Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zazdrość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zazdrość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 marca 2022

Miłe złego początki

 

Rok temu podczas długotrwałego siedzenia w domu, sprowokowany ponowną lekturą Otella, która to poprowadziła me skojarzenia ku rozkminianiu przeróżnych mych  życiowych przypadków, popełniłem kilka wpisów dotyczących zazdrości i zdrady. Temat wydawał mi się nie do wyczerpania, co i rusz kolejne wątki mi się pojawiały... aż w naturalny sposób się urwały. 

Obejrzałem ostatnio 5x2. 5 scen z życia pewnej pary F. Ozona. Sprzed lat film. Polecany mi, gdyż często bez wielkiego entuzjazmu o filmach tego reżysera się wypowiadałem. Ten miał zmienić me nastawienie. Powiedzmy, że lekko zmodyfikował. Ale...

No właśnie. Gdy tak przyglądałem się kolejnym scenom z życia małżeńskiego (skojarzenie nieprzypadkowe, bo i Bergman i też serial najnowszy o tym tytule błąka mi się w tym kontekście po głowie) problem zdrady zaczął mi na pierwszy plan wychodzić i zacząłem się zastanawiać, czy ja tak zafiksowany jestem, czy też rzeczywiście wydaje się on być nadrzędny, żeby nie powiedzieć, że jej obecność w życiu bohaterów zdeterminowała ich los. 

(a jednocześnie znowu tyle tytułów, filmów aktualnych i staroci, przychodzi do głowy, że znowu pisanie kusi o tym banale; banale - bo dziś albo nie pisać wcale, albo o tym, co świat rozpierdala na wióry)

5 scen. Od finału ku początkom. Taki jest porządek narracji, dziś już nie nowatorski, bo też Ozon nie jest odkrywcą, chadza oswojonymi ścieżkami, w miarę bezpiecznie. Od rozwodu do letniego zauroczenia. Konsekwentnie, bez modernistycznych ścieżek ludzkiej pamięci gubiących chronologię, więc narracja czytelna ­- co już w tytule: 5 razy we dwoje. W jakim stopniu wiedza dotycząca tego, jak to życie pewnej pary się skończyło, ma wpływ na ogląd czterech epizodów poprzedzających rozstanie? Czy w sekwencji przedstawiającej wakacyjne początki romansu dostrzeglibyśmy pierwsze przejawy późniejszego rozkładu, gdybyśmy w porządku chronologicznym historię tę poznawali (choć chronologia jest, tyle że wsteczna, ale bez meandrów)? W jakim stopniu sami wpisujemy je, te nibyprzejawy, w ten letni obrazek typowej (czy niewinnej?) przygody, nadinterpretujemy skażeni pychą tych, co znając przyszłość, są skłonni w czymś z gruntu neutralnym dostrzegać pierwsze symptomy nieodwołalnego końca? Podobne wątpliwości pojawiają się podczas przyglądania się pozostałym trzem epizodom. I permanentnie trzeba samego siebie napominać, że to pułapka, że nazbyt łatwo z perspektywy znanej nam przyszłości interpretować przeszłość. Bo już nie ma innych, milionowych alternatywnych możliwych ścieżek, którymi mogły potoczyć się losy bohaterów. Zdarzenia, które się zdarzyły, porażają swą koniecznością. A jedynym argumentem za tą ich koniecznością jest tylko to, że się zdarzyły. Tylko czy aż?

Tak, zaczyna się od rozwodu. O tyle nietypowego w kontekście różnych filmów, które ostatnio (najważniejsze ostatnio to chyba Rozstanie i Historia małżeńska, ale to tylko przykłady spośród wielu). A po wizycie u notariusza hotel i pożegnalny seks (czy to jest typowe? nie doświadczyłem). W sumie od początku obecna jest zdrada, bo on jest przecież już z kimś innym. Ale seks staje się gwałtem, którego interpretacja zmienić się może podczas przyglądania się wcześniejszym (późniejszym z punktu widzenia narracji filmu) czterem epizodom z życia małżonków. Ale scena ta, niepokój Marion, gdy wpada do pokoju bojąc się, że Gilles popełnił samobójstwo, świadczy o wciąż istniejącej bliskości i jednocześnie o tym, że ci ludzie już nie mogą być razem. Bohater na koniec proponuje, by spróbowali jeszcze raz... pewnie nie po raz pierwszy z jego ust pada taka propozycja. Ona zamyka drzwi. Ale wcale nie mamy pewności, czy kiedyś jeszcze nie wróci. "To już naprawdę koniec, wszystko zostało zostało powiedziane" - w ilu związkach te słowa padają raz tylko i ostatecznie? a w ilu następuje kolejne bezsensowne otwarcie - "Spróbujmy jeszcze raz"?

Kluczowa jest rozmowa podczas części drugiej. Dotyczy ona właśnie wolności w związkach. Rozmowa jest swobodna. Wydaje się, że bohaterowie mają dość otwarty stosunek do zdrady (niczym Stomil z Tanga, do czego rok temu także się odwoływałem). Specyficzne, że to Marion, która podczas nocy poślubnej uległa przelotnej pokusie, wypowiada pochwałę wierności, podkreślając znaczenie wzajemnego zaufania i siły, której źródłem ma być właśnie nieuleganie przypadkowemu pożądaniu ( swoją drogą, gdy niewierność jest w pełni akceptowana przez obie strony związku [choć często może być tak, że jedna strona akceptuje to z konieczności, jak ma to chyba miejsce w wypadku brata Gilles'a, nie widząc innej możliwości bycia z ukochaną osobą] słowo zdrada chyba już jest nieadekwatne). Łzy płynące po policzkach bohaterki świadczą o tym, że sytuacja nie jest tak prosta. Ból jest. Przyzwolenie na skok w bok nie jest tak oczywiste. A ona ma wyrzuty sumienia (choć w tym momencie oglądania filmu, gdy jeszcze nie wiemy o jej zdradzie, można te łzy interpretować wielorako, choćby jako reakcję na wspomnienie udziału Gilles'a w orgii [zachęciła go do tego uczestnictwa, by uciszyć wyrzuty sumienia?]). W tej rozmowie pojawia się jeszcze problem, który też czasami muska me myślątka - co jest lepsze dla związku, całkowita szczerość, która może być źródłem bólu i dużej wyrozumiałości wymaga od partnerów, czy tez właśnie zaakceptowanie różnych kłamstewek, ściemniania, bez drążenia będącego źródłem kryzysów, zaakceptowanie z pełną świadomością, że tak jest, że nie musimy wszystkiego wiedzieć, najważniejsze, że wciąż jesteśmy razem (Drive My Car pokazuje, że to nie takie proste). 

Odległa od tego wątku, zdrady czy niewierności, wydaje się być scena porodu. Dwie rzeczy jednak wpisują się w ten skryty pod powierzchnią podtekst niepokoju wskazujący, że nie wszystko jest normalnie. Poród jest mocno przedwczesny. I jeśli teraz napiszę, że jest to jakieś symboliczne odzwierciedlenie sytuacji w związku, to tak jakbym stygmatyzował wszystkie przedwczesne porody. Które po prostu są i wynikają z czysto medycznych przyczyn. Lecz w tym kontekście, w filmie bywa inaczej, a gdy jeszcze dodamy postawę Gilles'a. Który nie przyjeżdża do szpitala. Odwleka moment wizyty. Spokojnie je obiad, pije kawę, medytuje w samochodzie a później tłumaczy się korkami. Nie chce konfrontacji. Jakby dziecko stanowiło jakieś symboliczne przypieczętowanie związku, którego być może nie chce (choć później oddany jest opiece nad synem). Ale może też on coś wie o zdradzie, która podczas nocy poślubnej? Może to wyraz jego niepewności co do ojcostwa? Może jednak przebudził się podczas nieobecności Marion w łożu poślubnym (to są wątpliwości, które pojawiają się w głowie dopiero po obejrzeniu następnych epizodów oczywiście)?

(można by osobny wpis o małżeństwie rodziców Marion, bo ono ciągle gdzieś tam w tle i warte uwagi)

Najbardziej, ale być może tylko dla mnie, wyrazista jest scena zdrady podczas ślubu, czy też podczas nocy poślubnej(!). W sekwencji czwartej. Marion wybiera się na nocny spacer, gdyż zasnąć nie może w przeciwieństwie do swego świeżo poślubionego męża, i spotyka nieznajomego. Obserwujemy scenę, w której jakoś dziwnie rozmyta jest granica między gwałtem a perwersyjną przyjemnością. Z jednej strony nachalna determinacja przypadkowego amerykańskiego turysty, z drugiej - dość słabe sygnalizowanie oporu, a wręcz przeciwnie - dopuszczanie do głosu namiętności rozbudzonych wcześniej przez męża, który niechlubnie pijany zasnął i nie zdołał ich zaspokoić. Rozsądek nazbyt słabo kazał jej się sprzeciwiać (odnosi się wręcz wrażenie, że Marion takiej formy męskiej dominacji oczekuje; zawsze mnie to zastanawia, bo scena ta skonstruowana jest jakby na przekór obecnym postawom, zgodnie z którymi "nie" oznacza "nie", opór oznacza opór, a nie jest zachętą; a odnosi się wrażenie, że Marion tego typu męskiej agresji oczekuje, co tłumaczyłoby scenę seksu po rozwodzie, jej formę - Gilles ją przymusza, bo być może jest to ich ulubiona forma zbliżenia; na początku filmu krytycznie nas to nastawia do bohatera, lecz być może to jest jeden z pierwszych sygnałów odnoszących się do niejednoznacznych relacji pomiędzy bohaterami) i pożądanie ją pochłonęło niezależnie od tego, jak bardzo by "nie chciała" (cudzysłów, bo cóż znaczy chcenie w takiej sytuacji, czego tak naprawdę "chciała" Marion w tym momencie?). I powrót o świcie do łóżka, w którym szczęśliwie mąż całkowicie odcięty w pijanym zaśnięciu, i jej gwałtowne przytulenie, powtarzane wyznanie miłości - wyrzuty sumienia po zdradzie. Nocne zaspokojenie namiętności w leśnym zagajniku nad wodą z przypadkowym nieznajomym, którego już nigdy nie spotka - zdrada idealna na zawsze tylko jej wiadoma (czy to skryte marzenia większej liczbie kobiet [mężczyzn też oczywiście, ale nasza patriarchalna kultura przyzwala im na bezczelne i niemal jawne odreagowywanie małżeńskiej nudy w objęciach kochanek] chcących w tak skryty sposób uciec od monotonii związku). Czy bez konsekwencji dla związku?

