Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dostojewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dostojewski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 lutego 2019

Śledząc Nolana


Obejrzałem debiut fabularny Nolana - „Śledząc”. I zacząłem żałować, że kolejne filmy, no może poza „Memento”, robione były już za dużo większą kasę. Szkoda… bo minimalizm tego pierwszego ma w sobie posmak czegoś szlachetnego. I chciałoby się więcej (lecz mam świadomość, że jako filmowy dinozaur [słówko, które w roku wyborczym karierę na pewno zrobi] się wypowiadam).
Wymienia się ten film pośród tych, które zapoczątkowały (powstał on w 1998 roku) dwudziestopierwszowieczny nurt mind-fucking czyli z polska wdzięcznie: mózgotrzepy. I to drugi powód, dla którego warto. Nie jest wprawdzie tak skomplikowany jak wspomniane już „Memento”, ale także zwodzi i uwodzi.

Sytuacja wyjściowa bardzo klarowna. Bohater, początkujący pisarz w kryzysie, opowiada swą historię komuś. Jego słuchacz od czasu do czasu coś wtrąca, nie jest abstrakcyjny; pod koniec dopiero dowiadujemy się, że to przesłuchanie.
Pierwszy trop jest taki, że na naszych oczach powstaje powieść (co nie jest czymś szczególnie oryginalnym, czego dowodzą niektóre moje pisania tutaj). Bohater podpatruje ludzi, śledzi ich niczym (nic nie poradzę, że moje skojarzenia odnoszą się do ostatnio przeczytanego Rękopisu) Roque Busquerosa (no może porównanie na wyrost, bo przecież  tylko za nimi chodzi…chociaż…). Ten trop to taki metaliteracki jest – uświadamia, że otaczający nas ludzie, przeciętni bardzo, mogą być intrygującymi historiami, noszą swe narracje, trzeba je tylko przeniknąć, by nimi zainteresować czytelnika, by napisać swą powieść. Zresztą tego tropu bym nie porzucał, gdy pojawią się inne. Nikt nie powiedział, że zdarzenia układające się w taką mini opowieść noir (bo pojawia się wątek kryminalny specyficzny i zdjęcia czarno-białe [zresztą ich klimat także z francuską Nową Falą mogą się kojarzyć]), nie są li tylko tworem wyobraźni narratora. To przejście w świat fikcyjny mogłoby mieć miejsce już w czwartej minucie filmu, gdy zaczyna śledzić Blondynkę (na Filmwebie tak nazwana została ta postać, bo rzeczywiście jej imię nie pada), wcześniej mówi o gromadzeniu materiałów na temat osób, którymi jest zainteresowany i ma już jej zdjęcie paszportowe. Później okazuje się, że był wcześniej u niej w mieszkaniu i tam je ukradł. To jest właśnie w tego typu filmach cudne (choć wielu by powiedziało, że koszmarne, bo woli jasność i przejrzystość narracji): nie wiemy, co jest prawdą, bo od początku pierwszoosobowa narracja i subiektywizm. Bo stojąc pod jej mieszkaniem z jej zdjęciem jest bohaterem opowiadanej przez siebie historii. Możemy mieć też do czynienia z rozdźwiękiem między tym, co zeznaje podczas realnie mającego miejsce przesłuchania a tym, co rzeczywiście sobie przypomina, co pojawia się w jego głowie (często tak bywa, a mi najbardziej to w pierwszym sezonie Detektywa się podobało): nie mówi całej prawdy o włamaniach, których dokonał. Ale czy to, co pojawia się w jego głowie, to odzwierciedlenie tego, co rzeczywiście się zdarzyło, czy też twory jego artystycznej wyobraźni?
Więc trzeba uważać, poziom zaufania do narratora w tego typu filmach musi być ograniczony. Bardzo.
W tej czwartej minucie patrzy na wchodzącą do lokalu Blondynkę i zastanawia się, co obserwowani przez niego ludzie porabiają, jak wyglądają ich pogmatwane historie. I być może wyobraźnia podsuwa mu atrakcyjną fabularnie kryminalną opowieść, która jest treścią dalszej części filmu. Być może. Bo jak to ktoś powiedział: ci którzy w wypadku różnych mózgotrzepów głoszą nam, że odkryli w końcu ostateczną wersję prawdy i wiedzą już, grzeszą pychą i megalomanią. Więc skromnie – być może. I zaczyna swą historię od tego, że powalony leży w nieokreślonym miejscu (ileż takich scen później, scen, które uświadamiały, że to, co wcześniej oglądaliśmy, to niekoniecznie prawda)  i krztusząc się wypluwa gumową rękawiczkę. Cięcie i bohater siedzi przy maszynie do pisania (jakoś dziwnie mi z Płomieniami się to kojarzy, może dlatego że też niedawno [specyficzne są te kłącza interpretacji]), gdy zaś kolejny raz mamy do czynienia ze sceną pisania na maszynie, bohater obraca głowę w bok, zamyśla się, spogląda w dal, cięcie i pojawia się scena golenia, ale Bill jest już wtedy podczas wprowadzania w życie metamorfozy, do której namówił go Cobb – tak jakby to już było pisanie, powieść, narracja wymyślana. Trudno o bardziej bezpośrednie sugestie. Bądź zmyłkę.
No i tu eksperyment: co się może zdarzyć, gdy ktoś się zorientuje, że jest śledzony?
