Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korzenie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 maja 2023

Przeciwko apostołom znaczeń


Mam kłopot z tym filmem (ostatnimi czasy coraz więcej tych aksjologicznych zatorów wylęgło się w mych wątpiach). .

Roving wooman r. M. Chmielewski

najczystszy typ filmu drogi pod patronatem W. Wendersa zrobiony

Kłopot mój polega chyba na tym, że ja, mimo wykształcenia, lat doświadczeń związanych z chłonięciem przeróżnych bardzo fenomenów estetycznych, pozostałem tam, gdzie pewnie moje miejsce, czyli w kulturowej ziemiance. Bo w przeciwieństwie do tych rasowych, do tych niemal od czasu wód płodowych zanurzonych w hodowli ekskluzywnej wrażliwości estetycznej, nie włącza mi się sygnał alarmowy w momencie zetknięcia z banałem i grafomanią. Często ślepym jest (i pewnie stąd to moje zastrzeżenie na samym początku pisania mego, tego bloga, że nie wstydzę się banału, bo po prostu go nie dostrzegam, a jak każdy grafoman - lubię pisać [wiem, wiem można pisać ale nie umieszczać tego w necie, ale czasy takie, że bardzo się chce]) i wolę milczeć, gdy co niektórzy z moich znajomych nader często, jeszcze w trakcie trwania spektaklu czy filmu, potrafią ze zniesmaczoną miną wyrokować "ale to jest do dupy" i wyliczają wtórności czy niedorozwoje (a nierzadko nawet nie wyliczają). Tak, nie hodowla koni pełnej krwi a osiołek z filmu Skolimowskiego, naiwny parias wrzucony do świata, którego nie rozumie coraz bardziej.

więc nie wiem, jak bardzo ten film wtórny i banalny

bo nie że slow - to akurat nie jest istotne, to nie jest dla mnie kryterium znaczące, a jeśli to na plus akurat, a jest to najbardziej typowe slow cienema

To, że film drogi najczęściej daje się czytać jako metafora życia, topos odwieczny, to akurat wiem, że banał. Ale przecież szkoda by była niepowetowana, gdyby twórcy uciekając przed zaszufladkowaniem nie powtarzali Homera.

Kilka przypadkowych zdarzeń, które trafiają się bohaterce, zdarzeń nie układających (zachowam jednak już dziś niepoprawną pisownię rozdzielną, bo ona logiczna bardziej w tym wypadku) się w jakąś sensowną konstrukcję - życie, w które wrzuceni jesteśmy pozbawieni kwalifikacji służących jego odczytaniu, a później zdarzające się samo, przypadkowo wyłaniające się z pustynnego pejzażu, nieintencjonalne i nieobliczalne sytuacje... to w tym wypadku metafora życia jak najbardziej mi bliska, aż po to zniknięcie całkowite za którymś z kolejnych wzgórz... bez imienia i znaczenia. Bliski już jestem tego, by taką wizję ludzkiego losu całkowicie zaakceptować. Wbrew wszelakiej maści apostołom znaczeń narzucanych nam często nawet siłą (nawet siłą kodeksu karnego).

dlatego też chciałbym (co już kilka razy podkreślałem), by to moje pisanie też za bardzo ku zamkniętym sensownym konstrukcjom nie ciążyło; dlatego, gdy recenzja za bardzo mi się wyłania, to umykam, często nieskutecznie, bo przez lat wiele, za wiele, poprawiałem tych, co w swym pisaniu zbłądzili na manowce

życie pozbawione jest znaczenia; potrzebujemy (chyba dla zdrowia psychicznego?), by kolejne jego epizody układały się jednak w choćby tymczasowy sens, ale czy jest to niezbędne, by poczuć radość z bycia (banał) , by się z nim sprzymierzyć?

Kolejne sytuacje, które zdarzają się Sarze, mogą wyprowadzać myślątka widzów na manowce. Gdy trafia do przydrożnego (na bezdrożach tej niemal pustynnej Ameryki, która, czy się chce czy nie, od razu się kojarzy z "Easy Rider") baru, gdy się zaczyna jednoznaczna rozmowa z jakże stereotypowym, można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że archetypicznym, nieco podstarzałym (kto jak kto, ale ja takich epitetów powinienem unikać, bom przecież już w wieku, w którym dosiadać kosiarki winienem i snuć prostą historię) klientem tego typu miejscówek, to w mej głowie niemal automatycznie zrodził się lęk, którego źródłem były doświadczenia m.in. Thelmy i Louisy. Gdy przyszło bohaterce nocować w opuszczonym motelu prowadzonym przez dziwacznego właściciela, to pojawiła się wątpliwość, czy czasem jej podróż nie skończy się pod prysznicem... ale o poranku radośnie wykąpała się w basenie. W głowie pozostało jednak przekonanie, czy też potwierdziło się to, co oczywiste - mogło się skończyć jak w "Psychozie", w każdej chwili może nastąpić to nieoczekiwane oczekiwane. Na tym polega uruchamianie pewnych skojarzeń w umyśle widza. To nie tylko filmofilska gra (jak ma to miejsce w bardzo wielu, a ostatnio choćby w "Peterze von Kancie" Ozona), czy reżyserska zabawa z oczekiwaniami, ale uruchomienie, bez przegadanych dookreśleń w oskarowym "Wszystko, wszędzie, naraz", różnych scenariuszy w głowie odbiorcy, które tak samo budują płaszczyznę zdarzeń jak to, co widzialne. Dobrze też wiemy, że, przynajmniej w filmie, zatrzymywanie się przy autostopowiczach, jest nader niebezpieczne... itd

Podoba mi się to nie-domknięcie. Odwiedzenie właściciela samochodu. Ta scena kojącego wieczoru. Harmonia dusz wymarzona i oczywiście banalna. Jakby bohaterka powróciła do Itaki. Tak mogłoby się skończyć. I żyli długo i szczęśliwie. Wiadomo, że nie (Odys też nie zdzierżył). W życiu nie ma domknięcia sensu. Śmierć, choć kończy narrację i prowokuje, jak twierdzi Nałkowska, do narzucenia sensu, nie jest sensotwórcza niezależnie od naszych wysiłków, które często uznajemy za udane i trafne, bo nie tylko kapłani są fałszywymi apostołami znaczeń, my także. Więc bohaterka po prostu znika za kolejnym wzgórzem.

z przyjemnością także przyglądałem się grze Leny Góry, mało jeszcze znanej; kilka aktorskich perełek, epizodzików, gdy jej twarz stawała się polem gry dla wielu niedostępnym


Jakimże hipokrytą musi być ten, kto od toposu skromności zaczyna, później neguje wszelkie sensotwórcze procesy, a następnie pisze tekst-mapę znaczeń bezceremonialnie tworząc terytorium. A na końcu umieszcza jeszcze wymuszoną autotematyczną puentę...


sobota, 19 czerwca 2021

Z perspektywy kanapowego dziadersa

 

Gdy półtora roku temu oglądałem Hejtera Komasy, uświadomiłem sobie bardzo mocno, jak już odklejam się od rzeczywistości, w której żyją ludzie młodzi. Cały szereg zjawisk, pojęć i mechanizmów charakterystycznych dla rzeczywistości internetowej, dla tego świata w sieci, który jest dla wielu bardziej naturalnym otoczeniem niż świat tak zwany realny (choć samo to pojęcie pewnie staje się niejednoznaczne), dla mnie w jakimś tam stopniu stał się środowiskiem obcym. Nie w pełni oczywiście, bo choćby bloga prowadzę (ale na jak podstawowym poziomie, w zasadzie tylko piszę, bez zdjątek, oprawy jakiejś tam graficznej, czy innych uatrakcyjniątek; blog do czytania, który tylko tym się różni od wynalazku Gutenberga, że na ekranie monitora [monitorka] do odczytania, a przypomnę, że to XV wiek był, czyli stopy me mentalne zanurzone w dość głębokim mule historycznym) i staram się coś niecoś skumać, ale odklejenie i tak coraz większe.

I teraz kolejny film, może nieco bardziej przystępny, jeśli chodzi o zanurzenie w przestrzeni netu, bo z kontekstu troszkę można, ale jednak musiałem sprawdzić w słowniku (oczywiście internetowym), kim jest influencerka (i nie tylko to). I już wiadomo, że o Sweat Magnusa van Horna chodzi. Problemy przedstawione w tym filmie chyba też łatwiej przenieść na płaszczyznę uniwersalną niż to, co w filmie Komasy przedstawione zostało (ale wymagałoby to jakiejś porównawczej analizy, rzucam to tak – intuicyjnie). Poza tym, mamy w obrazie van Horna świetną sekwencję urodzin u mamy, podczas oglądania której czułem się całkowicie swojsko, bo w niejednej takiej imprezce rodzinnej uczestniczyłem. W ciasnym bloku z czasów PRL-u. W mieszkaniu o charakterystycznym umeblowaniu. W którym, jeśli usiądzie tam wokół standardowego stołu dziewięć osób, to trudno już się przemieszczać.