A poznali się (sekwencja piąta), czy też zbliżyli, bo znali się wcześniej, ale, jak to zwykle bywa, nie zwracali na siebie uwagi, oczywiście przypadkowo na wczasach, które ona samotnie, bo przyjaciółka zawiodła, a miała z nią do Afryki jechać, na coś bardziej wyzywającego niż pławienie się w słońcu w kurorcie, a on z Valerie - w planach z już przyszłą małżonką. Ona cztery miesiące po rozstaniu (cztery miesiące to dużo czy mało? czy wystarczy, by następny związek nie był obciążony grzechem rekompensaty po stracie?), a on coraz częściej zirytowany postępowaniem swej kobiety. Czy ten początek jest dwuznaczny? Czy jest już naznaczony piętnem przyszłego rozstania? Przecież bardzo rzadko bywa tak, że spotykają się dwie osoby całkowicie ale to całkowicie nieobciążone relacją z kimś innym, spotykają się, stopniowo poznają, zbliżają i postanawiają być razem... ależ to racjonalne, obce temu, co my, skażeni romantyzmem, zwykliśmy nazywać miłością.

A o tym, że w tym ostatnim epizodzie można dostrzec pierwsze symptomy rozkładu, pisałem na wstępie. Ta historia mogła potoczyć się inaczej. Chcę w to wierzyć.


François Ozon 5x2 Pięć razy we dwoje

środa, 28 lipca 2021

taka sobie chustka

 

 

Niebawem, za dni kilka, festiwal Szekspira wysławiający, więc powrócę na chwilę do wątku porzuconego kilka miesięcy temu.

Zazdrość, Otello, Jagon i ślepe, ciemne zaułki ludzkich namiętności, którymi, niby terapeutycznie, zaprzątnąłem swój umysł, by tym, co realnie obok i wewnątrz mnie, za bardzo się nie przejmować.

Ale tym razem szczegół jeden, rekwizyt, przedmiot w teatrze szczególnie znaczący (a przynajmniej chciałoby się, by taki był, by nic za bardzo przypadkowego).

taka sobie chustka

W intrydze wykoncypowanej przez Jaga pełni ona istotną, a może i najważniejszą, rolę. Przedmiot, który staje się przez moment głównym bohaterem dramatu. Znaczący rekwizyt. Często w teatrze i filmie, do tego stopnia, że bez strzelby Czechowa trudno sobie wyobrazić historię teatru. Są filmy, których fabuła wręcz zbudowana jest na wędrówce przez epoki takiego znaczącego przedmiotu (Purpurowe skrzypce). 

Taki podarowany żonie prezent, gdy znajdzie się w rękach domniemanego kochanka, jest jak najbardziej wiarygodnym potwierdzeniem zdrady (ilu się znajdzie takich, w głowach których nie pojawi się wątpliwość co do wierności partnerki [partnera] w takiej sytuacji? że wyrażą zdziwienie, zapytają bez podejrzeń zgoła żadnych?) . Wie o tym Jago i dlatego taką wagę przywiązuje do chustki. Ale to jest też ten moment, kiedy wątpliwość mi jakowaś po głowie i problem z tym, jak to dzisiaj wiarygodnie na scenie. To, że wpada ona w ręce Emilii prawie przez przypadek, można zrozumieć. Prędzej czy później mogło się to zdarzyć, skoro tak blisko towarzyszy życiu Desdemony. Ale już to, że tak bezrefleksyjnie podchodzi do prośby (nakazu) męża? Kompletny brak zainteresowania? Brak zazdrości, bo jest kobietą? Dla mnie jakoś mało wiarygodne (choć do monologu ostatniego Emilii chciałbym kiedyś wrócić, bo zacny i współczesny, może warto zestawić go z ostatnimi słowami wypowiadanymi przez Danutę Stenkę w roli złośliwej Kasi w przedstawieniu Warlikowskiego). Pewnie to pierwsze, to że żoną jest i winna bezrefleksyjne posłuszeństwo (przynajmniej do czasu). Niektórzy tak mają do dzisiaj i pewnie nie dziwią się tej scenie (ale o tym, że niektórzy faceci [no są i kobiety, które w tym kontekście kulturowym także zdecydowanie lepiej się czują niż w tej przestrzeni wywalczonej przez dziesiątki lat przez sufrażystki] w swych oczekiwaniach wobec kobiet anachronicznie patriarchalną kulturą skażeni to już było jakiś czas temu), w której żona bez żadnych zbędnych pytań wykonuje choćby najbardziej podejrzane polecenia męża.

Jak to dziś na scenie, by śmiechu nie wywołać?

Jak brzmieć mogą dziś ze sceny poniższe słowa, które rodem z baśni jakoweś:

„ Tę chustkę pewna Egipcjanka dała/ mej matce; była czarodziejką, mogła/ Nieomal czytać w myślach; powiedziała,/ Że póki będzie mieć ją, pozostanie/ Pełna uroku, a ojca mojego/ Uczyni sługą wiernym swej miłości;/ Lecz jeśli zgubi ją, lub odda komuś,/ Ojciec mój spojrzy na nią z obrzydzeniem/ I dusza jego zwróci się ku nowym/ Uciechom. Dała mi ją tuż przed śmiercią,/ Prosząc, bym – jeśli los ześle mi żonę - / Dał jej tę chustkę. Tak też uczyniłem,/ Więc strzeż jej, jakby była czymś najdroższym,/ Jak oka w głowie, bo jeśli ją zgubisz/ Lub oddasz komuś, byłaby to strata/ Nieporównana […]/ czar jest ukryty w osnowie./ Pewna wróżbiarka, licząca już dwieście/ Obiegów słońca, tkała ją w proroczym/ Natchnieniu; jedwab snuły gąsienice/ Święte; barwiono go wywarem z mumii,/ Który zebrano przemyślnie z dziewiczych/ Serc”?

Symbol?

Na pewno też. Ale mimo wszystko, nieźle oczarować trzeba widza, by takiego tekstu słuchał na widowni bez choćby śladu uśmieszku. Dalsza część sceny świetnie odzwierciedla manię, w którą popadł Otello, bo każdą próbę porozmawiania o czymś ważniejszym niż ów magiczny przedmiot przerywa nerwowo: „Chustka!”. Biedna Desdemona, biedne te kobiety, którym przychodzi z facetem w takim stanie gadać…

A może to ja zbytnio bagatelizuję wagę tej chusteczki, może w czasach Szekspira był to równie cenny podarunek jak dziś powiedzmy jakiś drogocenny jubilerski… no nawet nie wiem co, bo mnie stać nigdy nie było… Ale to już ta bransoleta z Cymbelina bardziej wiarygodna.

Poza tym nie raz nie dwa Szekspir do magii, szczególnie jeśli o miłość chodziło, się odwoływał. Jakoś nie czepiam się, gdy Puk czarownym płynem wpływa na uczucia bohaterów Snu nocy letniej… sam nie wiem, dlaczego akurat w wypadku tej chusteczki tak się czepiam. Pewnie dlatego, że przyglądając się tej przemianie Otella, temu fenomenowi zazdrości, dostrzegam tyle prawdy, potwierdzenia własnych doświadczeń, których wolałbym, by nie było, że odczuwam jako dysonans tę wróżbiarkę z Egiptu, która zbiera wywar z dziewiczych serc J

Może być też tak, że Szekspir wykorzystał w tym tekście tę bajkową konwencję, by uwypuklić absurdalność zazdrości. By pokazać, jak rodem ze świata fantazji są obsesje, do których ona prowadzi. Jak narratotwórczy jest to stan. By z tego nieco groteskowego rekwizytu uczynić coś mocnego, co jeszcze na temat zazdrości, to bym w tę stronę… jeśli oczywiście chcemy wciąż na gruncie realizmu, oczywiście psychologicznego. Że w głowie paranoika czarodziejki wszelakie i ich dary są bardziej wiarygodne niż żona.

 No jakoś staram się nie uśmiechać, potraktować z powagą. Z nadzieją, że gdy w przedmiocie posiadanym przez jakiegoś faceta, który w przyjaźni z kobietą bliską memu sercu, dostrzegę rzecz przypominającą (albo wręcz właśnie tę rzecz, bo zdarzają się przecież prezenty niepowtarzalne)  mój dla niej podarunek, to wspomnę na ten fragment Otella i  wtedy uśmiechnę się, a nie uwolnię potwora.