W takiej sytuacji chyba najmniej możemy się spodziewać, że obserwowany delikwent zaproponuje nam, byśmy z bliska przyjrzeli się jego złodziejskiej profesji. Taka to bardzo literacka koncepcja. Tym bardziej, że Cobb (domniemany złodziej) podczas włamania jakoś bardzo jak pisarz się zachowuje, charakteryzuje niczym Balzac mieszkańców na podstawie tego, jak kreują przestrzeń, w której przebywają, tworzy nowe narracje ingerując w nią, pozostawiając damskie majtki, które niewątpliwe staną się bohaterem opowieści może nie na miarę Otella, ale na pewno pełnej podkopanego zaufania („Podrzucę im temat do rozmowy”). A skoro pojawiło się podejrzenie o zdradę, to wyobraźnia momentalnie podsuwa gotową scenę, w której Bill (czy może David Lloyd, bo tak przedstawia się w knajpie dziewczynie; robi tak, bo wszedł w posiadanie karty kredytowej, której właściciel przebywa na wakacjach, ale kto wie, kto wie? może to niekoniecznie prawda) i Cobb zostają złapani na gorącym uczynku przez właścicielkę mieszkania wkraczającą do obrabowywanego lokum z kochankiem właśnie (i kto tu kogo łapie na gorącym uczynku?).
I kto tę sytuację wymyślił? W czyjej ona głowie?
„Włamanie polega na wtargnięciu w czyjeś życie i dowiedzeniu się, kim naprawdę są”. Roque Busquerosa na pewno nie powstydziłby się takiego sądu.  Włamanie jest logiczną kontynuacją śledzenia. Szczególnie gdy wynika z głębokiego zainteresowania ludźmi. Ich życiem. Bill chciał uniknąć kryminału, jedną z zasad było nieśledzenie kobiet po zmroku. No ale nie udało się, do opowieści wkroczył Cobb.
Itd.
Ale włamanie do własnego mieszkania to już autobiografizm w zasadzie. Dzięki niemu pozwala się scharakteryzować, Cobb staje się takim XIX wiecznym narratorem od ekspozycji. W tym momencie pojawia się kolejne literackie skojarzenie (fakt, ono przychodzi później, ale skoro reżyser bawi się chronologią, to dlaczego my nie?). Ubogi student z ograniczonym bardzo życiem towarzyskim? Jeden był taki ponad sto lat temu i mieszkał w Petersburgu. Już nie opuści ducha opowieści Nolana: młotek wciśnięty za pasek, niespodziewany gość podczas włamania, który kończy jak siostra lichwiarki, no i zabójstwo staruszki. Ten narrator na pewno czytał Dostojewskiego. 
A to że na drzwiach jego mieszkania reżyser umieścił emblemat Batmana zakrawa na proroctwo.
I gdy tak oswoimy się z myślą, że tu o metapoziom chodzi, że dzieje się wszystko w głowie narratora, następuje zmiana perspektywy. Podmiotem a w zasadzie twórcą opowieści staje się Cobb. Okazuje się, że Bill wmanewrowany został w historię wymyśloną, że jest marionetką. I nie tylko on. Opowieści są co najmniej dwie: ta o zamordowaniu (nieistniejącej – bo przecież wziętej z powieści Dostojewskiego, aż prosi się, by coś jeszcze napisać o Allena Wszystko gra) staruszki i zasadnicza o szantażującej Łysego (podoba mi się ksywa) Blondynce, którą trzeba usunąć. I po to to wszystko? Aż dziwne, że ktoś się tak trudzi, by kogoś wrobić w morderstwo. Gdybyż to jeszcze jakaś zemsta była… ale nie. Gangster bawi się w teatr, bardzo zresztą skomplikowany, by mieć alibi. Myślę, że są prostsze sposoby.
Przynajmniej widz ma nie lada łamigłówkę do rozwiązania. Ciągle musi uważnie śledzić, jaką fryzurę ma bohater, czy w garniturze, czy twarz ze śladami pobicia… bo nieźle to potasowane zostało. Zawsze się zastanawiam, jaka motywacja się kryje za tymi narracyjnymi puzzlami? W Memento  jest to jasne, narracją rządzą prawa pamięci. A w tym filmie? Czyżbym musiał jeszcze raz obejrzeć? Na pewno jest to jedna z konsekwencji takiego opowiadania (przyznać trzeba, że mnie wciągającego) historii.
Gdybym miał jednak teraz wskazać zasadę rządzącą narracją w tym filmie, to z dużą niepewnością, ale bym powiedział, że mamy do czynienia z opowieścią Billa, który poznawszy włamywacza przygląda się jego pracy i nie jest to bezbolesne, aczkolwiek nie wszystko, co widzimy na ekranie jest relacją z ich działalności, część jest tworem wyobraźni literackiej, bo przecież on pisze cały czas. Nie do końca możemy dokładnie i jednoznacznie wskazać, co do jakiego porządku należy. Chyba. Ale przy takim założeniu musimy przyjąć, że ostatni czyn Cobba i jego konsekwencje są fikcją literacką. Tasowanie narracji zaś byłoby połączeniem permanentnie pracującej  wyobraźni twórczej, jeszcze na poziomie pierwotnym, nieuporządkowanym ostatecznie z przenikającymi ją obrazami świata, w którym żyje Bill, tworzący swoją powieść.
Może.
Bo przecież poprzednia wersja, w której to Cobb jest protagonistą, pozostaje w mocy.
Którąkolwiek z wersji interpretacyjnych wybierzemy i tak pozostajemy z niepokojącym poczuciem, że żyjemy w świecie, w którym robi się z nas marionetki. Nie wiemy w czyim przedstawieniu uczestniczymy. A gdy się zorientujemy, będzie już za późno.
Jak to wszystko coraz bardziej przypomina Płomienie….

