czwartek, 25 czerwca 2026

Kim jest Fanny?

 

Kim jest Fanny?


To pytanie determinuje wszystko w „Kapeluszu w lamparcie cętki" Anne Serre.


kubistyczne czytanie mi towarzyszyło chwilami, gdy postać bohaterki z różnych punktów widzenia, ale gdyby postrzegać ją jako figurę czy metaforę, to także obraz pęknięty, rozbity na kilka możliwych perspektyw:

czy to anima, muza, twórcza energia, natchnienie, fantom, wyobrażenie, reprezentacja literacka realnie istniejącej kobiety (i czy ta realna w ogóle gdzieś?)

takie kubistyczne wyobrażenie różnych kategorii wyłaniających się w nomadycznych skojarzeniach w miarę czytania

Fanny


Odpowiedzi na to podstawowe pytanie poszukuje Narrator a niezależnie od niego czytelnik. Niezależnie – bo przecież Narrator („Być może bez niego żyłoby się im lepiej" – na czym polega istnienie poza narracją, jeśli potraktujemy świat przedstawiony jako jedną wielką metaforę; czy jest możliwe istnienie poza narracją?) jest także częścią świata przedstawionego. Jest taką samą fikcją jak Fanny... A nawet przywołanie w pewnym momencie Autora, w którego wnętrzu (Narrator jest Normanem Bates'em – tzn. matką, która nie wie, że nie jest matką, że jest w ciele Normana), gdzieś na średniowiecznym poddaszu bytuje ten, kto poszukuje i opowiada, czyni z niego, Autora, także część tego świata. Lecz „Wewnątrz Narratora mieszka życzliwa i uważna towarzyszka – to ja – która czuwa nad jego pracą" – być może to ślad Anne, lecz cóż – to „ja" także w tym momencie stało się fikcją, jak wszystko.

I przed takimi problemami, które czynią z tej elegijnej przypowieści modernistyczne cacko (modernistyczne bo kierujące naszą uwagę na sam akt opowiadania, a ja tak m.in. rozumiem modernizm), stawia nas Anne Serre – która przecież gdzieś tam też się skryła (niczym driada – opiekunka dębów, którą Narrator dzielić się nie ma ochoty, ale i niczym „ja" wspomniane powyżej [ten odwieczny problem teoretycznoliteracki – czy wolno nam {wszystko wolno – takie czytelnicze prawo i źródło radości czytania} literackie ja utożsamiać z realnym autorem {porzućmy te manowce – choć mam świadomość, że też o tym jest ta książka}]) udatnie (np. czyniąc z opowiadacza kategorię rodzaju męskiego, co w epoce walczącej o feminatywy także pewnie jest znaczące – a przy okazji uwypukla jeden z tematów tej minipowieści, czyli problem zamieszkiwania w bohaterce [w nas?] wielu osób, co miałoby być symptomem jej „szaleństwa").


Utwór ten jest próbą uchwycenia tego, co się dzieje na przecięciu realnego życia, wyobrażenia (wspomnienia) na jego temat w umyśle obserwatora i próby odzwierciedlenia tego obrazu w literaturze. Wielokrotnie przywoływane „znikanie" dotyczy właśnie tego obrazu. Ale nie tylko – Fanny znika, czy też rozpada się (niczym postaci na obrazach Marii Jaremy, którą w MSN oglądałem po wcześniejszej lekturze w pociągu „Kapelusza..." i nałożyły mi się te obrazy; subiektywne to bardzo, ale czy „Godziny" czy też „Wyrazy" Jaremy nie mogłyby być swoistą reprezentacją tego, co Serre stara się uchwycić w swej elegii?) – i niedostrzeganie tego przez dłuższy czas stanowi także wyrzut Narratora (Anne Serre? – czy nie o tym jest film, przywołany w tekście – „Nagle, ostatniego lata", który o dopatrywaniu się szaleństwa, tam gdzie, głębokie przeżycie oraz o niedostrzeganiu go u osoby, której zachowanie tłumaczymy fałszywie pojmowaną miłością? „Być może to choroba psychiczna sprawia, że człowiek staje się pejzażem" – Fanny jako pejzaż, w połączeniu z apoteozą z zakończenia utworu, gdy bohaterka zanurza się w wieczności, jest to obraz zdecydowanie bardziej romantyczny niż te moje kubistyczne skojarzenia).