 

sobota, 22 maja 2021

Minjung jako mroczny przedmiot pożądania

 


No i trzecia z młodych Koreanek. Najbardziej niepokojąca i tajemnicza. Minjung z filmu Twoja i nie tylko twoja (r. Sang-soo Hong). Już tytuł wskazuje, że nie jest to kobieta z mojej bajki. Chyba…

W tym filmie gdzieś tam w centrum problemu jest alkohol, a konkretnie zamiłowanie do jego spożywania przez bohaterkę. To ciekawe, że we wszystkich trzech filmach, które z tego małego koreańskiego przeglądu wyłowiłem, mniej lub bardziej skłonność kobiet do delektowania się trunkami jest obecna. Bohaterki Naszego ciała „ćwiczą, by móc pić” soju, whisky dla Misu z Mikrosiedliska jest jedną z tych przyjemności, z których nie zrezygnuje nawet pod groźbą opuszczenia nazbyt drogiego lokum (i tak nędznej jakości), skłonność do popijania soju przez Minjung jest główną przyczyną rozstania, co, jak się okazało, stało się podstawowym mechanizmem napędzającym całą akcję. Czyżby Koreańczycy mieli z tym jakiś problem? A może to ja tylko postrzegam problem tam, gdzie go nie ma? wciąż spętany ograniczeniami niepozwalającymi cieszyć się prostymi przyjemnościami (hipokryzja oczywiście, bo przecież się cieszę wcale nierzadko)?

Opowieść Sang-soo Honga prowokuje odbiorcę do postawienia kilku niepokojących pytań, na które nie otrzyma odpowiedzi (można by powiedzieć, że już ta okoliczność odzwierciedla męskie spojrzenie na istotę kobiecości).

Jaka jest Minjung? Czy ma siostrę bliźniaczkę? Jeśli nie, to czy udaje, czy rzeczywiście nie pamięta kolejnych spotkań? Może to jakaś gra, zabawa? Może ma skłonność do permanentnej manipulacji, co dla niektórych jest oczywiste (dla mnie niekoniecznie)? Albo to wpływ alkoholu? A może są to zupełnie różne osoby, które omyłkowo przez mężczyzn są utożsamiane ze sobą? Czy traktować ją jako realną osobę (ewentualnie z jakimiś zaburzeniami), czy też może jako swoistą metaforę? Reżyser pozostawia nas bez odpowiedzi. My sobie poradzimy, ale Youngsoo (ten niezdecydowany mężczyzna, który prowokuje rozstanie, a później rozpaczliwe poszukuje swej tajemniczej partnerki) pozostaje z tym problemem i jest to całkiem kusząca sytuacja pozwalająca nam wyciągnąć pewne wnioski co do funkcjonowania związków.

Wielu rzeczy nigdy nie pojmiemy. Nie próbujmy zrozumieć wszystkiego – słowa bohaterki, gdy jeden z mężczyzn próbuje ją zidentyfikować.

Bo w filmie Sang-soo Honga jest tak jak u Buñuela w Mrocznym przedmiocie pożądania – można stracić pewność co do tożsamości kobiety, którą się kocha. Jest coś z surrealizmu w tej koreańskiej historii (może jest coś z surrealizmu w męskim spojrzeniu na kobietę?).

Jeśli jest to coś w rodzaju figury znaczącej, to co się za nią kryje? Odpowiedź może być bardzo prosta – mężczyźni spotykający Minjung, łącznie z jej partnerem, są przekonani, kim ona jest, są pewni, że mają o niej pełnię wiedzy. Każdorazowe zaprzeczanie przez nią oczywistym dla facetów faktom może służyć uświadomieniu im (nam), że nie znamy tej kobiety. Że nasza pewność, co do jej tożsamości, grzeszy pychą. Że być może chciałaby być poznawana (zdobywana? kokietowana?) ciągle od nowa. Być może kryje się za tym przekonanie, że atrakcyjność kobiety (czy mężczyzny też?) kruszeje w miarę trwania związku (czy choćby znajomości) i dlatego należy każde spotkanie traktować jako pierwsze (ja miewam odwrotnie – każde pożegnanie czasami odczuwam jako ostatnie, przeświadczony, że żegnana w drzwiach kobieta już nie wróci, co się niekiedy zdarza). Celebrować je radośnie i odkrywać partnerkę pozbywszy się przekonań ukształtowanych w nas wcześniej na jej temat. Pytanie, czy na pewno tego pragniemy, my i one? Przecież chcielibyśmy się poznać. Lecz może tego też dotyczy ta figura, skoro poznanie jest złudne, uznajmy, że się nie znamy; za każdym razem gotowi do odkryć.

 (czy taka odpowiedź jest rzeczywiście prosta?)

Rozumienie nie jest tak ważne, jak nam się wydaje – także słowa Minjung.

Zresztą ta sama niepewność towarzyszy odbiorcy, a także bohaterowi, i dotyczy realności  niektórych zdarzeń. Co i rusz przecież mamy do czynienia z wyobrażeniami Youngsoo związanymi z ponownym radosnym spotkaniem z Minjung i za każdym razem okazuje się, że są to pobożne życzenia skruszonego kochanka. I tak aż do ostatniej sceny, gdy rano okazuje się, że nikogo obok niego nie ma w łóżku. Przez chwilę odczytujemy tę scenę jako kolejne wyobrażenie zrodzone z tęsknoty, lecz po chwili kochanka pojawia się w pokoju. Ale czy na pewno? Może jeszcze długo los Youngsoo będzie utkany z pragnień wytrącających go z poczucia rzeczywistości i wyzwalających w nim wyrzuty sumienia, że dał się ponieść emocjom, że nie zaufał i żal po zawinionym przez niego rozstaniu rodzić będzie fantomy, których siła tęsknoty nie pozwala odróżnić od rzeczywistości.

Lecz dlaczego miał zaufać? Przecież widz także ma wątpliwości, czy bohaterka mówi prawdę, gdy jest rozliczana ze swego zamiłowania do soju. Choć może kluczowym zdaniem w tej niemal klasycznej kłótni (jej dramaturgia, z tym żenującym nakręcającym się facetem, który a to przeprasza a to wyzywa)  kochanków jest to: Jeśli w ogóle mi nie ufasz, jak możesz mnie kochać? (oczywiście przypomina mi się Otello). Tym bardziej, że o jej wizycie w barze to tylko każdy ze słyszenia, a teraz też przecież nie wiemy, co w tym barze piła przed powrotem do domu.

Na takiej niewiedzy też zbudowana jest narracja w tym filmie, wykorzystująca różnice, że odwołam się do języka fachowego, między fabułą (całość zdarzeń rekonstruowana w wyobraźni odbiorcy) a tak zwanym sjużetem (to co rzeczywiście pojawia się na ekranie). Różnica pomiędzy tymi dwoma pojęciami powoduje, że w tym filmie czasami łapałem się na niepewności, czy sąsiadujące ze sobą sceny tradycyjnie przez widza przez oczywisty domysł łączone w całość, rzeczywiście się ze sobą łączą, czy mają miejsce np. w tej samej przestrzeni. Ale są fragmenty zdecydowanie bardziej wystawiające wyobraźnię widza na swoisty egzamin  z punktu widzenia (poprawnego bądź nie) moralności dopełnienia - mamy choćby dwukrotnie do czynienia ze sceną, w której bohaterka, za każdym razem z innym mężczyzną, wychodzi z baru i znika z nim skręcając w uliczkę, co dalej – nie widzimy, możemy się domyślać, a i tak za każdym razem będzie to tylko przypuszczenie. A skoro tematyka filmu w pewnym sensie dotyczy tego, co Antonioni w tytule swego filmu nazwał identyfikacją kobiety, to możemy wyciągnąć wniosek, że koreański twórca  przeniósł tę klasyczną różnicę między fabułą i sjużetem na mechanizmy rządzące naszym codziennym postrzeganiem świata nas otaczającego a przede wszystkim kobiety, z którą jesteśmy. Mamy dostęp do sjużetu, fragmencików rzeczywistości, a odtwarzamy sobie w głowie całą fabułę. Co gorsza, zapominamy, że to tylko nasze wyobrażenie. Co prowadzi do wspomnianej już klasycznej kłótni, a kończy pokornymi przeprosinami i obietnicą poprawy. Do czasu…

Nasze nadzieje i lęki (z zazdrością włącznie) biorą się z tego, że mylimy sujet z fabułą. Nie w filmie lecz w życiu.

 

jak tu uwierzyć Minjung, nawet gdy Yougsoo zapewnia, że jest bardziej niewinna niż sobie wyobrażamy, jak bohaterka Mrocznego przedmiotu pożądania, jedna z

 

Trzy młode kobiety z Korei, oblicza młodości kuszące i niepokojące, poza zasięgiem wzroku i marzenia.

x

wtorek, 4 maja 2021

Jago reżyser

 

znowu Otello

Jago spędzający sen z powiek

Jago postrzegany jako reżyser, co powoduje, że imponuje i że mu jego być może umiejętności, nomen omen, zazdrościmy

 to sprawiło, iż co niektórzy dostrzegli w nim Prospera.

Warto, ku przestrodze, prześledzić, jak to Otello, który gotów „życie za wierność jej” oddać, przemienia się w bezwzględnego mordercę zadającego śmiertelny cios Desdemonie ze słowami „giń, kurwo” na ustach. Taka skromna fenomenologia zazdrości.