Ch. Nolan Śledząc

czwartek, 28 lipca 2016

Loach jedzie po bandzie

Loach jedzie po bandzie (oczywiście w "Ja, Daniel Blake"). Wszystko w jego opowieści służy temu, aby uwypuklić krzywdę, która spotkała bohaterów filmu. Gdy szklą mi się w kinie oczy, od razu włączają mi się światełka ostrzegawcze - kto i jak robi mi to wzruszenie i jedzie mi po bebechach? Nie żebym się wstydził wzruszenia, szczególnie jeśli w życiu a nie w kinie się pojawia (co nie znaczy, że muszę je od razu okazywać), ale w sztuce istnieje cały szereg środków, które dobrzy twórcy zręcznie potrafią wykorzystać, by emocjonalną reakcję widza wywołać. Trzeba więc w takim wypadku, niczym mistrzów starożytnej retoryki, zapytać zawsze twórcę o intencje. I z tymi, niestety (niestety, bo wolałbym żyć jednak w świecie, w którym Państwo nie działa jak machina mafijna), się zgadzam: także mam głębokie uwewnętrznione przekonanie, że my, przeciętni zjadacze chleba, mięso armatnie wyborów, jesteśmy zakładnikami Państwa. 
Nie ma wątpliwości, że z zasiłków społecznych (u nas to jeszcze 500+ doszło) korzysta spora grupa darmozjadów (nie znam statystyk; czy są one w ogóle możliwe? to wbrew moim i Loacha uproszczeniom bardzo delikatna materia przecież) i ludzi, którzy nigdy nie próbowali wziąć odpowiedzialności za własne życie i bardzo często mają pretensje do całego świata, że muszą pić taki tani bimber (uprościłem? oczywiście, ale przecież tak też uczynił Loach, tyle że w drugą stronę), a burżuje wcinają langusty (to z "Szewców" Witkacego). Ich w filmie nie ma - para sąsiadów Daniela, która predestynowana jest do tej roli, daje sobie radę w sympatyczny (!) sposób łamiąc prawo. W ten sposób być może Loach daje nam do zrozumienia, jak sobie poradzić z opresyjnym system Państwa: po prostu, na ile to możliwe, a najważniejsze, by sprytnie, a nie tak jak Katie kradnąca z półek sklepowych, starać się obejść zasady, a najlepiej uszczknąć coś z potężnych zysków korporacji, które przecież i tak uczciwością nie grzeszą i są częścią Systemu. 
Daniel jest bohaterem bez skazy, niemal świętym bez Boga (choć nic nie wiemy o jego wierze; w roli Boga czy też Fatum występuje w tym filmie Państwo), tak zwanym człowiekiem przyzwoitym na maxa. Katastrofa, która spotykała bohatera tragedii greckiej związana była przynajmniej z hybris - ten bohater nawet pychy niepotrzebnej jest pozbawiony. Na pewno może w lustrze analizować swoją twarz, bo inteligenckich przypadłości także tam nie dostrzeże. Widz przeżywa katharsis, gdy bohatera tragicznego spotyka nieszczęście...konfrontacja z losem Daniela do oczyszczenia nie prowadzi. Jego sytuacja budzi współczucie i wkurw, bo taka jest rola sztuki interwencyjnej o tematyce społecznej. To jest najważniejszy element tej układanki - kim jest ten, kogo spotyka nieszczęście. 
Ciekawsza jest kreacja Katie. Ta niepokojąca ludzka naiwność powodująca, że mimo porażek, jesteśmy w stanie zaufać osobom w typie tych, które nas wcześniej wystawiły do wiatru. Ale poza tym to przecież idealna mama, pełna cierpliwości i zrozumienia nawet dla Dylana, którego nawet malutka Daisy potrafi zrozumieć ("Ludzie nie słuchają, co on do nich mówi, to on przestał słuchać ludzi" - mądra ta jego siostrzyczka, idealne rodzeństwo). Nawet gdy decyduje się na prostytucję, to na pewno nie przeżywa dylematów Sonii Marmieładow. Bo pewnie - zdaje się mówić Loach - nie jest to dziś taki wielki grzech, może  się wiązać z potępieniem społecznym, ale przecież wiemy, jak ono jest nacechowane hipokryzją. Więc decyzja ostateczna to jest, ale na pewno nie wiąże się z wiecznym potępieniem. 
A po drugiej stronie bezduszny system. Mimo że jedna z pracownic urzędu jest ludzka, ale jest ona ludzka po to, aby mogła być skarcona, by móc pokazać, uwypuklić, że bezduszność nie jest produktem ubocznym, jest zasadą. Od pierwszych słów padających z ekranu, słów niepozostawiających wątpliwości, że z Kafkowskim procesem mieć będziemy do czynienia; że cechą immanentną systemu jest absurd; że cel, któremu ma służyć to tylko pretekst (na przykład dla zdobycia funduszy unijnych), jego istotą jest podtrzymanie własnego istnienia, jak u Orwella.
W ten sposób wyjaśniłem sobie niektóre, tylko niektóre, elementy układanki mającej wywołać mój wkurw. Czy wywołał? Tak, ale nie dlatego, że film, lecz dlatego, że ja go mam w sobie od bardzo dawna. Bo dla mnie nie tyle idealna kreacja bohatera była ważna, co fakt, że ten facet przez całe życie płacił uczciwie składki na system, który go okradł i zabił.  To jest to, co leży mi na sercu: jesteśmy zakładnikami systemu, który nas zwodzi obietnicami, który nas szantażuje emeryturą i który na końcu może się na nas wypiąć. System to oczywiście też ludzie, ale czy muszę dodawać, że nienawidzę polityków.
Czy należała się Złota Palma? chyba jednak nie jest to kino wybitne, lecz nagłośnienie problemu jak najbardziej potrzebne. Czy poruszy sumienia urzędników? Na pewno nie, bo oni są takimi samymi zakładnikami jak my wszyscy i dopóki system ich nie porzuci, będą mu wierni. Jak prawie wszyscy.