I właśnie podczas oglądania tej sceny doświadczyłem specyficznego rozszczepienia mego doświadczenia. Bo ja w trakcie takich rodzinnych i nie tylko imprezek czułem się zawsze też nieswojo. Bo ja bardzo nierodzinny przede wszystkim jestem. A także i kształt takiej imprezki jakoś mi nigdy nie leżał. Czułem się jakby obok, udając, że jest wszystko dobrze, ale starając się jak najrzadziej w czymś takim uczestniczyć. Czy był to przejaw mojego poczucia wyższości? Być może. Ale trudno uciec od poczucia obcości, gdy ono już się zalęgnie. Niezależnie od jego przyczyn. No i oglądając tę scenę w filmie poczułem, że ja do żadnego z tych  światów nie należę. A przecież ta rodzinna impreza przywołana została w filmie jako swoiste przeciwstawienie do tej rzeczywistości, w której Sylwia Zając funkcjonuje na co dzień. Która jest mi już całkowicie obca. Nie tylko z powodu zasadniczego tematu filmu, czyli miejsca człowieka w rzeczywistości mediów społecznościowych, ale także jeśli chodzi o zasobność portfeli tych, którzy go kreują (znowu te moje resentymenty lewackie). Go i siebie, bo przecież między innymi ten film właśnie o tym jest. O tym, jak wykreowany w social mediach (uczę się, ja się ciągle uczę) wizerunek może nie przystawać do realnego samopoczucia celebrytki.

I tu gdzieś mi zaczynają się też problemy z tym filmem. Bo to przecież, na poziomie uniwersalnym oczywiście, problem nienowy, to oderwanie się naszej persony (i skojarzenie z Bergmanem, choć wydawać by się mogło, że od czapy, to jak najbardziej, bo u niego mamy rzeczywistą analizę kryzysu tego rodzaju) od tego, co gdzieś tam głębiej czujemy; od tego jak my czujemy, kim jesteśmy. Samotność, a w szczególności – samotność w sieci, także już opisane i pooglądane.

No i złapałem się na tym, że czepiam się, jak co niektórzy, z którymi nie za bardzo chcę się utożsamiać. Jak ci, którzy często jak litanię wymieniają, skąd twórca zaczerpnął, by udowodnić wtórność. Więc zaniecham…

Tym bardziej, że akurat jeśli o tę samotność bohaterki chodzi, to dotykamy tutaj czegoś, co chyba przez różnych widzów odbierane będzie diametralnie inaczej. I może to zależeć właśnie od wieku odbiorcy (ale nie na pewno). Bo ja Sylwii Zając nie wierzę. Albo inaczej – nie jest ona dla mnie tak wiarygodna jak choćby Magdalena Koleśnik, której wierzę absolutnie. Bo dla wielu odbiorców w bohaterce dokonała się, albo zaczęła się dokonywać jakaś istotna przemiana. Bo, choć niby popsuło jej to wizerunek medialny, ona o tych swych słabościach i na instastories i w TVN dzieli się nie ukrywając łez. Że taka słaba. I wierzę, że ona wierzy, że to jest prawdziwe. I wierzę, że jej followersi (no, no wzbogaca się mój język dziadersa) też wierzą. Więcej – wierzę a nawet jestem pewny, że jest samotna i jest jej z tym źle. Ale gdzieś tu jest ta cienka granica. To jej przekroczenie, to że podzieliła się w necie i telewizji, to jest jej terapia właśnie. Raczej nic więcej z tym problemem nie zrobi. To, że uczyniła ze swego bólu element wizerunku publicznego, nie znaczy, że poprawią się jej relacje międzyludzkie w realnym (dla mnie realnym) świecie. A może nawet (taka moja amatorska psychologia) ten ból będzie narastał, ale gdzieś tam głębiej, inaczej, by kiedyś eksplodować niczym właśnie tak jak w Personie Bergmana.

Oczywiście są kontrargumenty. Jak choćby zajęcie się pobitym stalkerem (jeszcze do niedawna ten wyraz łączyłem tylko z filmem Tarkowskiego, ech…). I tu nie mam pewności. I dobrze, że tak to Koleśnik zagrała, że ta niepewność we mnie. Na pewno wydarzenie to wpłynęło na stan jej psychiki podczas porannego programu telewizyjnego (dziadersem jestem a telewizora nie mam, więc także nie bardzo kojarzę konkretne programy telewizyjne i ich rangę; ale może właśnie dlatego nie mam, żem dziaders, młodzi niektórzy przecież namiętnie i dla wielu programów to jest target). To jest niewątpliwa zaleta tego filmu, przede wszystkim kreacji Magdaleny Koleśnik, że obserwatorami jesteśmy i choć nasza potrzeba voyeryzmu zaspokojona została w stopniu większym niż przeciętnego followersa, to skala wewnętrznej przemiany, jeśli takowa w ogóle miała miejsce, czy choćby to początek czegoś autentycznego, prawdziwego, jest dla widza niedostępna.

x

środa, 14 kwietnia 2021

O unicestwianiu Promyka Słońca

 

 

 

Pamiętam, gdy po letniej sesji na pierwszym roku, chcąc odreagować te wszystkie poważne lektury, sięgnąłem po wielu, bardzo wielu, latach po mocno zużyty egzemplarz pierwszego tomu Winnetou. Nawet sentyment, chroniony i skrywany w zakamarkach pamięci przez lata mit, pełna świadomość, że literacko to słabe i gotowość na konfrontację z tym faktem, nie ocaliła szlachetnego Apacza. Istotnym składnikiem mitu były jedne z ostatnich jego słów: „Dziś jest dobry dzień, żeby umrzeć”; słowa świadczące o tym, że konieczność stanięcia do walki mimo przeczuć związanych ze śmiercią, jest imperatywem, a odwaga oczywistością, te jego słowa powinienem był, jak i całą opowieść, pozostawić w tych zamierzchłych czasach, gdy pobrzmiewały one żywym echem, gdziesik tam w środeczku dziecięcej duszy, co do istnienia której jeszcze żadne wątpia się nie pojawiły. Powinienem był pozwolić umrzeć Winnetou i stopniowo acz z szacunkiem przyglądać się zamieraniu mitu. Zdystansować się, nie broniąc dostępu refleksji dotyczącej tego, ile wciąż z tego mitu we mnie.

Ale nie… zacząłem czytać… i wiadomo, porażka okrutna… Apacz poległ już w chwili, gdy pierwsze o nim wspomnienia w książce… jeśli dobrze pamiętam, to przy opisie jego niezwykłej fryzury.

Pożaliłem się podczas konsumpcji jakiegoś posesyjnego piwa i poradzono mi, bym spróbował Małego wielkiego człowieka Thomasa Bergera. Na szczęście nie oglądałem jeszcze wtedy filmu (reż. Arthur Penn, w roli głównej Dustin Hoffman), który dobry i wart, ale urok książki zdecydowanie bardziej (kiedyś może więcej, bo lektura rzeczywiście zasiliła żywotnymi sokami dogorywający mit).

Czejenowie skutecznie zastąpili Apaczów.

Pamiętam, że oglądając później ekranizację, czekałem przede wszystkim na jeden fragment, który podczas lektury szczególne wrażenie na mnie. Oczywiste, że to, co w wyobraźni, pewnie pod wpływem przeróżnych okoliczności towarzyszących momentowi lektury i w ogóle subiektywny klimat stymulowany przez słowa, zawsze przewyższać będzie konkretyzację ekranową, ale i tak lekki smutek po projekcji pozostał, bo ekranowa konkretyzacja już tego głębokiego żalu, który po uświadomieniu sobie, że jeśli nawet muśnie cię to, co tym jednym słowem o milionach desygnatów nazywamy, czyli szczęście, jeśli nawet – to przepaść potem otchłanna, więc obraz filmowy tego nie pozostawił. Zresztą, dzisiaj (bo właśnie sobie ten fragment po latach przypomniałem) lektura już też przez warstwy sceptycyzmu i zwątpienia, które wraz z doświadczeniem, nie jest w stanie przeniknąć do tego jądra mej wrażliwości, by tak jak dawno temu przeżyć tę banalną prawdę o naturze bycia.

Jack Crabb, Mały Wielki Człowiek, spędza bardzo rodzinną zimową noc w swoim tipi w obozie Czejenów. Spełnia swe obowiązki jako mąż i jako szwagier. Na prośbę żony, która w ciąży, odwiedza w łożu kolejne trzy siostry, bo one samotne i jest im źle. Czuje się w pełni Indianinem. Być może to kwestia mego młodego wieku wtedy, ale relacja narratora wprawiła mnie w niezwykle intymny, ciepły, spokojny nastrój. Gdy już uszczęśliwił wszystkie siostry, wyszedł na powietrze, a jego myśli jakże godne pozazdroszczenia, jak by się, chciało czuć to samo: „w tamtej chwili uważałem, że wszystko jest w jak największym porządku. Przeżywałem jeden z nielicznych momentów, kiedy czułem: wszystko jest tak, jak być powinno. Miałem wtedy mocne czary, to jest właściwe słowo. Wiedziałem, gdzie jest środek świata. Wspaniałe uczucie, kiedy czas krąży wkoło i ten, kto stoi w środku ma władzę nad wszystkim, co przybiera formę linii, kąta lub kwadratu”. Podchodzi do niego żona, Promyk Słońca, która w pobliskim lasku w tym czasie powiła mu syna. „Na ciemnym horyzoncie ukazała się płonąca złota kula”, wschód (który tak lubię celebrować, siedząc o świcie na balkonie), więc syn otrzymał imię Gwiazdy Porannej.