(niedawno serial Niewinny oglądałem, w którym bohater dokładnie na drugim biegunie w stosunku do Otella, bo choć od filmowego Jagona wszelkie dowody zdrady dostał na tacy, i choć żona nie była Desdemoną, to jego postępowanie powinno być dla nas , zakompleksionych facetów, wzorem; i o tym powinno się pisać a nie o dziełach jakiegoś stratfordczyka sprzed wieków)

Zawsze mam problem z tą relacją między Otellem i Jagonem. Z tym, jak to na scenie dziś, by rzeczywiście aktualne i wiarygodne było. Bo jednak cała ta sytuacja z bohaterem, który konstruuje tak zręcznie sieć zemsty, w którą Maur beznadziejnie się zaplątuje, wydaje mi się dziś już nie do pomyślenia. Ale może w za bardzo zwyczajnym świecie żyję, może gdzieś tam, w sferach poza mym zasięgiem, w realiach elit politycznych czy biznesowych jest to do wyobrażenia. I być może co niektórzy, np. z takich salonów Sukcesji (kolejny serial), mogliby się przejrzeć w takim literalnym odczytaniu dramatu.  

(bo jeśli nie jest to ciemna strona psyche, o której jeszcze coś tam będzie, spleciona z wątpliwości i podejrzliwości, to przynajmniej do pomyślenia i pokazania na scenie jest swoiste uosobienie jakiejś siły fatalnej mogącej doprowadzić do kresu nawet najszczęśliwszy związek)

Zaczyna Jago od przygotowania gruntu. Z jednej strony dąży do tego, by klimat wokół Maura nie był nazbyt pozytywny, by przynajmniej w umysłach co niektórych jakieś wątpliwości co do jego szlachetności się pojawiły (znamy to i z amerykańskich filmów, których akcja na sali sądowej a i z prasy politycznej, gdy brak argumentów zastępuje się sianiem wątpliwości wokół osoby, która na celowniku – taaa, współczesny Jago spokojnie w prasie mógłby, niekoniecznie bulwarowej, bo przecież dla Otella ma być w pełni wiarygodny). Z drugiej robi wszystko, by chwile, które Otello spędza z Desdemoną, straciły pogodną aurę. Informuje Brabantia o ucieczce jego córki (rzecz dzieje się w Wenecji, w której jakoś sytuacje takie chyba zaraźliwe, bo przecież i córka Shylocka z Kupca weneckiego opuściła ojca w podobnych okolicznościach), co w konsekwencji zakłóca spotkanie, a dokładniej, o czym jeszcze nikt nie wie, to noc poślubną (istnieją podejrzenia [dokładna lektura tekstu daje ku nim podstawy], że małżeństwo to nigdy nie zostało skonsumowane, co by wyjaśniało niektóre sytuacje). Takie lekkie wpłynięcie na psyche bohatera, by ukochana, czy też chwile z nią spędzone, były już w głowie skażone. Warto pamiętać o tym, że na nasze uczucia, a także na klimat wspomnień, ta swoista aura (na którą oczywiście nasze uczucia mają wpływ, ale też i okoliczności zewnętrzne, wystarczy Gombrowiczowski „palic” ze Ślubu, by w umyśle skazić obraz ukochanej) ma wpływ. I może się zdarzyć tak, że myśl biegnąca ku bliskiej osobie skażona będzie czymś, co tak naprawdę nie ma z nią nic wspólnego; a skażenie pozostaje. Jago przygotowuje pole do działania. Być może w jakimś stopniu grunt był już przygotowany, skoro okazał się podatny na sugestie – miłość odebrała Maurowi wolność i może on mieć niejakie poczucie utraty poprzedniego życia skoro mówi: „Nigdy bym mojej wolności bez granic/ Nie dał ogrodzić za wszystkie mórz skarby”. Gdy pojawią się pierwsze wątpliwości co do wierności Desdemony, łatwo o żal za utraconym życiem, pozbawionym tego rodzaju niepokojów. Pewną wątpliwość mógł zasiać też w sercu Otella Brabantio: „Mnie zwiodła, Maurze; przyglądaj się bacznie;/ Być może ciebie także zwodzić zacznie?”. W chwili więc, w której bohater pokłada całą ufność w swej młodej (to że dużo młodsza później także może wzmocnić obawy męża co do wierności) małżonce, można dopatrzeć się już kilku okoliczności ułatwiających późniejsze zasianie wątpliwości. I tak trzeba by tego Otella grać na scenie. Niełatwe to, by ukazać, że ten heroiczny monolit (może właśnie to bycie monolitem jest słabością?), zakochany po uszy w Desdemonie, ma szczeliny, które tym łacniej wykorzystać może Jago. Zresztą, tak być musi, bo przecież, gdyby te słowa: „życie za wierność jej” były w pełni prawdziwe, to Otello każdą wątpliwość rozstrzygałby w rozmowie z Desdemoną. I na tym zarabiają specjaliści od terapii rodzinnej (i nie jest to ironia, w tym wypadku rzeczywiście mogą wyprostować coś, co nasz wewnętrzny Jago próbuje skruszyć).

Kolejne kroki mają już związek ze sceptycyzmem poznawczym. 

To, co widzimy, świat jawiący nam się przed oczyma, można interpretować na wiele różnych sposobów, wiele zależy od tego, co już tam w naszej głowie się rodzi, która z interpretacji wpadnie we wcześniej przygotowane koleiny (i to jest jeden z najważniejszych, moim zdaniem, naszych życiowych problemów, to, że nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo te koleiny są ukryte w nieświadomości, jak bardzo to, co uznajemy za naszą, nazwijmy to nawet – chłodną, interpretację jest uwarunkowane czynnikami, o których nie mamy pojęcia, jak bardzo nasz mózg robi nas w konia i jeszcze pozostawia w nas pewność, że „nasze” myśli i wnioski, to są Nasze myśli i wnioski [niedawno w audycji radiowej jednej z dziennikarek powiedziało się, że zgadza się z tym, co sama powiedziała 5 minut wcześniej; delikatnie to obśmiano, potraktowano jako niezamierzony lapsus; a ja nie miałbym nic przeciwko temu, by jednak przyglądać się temu, co mówimy, dystansować się, a nie w pełni się utożsamiać z tym, co nam się powiedziało, by nie stać się mimowolnym bezwolnym kontynuatorem raz sformułowanej myśli; osobny wpis się już tego robi, to Gombrowiczowskie bardzo i wiem, że takie dystansowanie się, takie co i rusz werbalne budowanie siebie od nowa niemal, to prosta droga do szaleństwa {bo jak tu żyć, wątpiąc we wszystko?}, ale nie wolno zapominać, że słowa nas poprzedzają i nas kreują, a mózg {nasz?} robi wszystko, by pozostawić w nas poczucie, że to jest nasze Ja… cdn…może?])). I Jago jest od tego, by te koleiny jak najbardziej pasowały do tej jedynej możliwej interpretacji. Oczywiście istotne jest zaufanie do takiego doradcy i robi on wiele, by się uwiarygodnić. Przede wszystkim uchodzi (jest to kolejny dramat, w którym mamy do czynienia ze sztuką pozorów, w którą opakowany jest nasz świat) za dobrego przyjaciela Cassia, więc nikt, a szczególnie Otello, nie podejrzewa, że mógłby coś przeciwko niemu. Często fałszywie się zarzeka, że nie może nic powiedzieć, póki na sto procent nie będzie pewny i te niby zahamowania tym bardziej budzą ciekawość gubernatora Cypru.

Trochę podobnie jak w wypadku Hermiony (Opowieść zimowa) mamy tu do czynienia z fałszywą interpretacją gestów i czynów, które są świadectwem przyjaźni i niewinnego przywiązania, jako przejawów bardziej intymnych relacji. Ale w przeciwieństwie do Leontesa Otello potrzebuje Jagona, by dostrzec w nich grzeszną (?) namiętność łączącą Cassia i Desdemonę. To jest ten fragment strategii Jagona, który pewnie byłby (w pewnym sensie bywał) skuteczny i w odniesieniu do mnie. Gdy przyglądamy się takim sytuacjom z boku, wydają nam się zabawne i bez sensu, gdy facet ruga swą partnerkę, że nazbyt przychylnie uśmiechnęła się do innego, nie mówiąc już o jakiejś gorącej dyskusji, której zazdrosny chłopak czy też mąż przygląda się tylko. Banalne, a jak potrafi zburzyć spokój ducha i popsuć całkiem fajną imprezę. Nawet gdy Desdemona wstawia się za Cassiem, to sugestie Jagona nie są niezbędne (mimo że są obecne w sztuce, co pozwala jego postać psychologizować, ale o tym później, jak i o innych wątpliwościach, które szepcze on do ucha), bo może to budzić podejrzenia, gdy zaufanie jest już skutecznie podkopane. Reżyser był potrzebny, by do nocnej burdy i gniewu Otella na Cassia doprowadzić. To jest już jedno z tych działań, które w pełni są wykreowane przez Jagona. 