niedziela, 1 maja 2016

Powrót idioty

Dawno, bardzo dawno nie czytałem już żadnej z wielkich powieści Dostojewskiego. A może czas już dojrzał do powrotów. Myśl ta nieco paradoksalna, bo zawitała mi w głowie w Cieszynie, gdzie po raz pierwszy w życiu jestem, by z kolejnym festiwalem filmowym się poznać (Kino na granicy). Paradoksalna, bo tu z jednej strony nowe i miejsce, i zdarzenie, i ludzie (a także hostel - bardzo sympatyczny, mimo że 8 osób w pokoju; ale ja już chyba tak mam, że nie robi mi to jakoś bardzo - kolejny paradoks: niby samotnik, a bez problemu oswajam bycie w gronie całkowicie obcych osób - to pewnie ta obcość jest kluczem, bo pozwala mi się ona dość mocno wewnętrznie dystansować, co powoduje, że w sumie to oddzielny jestem [oj, jakoś nazbyt osobisty ten wpis się robi... ale niech tam...]), a z drugiej powrót do lektur swojskich, bezpiecznych - kiedyś jakoś tam kształtujących. "Powrót idioty" S. Gedeona (Czechy z 1999, film już tam chodził od dłuższego czasu za mną i dobre to na początek spotkania z kinem i kulturą z rejonu, z którym wielu znajomych blisko mentalnie, a ja jakoś trudności mam z czeskimi klimatami, choć powoli, powoli... ale można być może mój dystans zrozumieć, gdy się przekroczy granicę: Czeski Cieszyn to miasto jak z malarstwa Miro - niby weekend a tu w blasku słonecznym niemal całkowicie opustoszałe ulice, pozamykane sklepy i dopiero przed jedynym kinem ludzie oczekujący na seans [najbardziej oblegany w tym dniu, sala, całkiem duża, pękała w szwach a film to czeski horror: "Południca" J. Sadeka, bardzo świeży, bo z tego roku i przyznać muszę, że niezły i tłum jak najbardziej uzasadniony, bo pewnie film w kinach przemknie i może umknąć a warto wyczaić] i to głównie Polacy) to pragnienie powrotu we mnie wyzwolił (a przecież byli już wcześniej świetni "Bracia Karamazow" Zelenki [w sumie to późniejsi, bo to 2008, ale wcześniej oglądani przez mnie] - o spektaklu w Nowej Hucie robionym) i lekką konsternację, bo słabo oczywiście pamiętam pierwowzór. Trudno zapomnieć jedynie księcia Myszkina, u Dostojewskiego Chrystusa, który zstąpił w nasze przestrzeń i czas (no - nasze i nie nasze, bo rosyjskie i czeskie a i XIX wiek trochę, ale uniwersalne to przecież); w filmie Frantisek jest jakby lekko z innej planety, naiwny na pewno, ale jednak próbuje jakoś ogarnąć ten żenujący romans dwóch braci i dwu sióstr (nie pamiętam, czy w powieści tak dziwnie pogmatwane były relacje rodzinne pomiędzy bohaterami, ale raczej nie), którego obserwowanie prowadzi do ataku (i to jest to wspólne, te charakterystyczne dla bohaterów Dostojewskiego ataki epilepsji, którymi także Krajewski 'obdarzył' swego detektywa) padaczki, a chwile nazbyt wielkich wzruszeń kończą się płynącą z nosa krwią. Ale zapamiętałem też Rogożyna jako szalonego i demonicznego kochanka - a Emil jest bardzo zwyczajnym facetem, którego 'perwersyjność' sprowadza się do tego, że narzeczeństwo z Anną (która z kolei swoje narzeczeństwo przeplata romansem z bratem Emila - Robertem: jak w czeskim filmie) urozmaica sobie romansem z jej siostrą Olgą (żadna z nich nie jest też demoniczna niczym Nastazja czy też inne bohaterki Dostojewskiego, którego relacje z kobietai podszyte wyraźnie były lękiem). Demonizmu i zacięcia metafizycznego w filmie nie ma, bohaterowie bardziej niemoralni niż szaleni, ale takie mamy czasy pewnie, że zdrada nie jest źródłem dramatów decydujących o ludzkim losie - jest jedynie świadectwem neutralności uczuć. Frantisek wprawdzie zainkasował cios ze strony Emila posądzony o wyjawienie prawdy o swej dwulicowości, ale pewnie nie dlatego, że czyjeś życie nagle otarło się o doświadczenie otchłani, lecz po prostu dlatego, że Emil został sytuacją zaskoczony i nie ma wątpliwości, iż dość szybko się pozbiera i nie będzie miał problemu, by związać się z kolejną kobietą równie piękną jak siostry, pomiędzy którymi nie potrafił, a może też i nie za bardzo chciał, wybrać. Specyficzne a i też warte zauważenia jest to, że mamy w fimie do czynienia z lekko zaznaczoną, ale jednak widoczną, różnicą w statusie społecznym istniejącym pomiędzy rodzinami braci i sióstr (sprowadzają się one przede wszystkim do matek, które koncentrują się na myśleniu o przygotowaniu uroczystych obiadów, których funkcją jest poznanie wybranek swoich synów i rzeczywiście czesko-komiczna jest scena, w której przy stole zgromadzeni zostali niemal wszyscy bohaterowie i uczciwość Frantiska (coś ze świętości ma mimo wszystko - imię tego najbardziej sympatycznego ideału religijnego, z którym nasz kościół ma tak poważny problem dziś [nie mogło się obejść bez tej złośliwej dygresji, oj nie mogło]) wystawiona jest na poważną próbę, poniewaź w przeciwieństwie do pozostałych on, ten naiwny i czysty, już wie wszystko o pogmatwanych relacjach międzyludzkich, a jednocześnie bardzo mu zależy, by nikogo nie skrzywdzić, bo - co specyficzne - mimo swej wiedzy, mimo dwuznaczności tych relacji, on nikogo nie ocenia i nie sądzi, a tylko z przychylnością zaskakującą, a może i ze współczuciem, patrzy i problem jedynie pewnie ma z tym, że trudno jest być jednocześnie po stronie ich wszystkich jednocześnie."Powrót idioty" - tytuł postu mógłby być symboliczny i nieskromnie mógłbym go odnieść do siebie, gdyby nie, mimo wszystko, pewna doza samokrytycyzmu: trudno mi nawet wskazać moment w moim źyciu, kiedy naiwnym być przestałem i wiara w czystość znaczeń i ludzkich widoków stała mi się obca. Czy to Szekspir mi zrobił, czy też miałem to zawsze, a w jego dramatach tylko rozpoznałem to, co dla mnie jest oczywistą cechą świata, w którym żyję? Do tego stopnia, że bardziej Myszkinom współczuję niż zazdroszczę.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Norte - na mieliznach postmodernizmu

