okrutne i nieludzkie - jest jak najbardziej obecne w świecie nas otaczającym. Chyba że uznamy cały ten świat za wytwór chorej wyobraźni pisarza. Czytając doniesienia prasy codziennej musimy jednak porzucić taką naiwną interpretację.&lt;br /&gt;To, co wydaje się mityczne w opisie ukrytej w podziemiach miasta rzeki Pełtwi, dzieje się obok, być może za ścianą... może w naszych osobistych ukrytych pragnieniach...&lt;br /&gt;A tym, co się przede wszystkim kotłuje w odmętach tej zapomnianej rzeki, to ludzka niezaspokojona chuć. Cała powieść wypełniona jest przeróżnymi odmianami ludzkich zainteresowań seksualnych. Od tych stosunkowo niewinnych (zaspokajanie swoich potrzeb w salonce pociągu z przygodnymi prostytutkami), poprzez homoseksualne orgie artystów baletu aż po wynaturzone potrzeby tytułowego Minotaura... I choć w utworze Minotaurem nazwany jest typ o wyglądzie potwora (co byłoby zgodne z niemal dosłownym odczytaniem mitu), to ja byłbym skłonny widzieć  cechy jego natury także w jego urodziwym promotorze. Zdecydowanie bardziej przerażające jest ukrywanie się bestii w pięknym ciele niż w apokaliptycznej bestii.&lt;br /&gt;Swoją drogą uzmysłowienie sobie , że proceder dostarczania młodych słowianek do europejskich burdeli, nie jest odkryciem współczesnym, także daje do myślenia. W sumie to przecież  mit o Minotaurze zawiera w sobie dokładnie taką samą historię. Zadziwia to zapotrzebowanie na dziewice w tym społeczeństwie samców...&lt;br /&gt;Czytelnika dotychczasowych książek Krajewskiego ich główny bohater już niczym nie zaskoczy.&lt;br /&gt;Eberhard Mock jak zwykle nadużywa alkoholu, bywa agresywny i wulgarny, niezbyt przejmuje się prawem prowadząc śledztwo, lubi dobrze zjeść - czasami jego gust wydaje się wyrafinowany, ale częściej symbolem preferencji jego kubeczków smakowych jest po prostu solidna golonka - no i oczywiście od czasu do czasu z zakamarków intelektualnej przeszłości wyłaniają się różne łacińskie sentencje. Ile jest w nim samego Krajewskiego? Albo jego pragnień? Pytanie niegodne badacza literatury, ale na blogu jak najbardziej zasadne...wystarczy, że mi przyszło do głowy.&lt;br /&gt;Bo to, że ma wykształcenie klasyczne, wszyscy wiedzą. Ale czy np. Krajewski jest zwolennikiem istnienia Guantanamo? Zakończenie powieści mogłoby o tym świadczyć.&lt;br /&gt;Zresztą,  w tej powieści było dwóch głównych bohaterów. Ale Popielski - policjant lwowski - bardzo mocno przypomina Mocka. Niezwykłym wydaje się fakt tak wielu zbieżności - a przede wszystkim to zamiłowanie do kultury starożytnej.  Cudowna zbieżność.... Obaj należą do klubu miłośników starozytności i kobiecego ciała; i obaj za swoją uznać mogliby sentencję : &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Investigo ergo sum&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;Może na początku Popielski nie popierał brutalnych metod Mocka, ale w zakończeniu uczeń przerósł mistrza. Stał się sędzią i katem. Czyżby w ten sposób Krajewski dawał wyraz swemu przekonaniu, że inaczej zwalczyć zła nie sposób... czyżby patrzenie w twarz zbrodniarza "bezczelną, pewną siebie, bezkarną" było tym, co we wspólczesnym świecie najbardziej mu doskwiera?&lt;br /&gt;Na pewno decyzja Popielskiego, by zostać prywatnym detektywem, spowoduje, że za jakiś czas znowu go spotkamy...&lt;br /&gt;jeszcze kilka słów o utworach topograficznych, czyli takich, które przypominają metodę twórczą Prusa. Znana jest anegdota o tym, w jaki sposób powstawała cała część paryska "Lalki": Prus opisywał spacer Wokulskiego po Paryżu cały czas kątem oka spogladając na plan stolicy Francji. Trudno oprzeć się wrażeniu, że i w wypadku tej powieści było podobnie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Marek Krajewski &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Głowa Minotaura&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6646513128891839404-6304036107721611814?l=nomadyzm.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://nomadyzm.blogspot.com/feeds/6304036107721611814/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://nomadyzm.blogspot.com/2009/10/o-miosnikach-starozytnosci-i-kobiecego.html#comment-form' title='