Ten sielankowy nastrój (niewolny od opisów między innymi bardzo nieapetycznych potraw, które w środku zimy zmuszony jest spożywać bohater, bo wbrew pozorom utwór ten też demitologizuje albo – mitologizuje inaczej) przerwany jest przez atak kawalerii Custera. Wyrwani ze snu Czejenowie, kobiety, starcy i dzieci, stają się celem ataku tego cywilizowanego sortu ludzkości (ale mamy także skojarzonko z Winnetou, bo w środku tej rzezi, siedzący w swym tipi wódz, Skóra Ze Starego Szałasu, mówi ze stoickim spokojem: „Jestem ślepy i nie mogę walczyć, ale nie będę też uciekał. Jeżeli to jest dzień mojej śmierci, to chcę umrzeć tutaj, w kręgu”).

Scena przypominająca to, co od tysiącleci wiadome, że najtrwalszą cechą ludzkiego losu, jest jego gotowość do nagłej i najmniej spodziewanej odmiany. Im bardziej umościsz swe bycie w kojącej bliskości drugiego, tym chłód późniejszy będzie bardziej bolesny.

Miejsce Promyka Słońca w każdej chwili może zająć Syn Porannej Gwiazdy, jak nazywano Armstronga Custera, rzeźnika Indian, amerykańskiego bohatera.

 

„Trzy dni później napadli na grupę pokojowo usposobionych Indian Tigua obozujących nad rzeką, wybijając ich do ostatniego” – to już relacja z podobnego zdarzenia, tyle że uczyniona z punku widzenia zbrodniarzy, czyli bohaterów Krwawego południka McCarthy’ego. Bo tak naprawdę opis tego bestialstwa wywołał u mnie skojarzenia, które przypomniały mi początek wakacji po pierwszym roku studiów.

„W rozrzedzonym świetle dnia nadciągnęli w stronę nędznych namiotów, sunąc z wiatrem południowym brzegiem rzeki, gdzie czuć było dym z ognisk. Kiedy zaszczekały pierwsze psy. Glanton dał ostrogę i wypadli zza drzew między suche zarośla, długie końskie szyje wyciągnięte w pyle łapczywie jak ogary w biegu, wierzchowce poganiane batami w stronę słońca, na którego tle widać było sylwetki kobiet wstających od swych robót, płaskie i sztywne przez moment, nim dotarła do nich prawda o realności tego piekielnego tętentu w tumanach kurzu. Stały oniemiałe i bose, ubrane w niewybieloną bawełnę tej krainy. Ściskały chochle, ściskały nagie dzieci. Po pierwszej salwie kilkanaście z nich skuliło się i osunęło na ziemię. Pozostałe rzuciły się do ucieczki, starcy wymachiwali rękoma, dzieci truchlały, mrugając w błyskach wystrzałów. Nadbiegło kilku młodych mężczyzn z napiętymi łukami, ale padli od kul, a jeźdźcy przetoczyli się przez osadę, tratując chaty z trawy i roztrzaskując czaszki mieszkańców”.

Czy muszę dodawać, że ta scena, niezależnie od szokujących znaczeń dosłownych, w mej głowie momentalnie stała się figurą literacką odzwierciedlającą istotę tak zwanego postępu. Że cierpnie mi skóra, gdy zdarzy mi się czytać uwagi co niektórych, a u nas w tej chwili coraz bardziej śmiałych, uznających się za najbardziej reprezentatywnych przedstawicieli cywilizacji, której przewag dopatrują się głównie w genach odziedziczonych (jak są święcie [i pojęcie świętości nie jest tu od rzeczy] przekonani, bo jestem przekonany, jak skrzętnie ukrywaliby wyniki badań genetycznych dotyczących ich pochodzenia, gdyby je zrobili w porządnym, niepodporządkowanym polskim politykom [bo wiemy już, że i na wyniki badań naukowych chcą mieć wpływ rządzący nam z woli boga] laboratorium; co i tak bez znaczenia przecież: kto, jakie i skąd geny ma...), a przede wszystkim w białej (cytat z serialu dokumentalnego Wytępić całe to bydło [tytuł oczywiście do "Jądra ciemności" nawiązuje]: „prosty wariant pigmentu przeobrażony w źródło władzy”; po obejrzeniu tego serialu mamy już całkowitą pewność, że obydwie wyżej przedstawione sytuacje [rzeź rdzennych mieszkańców wszędzie tam, gdzie Europejczyk dotrze], to typowa taktyka jankesów [a jankes to figura tych, co na ustach postęp mają]) rasie panów oraz w objętości bicepsa (ale powiększa się w tej grupie także tak zwane zaplecze teoretyczne, bo przecież nie powiem – inteligenckie; to są ci, którzy dostarczają pseudo-dowodów na uzasadnienie zbrodniczych zapędów i ci niekoniecznie spędzają czas na siłowni, oni mają swych pretorian). Tych, którzy z tęsknotą wypatrują sędziego Holdena, któremu już zaprzedali ciało i to, co zwie się czasami duszą.

Zbyt odległe skojarzenie? Mam nadzieję 😢

I dokąd mnie zawiodły te sentymentalne eskapady, od rzewnego wspomnienia, przez bolesne odczucie utraty, które cechą stałą bytu aż po marsze następców sędziego Holdena?

 

Cormac McCarthy Krwawy południk


wtorek, 13 kwietnia 2021

Winnetou na ziemi jałowej

 


 

Jest w Krwawym południku Cormaca McCarthy’ego taki opis; jeden z wielu:

„Byli to Apacze Chiricahua, w liczbie dwudziestu, dwudziestu pięciu. Choć słońce już wzeszło, panował chłód, mimo to byli półnadzy, ubrani tylko w przepaski biodrowe, buty i skórzane czapki z piórami, dzicy z epoki kamiennej, z wymalowanymi tajemniczymi symbolami, wysmarowani sadłem i cuchnący, farba na koniach wyblakła pod warstwą kurzu, dumne konie, buchały kłębami pary na zimnie. Uzbrojeni we włócznie i łuki, paru w muszkiety, wszyscy mieli długie czarne włosy i czarne beznamiętne oczy, które wlepiali w najemników, oceniając ich wyposażenie, białka zaczerwienione i matowe. […] Szakalim wojownikom przewodził niski mężczyzna w znalezionym meksykańskim stroju. Miał szpadę, a za rozdartą kolorową szarfą nosił kolta […]”

Należę do tego pokolenia, którego chłopięcy przedstawiciele po Dzieciach z Bullerbyn czy też Psie, który jeździł koleją sięgali po Tomka na wojennej ścieżce, by skończyć na wielokrotnej lekturze Winnetou (także pierwszy film obejrzany na wielkim ekranie). I przez ileś tam kolejnych dziecięcych lat to ludzkie pragnienie zaspokojenia bohaterskiego mitu znajdowało swe zaspokojenie w postaci dumnego, pięknego Apacza (i nie wiem, ile z tego mitu w nieświadmości mi pozostało).

Stąd ten opis (bo to Apacze, którzy wspomnienia dziecięce przywołali; przedstawiciele innych plemion bywają w książce charakteryzowani bardziej drastycznie; przytoczony opis, przyznaję, aż taki szczególny nie jest). Wiele takich w powieści McCarthy’ego. Indian obdartych z mitycznego nimbu  świata, w którym dobrzy i szlachetni przeciwstawiają się sprytnym i cynicznym. To, co wspólne, to bezwzględne dążenie do zawłaszczenia tego, co należało się tym, którzy nie znali prawa własności. Prawa będącego fundamentem współczesnego świata. Stanowiącego dziś zdecydowanie poważniej traktowane sacrum niż akt ofiarowania podczas nabożeństwa.

W Krwawym południku Indianie to dzikusy i nie wiemy, czy nawet J.J.Rousseau przypisałby im szlachetność. To ludzie pierwotni z epoki kamienia łupanego poddani eksterminacji z tej racji, że taka jest ludzka natura. Oczywiście często okrywają swe ciała częściami garderoby zdjętymi z trupów reprezentujących ten niby cywilizowany świat. Ale efekt odzwierciedla w wymiarze wizualnym groteskowość takiego melanżu.

Czasami warto scharakteryzować świat przedstawiony odwołując się do tego, czego w nim nie ma. O Indianach pojawiających się na stronicach powieści McCarthy’ego niewiele można, bo to nie z ich perspektywy prowadzona jest narracja. Ale to moje napomknienie o świętych prawach kapitalizmu, stojących w kontrze do systemu wartości tych dzikich i nieokrzesanych, wyłowiło z mych zakamarków pewien ślad tego, mitycznego właśnie, postrzegania tubylczych mieszkańców Ameryki. 

