wtorek, 9 czerwca 2026

Przekleństwo zadośćuczynienia

Las w Teatrze Polskim im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy


Skąd ten mój dysonans podczas oglądania tego spektaklu?

Realistyczna scenografia - drewniane wnętrze chaty w środku lasu, który wyświetlany na ścianach. Kameralna, niewielka scena skutecznie zamieniona w przestrzeń odizolowanej enklawy na łonie natury. Pomiędzy chatą a widownią na kocu leży przytulona para. Ich rozmowa sugeruje, że dalsza akcja dramatu dotyczyć będzie rozmiękczanie oporów rodziców dziewczyny, że tematem sztuki zrywanie pępowiny, przezwyciężanie rodzicielskich idiosynkrazji wobec świata poza lasem, świata długo po wojnie. Bo wszyscy wiedzą, że wojna dawno się skończyła. I choć gdzieś tam początkowo przemknęło mi skojarzenie ze „Zmierzchaniem świata” Herzoga, opowieścią o japońskim żołnierzu Hiroo Onodzie, który przez 29 lat po wojnie wciąż walczy o utrzymanie pozycji na filipińskiej wyspie, to nie  - szybko się przekonujemy, że żadna z tych rzeczy. Obcy, niczym trikster wprowadza akcję na z góry zaplanowane przez jego zwierzchników tory. I dość łatwo udaje się przekonać ojca do opuszczenia lasu i zaangażowania się w politykę; a i miłość ta jeśli nie fikcją była, to na pewno tyko uczuciem wyobrażonym (to chyba na jedno wychodzi, tyle, że fikcja pachnie sugestią, że gdzieś tam to prawdziwe jest, a wyobrażone - oj, chyba zawsze wyobrażone i nic więcej) bo kochanek niemal bez problemu bardziej matce zaczyna służyć (w sensie politycznym jedynie - inne podteksty raczej nie zniuansowały tej relacji) niż wierność córce zachowuje, która buntowniczo okrakiem na barykadzie siedząc reprezentuje porażkę tych, którym się wydaje, że w ten sposób zachowują się „przyzwoicie”. I tak co rusz tekst tego dramatu z oczekiwaniami widza swoistą grę prowadzi (ciekawe, gdy to już wiem, jak oglądałoby mi się po raz drugi, okazji raczej nie będzie, a warto na taki egzamin wystawiać te wszystkie, przede wszystkim widowiska, które z oczekiwaniami widza igrają, czy poza twistami szeroko pojętymi jest coś jeszcze).

A to świat na granicy realistycznego konkretu, medialnego studia i abstrakcji. W którym choćby się bardzo chciało, to nie można się już nigdzie przed nim skryć, nawet w symbolicznie jednak (a nie, jak początkowo mogło się wydawać - realnie) tu potraktowanym lesie. Lecz gdy ta scena z kochankiem, których widzowie wchodząc podglądają na polanie, to wydaje się, że o rodzinie będzie. Niejednoznaczne, bo sprzeczne informacje się pojawiają, czy rodzice wychodzą czy nie wychodzą z tej chaty - ojciec wraca z zewnątrz, lecz później mówi się o tym, że nigdzie nigdy i dopiero ta działalność polityczna. Wydaje się, że tylko matka Ewa być zawsze chce już w tym odcięciu/zamknięciu, pozbawiona wiary w kogokolwiek poza rodziną, o którą wciąż nadmiarowo przejęta. Ludzkość ją zawiodła. Swoisty radykalny eskapizm. A później tragiczny w skutkach radykalizm. Nieumiejętność kompromisu, znalezienia środka. Gdy dotyczy przywódców, prezydenta, zabójcza dla społeczeństwa (to o Ewie te uwagi, którą przekonująco, w skali niezwykłej Dagmara Mrowiec-Matuszak zagrała).

Więc projekt rodziny. Który chyba zawsze szyty na miarę góra dwóch osób. A i to niekoniecznie, bo przecież ojciec patrzy przez palce na wymykającą się na randki córkę, jakby chciał, by przerwała ona to zamknięcie, które i jego chyba już uwiera. I to, co dalej z nim, to jakby realizacja jego pragnień. Więc może i skryta opowieść o tym, by strzec się własnych niedouświadomionych pragnień.

Mnóstwo dziwnie pozszywanych rzeczy. Taki patchwork, ale układający się w spójną narrację. Nie puzzle. Nie mozaika. A nanizane na wydawałoby się nić narracyjną przyczynowo-skutkową wydarzenia budujące historię o charakterze niemalże umownej figury.

Bo gdy już wychodzą z tego lasu, to przypomina mi się, że autor z Kanady i to, że jest kraj, a w tym dramacie nic nie jest nazwane, ani kraj, ani wyznanie, ani wojna, więc jest kraj, w którym ktoś znikąd, ale kiedyś stąd, taki Tymiński, który przecież też z Kanady, prezydentem może zostać. Że prezydenta można zrobić. Że to nie wytrych narracyjny, że z tego lasu wprost do prezydentury - to rzeczywistość. A i to, że zaraz po wyborze można go zabić (prawie), to też jest taki kraj. 

A temat zadośćuczynienia. Co programem się stał żony, którą w szaty prezydenta, gdy zamach na niego i on na podtrzymaniu życia/nieżycia. Programem, którego nie miał nikt, bo po co. A jak miał, to obiecać przecież można, co szkodzi. Więc gdy to chwytliwe hasło zachęcające do powrotu tych, co kiedyś stąd byli (czyli kogo?), się realizuje, to dopiero kłopot. Bo trzeba oddać, to co kiedyś ich. Jak daleko w przeszłość sięgać trzeba, by winy odkupić. Jeśli się chce odkupić. Jeśli poza przepraszam, które nieoczywiste, wyjść. Bo to nie my te zbrodnie opowiadane w tej sztuce. Gdy całą rodzinę, by chronić własną, na tamten świat.

Bo to współczesne bardzo. Żydzi, których powrotu do domów po wojnie nikt nie chciał. Ale też Żydzi, którzy (powrócili?) do Palestyny i przez 80 lat powyrzucali z domów już niemal wszystkich arabskich mieszkańców tych ziem, którzy, nie oni na pewno, nie wyrzucili ich, nie oni do diaspory ręce przykładali. 

Bo jeśli nawet zemstę uznać za zrozumiałą, to czy dotyka ona tych, co zawinili, jeśli zawinili.

To też o władzy, co może wszystko. I choć to bez niuansów, prosto dość, prostolinijnie niemal przedstawione, to przecież „bo mogę” wydaje się być wystarczającą motywacją, by trup ścielił się gęsto.

A z boku ten znerwicowany syn reprezentujący tych, którzy takie zamknięcie w lesie uwewnętrzniają już na zawsze.

Więc skąd ten mój dysonans?



Michael Rubenfeld: Las/The Woods, r. Alan Dilworth, Teatr Polski w Bydgoszczy