Dla mnie najlepszy film na tegorocznym festiwalu NH 2013.
Cztery godziny w filipińskiej rzeczywistości ; wystarczająco dużo czasu, by świat ten wchłonąć, historią się przejąć; czas powodujący, że obrazy pozostają w pamięci, przepływają przez świadomość stymulując wyłanianie się kolejnych znaczeń…
Ale wbrew pozorom nie jest to tylko rejestracja obcej nam rzeczywistości – co czasami przecież wystarczy, by mnie zaintrygować… jest to także filmowy dyskurs na temat istnienia wartości w świecie współczesnym, no może nieco od nas geograficznie oddalonym, ale jak widać także borykającym się z problemami postmodernizmu (o czym dobitnie świadczy już tytuł: „Norte – koniec historii”).
Kompozycja filmu jest stosunkowo prosta. Dwóch bohaterów (Fabian, Joaquin), dwa środowiska (inteligenckie i powiedzmy robotnicze czy też ludowe,  tak, jak to na Filipinach może wyglądać), dwa wątki  tragicznie splatające się ze sobą.
A zaczyna się jak w „Zbrodni karze”: student prawa, zdolny bardzo ale porzuca studia, wrażliwy społecznie bardzo i radykalny w związku z tym, i lichwiarka, która prosi się aż (żeby nie było – to ironia jest!), by ją zamordować oczywiście…  i tak to się toczy, że po pierwszej godzinie zastanawiamy się, czy to tylko filipińska adaptacja Dostojewskiego…
Fabian, student prawa, pochodzący z zamożnej rodziny, radykalny wyznawca postmodernizmu: w jego przekonaniu takie wartości jak prawda, naród, rodzina straciły całkowicie swoje znaczenie. Ma zapędy rewolucyjne; nie mieszka wprawdzie w petersburskiej norze przypominającej trumnę, ale  i tak jego studenckie lokum skromne bardzo i wypełnione książkami jedynie. I nie dziwi nas specjalnie, że w pewnym momencie morduje lichwiarkę a przez przypadek (!) także i jej córkę…
A gdy robotnik budowlany – Joaquin – posądzony jest o tę zbrodnię i w dodatku jeszcze przyznaje się do winy (namówiony przez adwokata, a nie dlatego, że z sektą jakąś jest związany; choć jego dobroć może się kojarzyć z analogicznym bohaterem u Dostojewskiego – Mikołka mu chyba było, ale nie pamiętam – pragnącym się przecież poświęcić  dla innych) i zostaje skazany, to wydaje nam się, że doskonale znamy tę historię…
Film ten jest bardzo dobrym przykładem twórczego nawiązania do tradycji, dyskusji z nią, wykorzystania jej do krytycznego skomentowania kondycji człowieka współczesnego.
Raskolnikowa w naszej tradycji można traktować jako ikonę (!) zaangażowanego społecznie inteligenta. Jest przedstawicielem pierwszego pokolenia formacji, która w swym wyidealizowanym kształcie stawiała sobie ambitne cele związane z przekształcaniem, postępowym oczywiście, społeczeństwa. Jednocześnie zaś, zgodnie z tradycją jeszcze oświeceniową, oczekuje się od niego krytycyzmu wobec zastanych teorii dotyczących wyobrażeń o świecie i nieustannego twórczego dyskursu z przyswojonymi już społecznie teoriami. I już na początku XX wieku wyłoniła się z tak wykreowanego obrazu ciemna strona… za zbrodnie w minionym wieku popełnione, i to nie tylko w Europie, odpowiedzialność ponosi przecież inteligencja tak mocno zaangażowana w budowanie lepszego świata. I o tym inteligencie jest ten film; Fabian jest to połączenie Raskolnikowa z Sartrem, reprezentującym w tym moim wywodzie rozpolitykowanych intelektualistów francuskich z lewej strony Sekwany, intelektualistów w latach 60. bezkrytycznie popierających ZSRR i inne ‘postępowe’ przekształcenia w świecie… stolikowych rewolucjonistów. Tyle że Fabian niestety postanowił od tego stolika odejść i przejść do działania. Bo uwierała mu hipokryzja tych, którzy tylko dyskutują (i takie paradoksalne myślątko w tym momencie przychodzi do głowy: o ile ten świat byłby lepszy, gdyby wielu światłych pozostało tylko teoretykami i gdyby mniej światli za często ich nie czytali).
Fabian przeszedł do czynu i pierwszym jego rewolucyjnym gestem było zamordowanie lichwiarki. Problem tylko polega na tym, że nie spotkał na swej drodze Sonii (choć pewne sugestie dotyczące takiego spotkania pojawiają się w filmie, ale religijna postawa nie jest już w stanie zawrócić Fabiana z raz wybranej drogi, mimo że przeżywa momenty słabości; zresztą nawrócenie Raskolnikowa już dawno przestało przekonywać), nikt go nie namówi do żenującego pokłonienia się w geście pokory światu całemu.
Winą za zbrodnię obciążony został Joaquin i to on zmuszony został do poniesienia całej odpowiedzialności prawnej za czyn Fabiana. Skazany na dożywocie na całe życie musi opuścić rodzinę. Eliza, jego żona, z trudem utrzymuje dwójkę dzieci i siostrę. Córka słyszy w szkole, że jej ojciec jest zbrodniarzem. W symboliczny sposób ten, dla dobra którego popełniono zbrodnię, najwięcej na tym traci. Takie są skutki wprowadzania w życie uzdrawiających radykalnie i rewolucyjnie ten świat ideologii. Ci, którzy je głoszą i nawołują do działania, najwyżej… zmienią poglądy i głosić będą ponowoczesność, czyli kres Znaczenia. Fabiana stać jedynie na to, by po czterech latach (!) pod wpływem współczucia (ktoś z jego poglądami chyba nieco przed sobą się wstydzi takich uczuć) sprzedać fanty z kradzieży sprzed lat i w ten sposób wspomóc rodzinę Joaquina, a później namówić znajomych prawników, by jeszcze raz przyjrzeli się sprawie niesprawiedliwie skazanego (czy te działania odniosły zamierzony skutek, nie dowiadujemy się). Na tym kończy się jego odpowiedzialność za popełnione czyny. Potrzeby sumienia zostały zaspokojone; zresztą sumienie to pewnie dla niego pojęcie bez ‘znaczenia’, archaiczne słowo z minionej epoki… Później równie radyklanie przekracza kolejne granice, by wyzwolić się ze świata dysfunkcjonalnego , jak on to mówi. I kolejne akty gwałtu (także dosłownego) na archaicznych w jego przekonaniu wartościach prowadzą go do tego, że symbolicznie osiada na mieliźnie, w łódce przy wynajmowaniu której usłyszał : „Łodzi nie wynajmuje się, by sobie popływać; łódź służy do łowienia ryb” (z pamięci oczywiście, ale jakoś tak to było).
Mimo ,że tyle miejsca poświęciłem na zreferowanie (no właśnie – przesadziłem z tym streszczaniem, ale jakoś mi się sama ta opowieść potoczyła, chyba po to, by samemu sobie przywołać analogie z powieścią Dostojewskiego; analogie, na tle których bardziej widoczne są różnice), to częściej na ekranie jednak pojawia się rodzina Joaquina. Tyle, że sceny z jej udziałem są zdecydowanie mniej dynamiczne (poza więzieniem, którego prawa nie oszczędzają bohatera), bo oni nie prowadzą w nieskończoność akademickich dysput na temat sposobu istnienia wartości. Oni żyją… po prostu… mimo tragicznych okoliczności… a ich życie naznaczone głębokimi relacjami, pełnym zaufaniem, czystymi uczuciami  pozbawione jest szczególnych dramatycznych momentów, o których z zainteresowaniem można opowiadać na blogu… można z niedowierzaniem (bo to chyba jest jedyna wada tego filmu, chwilami mam wrażenie przeidealizowania tych bohaterów, a szczególnie Joaquina, z którego Diaz zrobił świętego)  im się przyglądać. To ich życiu reżyser poświęca większość (czyli bardzo dużo jak na standardy europejskie) ekranowego czasu. Zwyczajne życie w filipińskim miasteczku. Śledzone od wczesnego świtu do zmierzchu. Fotografowane w sposób bardzo statyczny ze szczególnym przywiązywaniem wagi do kompozycji. Zwyczajni ludzie zaabsorbowani codziennymi problemami. Najczęściej zmuszeni do skrupulatnego liczenia pieniędzy. Naturalne dźwięki świtu i zmierzchu oddające prowincjonalny klimat podczas panowania półmroku.
Jedna ważna rozmowa. W rodzinie Joaquina, w przeciwieństwie do rozgadanego środowiska akademickiego rozmawia się niewiele a już na pewno się nie dyskutuje. Słowa mają Znaczenie. Gdy matka tłumaczy córce, że jej ojciec nie jest zbrodniarzem, że jest uczciwym człowiekiem, mimo że siedzi w więzieniu, to ten paradoks i prawdę jednocześnie ona do serca sobie weźmie (i w tym wypadku nomadyczne skojarzenie z kondycją Sonii mi się nieodparcie nasunęło: ona przecież też winna i de profundis  z nadzieją liczy na łaskę; choć grzeszna to w oczach Raskolnikowa świętą jest  niemal – paradoks, który w przekonaniu bohatera „Zbrodni i kary” skończyć się może trojako: obłędem, samobójstwem lub zatraceniem moralnym… tak sobie myśli poprzednik Fabiana, racjonalny Rodion; dla obu paradoks wszelki domaga się logicznego rozstrzygnięcia, nawet gdyby takie myślenie na mielizny by prowadziło…)
Jedna istotna analogia. Rodzice Fabiana dawno temu zostawili go wraz z siostrą pod opieką rodziny, a sami ruszyli na poszukiwani e lepszej przyszłości za granicą. Udało im się… pod względem finansowym oczywiście, ale dzieci na pewno nie są szczęśliwe (choć Fabian by się pewnie nie przyznał do tego, to także być może kategoria anachroniczna…). Eliza w pewnym momencie zwierza się, że kiedyś z Joaquinem  zastanawiali się nad poszukiwaniem szczęścia a przede wszystkim pieniędzy poza granicami… myśl o wychowaniu dzieci zdecydowała jednak o pozostaniu… ale gdyby wyjechali, to może nie doszłoby do tak dramatycznej sytuacji w ich rodzinie… jej nieoczekiwana śmierć jeszcze uwypukla ten dylemat: może lepiej gdyby wyjechali…
Z logicznego punktu widzenia wydaje się, że lepiej… ale…