Może ta tytułowa kobieta w kapeluszu w lamparcie cętki, ukryta w ciele (wyobrażeniu?) Fanny to symboliczne świadectwo realnego istnienia, poza literaturą, tej prawdziwej Fanny (pełnej radości i życia kobiety). Choć wiem, że to sprzeczne z tym, co wcześniej już napisałem – skoro obecna w tekście, to już literaturą jest. Ale jak inaczej powiązać tekst z rzeczywistością jak nie przez wyrazisty obraz-symbol... nawet gdy to sprzeczne. Tak jak permanentnie ambiwalentna jest bohaterka – nieprzewidywalna, zmienna, niesłowna, umykająca jednoznaczności. Sprzeczna sama w sobie. Fanny uwięziona w narracji.


osobisty bardzo tekst elegijny

ale też przypowieść


Podczas lektury oczywista wydała się pomyślana mi się (to „się" powtarzane odzwierciedla me przekonanie, że to nie ja – to mi się) interpretacja, że to o nieuchwytność kobiecości w ogólności może chodzić (jak u Antonioniego, o którym tyle kiedyś tutaj). Ale to ograniczające jest – to, że bohaterka kobietą, nie znaczy, że to o niemożności kontaktu czy też przede wszystkim o szansie na poznanie człowieka niezależnie, kim on, nie moż być. Jest. A już próba literackiego uchwycenia („Mówił do niej..." – mam wrażenie, że każde tego rodzaju sformułowanie jest w tym utworze metaforą kreowania przez Narratora Fanny) – porażką. Gdzieś tam, w naszym widzeniu, wyobrażeniu, reprezentacji kogoś w zakamarkach naszego mózgu, jest być może ułamek prawdy o tym kimś, kto jakąś lamparcią cętką objawia nam się czasami na kilka sekund i wtedy odczuwamy jej obecność (czy prawdziwą?).

„Mówił do niej..." – często bardzo zwraca się naszą uwagę na relacje pomiędzy Fanny a słowami, językiem, rozmową i literaturą. Tak, sugestia dość jednoznaczna i oczywista, że język ją (nas) stwarza. Że w utworze literackim – to banał. Ale czy to już nie są nasze zrośnięte z ciałem okulary oddzielające Narratora i nas ścianą literatury, w tym kreacją licznych bohaterów (nie tylko literackich), szerzej kultury od tego, co realne.

„Chaos i tajemnice emocji Fanny, niczym obfity materiał dostarczany przez życie, nabierający formy i znaczenia za sprawą tekstu, domagały się opracowania".

(chciałoby się i kusi, by oszczędzić ułomnych słów własnych i jedynie wynotować kilka fraz Anne próbujących uchwycić jak np. „Możni tego świata zabijają Fanny" [ech ta moja lewackość] )

Nie widzimy życia. Świat postrzegany formatujemy wedle tego, co mamy w głowie. Wedle struktur różnorakich uzależnionych od kultury, z którą obcujemy. Gdy chcemy nasze doświadczenie nazwać, skazani jesteśmy na język, który nas poprzedza, który nam robi, wręcz przekształca w głowie wyobrażenie doświadczanego. Narrator „przebywał w nieprzemijającej fikcji".