List wodza Seattle z 1852 roku do prezydenta USA:

„Prezydent w Waszyngtonie przesyła słowo, że pragnie kupić naszą ziemię. Ale jak można kupować albo sprzedawać niebo? Ziemię? Taka myśl jest nam obca. Skoro nie mamy na własność świeżości powietrza ani lśnień na wodzie, to jak moglibyśmy je kupić? Każda cząstka tej ziemi jest święta dla mojego ludu. Każda błyszcząca sosnowa igła, każdy piaszczysty brzeg, każdy kłąb mgły w mrocznym lesie, każda łąka, każdy brzęczący owad. Wszystko to, w pamięci i przeżyciu mojego ludu, jest święte” itd. (cytuję za Potęgą mitu Campbella). To fragment tylko, bo to ślad tego mitu, którego trudno szukać w Krwawym południku. Brak znaczący. Punkt widzenia narratora, człowieka białego, konkwistadora, odarty jest z mitycznych źródeł. Zdobywcy, władcy świata współczesnego, postrzegają świat niczym jałową ziemię. Narrator, nie tyle jest człowiekiem zlagrownym, jak u Borowskiego, co właśnie jałowym. I gdybyśmy chcieli zuniwersalizować przesłanie powieści McCarthy’ego, to musielibyśmy dojść do wniosku, że każde odwoływanie się do jakiegoś systemu wartości przez kapitalistycznych i politycznych konkwistadorów, dziedziców sędziego Holdena, przemawiających do nas z ekranów i nie tylko, to mydlenie oczu, sławetne opium dla mas.

Wiem, że Krwawy południk nie jest pierwszym utworem demitologizującym świat dzikiego zachodu. Na pewno należy do najradykalniejszych w swej wymowie. W moim wypadku tknął sentymentalnej struny, której drżenie, niezależnie od racjonalnego i bardzo (!!!) krytycznego dystansu do utworów kształtujących mityczne fundamenty mego stawania się, struny, która chyba wciąż gdzieś tam w gotowości do rezonowania.



Krwawy południk Cormac McCarthy 

piątek, 12 lutego 2021

O męskim wstydzie

 

 

Nigdy w tym swoim pisaniu nie reagowałem na artykuły czy wywiady, które na bieżąco gdzieś tam czytane. A ostatnio kilka tekstów mi się znalazło, które dotyczą tematu coraz bardziej, i to już od jakiegoś czasu, spędzają sen z powiek (podobno dosłownie bezsenności zaczyna problem być przyczyną) wielu facetom. I te frustracje nie dlatego, że się o nich pisze, czy mówi albo pokazuje na ekranie, ale wynikają one z tego, że to się dzieje naprawdę i wielu gości doświadczać tego zaczyna. Kryzys męskości…

czy też, co wiąże się z tym oczywiście – czym męskie jest dzisiaj, a co niemęskie i źródłem wstydu więc u niektórych i frustracji

genderowy temat, więc na pewno niemiły wielu a już na pewno w szkole i uczelni dziś zakazany

Nie wiem, jak do tego doszło, ale bardzo długo nie dostrzegałem, że żyję w świecie, w którym role męskie i żeńskie są dość jasno, żeby nie powiedzieć – kategorycznie, podzielone (kiepski byłem w obserwacji rzeczywistości, skoro widziałem, że dziadek, nie z powodu wieku, sam herbaty nie potrafi zrobić, bo w kuchni to tylko babcia a jednocześnie nie miałem wątpliwości, że jeśli ja mam ochotę się napić, to po prostu musze sobie zrobić). Chyba po raz pierwszy zwrócono mi na to uwagę, gdy prasowałem pieluchy (tak, tak, kiedyś się prasowało) moich dzieciaków i jeden z moich kuzynów, widząc to, najpierw się zdziwił, a później zirytował, że robię coś, co do obowiązków kobiety należy. Męskie i żeńskie role. Gender w pełni krasy swej. Ja, stojący z żelazkiem nad deską do prasowania, byłem niewątpliwe przeciwieństwem Jamesa Bonda, znanego wtedy przede wszystkim z jakichś mitycznych donosów przenikających przez żelazną kurtynę. Minęło kilka dziesięcioleci, a wciąż chyba jest coś na rzeczy, skoro tyle się mówi o kryzysie męskości, o kulturowo przypisanych rolach, o męskim wstydzie. Minęło kilka dziesięcioleci, a do mnie dopiero dotarło, że ja powinienem się wtedy nad tymi pieluchami mocno zawstydzić, tyle że nie za bardzo wiedziałem, o co temu mojemu kuzynowi chodzi. I z pewną satysfakcją konstatuję, że ten mój ówczesny brak wstydu był zapowiedzią tego, że kryzys męskości może mnie zlekceważyć, o co nie mam do niego najmniejszego żalu.

W tle rozważań dotyczących tego tematu, i tak jest w tekście Marty Górnej Bond król obciachu w Gazecie Wyborczej, często pojawia się oczywiście James Bond i jego pożałowania godne relacje z kobietami. Dla jednych niestety są one nadal źródłem skrytej bądź nie tęsknoty (lub wręcz modelu, który nadal, mimo że ewidentnie w innej epoce funkcjonujemy, w życie próbują wcielić… co gorsza z akceptacją co niektórych przedstawicielek płci przeciwnej), dla innych – źródłem wstydu, że bycie facetem narzucało kiedyś tego rodzaju wzorce (niby niedościgły dla przeciętniaka, ale gdy ten i ów wcielał go w życie, wychodził z tego towar czekoladopodobny [Hłasko w jednym z opowiadań opisał sposób poruszania się mężczyzn wychodzących z kina po obejrzeniu jednego z tak zwanych męskich filmów w czasach, gdy między innymi John Wayne uchodził za tego prawdziwego… wzorzec był uwewnętrzniany całkowicie nieświadomie, co oczywiście jest zupełni normalne, to wyzwalanie się z niego {nie tylko z tego związanego z męskością, ale z każdego, a te przecież dziś z każdego dostępnego ekranu do nas} wymaga świadomego ukierunkowania woli i często kończy się porażką]), niezależnie od tego, jak bardzo lubimy Seana Connery’ego (szczególnie, gdy chcielibyśmy się zestarzeć w jego stylu [nie mam na myśli oczywiście ostatnich miesięcy czy też lat jego życia, dramatyczne okoliczności choroby nie wpłyną przecież na to, jak go zapamiętamy]). Autorka tekstu w Wyborczej wylicza, co stawało się powodem do wstydu dla bohaterów filmowych ostatnich kilku dziesięcioleci: bycie prawiczkiem (to tych młodych oczywiście dotyczy), skłonność do wyrażania własnych uczuć (aktualne chyba, no ja mam tak nadal, to znaczy wystrzegam się), niechęć do użycia przemocy, także w czasie wojny (co z zarzutem dezercji automatycznie się łączy); oczywiście obecny bardzo (czy nadal? wydaje mi się, że nieco to się zmienia na szczęście) był strach, by nie być uznanym za geja. Prawdziwy mężczyzna zawsze był też w pełni odpowiedzialny za rodzinę (chyba powinienem się cieszyć, że autorka artykułu umieściła to jako przykład pewnego wzorca czy też stereotypu z czasów minionych). Ten antywzorzec pozwala się domyślić wzorca. Jest to niewątpliwie typ tajemniczego zdobywcy (także kobiet) często lubującego się w agresji; można dodać, że raczej nie zobaczymy, by sam sobie robił herbatę czy jajecznicę, a kobieta, która mu towarzyszy ma tyle wolności, na ile dozwala Bóg człowiekowi – niby ją ma, ale gdy coś zrobi nie tak, to czeka ją piekło (oczywiście tu na ziemi, w tak zwanym zaciszu domowym [stosunki patriarchalne nie wzięły się znikąd]).

W wywiadzie, który udziela Maciej Stuhr Kamili Kalińczuk na podkaście Wysokich Obcasów goszczącym w radiu TOK FM, pojawia się pytanie dotyczące tego właśnie – jak sobie radzić z kryzysem, gdy już nie może być facet zdobywcą, cóż mu pozostało. I jak słucham tej rozmowy, to znowu się dziwię, że rzeczy, o których mówi aktor, są tak oczywiste. Nie zarzucam oczywiście Stuhrowi banału, doświadczam jedynie swoistego dysonansu na myśl o tym, że większość reprezentantów mej płci jest tak fatalnie skonstruowana, że trzeba jej uświadamiać tyle spraw. Że nie jest problemem lepiej zarabiająca partnerka (i że jest właśnie partnerką), że zmywanie naczyń, to nie wstyd (i w ogóle bycie męską kurą domową… jak to dziwacznie brzmi, a przecież, gdy nazwiemy mężczyznę lubiącego prace kuchenne czy szerzej domowe, kogutem – to raczej z tym odchodzącym do lamusa [mam nadzieję] wzorcem bardziej się będzie kojarzyło… taki przyczynek do rozmowy na temat nazw żeńskich i męskich), że chlubienie się spektakularnym podrywem poczynionym po pijaku, podczas gdy żona siedzi w domu, to wstyd a nie kolejne trofeum zdobywcy. Na histerię, niezależnie czyją, reaguję alergicznie, więc tym bardziej, podobnie jak Stuhr, trudno mi zaakceptować histerycznego mężczyznę. To chyba z tego starego modelu pozostało. I odpowiedzialność. Ale to też przecież nie do płci przypisywać powinniśmy; więcej – tak obserwując otaczający mnie świat, dochodzę do wniosku, że jest to cecha charakteryzująca bardziej kobiety. I może to być, nieuświadamianym być może, źródłem frustracji facetów, ich kryzysu. Zwraca uwagę też Stuhr na to, że chyba mężczyźni bardziej przeżywają, gdy kobiety podważają ich pewność siebie. Powiedziałbym, że w sposób bardziej widoczny reagują, kobiety często nadal z pokorą to przyjmują, zwłaszcza, gdy kochają. Na koniec ostatnie zdziwienie - że czuły i ciepły mężczyzna może być kojarzony ze wstydem.