Norte – koniec historii, r. Lav Diaz


wtorek, 7 sierpnia 2012

Dobrodziejstwa kina w czas upałów

Seidl mi się Tu przypomniał i jego „Upały” – w Zwierzyńcu ulubiona temperatura Darka G., czyli trzy miliony stopni, w których pan D. nurza się z rozkoszą, a ja odprawiam egzorcyzmy z nadzieją, że ktoś swą ofiarą wyrwie mnie z tego piekła. Ale póki brakuje takiej dobrej duszy, błogosławieństwem jest sala kinowa ze skuteczną klimatyzacją i dzięki temu mogę sobie racjonalizować te pięć filmów (tutaj w przeciwieństwie do NH można i sześć obejrzeć, bo przeważnie filmy lecą co dwie godziny [dzięki czemu można zrobić sobie w środku przerwę dwugodzinną, co właśnie praktykuję popijając złocisty napój] od 9… a z nocną projekcją to i siedem) dziennie – po prostu nie mam innego wyjścia, jeśli chcę z tego wyjść cało. Dzisiaj trzy na razie były i jakoś ogarnąć myśli próbuję, bo jak wspomniałem przerwy są migawką li tylko i nawet skrawek myślątka nie ma szans na zaistnienie (a ja, jak wiadomo, skąpiec zapoznany nie pozwolę sobie na opuszczenie większej ilości projekcji). Zacząłem od dokumentu („Tala od różańca” [tego drewnianego, spopularyzowanego w głębokiej komunie], r. S. Rogowski i S. Zawiśliński), a ponieważ wczoraj o nich sporo (ale w planie mam dziś jeszcze jeden, krótki – 55 min. higienicznie: „Przeżyć Afganistan”, r. M. Imielska) więc sobie daruję (wypowiadając sakramentalne „kiedyś przy okazji wrócę”, co pewnie nie będzie miało miejsca). Dwie następne pozycje bardzo zacne były i aż szkoda, że nie mam czasu wiele. Ale dla siebie i dla porządku kilka najważniejszych rzeczy przywołam, choć upał wysuszył wszelkie bardziej soczyste refleksje. „I sprawiedliwość nie dla wszystkich” (r. Filippos Tsitos, Grecja, na ekrany jakoś niebawem ma wejść i być może za jakiś rok jeszcze raz obejrzę, co jest już chyba wystarczającą pochwałą) – nowohoryzontowy bardzo, ascetyczne, pieczołowicie zakomponowane kadry, statyczna kamera pozwalająca na ich kontemplację; ale nie jest to obrazek do powieszenia na ścianie, gdyż klarowna i przemyślana akcja jest także – choć kameralna bardzo i bez pośpiechu podawana. Podoba mi się scenariusz, nieszablonowy, zaskakujący widza subtelnymi niuansami, ale nieszokujący - wiarygodny mimo wszystko. Krótko o akcji, abym nie zapomniał… a może lepiej zacząć od drugiej sceny, która, niczym w eposie, mieści w sobie istotę zdarzeń: dziewczyna w markecie coś tam kradnie (trzeci film w ostatnim miesiącu, w którym ktoś coś kradnie w markecie – to chyba stał się już mocno upowszechniony symbol kryzysu), zauważa ją ochroniarz, ona ucieka, przypadkowy gość podstawia nogę stróżowi kapitalistycznego dobytku, złodziejce udaje się umknąć… i chyba już w następnej scenie okazuje się, że przypadkowym klientem jest policjant (takie to niestereotypowe rzeczy w tym świecie się dzieją; swoja drogą ciekawe, że dobry glina [tzn. glina jako taki prawdziwie dobry dobry człowiek] jest czymś, czego nie oczekujemy specjalnie w filmie). I w gruncie rzeczy wszystko, co się później dzieje jakoś tam do tej sceny odnieść można. Bo pomiędzy tą dwójką bohaterów dzieje się już aż do końca (on jej na początku nie zna). I oczywiście można by mówić o przypadku, ale jeżeli nawet, to jest on mocno uwiarygodniony. Tsitos nieźle splątał losy bohaterów, jednocześnie pozostawiając widza przed otwartym zakończeniem. Ale co z tych poplątanych losów wynika lub co jest ciekawego w bohaterach? Przede wszystkim są niejednoznaczni i to już by wystarczyło. Powiązani ze sobą różnymi zobowiązaniami (począwszy od tego, że przecież dziewczyna [nie pamiętam imion, nie mam dostępu do netu { nie wiem, kiedy to wrzucę do sieci, w Zwierzyńcu są dwa miejsca, gdzie jest Wifi i niekoniecznie są obok kina, czy pola namiotowego}, nie mam programu {choć bardziej mi się podoba niż ten nowohoryzontowy, ale postanowiłem nic nie kupować, bo plecak nabity, wyjazd na miesiąc, a przede mną jeszcze Bieszczady}] już w jakiś sposób ma pewne zobowiązania wobec swego wybawiciela z marketu a później to się jeszcze komplikuje) i w momencie, gdy się umawiają niezwykle istotna staje się kwestia motywacji; w jakim stopniu, w momencie zaistnienia tego rodzaju różnych uzależnień, możemy liczyć na czystość intencji, czy możemy liczyć na to, że ktoś jakoś tam wobec nas zobowiązany chce się umówić, bo spotkanie z nami jest ważne tylko (jak często w ogóle sobie takie pytanie zadajemy, a przecież tego rodzaju subtelnych relacji uzależnień międzyludzkich jest wiele i nie sprowadzają się one tylko i wyłącznie do takich spektakularnych jak w tym filmie?)… a dzieje się to w kraju, o którego korupcji ostatnimi miesiącami bardzo wiele się mówi (może zresztą chodzi twórcy o takie uogólnienie, ukazanie tego, jak różnego rodzaju zobowiązania mogą kłaść się cieniem na bezpośrednich relacjach międzyludzkich). Poza tym zabójca, który niczym Raskolnikow staje przed szefem policji, by się przyznać do winy, ale w przeciwieństwie do Rodiona (albo troszkę jak on właśnie za pierwszym razem) nie potrafi wydusić z siebie słowa. Ale też problem naszej intuicji: policjant jest przekonany, że dziewczyna jest szczera; dziewczyna jest przekonana, że policjant jest nieszczery… a jest dokładnie na odwrót! I wiele innych smaczków, aż dziw, że w tym upale tyle przywołać potrafiłem. Tym bardziej, że pamięć o tym filmie przyćmiona nieco została przez następny: znowu bracia Taviani (drugi od wczoraj i coraz bardziej pod urokiem jestem, więc szerzej może jeszcze kiedyś dam radę) i piękna epicka opowieść o Królestwie Neapolu w wieku XVIII. No i pustelnik, asceta, na tle niezwykłych górskich pejzaży. „Słońce także w nocy” nie jest szczególnie nowatorskie, bo o kuszeniu św. Antoniego opowiadano (malowano) wielokrotnie. Ciekawe, że stosunkowo łatwo zrezygnować człowiekowi z majątku, pozycji i nawet dumy… a siłą, która okazuje się najbardziej zabójcza to ciało kobiety… Stereotypowe i nie budzące zdziwienia jest też momentalne urynkowienie cudów czynionych przez głównego bohatera. Czy film jest ważny? Niekoniecznie… tyle że ogląda się go cudnie. A co na temat świata, w którym żyjemy? Pewnie min. to, że czasy inne już bardzo mamy, bo i duma nie taka (ilu by odczuło takie poniżenie jak bohater na początku, gdy okazało się, że kobieta, którą ma poślubić i w której też się zakochał, była kochanką króla – dla kariery myślę, że dzisiaj nie takie rzeczy się bagatelizuje; choć wtedy też pewnie a bracia Taviani wybrali do swego filmu kogoś wyjątkowego) i wytrwałość, pokora, konsekwencja; ale i brak samousprawiedliwiania (ucięcie sobie palca przez bohatera w momencie, gdy poczuł pożądanie), itd… Ale można też zapytać (i teraz wypowiadam się jako obywatel współczesności, mocna relatywizujący, a więc – w przekonaniu niektórych – zagubiony): po co? Duma jak najbardziej cechą jest godną utrwalania, ale strach przed kobiecym ciałem?... to chyba tylko w takie upały zaakceptować by można (a tam w tych neapolskich górach ciepło bardzo), bo w tych okolicznościach samo istnienie jest już wystarczającym wysiłkiem a jedyną ucieczką staje się kinowa sala, do której czym prędzej się przenoszę.