„Potrzeba jednak wielkiej siły i niemałej wiedzy, by nie pożądać władzy, nie odczuwać żadnej przyjemności z przebywania w jej orbicie i być po prostu szczęśliwym" (dlaczego akurat ten cytat? bo rozumiem go szeroko, w odniesieniu do naszej potrzeby bycia postrzeganym w otoczeniu ludzi jakoś znaczących, gdy wydaje się, że to blask tak nas pociąga i że my coś z niego, a to urojenie przecież – szczęście złudne, a Fanny lubowała się, lecz gdy opuszczała tęże orbitę, zapadała się [czy tylko z zewnątrz czerpiemy to, co nas czyni widzialnymi?]).


Bliska mi się stała Fanny, gdy o jej stanie psychicznym czytałem, gdy o mnogości osób w niej, o permanetnej obecności kogoś, kto tylko dla niej, ale „nikomu nie można się z tym zdradzić – postukałby się w czoło".

I Narrator, który „Codziennie musiał wymyślać życie na nowo".



wtorek, 9 czerwca 2026

Przekleństwo zadośćuczynienia

Las w Teatrze Polskim im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy


Skąd ten mój dysonans podczas oglądania tego spektaklu?

Realistyczna scenografia - drewniane wnętrze chaty w środku lasu, który wyświetlany na ścianach. Kameralna, niewielka scena skutecznie zamieniona w przestrzeń odizolowanej enklawy na łonie natury. Pomiędzy chatą a widownią na kocu leży przytulona para. Ich rozmowa sugeruje, że dalsza akcja dramatu dotyczyć będzie rozmiękczania oporu rodziców dziewczyny, że tematem sztuki zrywanie pępowiny, przezwyciężanie rodzicielskich idiosynkrazji wobec świata poza lasem, świata długo po wojnie. Bo wszyscy wiedzą, że wojna dawno się skończyła. I choć gdzieś tam początkowo przemknęło mi skojarzenie ze „Zmierzchaniem świata” Herzoga, opowieścią o japońskim żołnierzu Hiroo Onodzie, który przez 29 lat po wojnie wciąż walczy o utrzymanie pozycji na filipińskiej wyspie, to nie  - szybko się przekonujemy, że żadna z tych rzeczy. Obcy, niczym trikster wprowadza akcję na z góry zaplanowane przez jego zwierzchników tory. I dość łatwo udaje się przekonać ojca do opuszczenia lasu i zaangażowania się w politykę; a i miłość ta jeśli nie fikcją była, to na pewno tyko uczuciem wyobrażonym (to chyba na jedno wychodzi, tyle, że fikcja pachnie sugestią, że gdzieś tam to prawdziwe jest, a wyobrażone - oj, chyba zawsze wyobrażone i nic więcej) bo kochanek niemal bez problemu bardziej matce zaczyna służyć (w sensie politycznym jedynie - inne podteksty raczej nie zniuansowały tej relacji) niż wierność córce zachowuje, która buntowniczo okrakiem na barykadzie siedząc reprezentuje porażkę tych, którym się wydaje, że w ten sposób zachowują się „przyzwoicie”. I tak co rusz tekst tego dramatu z oczekiwaniami widza swoistą grę prowadzi (ciekawe, gdy to już wiem, jak oglądałoby mi się po raz drugi, okazji raczej nie będzie, a warto na taki egzamin wystawiać te wszystkie, przede wszystkim widowiska, które z oczekiwaniami widza igrają, czy poza twistami szeroko pojętymi jest coś jeszcze).