Marta Górna, autorka artykułu w Gazecie, wymienia jednym tchem strach facetów przed porażką i ośmieszeniem. Wiadomo, że te dwie rzeczy mogą się łączyć, ale przecież nie muszą (tym bardziej, że ośmieszenie jest ogólne bardziej i dotyczy przecież wszystkich źródeł wstydu). Wydaje mi się, że spora liczba porażek, które w życiu poniosłem, jakoś mnie na nie uodporniła, doprowadzając wręcz do dominującego w moim życiu nastawienia negatywnego, które prowadzi do tego, że przegranej przeważnie bardziej się spodziewam niż sukcesu. Nie dotyczy to jednak ośmieszenia, szczególnie jeśli związane ono jest z relacjami męsko-damskimi. Lęk przed ośmieszeniem prowadzi do tego, że bywam zazdrosny, boję się zdrady. Bo bycie zdradzonym automatycznie rzutuje na moje poczucie męskości niestety, zdrada to ośmieszenie partnera (partnerki). I oczywiście łączy się to z tym moim myśleniem negatywnym – nastawienie na porażkę staje się źródłem podejrzeń o zdradę, a tu jesteśmy już jeden krok od zazdrości. Mimo że mam pełną świadomość, jak to jest rujnujące uczucie (stan?), pozbawione jednocześnie najczęściej jakiegokolwiek racjonalnego czy też opartego na rzeczywistości uzasadnienia, to i tak te emocje, związane pewnie z niską samooceną (i całą masą pewnie innych przyczyn), biorą górę i doprowadzam, często nawet bez wyraźnej przyczyny, do sytuacji, po doświadczeniu których pozostaje tylko gnijący osad wstydu na tak zwanym duchu. I cóż z tego, że to Szekspir w dużym stopniu uczył mnie życia (bądź też jego utwory niczym Sokratejski położnik pozwalały ujrzeć światło dzienne myślom i przeczuciom, które jakoś już we mnie gdzieś) i w takich utworach jak Otello, Cymbelin czy Opowieść zimowa unaoczniał mi destrukcyjny i nieracjonalny charakter tego stanu. Demon przeważnie brał górę.

Wstydzę się śmieszności, co doprowadza do zazdrości i następnie się to kumuluje, bo zazdrości wstydzę się tym bardziej, uznając ją za żenującą bardzo. Taki paradoks, nad którym dumam czasami, gdy o życiu sobie swym marnym bez łez (bo niemęskie)… więc zazdrość, zdrada, śmieszność w szekspirowskim wydaniu niebawem J


x

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Antoniak i wołanie o pomoc



Podczas oglądania „Happy Endu” Hanekego miałem kłopotliwe poczucie bliskości z bohaterami, których tak lubi pokazywać na ekranie austriacki reżyser. Ten chłód, dystans, a przede wszystkim – podejrzenie o to, że z uczuć amputowani zostali. Specyficzne – to, co pewnie było przedmiotem krytycznego jednak oglądu mieszczańskiego wyalienowania ze świata ludzkich uczuć, przyczyniało się do tego, że chyba rozumiałem tych ludzi, bo sam taki jestem jak oni (poza poziomem ekonomicznym oczywiście – co jest zapewne w przekonaniu twórcy jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy; co jest pewnie prawdą, bo poczucie stabilności materialnej jest względne bardzo).
Przypomniałem sobie w trakcie oglądania inny film (a jest tego sortu [podkreśliło mi na czerwono wyraz ‘sort’ – czyżby to nie był jeszcze wyraz ze słownika powszechnej polszczyzny?] wiele i dlaczego ten akurat w tym momencie, to już pytanie do psychoanalityka), który wyzwolił we mnie podobne myślątka; film, w wypadku którego przyznanie się do bliskości z bohaterką chyba jest już czymś bardziej niż – kłopotliwym.
„Code Blue” Urszuli Antoniak
Opowieść o kobiecie, która wymościwszy się w swoje samotności, gdy już niemal niewidzialna się stała, czyniąc swe dobroczynne akty eutanazji, uległa pokusie przekroczenia, by się przekonać, że naraziła się tylko na ciosy bez możliwości dotknięcia nawet skrawka przyjemności. Albo że to właśnie przyjemność jest.
Przypomniałem sobie ten film nie tylko, by skonfrontować się po latach z Marian, lecz także by na „Między słowami” (ostatni film Antoniak) spojrzeć przychylniejszym okiem, bo jakoś mnie nie przekonał (jeszcze…bo dam mu szansę i ponownie pewnie niebawem).
To specyficzne jest uczucie, gdy oglądamy chłodne i sterylne wnętrza szpitala i mieszkania Marian i czujemy, że w takiej przestrzeni byśmy się czuli fatalnie, a jednocześnie znajduje ona oddźwięk w naszych duchowych zakamarkach. Dysonans niby jakiś. Ale może też rodzaj prawdy o człowieku. Ten kontrast pomiędzy tym, co mu się w środku zrobiło, a tym, co kreuje na zewnątrz. By wyrównać…
Ale co właściwie czyni tę Marian taki mi bliską? Przecież nie mam w sobie takiej potrzeby, by dokonywać nielegalnej eutanazji czyniąc z siebie swoistego Anioła Śmierci, który skraca cierpienie (u Hanekego jest to akt miłości przecież, bo dotyczy kogoś, z kim uczucie nas i był to swoisty heroizm, choć bardzo dyskutowany przecież. A i ten sadomasochizm  na końcu raczej jest mi obcy. A to chyba najważniejsze rzeczy, które w tym filmie charakteryzują sytuację bohaterki. Choć ten sadyzm, to jednak raczej nie był upragniony. Ta scena, nieprzyjemna bardzo przecież, była swoistą figurą sytuacji Marian w świecie. Dopóki izolowała się od świata, miała kontrolę. Ale nie jest to, niezależnie od tego, że samotność wydaje się być jej wyborem (i to lubię), sytuacja pozbawiona pragnień i lęków. Zanim doszło do spotkania z Konradem śledziliśmy kolejne etapy przełamywania przez Marian swej mizantropii. Widzieliśmy, że nie jest zupełnie pozbawiona pragnienia kontaktu; to tak nie działa – samotność, nawet ta z wyboru, nie musi być źródłem jakiegoś niesamowitego komfortu i szczęścia. Z filmu można by wyciągnąć wniosek, że jest to mniejsze zło. Wydaje się, że w tym świecie dobra to w ogóle nie ma; że ze świata uciec należy, gdy dyskomfort wynikający z cierpienia przerasta naszą zgodę na trwanie. Tak pewnie myśli Marian absolutyzując swoje postrzegania życia. A że jest to zbytnie uproszczenie, zobaczyła gdy pacjent, któremu chciała ulżyć i odesłać z tego świata, zaczął rozpaczliwe bronić swego prawa do życia. Może to był ten moment, kiedy postanowiła obniżyć poziom swej samokontroli i pozwolić sobie, tak jak radzi jej zresztą koleżanka z pracy, na wpuszczenie do swego świata drugiego człowieka, który mógłby stać się źródłem przyjemności. Postanowiła sprawdzić? Zaryzykowała… i skończyło się fatalnie. Bo wydaje mi się (interpretacje są różne), że poniosła porażkę; albo inaczej – teraz już wie, że nie dla niej jest ten rodzaj funkcjonowania w świecie. Wybiera życie – po uprzednim oczyszczeniu (te dwie ostatnie sceny: próba samobójcza i prysznic).
No i teraz pytanie: czy opowiedziana przez Antoniak historia odzwierciedla sytuację uniwersalną (przeważnie tak mam, że najpierw muszę sam sobie przedstawić film na poziomie dosłownym [i to chyba podstawowa funkcja tego bloga jest], dzięki tej mojej narracji wyłoniła mi się w głowie [sama? – no bo skąd, jakie zwoje mózgowe są za to odpowiedzialne, jak to swoją wolą wyzwolić?] metafora jakaś całościowa)?
Nie byłoby to nic nowego, ale zobrazowane zostało bardzo drastycznie. To, że mamy do wyboru samotność niemal całkowitą naznaczoną mizantropią albo narażanie się na ciosy, niekoniecznie tak perwersyjnie seksualne i okrutne jak filmie. A szczęścia nie ma w ogóle. Albo tylko takie szczęście. Wołanie o pomoc (kod niebieski) może być źródłem tylko upokorzenia.
Na obrazie Bruegla jest jednak inaczej: tam Mizantrop stoi tyłem do pięknego pejzażu, nie chce dostrzec urody życia, która jest..
No i co mnie łączy z Marian? Może i niewiele, ale rzeczy jednak ważne: chłód emocjonalny, wybór samotności, voyeryzm (o którym nie pisałem, ale on ważny… a te moje godziny w kinie, to co jest?), pewna skłonność do ascetyzmu (choć tu już może przesadziłem), postrzeganie życia jako swoistego źródła cierpienia, konieczność pogodzenia się z tylko taką możliwością szczęścia, które wydaje się możliwe, jakiś rodzaj mizantropii.
Niemało tego, ale ja jednak wciąż kocham źródło zaranne.
O spotkaniu można jednak różnie (pomyślałem sobie o filmie The Visitor Toma McCarthy'ego). 