wtorek, 24 lipca 2012

Zmora filologa



W trakcie festiwalu NH oglądam filmy pochodzące z bardzo odległych często krain. Co się z tym wiąże: z różnych obszarów kulturowych. Nieznajomość kontekstu bardzo utrudnia czytanie tych obrazów, a przecież tak często chwalimy także tak zwany odbiór spontaniczny, bezpośredni - naiwny. Nie ma czegoś takiego. Zawsze klucz jakiś zastosować trzeba, by móc zacząć werbalizować swe wrażenia. Chyba że sprowadzimy wszystko do prostego streszczenia kolejnych scen, co po pierwsze nudne a po drugie także z wyborem interpretacyjnym (wiem, że ten wstęp dla niefilologa jest nudny a dla człowieka z tej branży kulturowych wyjadaczy - banalny) jest związane. Piszę o tym, ponieważ podczas oglądania różnych ludzkich tworów czasami sztuką zwanych (w tym wypadku filmów oczywiście) włącza mi się taki zapas wytrychów komisarza Gajewskiego; więcej - jestem niespokojny, gdy zbyt długo czekać muszę na jakieś skojarzenie; może być ulotne - byle pozwalało porządkować sensy czyniąc siedzenie w kinie bezpieczniejszym i momentami nawet komfortowym.

I dzisiaj (już wczoraj, bo troszkę mnie zmorzyło wczoraj) takie wrażenie wytrychów miałem przy okazji poszukiwania czegoś, co otworzyć można, podczas oglądania dwóch filmów: "Bitwy w niebie" Carlosa Reygadasa (Meksyk) i "Wiedźmy wojny" Kim Nguyena (poszedłem na ten film, bo to Afryka, a później doczytałem, że reżyser jest Kanadyjczykiem a jego ojciec Wietnamczykiem i że chyba nie ma korzeni afrykańskich, nie zmienia to faktu, że film afrykański był bardzo, przynajmniej dla takiego laika jak ja). Odległe krainy a moje skojarzenia oczywiście bardzo swojskie.