A to świat na granicy realistycznego konkretu, medialnego studia i abstrakcji. W którym choćby się bardzo chciało, to nie można się już nigdzie przed nim skryć, nawet w symbolicznie jednak (a nie, jak początkowo mogło się wydawać - realnie) tu potraktowanym lesie. Lecz gdy ta scena z kochankiem, których widzowie wchodząc podglądają na polanie, to wydaje się, że o rodzinie będzie. Niejednoznaczne, bo sprzeczne informacje się pojawiają, czy rodzice wychodzą czy nie wychodzą z tej chaty - ojciec wraca z zewnątrz, lecz później mówi się o tym, że nigdzie nigdy i dopiero ta działalność polityczna. Wydaje się, że tylko matka Ewa być zawsze chce już w tym odcięciu/zamknięciu, pozbawiona wiary w kogokolwiek poza rodziną, o którą wciąż nadmiarowo przejęta. Ludzkość ją zawiodła. Swoisty radykalny eskapizm. A później tragiczny w skutkach radykalizm. Nieumiejętność kompromisu, znalezienia środka. Gdy dotyczy przywódców, prezydenta, zabójcza dla społeczeństwa (to o Ewie te uwagi, którą przekonująco, w skali niezwykłej Dagmara Mrowiec-Matuszak zagrała).

Więc projekt rodziny. Który chyba zawsze szyty na miarę góra dwóch osób. A i to niekoniecznie, bo przecież ojciec patrzy przez palce na wymykającą się na randki córkę, jakby chciał, by przerwała ona to zamknięcie, które i jego chyba już uwiera. I to, co dalej z nim, to jakby realizacja jego pragnień. Więc może i skryta opowieść o tym, by strzec się własnych niedouświadomionych pragnień.

Mnóstwo dziwnie pozszywanych rzeczy. Taki patchwork, ale układający się w spójną narrację. Nie puzzle. Nie mozaika. A nanizane na wydawałoby się nić narracyjną przyczynowo-skutkową wydarzenia budujące historię o charakterze niemalże umownej figury.

Bo gdy już wychodzą z tego lasu, to przypomina mi się, że autor z Kanady i to, że jest kraj, a w tym dramacie nic nie jest nazwane, ani kraj, ani wyznanie, ani wojna, więc jest kraj, w którym ktoś znikąd, ale kiedyś stąd, taki Tymiński, który przecież też z Kanady, prezydentem może zostać. Że prezydenta można zrobić. Że to nie wytrych narracyjny, że z tego lasu wprost do prezydentury - to rzeczywistość. A i to, że zaraz po wyborze można go zabić (prawie), to też jest taki kraj. 

A temat zadośćuczynienia. Co programem się stał żony, którą w szaty prezydenta, gdy zamach na niego i on na podtrzymaniu życia/nieżycia. Programem, którego nie miał nikt, bo po co. A jak miał, to obiecać przecież można, co szkodzi. Więc gdy to chwytliwe hasło zachęcające do powrotu tych, co kiedyś stąd byli (czyli kogo?), się realizuje, to dopiero kłopot. Bo trzeba oddać, to co kiedyś ich. Jak daleko w przeszłość sięgać trzeba, by winy odkupić. Jeśli się chce odkupić. Jeśli poza przepraszam, które nieoczywiste, wyjść. Bo to nie my te zbrodnie opowiadane w tej sztuce. Gdy całą rodzinę, by chronić własną, na tamten świat.

Bo to współczesne bardzo. Żydzi, których powrotu do domów po wojnie nikt nie chciał. Ale też Żydzi, którzy (powrócili?) do Palestyny i przez 80 lat powyrzucali z domów już niemal wszystkich arabskich mieszkańców tych ziem, którzy, nie oni na pewno, nie wyrzucili ich, nie oni do diaspory ręce przykładali. 

Bo jeśli nawet zemstę uznać za zrozumiałą, to czy dotyka ona tych, co zawinili, jeśli zawinili.

To też o władzy, co może wszystko. I choć to bez niuansów, prosto dość, prostolinijnie niemal przedstawione, to przecież „bo mogę” wydaje się być wystarczającą motywacją, by trup ścielił się gęsto.

A z boku ten znerwicowany syn reprezentujący tych, którzy takie zamknięcie w lesie uwewnętrzniają już na zawsze.

Więc skąd ten mój dysonans?



Michael Rubenfeld: Las/The Woods, r. Alan Dilworth, Teatr Polski w Bydgoszczy