Code Blue reż. Urszula Antoniak


piątek, 23 września 2016

O empatii w życiu i w kinie


 Na początku,  przez nawet ponad 20 min. byłem na 'nie'. Nie byłem nastawiony na polskiego snuja, którego akcja rozgrywa się w środowisku fryzjerskim i jeszcze dodatkowo dość długo nie wiadomo, dlaczego według reżysera, Grzegorza Zaricznego, historia dwóch dziewczyn, w dodatku fabularna a nie dokumentalna, choć konwencja jest na wskroś werystyczna, ma mnie zainteresować. Dokumentalna forma, a więc narracja nastawiona przede wszystkim na obserwację, zresztą kojarzącą się z klasycznymi filmami dokumentalnymi, choćby z "Wszystko się może zdarzyć" Marcela Łozińskiego z podchwyconymi obserwacjami rodzajowymi z podmiejskiego parku, spowodowała, że zacząłem się zastanawiać, czy gdyby obie dziewczyny uczące się z różnym powodzeniem zawodu, chciały swym losem mnie zainteresować w realu, to czy wykazałbym się wystarczającą ilością empatii, by je wysłuchać. Mimo że w pewnym momencie, choć było to już w drugiej połowie filmu, powiedziała coś, co pozwoliło mi ją lepiej zrozumieć (ale nie żeby się utożsamić, choć...): "nie będę uczyła się pleść warkoczy, bo i tak mi nie wyjdzie"... mam tak samo; pytanie, czy czasem częściowo nie z tych samych powodów...
Ale o empatii jeszcze... bo coś w tym jest... że bardziej często przejmujemy się losem ludzi na ekranie niż w rzeczywistości, nawet gdy historie są bardzo podobne... bo to film? bo jakoś tam emocjonalnie bezpieczni jesteśmy? że nie ryzykujemy zaangażowania? że nikt niczego od nas i po wyjściu z kina pointelektualizować ewentualnie i zadumać nad paskudztwami świata tego, ale broń boże jakoś zaangażować? Ale być może tylko o sobie piszę i obnażam po raz kolejny moje kalectwo.
Ania mieszka z ojcem (może powinienem coś opowiedzieć, bo nie mam pewności, jak bardzo ten film będzie obecny w kinach - na pewno będzie miał ciężko) i pierwszy sygnał ostrzegawczy pojawił się, gdy zapytał on córkę, czy lubi zupę pomidorową. Sztuczny tekst - pomyślałem, ale zaraz - a może od niedawna mieszkają razem, może w ogóle jakoś krótko i okazało się to prawdą (a mogło zrazić, że niby nieautentyczne, a to jednak w tej ascetycznej formie informacja jakaś była, która potem rozwinięta).
W gruncie rzeczy jest to opowieść o tym, jak prostej dziewczynie mocno nie wychodzi to uczenie się fryzjerstwa, gdyż w rodzinie nie za bardzo (choć u jej przyjaciółki także, ale tam wszyscy w komplecie i Kasia daje radę, a gdy jej potencjalny chłopak złodziejem się okazuje, to nie chce mieć z nim do czynienia – czyli co? ojciec pijak, ale w domu i matka mimo wszystko z nim to wszystko jest w porządku?), najprawdopodobniej, matka rozwiodła się już dawno temu z awanturującym się po pijaku ojcem Ani, a z półtora roku  przed rozpoczęciem akcji zaangażowała się w związek z nowym partnerem do tego stopnia, że przestała zauważać córkę, która w akcie buntu i pełna złości przeniosła się do ojca. Można taką historię różnie opowiedzieć; reżyser wybrał chyba formę najbardziej ryzykowną: obserwujemy Annę, gdy uczy się zawodu, gdy angażuje się w przyjaźń, gdy mieszka z ojcem - ale wchodzimy niejako w środek ich życia, nikt nie wyjaśnia, co było wcześniej (żadnej typowej ekspozycji) i jakie są przyczyny wszelakie; musimy się tego dość długo domyślać, więcej, jak już o tym na początku wspomniałem - bardzo długo nie wiemy, co jest tak naprawdę istotą tej opowieści (tym bardziej, że wątek Kasi jest także rozwijany równolegle i nie ma do pewnego momentu pewności, która z bohaterek jest na pierwszym planie; i mógłby to być zarzut, wielu osobom pewnie coś takiego nie będzie się podobało i uzna to za wadę scenariusza, ale mi to zaczęło się podobać). Wprawdzie w którymś momencie Ania kłócąc się z przyjaciółką przedstawia całą sytuację a później w rozmowie z matką pojawiają się kolejne szczegóły, ale reżyser poddał cierpliwość widza egzaminowi, którego zapewne niektórzy nie zdadzą...zresztą przyjaciółki między sobą robią coś podobnego - także nazywają pewne sytuacje egzaminami...tyle że na przyjaciół...i nie zawsze też go zdają.
Podobało mi się zakończenie (spoiler), gdy ojciec przytula rozwścieczoną córkę, która już i wcześniej nie przebierała w słowach, a tak w ogóle to często i irytowała, bo nie wiedzieliśmy, dlaczego ona tak, ale nawet gdy wiemy, jakie są przyczyny, to i tak przecież często irytacja, i gdy tak stoją na tym balkonie, to chciałoby się, by dzwonek zadzwonił, co oznaczałoby, że matka jednak…a pozostawieni zostaliśmy w zawieszeniu… (czyżby znowu błąd scenariusza? a mi się to podobało, to zawieszenie takie, bo to był chyba jakiś moment zrozumienia a może i, że szumnie to nazwę, jakieś katharsis dla Ani a to czy matka się przełamała czy nie wtórne powinno być – uwolnienie bohaterki powinno polegać na tym, że decyzja matki dla niej nieistotna już i może kiedyś i wtedy super, ale to nieważne jest albo być powinno).
Wyszedłem z kina, a to festiwal w Gdyni i trzy obejrzałem znowu i te wcześniejsze z punktu widzenia rangi pewnej bardziej winny się nadawać do pisania, a ja pomyślałem sobie, że to jakaś taka moja historia i nie będę się już na tyle obnażał, by bardziej do ojca czy też do Ani się przyznać…
ale skądś ten przytłaczający brak wiary we własne możliwości mam przecież


„Fale”, reż. G. Zariczny

sobota, 13 czerwca 2015

Tłumacząc się z antyklerykalizmu


Nigdy bym nie pomyślał, gdy młody jeszcze byłem, jak bardzo antykościelny się zrobię na starość. Młody, naiwny widziałem tylko patriotyczne oblicze kościoła. Szczególnie w stanie wojennym. Widzieć nie chciałem ówczesnego przecież już uwikłania jego w relacje z komuchami. To czas polskiego papieża był, kolejnych pielgrzymek, wypieków na twarzy, gdy słuchało się słów normalnie wycinanych przez cierpliwych cenzorów. O konserwatyzmie JP II pojęcia nie miałem,  wypowiedzi Wyszyńskiego wyklinające np. Grotowskiego niewiele mnie interesowały, a idolem moim ostatnich lat podstawówki był Kmicic broniący Częstochowy (prochy gen. Błasika na Jasnej Górze to kolejna pinezka do trumny mego związku z tą już deklaratywnie spolitykowaną instytucją). O pedofilii mowy nie było; a gdyby mi wtedy ktoś powiedział, że Watykan był mocno (ekonomicznie jak najbardziej) zaangażowany w przerzucanie na masową skalę zbrodniarzy wojennych do Ameryki Południowej, uznałbym to za szkalowanie szacownej instytucji kierowane przez komunistów w dodatku. A głoszenie czarnych wizji przyszłości w stylu takim, że może mieć miejsce coś takiego jak współodopowiedzialność za ludobójstwo w Rwandzie, potraktowałbym jako wytwór chorego umysłu nieźle przegrzanego.
I tak wymieniać by można z bólem serca.
Bo niezależnie od tego, jak histerie prostego ludu i arogancja arystokracji kościelnej wyrzucają mnie poza granice wspólnoty katolickiej czy w ogóle religijnej, to wychowany zostałem w przekonaniu, że poza tym oczywistym materialnym światem jest Coś; pozostało mi poczucie transcendencji (niknące coraz bardziej i odnoszące się już tylko do samego bytu Bytu)....
A dzisiaj...
oglądam sobie taki film "Agora" i to że chrześcijanie są w nim tymi złymi, nijak mnie nie rusza. We mgle dzieciństwa rozpłynęło się wzruszenie towarzyszące lekturze książki, w której opisane zostały heroiczne cierpienia wiernych zaspokajające potrzeby gawiedzi i ambicje artystyczne Nerona. Dzisiaj role się odwróciły i to dokładnie o 180 stopni: Neron paraduje w szatach biskupa (że nie wspomnę o tym naczelnym, który z pokorą iście chrześcijańską akceptuje lekceważenie go przez Cara) i z rozkoszą spogląda na rzeź niewiniątek.
"Morał ktoś może wyczyta", że religia zawsze przez polityków wykorzystywana była i jest jako narzędzie ułatwiające zdobycie władzy...ciągle jeszcze... choć kościół histeryzuje na temat zagrożeń niczym feudalni książęta dziwiący się, że chłopi chcą być wolni...
Ale Ammoniusowi przecież nie o władzę chodzi. On, niczym inni parabolanie, zajmuje się, poza godzinami, które poświęca na religijną agitację, niewdzięczną pracą związaną z opieką nad zakaźnie chorymi. To że jest szefem nawiedzonej bojówki chrześcijańskiej usprawiedliwiane jest przez niego głosem Boga, który słyszy nieustannie...do tego stopnia, że czasami prosi Stwórcę, by zwolnił, bo nie jest w stanie w takim tempie... słuchać....