Kusi mnie, by o chustce, o tym jednym z najbardziej znanych rekwizytów teatralnych, jakoś osobno kilka słów. Istotne, że jest to od początku do końca intryga Jagona, który podrzucił, niczym skorumpowani policjanci w kryminale, obciążający dowód Cassiowi. Ilu z nas w momencie, gdy podarunek od nas dostrzegłoby w rękach, podejrzanego już w tej chwili o romans z naszą partnerkę gościa, przeprowadziłoby uczciwą rozmowę z nią właśnie? Szczególnie, gdy udział osób trzecich w jakiejś tam intrydze wydaje się nie do pomyślenia? Tym, których na to byłoby stać, zazdroszczę (!) serdecznie i to bez ironii. Tym bardziej, że Otello powinien pozostawić takie poczucie, że lepsze zaufanie mogące się łączyć z zarzutem naiwności niż podejrzliwość motywowana koniecznością dojścia do prawdy. Taaa… łatwo powiedzieć…

Dopełnieniem jest rozmowa Cassia z Jagonem podsłuchiwana przez Otella. Scena rodem z komedii omyłek i wykorzystywana w innych sztukach Szekspira. Doprowadzenie do tego, by to, co Cassio mówi o Biance, Otello odczytywał jako potwierdzenie zdrady Desdemony. Scenicznie może mało wiarygodne. Czy w życiu coś podobnego? Takie opaczne rozumienie słów, by obciążyć kogoś, komu ufać powinniśmy (chcielibyśmy)? Na pewno możliwe. Choć bardziej mi się kojarzy sytuacja odwrotna, gdy ktoś złapany na gorącym uczynku w akcie desperacji próbuje przekonać zdradzoną partnerkę (chyba częściej się to facetom zdarza) najbardziej żenującym z możliwych tekstem, że „to nie jest tak, jak to wygląda”…

Sporo musiał się nagimnastykować Jago, niczym w dobrym filmie, w którym wkręca się bohatera. Gdybyż to się jeszcze kończyło magii owej całkowitym zdemaskowaniem.



sobota, 27 marca 2021

Ciemność Jagona

 

No chce mi się ostatnio powracać do Otella. Więc jeszcze co nieco tu będzie. Takie cykliczne moje fascynacje. A dramat ten zawsze mnie swym zasadniczym tematem, czyli zazdrością, fascynował. Zresztą coraz częściej tak mam, że poszczególnym aspektom, problemom, wątkom, postaciom, obecnym w przywoływanych tu dziełach kolejno co jakiś czas przyglądać mi się chce, pisanie uskuteczniając. I powracać do już jakoś dotkniętych przeze mnie wcześniej.

Jak już jakiś czas temu pisałem coś tam, że Otello tym się różni od Zimowej opowieści, że poczwara zazdrości z pomocą, by takiego wymyślnego pojęcia użyć, metody majeutycznej na świat przychodzi, położny o imieniu Jago do jej narodzin się przyczynia. Jest to pewnie dość ryzykowna metafora, bo zakłada, że ona gdzieś tam w podziemnych korytarzach psyche Otella umościła sobie miejsce, zanim jeszcze Jago przystąpił do działania. Jest to niewykluczone. Czy w każdym z nas już zarodek jakowyś tego rodzaju się lęgnie, gdy cieplejsze uczucia do drugiego człowieka się rodzą – nie wiem. Dramat Szekspira pokazuje, że spotkany na drodze naszej Jago, potraktowany nazbyt lekkomyślnie, może swymi działaniami nawet najbardziej, wydawałoby się, czyste uczucie przewrócić na nice.

I dlatego warto tą postacią troszku, a ja nawet bardziej (bo na jednym wpisie pewnie się nie skończy), się zająć.

Według niektórych to on właśnie, Jago, jest głównym bohaterem Otella, taki negatywny pierwowzór Prospera. Teatralnego demiurga.

Kim jest?

Jago to ciemna otchłań ludzkiej psyche. I można powiedzieć, że bohater z lubością się po tej głębinie przechadza. Słowacki, wielbiciel Szekspira, kreując postać Szatana, który w szpitalu podcina gałąź sensu, na której usiłuje się utrzymać Kordian, zapewne w tyle czachy miał Jaga właśnie. Ciemność tej postaci staje się tym bardziej wyrazista, gdy uświadomimy sobie, z jaką radością realizuje swoje kolejne dramatyczne pomysły. To Mefistofeles z Fausta (tyle że radosny), którego obecność na scenie tak tłumaczy Pan: „Przesadna gnuśność razi mnie u ludzi,/ Bezwładu zaraz chcieliby, zacisza;/ Przydaję więc im chętnie towarzysza,/ Co jako diabeł działa, budzi, judzi”. Jago, wkraczając do akcji, mógłby też swe motywacje ubrać w słowa Baudelaire’a: „Gdy deszcz robi ze świata olbrzymi kryminał/ I kraty naśladuje gęstwa wodnych smug,/ I w mym mózgu swe lepkie sieci porozpinał/ Lud oślizgłych pająków – najwstrętniejszy wróg”. To Swidrygajłow zapatrzony w swą wizję wieczności: „A nuż zamiast tego wszystkiego […] jest tylko jedna izba, coś w rodzaju łaźni wiejskiej, zakopcona, z pająkami we wszystkich kątach, a nuż to właśnie jest wieczność. […] czasem wydaje mi się, że tak właśnie jest naprawdę”. Swidrygajłow popełniający samobójstwo w strugach deszczu. Jago przychodzi z krainy paryskiego i rosyjskiego spleenu. Radosna uciecha czynienia zła jest jego byciem. To ucieczka z wilgotnego pokoju pełnego pająków. Cóż może przeciwstawić mu prostolinijność Otella? Tu nie terapeuty potrzeba by, a egzorcysty. Gdyby on także nie występował na pustej scenie marionetek.

W. H. Auden twierdzi, że Jago „stanowi egzemplifikację idei acte gratuit”, że jego zło jest bezinteresowne, karmi się samym sobą. Przemawiać za taką interpretacją mogłaby satysfakcja, jaką czerpie on z efektów swego działania. Można jednak wśród jego wypowiedzi znaleźć takie, które wskazują jednak na przyczyny, i to bardzo ludzkie. „Służę mu by wszystko odpłacić” – chodzi o pominięcie go w awansie na namiestnika. Otello mianował Cassia. Poczucie krzywdy jakże zrozumiałe. H. Bloom nazwał to „ontologiczną degradacją”, której doświadczył od Otella. Poczucie utraty tożsamości prowadzi go do zemsty na Bogu, któremu wiernie służył. Skoro Otello nie docenił jego lojalności i oddania, to on swymi działaniami doprowadzi do degradacji tego Boga. A wykorzystuje w swym działaniu coś, o czym już niedawno pisałem i o czym ktoś dużo mądrzejszy ode mnie napisał: „Jago manipuluje Otellem, wykorzystując cechę, która łączy Maura z zazdrosnym Bogiem Żydów, chrześcijan i muzułmanów, czyli jego ledwie zamaskowaną wrażliwość na zdradę. Jahwe i Otello są tak podatni na zranienie, ponieważ zaryzykowali, obdarzając uczuciem kogoś poza sobą” (H. Bloom). Łączy się to z tym tematem, który warto by było podjąć w odniesieniu do Tronu we krwi Kurosawy, temat też mi bliski – bycie tym drugim, w cieniu, niedocenianym. Kurosawa dostrzegł ten problem w postaci Makbeta. Jago także, a może nawet bardziej,  znalazł się w sytuacji, w której  bardzo trzeba by poskromić własne ego, by nie uruchomić drzemiących w człowieku ciemnych sił reakcji. Jago na pewno nie należy do tych, którzy pokornie gotowi są do zajęcia wskazanego im miejsca („W nas samych leży, czy jesteśmy tacy, czy inni”), to wyznawca Woli.

Ale Jago w pewnym momencie wyznał: „ja także ją kocham”, mając Desdemonę na myśli oczywiście. Wprawdzie dodaje, że „bez wielkiej żądzy”, lecz trudno by było inaczej, skoro uważa, że żądza obudzona być może jedynie „za zgodą woli”. Aż dziw bierze, że ten übermensch doświadcza zazdrości jak każdy inny śmiertelnik: „myśl o tym szarpie/ Moje wnętrzności jak zgubny minerał/ I nic mej duszy ukoić nie zdoła”. Więcej – podejrzewa on Cassia, iż sypiał z jego żoną  („obawiam się bowiem,/ Że Cassio także sypiał w moim czepcu”) i dlatego podwójnie (bo i za ukradzione w jego przekonaniu namiestnictwo) na rękę mu jego wplątanie w plany zemsty.

Trudno więc uznać, że działania Jaga mają charakter czynu bezinteresownego na miarę Lafcadia z Lochów Watykanu A.Gide’a. Kreując tę postać na scenie można natomiast ukazać, jak rozsmakowuje się w swym dziele, jak z resentymentu zrodzone pragnienie zemsty staje się celem samym w sobie, niemal sztuką dla sztuki. Jago z żołnierza staje się artystą. Oczywiście takim, jak choćby Byron, czyniący ze zła przedmiot estetyczny. Z pokolenia tych, dla których tożsamość piękna, dobra i prawdy przestała mieć rację bytu.