Gdy oglądałem "Bitwę w niebie" w pewnym momencie przypałętało mi się natrętne skojarzenie ze "Zbrodnią i karą". A przesłanki nikłe były bardzo chyba: zbrodniarz (film zaczyna się w momencie, w którym okazało się, że zmarło dziecko, które porwał wraz z żoną - i to w dodatku komuś bliskiemu - dla okupu), walka z sumieniem (to chyba ta tytułowa bitwa albo przynajmniej jakaś jej część), wyznanie winy prostytutce (która nota bene jest córką jego szefa i w sumie uprawia ten najstarszy zawód z nudów chyba...ooo i następnne skojarzenie obłędnej filologicznej głowy: "Piękność dnia" Bunuela...stop!), nakłonienie go przez prostytutkę do wyznania winy... mało to czy dużo? mówi nam to coś czy nie? analogie są, ale są i przecież różnice i to niemałe: żona, która okazuje się bardziej pozbawiona sumienia niż on (ważny wątek religijności meksykańskiej [czy tylko meksykańskiej?], bo jej się wydaje, że wystarczy pójść na pielgrzymkę, by zmyć winę), to Marcos (główny bohater) kocha się w Any i miewa erotyczne marzenia z nią w roli głównej (film na filmwebie zaklasyfikowany jest jako erotyczny, ale jeśli to kogoś skusiło, ostrzegam przed chłodem czy wręcz naturalizmem obecnym w scenach, które decydują o wartości tego rodzaju filmów:-)) i zamiast się zgłosić na policję brutalnie ją morduje (prawdziwa miłość? bo to reakcja na nieodwzajemnioną miłość była...) i następnie dołącza do pielgrzymki, by na kolanach wkroczyć (nieodpowiednie słowo, ale jakiego użyć, by nazwać w aspekcie dokonania wejście na klęczkach?) do bazyliki. I na zakończenie scena, która z Antonionim mi się skojarzyła (o zgrozo!): w zakończeniu "Powiększenia" bohater przygląda się grze w tenisa w wykonaniu mimów i ich sugestywność doprowadza do tego, że zaczyna słyszeć odgłosy odbijanej (nieobecnej oczywiście) piłki (kiedyś w końcu o tym filmie napiszę i tę scenę na pewno zinterpretuję); w "Bitwie..." kilka osób na dzwonnicy aktywizuje ogromny dzwon i nie ma wątpliwości - on powinien wydawać donośny dźwięk, i widzimy ten rozbujany dzwon i widzimy, że serce (!) uderza w płaszcz, ale jest kompletna cisza; wiem, odwrotnie niż u Antonioniego - ale jest podobieństwo (czy nie?). Scena, która w metaforycznym skrócie odzwierciedla problem, który dotyczył bohatera tego filmu: porusza się on w całkowitej ciszy metafizycznej (to jest następna zmora filologa: znajoma, też filolog, gdy rozmawiałem z nią o tym filmie, w formie pytania stwierdziła: ale ten film to taka wielka metafora jest... po wyjściu z kina momentalnie szukamy jakiegoś wyższego [dlaczego wyższego? tak jakby odbieranie dzieła - życia - na poziomie dosłownym, powiedzmy umownie - realnym, było czymś gorszym i uwłaczającym humaniście] poziomu znaczeń, traktować byśmy je chcieli jako metaforę czegoś, a gdy już ją sformułujemy, to czujemy się cholernie dowartościowanymi humanistami; a na marginesie: zgadzam się z tą swoją znajomą, film ten można potraktować jako wielką metaforę właśnie metafizycznego zagubienia człowieka w ogołoconym z wartości świecie współczesnym i potwierdza to także forma tego filmu - właśnie ogołocona; i w ten sposób udowodniłem, że namiętnie ulegam humanistycznym pokusom). I tak, dzięki Dostojewskiemu i Antonioniemu poczułem się bezpiecznie na widowni; pytanie, czy bez nich byłoby równie miło?

Mogłoby chyba być, skoro na "Wiedźmie wojny" było. Akcja filmu rozgrywa się gdziekolwiek w sercu Afryki, którą kojarzymy z permanentnymi wojnami domowymi. Przeciętny człowiek żyjący w oddalonej od centrum wiosce prędzej czy później wciągany jest w wir beznadziejnego bestialstwa. I bardzo często są to dzieci: porywane, narkotyzowane, manipulowane i z karabinem w ręku odzwierciedlające Conradowskie lęki z "Jądra ciemności". I w tym wypadku to uogólnione streszczenie już może być przecież wystarczającym wyjaśnieniem istnienia tego filmu. Oczywiście, także na poziomie bez skojarzeń, mamy do czynienia z indywidualnym i wyjątkowym losem dwójki bohaterów, którzy próbują miłością uciec od Historii (ale tego już streszczać nie będę, zaznaczę jedynie, że ich losem - znowu na poziomie dosłownym - przejmujemy się i znowu wystarczy to, by umotywować istnienie tego filmu). Ale i tak zmora filologiczna wylezie ze mnie. Bohaterka (13 lat) zmuszona jest przez partyzantów do zabicia swoich rodziców (jeśli tego nie zrobi, to oni ją wyręczą, ale w zdecydowanie bardziej okrutny sposób). Trauma ta oraz spożywanie środków halucynogennych prowadzi do tego, że zaczyna widzieć w otaczającym ją świecie duchy (magii, rytuałów, czarów jest w tym filmie sporo i nie ma wątpliwości, że jest to ten poziom znaczeń najtrudniejszy dla nas do odczytania – ale dzięki obecności tego szamańskiego wymiaru atmosfera tej afrykańskiej rzeczywistości staje się Obca, a więc intrygująca i pociągająca filologa do interpretacji; niestety brak czasu i źródeł uniemożliwia mi to, nie mówiąc o tym, że w sytuacji festiwalu każdy film w mentalnym salonie przeznaczonym na refleksję jest gościem przelotnym). Odwiedzają Komonę także i rodzice z żalem i napomnieniem, ale chodzi im o to, że nie pochowała ich. No i z czym nam się to kojarzy? Filolog powie, że z „Antygoną” niepomny na to, że ten obowiązek wobec najbliższych obowiązuje chyba w każdej kulturze. Różnie pewnie bywa w tych kulturach z konsekwencjami wiążącymi się z niewypełnieniem tego obowiązku. W wypadku Komony mamy do czynienia ze specyficznym fatum (czy może przekleństwem, ale z czyjej strony? Rodziców?), które powoduje, że nieszczęście staje się jej wiernym towarzyszem. Ale ponieważ jest w ciąży, to dla dobra dziecka udaje się do swej rodzinnej wyludnionej wioski (wszyscy wymordowani), by dopełnić rytuału. I czy przywołanie „Antygony” ma sens? Na pewno nie jest konieczne, ale dla bywalca naszej kultury staje się dobrym drogowskazem, dzięki któremu zyskuje to, co lubi najbardziej, poczucie sensu. Tak u Sofoklesa jak i Nguyena mamy do czynienia ze swoistym przełomem: pomiędzy światem, którym rządzą bezwzględne zasady o charakterze metafizycznym a tym, w którym zaczynają być one bagatelizowane. Kreon dla racji politycznych zakazuje pochówku zdrajcy, partyzantom chyba w ogóle nie przyszło do głowy, że taka powinność istnieje (a na pewno zostali wychowani w świecie, w którym one obowiązywały) . 

W obydwu utworach racje metafizyczne mimo wszystko biorą górę. Oba dzieła powstały w świecie zanikającego poczucia transcendencji (tak, tak – Ateny w V w. przed Chrystusem w przekonaniu Sofoklesa stawały się coraz mniej religijne). Jaki wniosek może płynąć dla filologa, który nie potrafił się oprzeć pokusie i teraz musi jakoś uzasadnić swoje skojarzenia? Że w gruncie rzeczy już co najmniej od 2 500 lat żyjemy w świecie, w którym wydaje się zanikać poczucie transcendencji. I jest to wniosek i optymistyczny i pesymistyczny (i tego wątku już rozwijać nie będę, bo i tak już nieźle zabrnąłem). Ot i tyle z tego humanistycznego nomadyzmu obarczonego skazą skojarzeń (choćby tylko na poziomie licealnym) i poszukiwania znaczeń.