Przywołany w filmie fragment 1 Listu do Tymoteusza powinien spodobać się feministkom (i taka pewnie była intencja twórców...filmu nie listu): "Kobieta niechaj się uczy w cichości z całym poddaniem się. Nauczać zaś kobiecie nie pozwalam [idąc za tą logiką dzisiejsze sfeminizowanie zawodu nauczyciela raczej nie świadczy o otwartości kościoła na aktywność intelektualną (ale pojechałem: potraktowałem bycie nauczycielem jako działalność intelektualną... ale prowokacyjnie pozostawiam to zdanie) kobiet, lecz o upadku funkcji nauczania: tak niewiele ono znaczy w katolickim i nie tylko społeczeństwie, że mogą się nim zajmować nawet kobiety] ani też przewodzić nad mężem, lecz chcę by trwała w cichości. Albowiem Adam zostałpierwszy ukształtowany, potem - Ewa. I nie Adam został zwiedziony, lecz zwiedziona kobieta popadła w przestępstwo. Zbawiona zaś zostanie przez rodzenie dzieci" (1 Tm 2; 11-14). Biblia tysiąclecia odsyła w tym miejscu do 1 Listu do Koryntian: "kobiety mają na tych zgromadzeniach milczeć; nie dozwala się bowiem mówić, lecz mają być poddane, jak to Prawo nakazuje. A jeśli pragną się czegoś nauczyć, niech zapytają w domu swoich mężów! Nie wypada bowiem kobiecie przemawiać na zgromadzeniu" (1 Kor 14; 34-35). A źródłem owych, trwających przecież do dziś przekonań, jest opowiastka o tym, jak Ewcia na owoc skusić się dała. Wiem, że banały plotę teraz, ale ten banał w głowach wielu tkwi nie jako zaszłość wynikająca z historycznych uwarunkowań, ale jako Prawda objawiona.
Jakkolwiek byśmy interpretowali słowa odnoszące się do kobiet kontekstem historycznym, co współczesna biblistyka uprawia, faktem pozostaje, że skutkiem tego rodzaju nauki jest mentalność współczesnego faceta w bardzo wielu miejscach świata (i nie wnikajmy, co skutkiem jest a co przyczyną; faktem pozostaje, że biblia na stulecia i więcej utrwaliła męską dominację w świecie do tego stopnia, że nadal od niektórych uczniów słyszę, że to przecież naturalne... znowu ten wytrych: naturalne!... bo facet potrafi przywalić? choć są i specjaliści od różnic w budowie mózgu przemawiających na korzyść penisa) i nawet jeżeli któregoś z nich szefową jest kobieta, to już problem może mieć z zaakceptowaniem lepiej zarabiającej żony. Itd
Itd......wiadomo, że w nieskończoność przykłady można by....

Ale tu o Hypatię chodzi i przełom IV i V wieku.
Mogłoby się wydawać, że ten film antychrześcijański jest, że zbyt prostacko rozkłada racje stron (myślę, że jeżeli jakiś twórca z XXII wieku w swoim dziele zacytuje uczciwie czyli dosłownie przemowy co niektórych współczesnych biskupów [nie mówiąc o niższych rangą, którym wolno w przeciwieństwie do kobiet dawno temu], to też pewnie przedstawiciele zamierających enklaw katolickich zarzucą mu agresywną manipulację i ahistoryczne traktowanie; a przecież te teksty już dzisiaj kompromitują ich autorów...wiem, wiem...tylko ludźmi są...ale o naśladowaniu Chrystusa dalej będzie); mogłoby się wydawać...
ale przeczytałem sobie opis śmierci Hypatii: wedle przekazów wyglądał zdecydowanie okrutniej niż zostało to ukazane w filmie i już w starożytności ten efekt populistycznej działalności biskupa Aleksandrii Cyryla (święty i doktor kościoła) był potępiany ( a trzeba pamiętać, że okoliczności jej śmierci znane nam są ze źródeł chrześcijańskich, więc raczej ze złagodzoną wersją mamy do czynienia)
(Sokrates Scholastyk: "ludzie porywczego usposobienia, którym przewodził lektor Piotr, umówiwszy się między sobą upatrzyli moment, kiedy owa niewiasta wracała skądś do domu, i wyrzuciwszy ją z lektykizawlekli pod kościół zwany Cezarejon; tu zdarłszy z niej szaty zabili ją odłamkami skorup. Następnie rozszarpawszy ciało na sztuki podnosili poszczególne części na miejsce zwane Kinaron i spalili w ogniu")
więc
gdyby twórcy filmu chcieli pojechać po moich antykościelnych bebechach, to zapewne wykorzystaliby te przekazy
bardziej subtelni się okazali niż mnisi nitryjscy, czarna gwardia Cyryla
Amenábar i spółka pozwolili, by były uczeń i niewolnik Hypatii, mógł odwdzięczyć się za otrzymane przebaczenie i pysznie naśladując Chrystusa okazać swe współczucie i grzeszną miłość i udusić ją zanim jego towarzysze w czarnych kapturach przystąpili do kamieniowania

No właśnie, kilka słów o naśladowaniu Chrystusa:
"Davus: Ammoniuszu, myślałeś kiedyś, że jesteśmy w błędzie?
Ammoniusz: Dlaczego?
D. Mnie wybaczono... a teraz ja nie potrafię wybaczać.
A. Wybaczać? Komu? Żydom?
D. Chrystus wybaczył im na krzyżu.
A. Jezus był Bogiem i tylko on mógł okazać taką łaskę.
Inny parabolanin: Jak śmiesz porównywać się do Boga?"
Tak sobie myślę, że wielu współczesnych nie tylko hierarchów także pychy jest pozbawiona, skromni są i w pokorze nie próbują nawet naśladować Jezusa.