 

cdn

wtorek, 23 lutego 2021

Syndrom Otella

 

To ciekawe, że syndrom, którego głównym przejawem jest paranoiczne podejrzewanie partnerki o zdradę, odwołuje się do Otella a nie do Leontesa z Opowieści zimowej. Związane to jest pewnie z większą popularnością sztuki o Maurze niż o władcy Sycylii, ale pewnie zdecydowało i to, że ta pierwsza w całości poświęcona jest fenomenowi zazdrości. Opis syndromu Otella swego czasu mocno mnie zaniepokoił - czytając jego charakterystykę czułem się niemal jak student psychologii, który w trakcie zdobywania wiedzy na temat kolejnych przypadków, mniej lub bardziej odbiegających od tak zwanej normy, ich objawy dostrzega u siebie. Dyskomfort mój tym bardziej się wzmocnił, gdy się okazało, że ów syndrom wymaga leczenia w postaci terapii, a ja niestety kompletnie, ale to na maxa, nie mam zaufania do terapeutów. Nie żebym negował stuletnie osiągnięcia psychologii w tej dziedzinie czy też skuteczność rozmowy choćby i na kozetce. Ja nie mam kompletnie zaufania do wiedzy przeciętnego absolwenta psychologii, który otwiera gabinet (a ci, którzy dyplomy zdobędą po tych wszystkich zdalnych egzaminach…. Ufff, boże strzeż ich pacjentów). Zresztą, nawet ci najbardziej znani, gdy publicznie się wypowiadają, to często głoszą sądy rodem z poradników  w stylu 10 kroków do osiągnięcia szczęścia i zadowolenia w życiu (ale o tym coś więcej wkrótce, bo ostatnio dyskusja publiczna na ten temat ma swój objaw, więc może z tego archiwum, gdzie zakurzone dzieła nieboszczyków cucę, wychynę na światło i tym, co teraz wokół, choć trochę). Więc muszę sobie żyć i zadręczać moje partnerki zespołem, który charakteryzuje się chorobliwą zazdrością, brakiem zaufania, lękiem utraty a dodatkowo, jak wskazują opisy i me doświadczenie, gdy podlane jest to alkoholem, staje się szczególnie nieznośne.

No ale dlaczego to Otello a nie Leontes? dlaczego syndrom Otella? Gdy porównamy te dwie historie, to bardziej pasuje mi jednak ten drugi. To on nagle, ni stąd ni zowąd zaczyna budować spójną wewnętrznie narrację, której bohaterką jest zdradzająca go Hermiona. Dzieje się to tylko i wyłącznie w jego głowie. Otello natomiast został zmanipulowany. I choć oczywiście powinien darzyć większym zaufaniem Desdemonę i nie odczytywać wszelkich jej zachowań zgodnie z intencjami Jaga, to jednak, wbrew pozorom, nie jest to takie proste. Pragnąc poznać prawdę, musi brać wszystkie możliwości pod uwagę, a gdy już poczwara podejrzeń zagnieździ się w jego mózgu, to wyparcie innych możliwości interpretacji świata jest już tylko kwestią czasu. Chyba że potraktujemy Jaga jako personifikację ciemnych aspektów psychiki Otella (wielu z taką interpretacją polemizuje). Tak zinterpretowana sztuka Szekspira opisywałaby jedną z możliwych potyczek człowieka z Jungowskim Cieniem. W tym wypadku oczywiście przegranej. Jednocześnie jednak, skoro walka z Cieniem stanowi istotny krok na drodze do integracji osobowości, można by zaryzykować twierdzenie, że dopuszczenie do wyobraźni obrazu zdrady partnerki (partnera) nie jest takie bezsensowne, że warto się zmierzyć i z tą poczwarą (i może o tym przynajmniej w części mówi Jago: „Szczęśliwy rogacz, co świadom swych rogów/ Wygnał przynajmniej z serca krzywdzicielkę [czyli zazdrość – to oczywiście mój przypisik]”). Musi jednak pozostać człowiekowi jakaś nić, która z labiryntu urojeń wyprowadzi go na zewnątrz. Chciałoby się powiedzieć, że jest to miłość, ale przecież nie jestem jedyny, który twierdzi, że jest to idea, którą karmi się film i literatura, ale tylko idea… (https://audycje.tokfm.pl/podcast/73483,Czy-milosc-istnieje-Przez-meandry-filozoficzne-przeprowadza-nas-prof-Zofia-Rosinska-powtorka) no więc ograniczmy się do wiary w lojalność tej (tego), kto cierpliwie czeka przy wyjściu z labiryntu. Bylebyśmy tylko nie zapędzili się w tym naśladowaniu Tezeusza i nie porzucili Ariadny przy pierwszej nadarzającej się okazji (choć ona z Dionizosem chyba taka nieszczęśliwa nie była, więc może, dla jej dobra, lepiej ją gdzieś na przyjaznej wyspie, śpiącą pozostawić… ale za daleko mnie już te dygresje dziś).

Syndrom Leontesa? Wiadomo, że lepiej brzmi Otello, ale to przecież kwestia przyzwyczajenia. No i to do Otella powracaćsię chce i chce i przypisy czynić co rusz nowe. Co niebawem i ja.

 


sobota, 20 lutego 2021

Narodziny poczwary

 


Zazdrość jest poczwarą, co się sama płodzi, sama wylęga

Otello

 

Przeważnie, gdy mowa o zazdrości (chwilowo monotematyczny będę) w kontekście Szekspira, to wymienia się Otella. Nie ma wątpliwości, że jest to ten dramat, który pozwala krok po kroku, prześledzić, jak lęgnie się w mózgu poczwara. I chcąc taką terapię poprzez wgląd w sytuację sceniczną postaci przeprowadzić na sobie, to na pewno ta sztuka stanowi świetne medium. Lecz nim to zrobię, przyglądając się działaniom Jagona przede wszystkim, kilka słów chciałem o Opowieści zimowej. Bo jest w tym dramacie scena fenomenalna jeśli chodzi o budzenie się w człowieku tego chorego postrzegania rzeczywistości zwanego monomanią (chyba, bo w sumie nie  wiem, czy paranoję związaną z zazdrością tak można nazwać… ale mi pasuje).

Nie chcę, co czasami sygnalizuję, by to moje pisanie ku jakiejkolwiek skodyfikowanej formie zmierzało, bo jest ono jednym z tych, co sobie a muzom (chciałoby się czasami poczuć ich obecność bardziej, ale jest jak jest) i wręcz lekki niepokój mnie ogarnia, gdy nazbyt składne i spójne, to co piszę (bo lubię bardzo, gdy wpis kształt myśli wyrwanej ze środka przybiera). Ale chciałoby się jakiś taki balans, by to pragnienie, które czasami mimo wszystko gdzieś tam, choć spychane coraz bardziej w głębokość, pragnienie zrozumienia lub choćby kontaktu zaspokoić. I wtedy np. kilka takich zdań wyłania mi się, które następny akapit tworzą, coś pomiędzy exordium a narratio.

Scena, o której troszku tu chciałem, na dworze władcy Sycylii ma miejsce. Uczestnikami są: jej władca – Leontes, jego żona – Hermiona i władca Czech, przyjaciel najlepszy tego pierwszego. Już dziewięć miesięcy (jak się okazuje, dziecko zazdrości, spłodzone pewnie w dniu przybycia znamienitego gościa [nie znał on wcześniej Hermiony, więc ten trójkąt od początku płodny być musiał i groźne potomstwo było do przewidzenia – przynajmniej René Girard {Szekspir. Teatr zazdrości} tak twierdzi], donoszone być musi w ludzkim czasie [w tym wypadku aborcja wskazana byłaby jak najbardziej]) Poliksenes bawi na Sycylii. Złe przeczucia wzywają go do domu. No właśnie – już na samym początku słowami „czy po naszym domu/ Nie hula mroźny wiatr, skręcony z naszych/ Najgorszych przeczuć” sygnalizuje on, co stanie się tematem sztuki. Tyle że intuicja go nieco zmyliła - nie o jego dom chodziło. Pytanie, czy w tej sztuce generalnie przeczucia, intuicyjne wyobrażenia, niepokojące, nie znajdujące odzwierciedlenia w rzeczywistości lęki, nie są podważane. Albo, wręcz przeciwnie, Poliksenes pragnie wyjechać, bo przeczuwa, jak destrukcyjne siły zalęgły się w nieświadomości jego przyjaciela. Projektuje te swoje przeczucia na troskę o ojczyznę, bo nigdy świadomy namysł nie umiejscowiłby ich źródła w głowie przyjaciela, w której nieświadomych zakamarkach przez dziewięć miesięcy rozwijał się płód demona zazdrości; płód, który za chwilę ujrzy światło dzienne.

Poliksenes postanawia wyjechać. Władca Sycylii bezskutecznie namawia swego ukochanego przyjaciela, by jeszcze wstrzymał się z odjazdem. Zirytowany milczeniem żony nakazuje jej, by wykorzystała swój kunszt perswazyjny i zatrzymała władcę Czech. Jej słowa (czegóż to one nie potrafią zdziałać w dramatach Szekspira, ale o tym innym razem) okazują się skuteczne. Ta sytuacja nie miała dobrego rozwiązania. Można sobie wyobrazić, jak na żonę przerzuciłby swą irytację Leontes, gdyby jej namowy nie okazały się skuteczne. Obciążyłby ją winą za to, że przez dziewięć miesięcy nie potrafiła na tyle zbliżyć się do jego ukochanego przyjaciela, by tenże odwzajemnił jej uczucia i uległ, pozostał jeszcze kilka dni. Przez te dziewięć miesięcy robił zapewne wszystko, by ta dwójka najbliższych mu osób zbliżyła się do siebie. Według teorii pragnienia mimetycznego (znowu René Girard) przez te miesiące miał miejsce swoisty proces, który mógłby świadczyć o tym, że miłość wymaga spojrzenia Drugiego. Taki złośliwy paradoks: jeśli Poliksenes spojrzy na Hermionę oczyma Leontesa, to miłość władcy Sycylii zostałaby usankcjonowana (wedle tej teorii władca Czech powinien był się zakochać w żonie swego przyjaciela, bo tak działa mimetyzm – uczucia Leontesa sprawiają, że Hermiona i w oczach Poliksenesa powinna zyskiwać, ale być może, być może nie stało się tak, bo istnieje coś, co łączy tych panów, coś więcej niż przyjaźń, coś, o czym nie wiedzą, czego nigdy nie dopuszczą do swej świadomości [wiem, robi się to nazbyt skomplikowane, ale skoro mamy do czynienia ze sceną, która dla wielu racjonalnych umysłów jest niezrozumiała, to jej rozświetlenie może być tylko mgliste {taki oksymoron pasujący mi do opisu tego niemożliwego dla mnie do opanowania demona zazdrości}]). No ale jeśliby to się stało, doszłoby do konfliktu mimetycznego, bo Hermiona jest tylko jedna. I to wejście w spojrzenie Leontesa przez Poliksenesa musiałoby się skończyć agresją i kryzysem. W pewnym sensie tak się stało… ale jedynie w głowie męża.