Można by jeszcze o złudnej doskonałości koła co nieco
można by

Agora, reż. A. Amenábar

środa, 13 maja 2015

Przypisy Grzebałkowskiej

 
Gdy zacząłem czytać książkę Grzebałkowskiej „1945. Wojna i pokój”, pomyślałem, że to świetne przypisy do "Róży" czy dawnej bardzo " Prawa i pięści".
Filmy te, których świat przedstawiony fikcją przecież jest, mogą być dzięki Grzebałkowskiej zanurzone w sieci ludzkich wspomnień, do których zapewne też sięgał Smarzowski projektując swój film. Opowieści o Niemcach uciekających przez Zalew Wiślany przed zwycięzcami II wojny (i to nie myśmy nimi byli, że zaznaczę swoje zdanie w toczącym się ostatnio sporze, a już na pewno nie ja - z gdańskimi korzeniami sięgającymi Wolnego Miasta), opowieści o Polakach wprowadzających się do poniemieckich domostw (przypisy do Chwina oczywiście), opowieści o Rosjanach odbierających w naturze swój żołd od pokonanych kobiet, opowieści o szabrownikach buszujących wśród rozkładających się trupów bohaterów z powstania. Historie przechowywane w pamięci odchodzących już z tego świata świadków; świadków pielęgnujących w swej pamięci dokładnie sprzeczne wspomnienia, jak tych z Sanoka (oj , na burzę się zanosi przy okazji najnowszego filmu Smarzowskiego o Wołyniu, już doczekać się nie mogę… i filmu i burzy, bo jest ona moim zdaniem w końcu potrzebna po latach politycznej poprawności, która czasami niesmakiem zalatuje, gdy słyszy się o stosunku Ukraińców do sprawy polskiej).
Czasami mam wrażenie, że dla ludzi, których uczę, stan wojenny przysypany jest kurzem wieków tak grubym jak odległość czasowa do powstania listopadowego; niebawem będziemy żyli w świecie, w którym rzeczywiście nie będzie już świadków II wojny i już nie reporterzy ale tylko historycy i tylko i wyłącznie narracja subiektywna (uchodząca za obiektywną, w przeciwieństwie do tych subiektywnych narracji bohaterów książki Grzebałkowskiej i mojej mamy…ale swojemu stosunkowi do subiektywnych narracji historycznych już nieraz dawałem wyraz), dla której pożywką będą suche dokumenty. Więc dobrze, że są tacy, którzy poszukują żywych...
Mamy też w książce przypis do ustanowienia Narodowego Święta Zwycięstwa. Od dawna wiedziałem, że różne daty, 8 i 9 maja, związane są z późną godziną podpisania aktu kapitulacji i w Moskwie zrobił się już dzień następny (nie mówiąc o 7 maja w Reims). Nie znałem zaś przyczyn tak długich rokowań. Grzebałkowska twierdzi, że francuski generał Jean De Lattre de Tassigny dostał rozkaz, zgodnie z którym ma prawo zrobić wszystko, by pod traktatem widniał podpis Francji. Dostawał więc on spazmów, zademonstrował gesty niemal Rejtanowskie... co trwało i trwało tak długo, że w Moskwie aż się data zmieniła... ale, gdy zagroził, że się zabije - honor Francji został uratowany (jego raczej nie) i znaleźli się wśród zwycięzców. Na czym to polega, że my musimy ciągle udowadniać, iż wielbłądem nie jesteśmy, a politycy innych krajów potrafią skutecznie własne żenujące postawy przekuć w zwycięstwo. Pod aktem kapitulacji widnieją podpisy przedstawicieli państw, które się układały z Niemcami (Rosja), które kolaborowały na maxa (Francja), a my nawet w 1946 nie zostaliśmy zaproszeni przez moich ulubionych angoli na paradę zwycięstwa w Londynie. Stalina się bali. Już dawno doszedłem do wniosku sfrustrowanego Polaka, że po 39 roku upamiętnionych zostało w podręcznikach do historii zbyt wielu... że nasz panteon to niemal bezludna wyspa, że mężów stanów to na lekarstwo. Można powiedzieć, że to z demonem historii porażkę ponieśliśmy, ale to wytrych jest.
Taka to była dłuższa dygresja.
A Grzebałkowskiej po tej książce to do Rosji pewnie nie wpuszczą.
Szaber zawsze idzie w parze z wojną. Kmicic w Częstochowie rzucając na stół kosztowności, które ma zamiar dać Świętej Panience, dumnie podkreśla: " zdobyczne" i wtedy to się szabrem nie nazywało (to Pasek gdzieś wspomina o tym, że najbardziej chronioną rzeczą na polach bitew był juczny koń, który dźwigał to, co zdobyczne). Faktem jest, że on, jak i Rosjanie, wywalczyli sobie...gorzej z tymi, którzy na tyłach, niczym Matka Courage, się podłączają i korzystają z nieobecności lub słabości pokonanych.
Grzebałkowska przytacza dane: "W 1947 roku Rosjanie obliczą, że na oddanych Polsce ziemiach do 2 sierpnia 1945 roku zdemontowano urządzenia i materiały warte 235,5 mln dolarów. Wartość urządzeń i materiałów wywiezionych z Niemiec okupowanych przez wojska sowieckie oszacują na 79,1 mln dolarów". Proporcja jest jednoznaczna A to tylko dane dotyczące tego, co zgodnie z "prawem" zostało ukradzione ("wiecznie pijani żołnierze radzieccy szabrują też na własną rękę" - to już widzieliśmy w "Róży"). Rosjanie muszą być rzeczywiście pozbawionym głowy do interesu narodem (potężne uogólnienie, wiem): tyle nakradli, tak długo wykorzystywali niewolniczą pracę zesłańców, prawosławny Bóg pobłogosławił im w bogactwach naturalnych...toż oni powinni być tak bogaci (wszyscy a nie tylko oligarchowie), że Krym mogliby kupić a oni popełniają takie błędy jak sprzedaż Alaski.
I do tego brudasami są. Taka zniewaga wystarczy pewnie, by Grzebałkowska szlaban miała na wieczność na wjazd na ziemie świętej Rusi.
A i w Polsce w niektórych środowiskach łatwo nie będzie miała, bo nie jesteśmy w jej książce nieskazitelni...oj, nie... I choć podobno, bo nie czytałem, w porównaniu z książką "Wielka trwoga" Zaremby, książką, którą Grzebałkowska oczywiście przestudiowała, polskiego antysemityzmu nie ma u niej zbyt wiele, to wynotowałem sobie znaczący dla mnie bardzo fragmencik: "Musicie stąd iść - mówi im mężczyzna, u którego się ukrywali. - Jesteście wolni, będziecie się tu kręcili i nagle ludzie dowiedzą się, że trzymam Żydów. Ja nie mogę sobie na to pozwolić". Te słowa padły już po tak zwanym wyzwoleniu. Wypowiadający je nie odetchnął z ulgą i dumą nawet, bo Niemców już nie ma. On boi się sąsiadów. Wymowne bardzo...
Swego czasu czytałem książeczkę Stiga Dagermana "Niemiecka jesień". Też reportaż z 1945, tyle że pisany bez dystansu czasowego. Losy przeciętnych, zwyczajnych ludzi żyjących w ruinach, które pozostały po Rzeszy. Losy Niemców. I u Grzebałkowskiej ich pożałowania godne położenie jest przedmiotem opisu. Ludzka zdolność do empatii każe nam im współczuć, co najmniej...ale... prędzej czy później pojawia się myślątko, że to przecież nie my tę wojnę wywołaliśmy (nie mówiąc już o tym, komu kilka lat później wiodło się lepiej). I niezależnie od świadomości, że to politycy i ideolodzy pociągają za sznurki, to pozostaje pytanie o odpowiedzialność nawet tych kompletnie niezaangażowanych. Może warto o tym pamiętać, że niezależnie od tego, czy polityka nas interesuje czy nie, konsekwencje decyzji podejmowanych przez tych u góry i tak najbardziej poniosą ci na dole, niezależnie od tego jak po cichu byli na nie. Chyba nie wolno po cichu, bo później i tak znajdziemy się pośród tych co przez zamarznięty Zalew Wiślany się przedostają czy w odmętach lodowatego Bałtyku giną po storpedowaniu Gustlofa wraz z tymi, którzy radośnie świętowali zwycięstwa swoich chłopców na froncie i ochoczo kupowali polskich niewolników do pracy. A ostatnio też sobie przypomniałem „Blaszany bębenek" i obserwowałem, jak przeciętny zupełnie i zwyczajny gdańsko-niemiecki mieszczuch nasiąka na wiecach ideologią dającą mu poczucie wartości. Czy mam mu współczuć, gdy tej swojej bezmyślności ponosi później konsekwencje...
Zło jest banalne, jak powiedziała klasyczka (!), jego konsekwencje w postaci cierpienia już zdecydowanie nie.

Do polskiej tradycji, szczególnie dziewiętnastowiecznej (ale początki jej sięgają Galla Anonima), należy personifikowanie Polski, głównie w roli bolejącej mateczki (skojarzenia jak najbardziej wskazane). Uruchamiam więc teraz wyobraźnię, by właśnie w ten sposób, syntetyczny do bólu, zobaczyć Polskę w 1945 roku. I w głowie pojawia mi się postać rodem z horroru jakiegoś. Kobieta w nieokreślonym wieku z szaleństwem w oczach, niczym Karusia z "Romantyczności" błędnym wzrokiem poszukująca wokół nieżyjącego kochanka. Pogarbiona na wszystkie strony (jeśli to możliwe jest), z amputowanymi członkami, w które wdała się gangrena. A jednocześnie z poprzyszywanymi ruskimi polowymi nićmi częściami ciała znalezionymi gdzieś na pobojowisku, których 'właściciele' nadal snują się po zgliszczach. Śmierć z "Rozmowy Mistrza Polikarpa" ("chuda, blada, żółte lice łszczy się jako miednica; upadł ci jej koniec nosa, z oczu płynie krwawa rosa... nie było warg u jej gęby, poziewając skrżyta zęby, miece oczy zawracając") to przy niej miss mokrego podkoszulka; smród może tylko ten sam, ten odór płynący z jamy zwanej gębową. "Wspomnieniem dawnych bogactw żyjący ubogi"  - wizja Lechonia 
(a on to po I wojnie napisał i też o naszej diasporze i rozczłonkowaniu traktował) też pełna uroku jest w porównaniu z tą postacią atrakcyjnej całkiem niedawno kochanki, która z prędkością mocarstwowych umów przemieniła się w pogardzaną i niechcianą koślawą dziwkę, której imienia wstyd wymieniać na światowych salonach.
A ja, z korzeniami też w różne strony poskręcanymi,  w rozmaite gleby wrośniętymi, jakoś tam dumny jestem, że z tej żywcem zamurowanej w wieży Aldony wyrosła obecna jej postać.

Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i pokój