Konkluzja z tego zaciemnionego wywodu paradoksalna. Miłość wymaga spojrzenia Drugiego potwierdzającego nasz wybór (ostrzeżenie też takie – zastanowić się czasem warto, czy rodząca się w nas skłonność, nie ma czasem swego źródła w tym, że ktoś, kogo cenimy, przyjaciel [przyjaciółka w wypadku odwrotnej konfiguracji] może, obdarzył wprzódy swą uwagą osobę, którą nagle jak i on, zaczynamy czymś tam darzyć [dzieje się tak często, i u Szekspira też tak bywa, ale o tym też być może kiedyś], no więc dzieje się tak często, gdy obiekt wydaje się nieosiągalny, wtedy wspólne wspieranie się w jego adoracji nie rodzi konfliktu a wręcz przeciwnie; gorzej, gdy ten [ta] wcześniej nieosiągalny staje się dla jednej z osób jednak osiągalny… to co łączyło, dozgonnej nienawiści stanie się przyczyną). Niebezpieczeństwo takie, że gdy spojrzenie Drugiego zacznie zbytnio przypominać nasze, konflikt gotowy. A ponieważ poznając rzeczywistość, projektujemy na nią to, co już mamy w głowie (to jedynie, co potrafimy sobie wyobrazić), nie powinno dziwić, że Leontes patrząc z boku na dwie ukochane (chyba już w odniesieniu do tego bohatera nie powinienem mówić o miłości) przez siebie osoby odczytuje z ich zachowania to, co mieści się w jego stosunku do Hermiony.

Perswazja Hermiony okazała się skuteczna, Poliksenes zostaje. I nawet chwila nie minęła, a pojawiło się tremor cordis (podoba mi się to określenie na zazdrość, tak jakby Szekspir wskazywał, że w gruncie rzeczy [albo także] w fizjologii leży przyczyna zazdrości, że gdyby znaleźć sposób na drżenie mięśnia sercowego, to i z demonami byśmy sobie poradzili). Chwila mała a już Leontes zadaje sobie pytanie, czy Mamiliusz jest na pewno jego synem. Świetny i prawdziwy monolog będący świadectwem momentu, w którym potwór zazdrości wychodzi na światło (czy światło?) dnia. Teraz już Leontes nie dopuszcza do swej świadomości żadnej innej interpretacji rzeczywistości. Wszystko podporządkowane zostało paranoi. W tym upatruję fenomen Opowieści zimowej. Nie trzeba było żadnego Jagona. Przekroczenie nie było procesem, jak na przykład w wypadku Makbeta (w którego wypadku nie o zazdrość oczywiście chodzi, ale o szaleństwo władzy). Dla wielu to niezrozumiałe jest. Tak w jednej chwili zmienić sposób postrzegania rzeczywistości. Gdy w neutralnych zapewne (zapewne, bo mamy do czynienia tylko z punktem widzenia Leontesa) gestach bohater zaczyna dostrzegać symptomy zdrady: „jak oni teraz, ręce pieścić,/Palce szczypać, znacząco się uśmiechać,/ Jakby do lustra, dysząc”… Reszta nie jest milczeniem, to jest dopiero początek dramatu. Ale dla mnie ten moment jest znamienny. I choć w sposób nieco zagmatwany dochodziłem do możliwego, skrytego w nieświadomości, źródła tego szaleństwa, to wiem, aż zanadto wiem, że taki demon wyleźć potrafi rzeczywiście nagle, burząc swym spojrzeniem najbardziej harmonijne i zgodne relacje. Jestem też przekonany, że gdzieś tam w zakamarkach nieświadomości dałoby się odnaleźć przyczyny, ale niewątpliwie za każdym razem inne, bardziej osobiste.

Poliksenes w obliczu grożącej mu śmierci, bo w obliczu zazdrości z najlepszego przyjaciela momentalnie przekształcił się w najważniejszego wroga, musi po kryjomu uciekać z Sycylii, umiera Mamiliusz, córkę Perditę Leontes nakazuje porzucić w dziczy, Hermiona traci życie w więzieniu (a przynajmniej taka informacja dociera do władcy).

Dlaczego?

 

czwartek, 18 lutego 2021

Nie tylko Otello

 


 

Sporo na temat życia ja z literatury, dużo z Szekspira. Często przeglądam się niczym w lustrze, dostrzegając więcej niż bym od psychoterapeuty się dowiedział. Poza tym mam tę, chyba przywarę, że lubię sam wnikać, błądzić, rozjaśniać i mimo to po wielokroć tę samą głupotę czynić. Dziwną satysfakcję czuję, gdy w bohaterach dostrzegam wady czy zwichnięcia, które i mnie doskwierają utrudniając i mi, i tym, co ze mną. To nawet swoisty masochizm chyba, a pewnie i inna nazwa by się znalazła, gdy bawi mnie to przyglądanie się przejawom, które w ponurą zadumę powinny mnie wprawiać. Gdy patrzę, jak przez wadę jakąś mi bliską bohater koślawo snuje swą egzystencję. Tak jest z zazdrością, o której Szekspir między innymi kilkakrotnie. Zazdrością o zdradę, która bezpodstawna.

Na początek – najmniej znana sztuka z tych o facetach, którzy swą zazdrością niczym ostrzem noża po szkle związek spaczyli.

Jacek Fabisiak w swej interpretacji Cymbelina (w Czytanie Szekspira) zwraca uwagę na to, gdzie tkwi przyczyna tego, że tak łatwo ulegamy podszeptom o zdradzie partnerki. Iachim zwodzi Posthumusa niczym Jago Otella. Podstępem dostał się on do komnaty Imogeny, ukradł bransoletę a później, opisując jej komnatę i znamię na piersi, przekonał Posthumusa do wiarołomstwa ukochanej. Wcześniej Posthumus dał się namówić na zakład (czyli już w tym momencie przedmiotowo potraktował wybrankę niby serca swego), bo doświadczenie (jak to w wielu utworach) było źródłem całkowitej jego pewności co do wierności Imogeny. Rozłąka spowodowała, że był skłonny bardziej zawierzyć słowom Iachima niż temu, co doświadczał i widział  na własne oczy (czuł może?), gdy przebywał z ukochaną. I choć dowody Iachima były do zbicia, to jakoś prościej było mu uwierzyć, samemu w gruncie rzeczy w tym momencie zdradzając swą miłość. Bo problem zdrady to kwestia wiarygodności. A to oznacza kłopoty epistemologiczne. I ten sam Szekspir, który być może w Cymbelinie przekonuje nas do tego, byśmy bardziej ufali własnemu doświadczeniu (sercu?) niż cudzym słowom (szczególnie tym interesownym a Iachim przecież chciał wygrać zakład; o interesowności Jagona Otello nie mógł wiedzieć), w innych sztukach niejednokrotnie udowadnia, że to, co widzimy, czego wydaje nam się, że doświadczamy, niekoniecznie musi być prawdą. Taka prosta empiria wielokrotnie jest przez niego kwestionowana (wiem, wiem – zaufanie przede wszystkim…he he). Choćby w tych krótkich słowach Hamleta na temat Klaudiusza (a przecież cały ten dramat zbudowany jest na przekonaniu, że nic nie jest takie, jak nam się wydaje): „Kto się uśmiecha, też może być łotrem,/ Wiem w każdym razie, że tak bywa w Danii”. Zazdrość, przekonanie o zdradzie, czy też samo przypuszczenie, iż jest ona możliwa, rodzi się właśnie wtedy, gdy sceptycyzm poznawczy, tak przecież przydatny w konfrontacji z rzeczywistością, szczególnie dzisiaj, bierze górę nad doświadczeniem własnym, będącym źródłem zaufania.

Zazdrość zawsze związana jest ze sceptycyzmem poznawczym. Paradoksalnie, ten sam Szekspir, który przekonywał nas wielokrotnie, że świat jest teatrem, w Cymbelinie wydaje się nas pouczać, że  świat jest taki, jakim go postrzegamy i jest niezmienny. Że skoro raz poczuliśmy szczerość uczuć ze strony partnerki, to już tak będzie zawsze… jakby to nie on napisał Sen nocy letniej. Ale dramat (ten egzystencjalny) polega na tym, że można rzeczywiście trafić na wierność i lojalność ale sceptycznie do tego podchodzić, pogrążając się w zazdrości. Gdy ktoś jeszcze dostarczy dowody, dlaczegóż mamy nie wierzyć? Te dowody w rękach Iachima zresztą także znaczą tylko tyle, że są w rękach Iachima... nic poza tym. Dziwny ten Szekspir w tej sztuce. Jakby naprawdę przekonywał, żeby czytać literalnie, ani ździebka więcej. Jeśli ktoś do nas mierzy z pistoletu, oznacza to tylko, że trzyma skierowany w naszą stronę pistolet, nic poza tym. 

 

 


poniedziałek, 15 lutego 2021

Między imperatywem logicznym a boską zazdrością

 

Lubiłem w czasach słusznie minionych przytaczać na lekcji (jako punkt wyjścia do ewentualnej rozmowy) fragment z Tanga Mrożka, w którym Artur prowokuje ojca do ataku na Edka, sypiającego z żoną Stomila. Ten jest gotów do intelektualnej analizy sytuacji („Więc Eleonora mnie zdradza z Edkiem? A właściwie dlaczego to źle, że mnie Eleonora zdradza z Edkiem?”…), lecz nie po to, by udowodnić synowi bezsensowność zemsty, ale by zyskać imperatyw logiczny uzasadniający zemstę („Ja nawet bym chciał, żebyś mnie przekonał”). W dramacie Mrożka świat wypadł z kolein nawet na poziomie najbardziej podstawowych (w moim przekonaniu żenujących) emocji. Arturowi się wydaje, że jeżeli Stomil zabije Edka, to ta pierwotna forma zemsty rogacza przywróci automatycznie przynajmniej jedną z norm świata, do którego tęskni. A ja zazdroszczę (nomen omen) Stomilowi tego, że rozum nie tylko powstrzymuje go od tego krwawego czynu, ale wręcz całkowicie zabił w nim poczucie zazdrości („[…] przez rozum nie bardzo wiem, dlaczego miałbym to zrobić […] on nie puszcza”). Racjonalny aspekt mojej psyche jest w zasadzie z tego Stomilowego świata, w którym nie bardzo znajduję uzasadnienie dla zazdrości, nawet wtedy, gdy są dla niej realne powody, gdy kobieta z którą się jest, prześpi się z kimś innym… (w ostatnio czytanej przeze mnie książce, Sprzedawczyku P. Beatty’ego,  taki fragmencik obrazujący ten miniwątek: Polot i Marpessa są małżeństwem, Drops jej przyjacielem z dzieciństwa – „Marpessa weszła mu w słowo./ – Chciałam ci tylko powiedzieć, że rucham się z Dropsem./ Nie zważając na kolce, Polot wcisnął do ust resztkę ananasa, ze skórką i wszystkim, mlaszcząc i zlizując ostatnie krople soku. Kiedy owoc był już suchy jak bielejąca się na pustyni kość, Polot podszedł do mnie, postukał mnie [czyli Dropsa]  po klacie lufą Lulu Belle i powiedział:/ - Kurwa, gdybym co rano mógł dostawać takiego ananasa, to też bym się ruchał z tym czarnuchem”. Reakcja Polota [męża oczywiście] godna Stomila…)

ale co z tego, że mój rozum taki wolnomyślicielski, skoro emocje potrafią się karmić byle błahostką, by dać upust atawistycznym impulsom i doprowadzić do oskarżania partnerki w procesie mającym więcej wspólnego z inkwizycją niż z chęcią dojścia do prawdy

Źródłem zazdrości, jak wspomniałem, mogłoby być kruche ego, niska samoocena, lęk przed porzuceniem, nadmierne uzależnienie. Ale skoro tak, to jak powinniśmy oceniać biblijnego boga (z nazwaniem zazdrości „atawistycznymi impulsami”, jak ja to wcześniej zrobiłem, byłby tu kłopot), który właśnie tym poniżającym uczuciem motywuje jedno z przykazań: „Nie wolno ci mieć innych bogów przed Moim obliczem. […] Nie wolno ci oddać im pokłonów i nie wolno im służyć, ponieważ Ja Jahwe, Bóg twój, Bóg gorliwie zazdrosny nakładam wykroczenie ojców, którzy mnie nienawidzą, na synów aż do trzeciego  czy do czwartego pokolenia”  (korzystam z książeczki B. Górki „Biblia i cywilizacja Boga”). Ta jego (on by chciał, by pisać wielką literą – Jego) gorliwa zazdrość jest o tyle uzasadniona, że w czasach formowania Dekalogu (czy też pradekalogu) nie przeczono istnieniu innych bogów i czy to była monolatria, czy też henoteizm, to jak najbardziej istniała konkurencja i lęk przed porzuceniem był w pełni uzasadniony, o czym świadczą sceny mające miejsce wśród uchodźców z Egiptu w czasie, gdy Mojżesz sprzymierzał się z Jahwe na górze Synaj.

Można by z powyższego wysnuć wniosek, że zazdrość jest cechą boską i nie tylko się jej nie wstydzić, lecz wręcz uznawać ją za konstytutywny element pierwiastka boskiego w człowieku (ciekawe jak bardzo gdzieś tam w głębi, w zakamarkach naszej psyche, skryte jest towarzyszące zakochaniu marzenie o istnieniu monoteizmu, by konkurencja zniknęła z powierzchni ziemi; bądź co bądź temu biblijnemu się udało do tego doprowadzić, pozbył się skutecznie wydawałoby się konkurencji… może to jest sposób, by wyleczyć się z zazdrości, terapia taka – doprowadzić do tego, by nasza partnerka przestała wierzyć w realność istnienia innych przedstawicieli rodzaju męskiego). Kuszące to bardzo. Takie dowartościowanie własnej słabości. Tak jak wiedza na temat obsesyjnej wręcz zazdrości niektórych wielkich tego świata. Jak choćby Bergmana. Przez chwilę można się otulić w takie pocieszenie. Lecz niestety nie przestaje ono być przez to żenujące.

A to wstęp tylko, bo ja o Szekspirze chciałem ☺….

 

piątek, 12 lutego 2021

O męskim wstydzie

 

 

Nigdy w tym swoim pisaniu nie reagowałem na artykuły czy wywiady, które na bieżąco gdzieś tam czytane. A ostatnio kilka tekstów mi się znalazło, które dotyczą tematu coraz bardziej, i to już od jakiegoś czasu, spędzają sen z powiek (podobno dosłownie bezsenności zaczyna problem być przyczyną) wielu facetom. I te frustracje nie dlatego, że się o nich pisze, czy mówi albo pokazuje na ekranie, ale wynikają one z tego, że to się dzieje naprawdę i wielu gości doświadczać tego zaczyna. Kryzys męskości…

czy też, co wiąże się z tym oczywiście – czym męskie jest dzisiaj, a co niemęskie i źródłem wstydu więc u niektórych i frustracji

genderowy temat, więc na pewno niemiły wielu a już na pewno w szkole i uczelni dziś zakazany

Nie wiem, jak do tego doszło, ale bardzo długo nie dostrzegałem, że żyję w świecie, w którym role męskie i żeńskie są dość jasno, żeby nie powiedzieć – kategorycznie, podzielone (kiepski byłem w obserwacji rzeczywistości, skoro widziałem, że dziadek, nie z powodu wieku, sam herbaty nie potrafi zrobić, bo w kuchni to tylko babcia a jednocześnie nie miałem wątpliwości, że jeśli ja mam ochotę się napić, to po prostu musze sobie zrobić). Chyba po raz pierwszy zwrócono mi na to uwagę, gdy prasowałem pieluchy (tak, tak, kiedyś się prasowało) moich dzieciaków i jeden z moich kuzynów, widząc to, najpierw się zdziwił, a później zirytował, że robię coś, co do obowiązków kobiety należy. Męskie i żeńskie role. Gender w pełni krasy swej. Ja, stojący z żelazkiem nad deską do prasowania, byłem niewątpliwe przeciwieństwem Jamesa Bonda, znanego wtedy przede wszystkim z jakichś mitycznych donosów przenikających przez żelazną kurtynę. Minęło kilka dziesięcioleci, a wciąż chyba jest coś na rzeczy, skoro tyle się mówi o kryzysie męskości, o kulturowo przypisanych rolach, o męskim wstydzie. Minęło kilka dziesięcioleci, a do mnie dopiero dotarło, że ja powinienem się wtedy nad tymi pieluchami mocno zawstydzić, tyle że nie za bardzo wiedziałem, o co temu mojemu kuzynowi chodzi. I z pewną satysfakcją konstatuję, że ten mój ówczesny brak wstydu był zapowiedzią tego, że kryzys męskości może mnie zlekceważyć, o co nie mam do niego najmniejszego żalu.

W tle rozważań dotyczących tego tematu, i tak jest w tekście Marty Górnej Bond król obciachu w Gazecie Wyborczej, często pojawia się oczywiście James Bond i jego pożałowania godne relacje z kobietami. Dla jednych niestety są one nadal źródłem skrytej bądź nie tęsknoty (lub wręcz modelu, który nadal, mimo że ewidentnie w innej epoce funkcjonujemy, w życie próbują wcielić… co gorsza z akceptacją co niektórych przedstawicielek płci przeciwnej), dla innych – źródłem wstydu, że bycie facetem narzucało kiedyś tego rodzaju wzorce (niby niedościgły dla przeciętniaka, ale gdy ten i ów wcielał go w życie, wychodził z tego towar czekoladopodobny [Hłasko w jednym z opowiadań opisał sposób poruszania się mężczyzn wychodzących z kina po obejrzeniu jednego z tak zwanych męskich filmów w czasach, gdy między innymi John Wayne uchodził za tego prawdziwego… wzorzec był uwewnętrzniany całkowicie nieświadomie, co oczywiście jest zupełni normalne, to wyzwalanie się z niego {nie tylko z tego związanego z męskością, ale z każdego, a te przecież dziś z każdego dostępnego ekranu do nas} wymaga świadomego ukierunkowania woli i często kończy się porażką]), niezależnie od tego, jak bardzo lubimy Seana Connery’ego (szczególnie, gdy chcielibyśmy się zestarzeć w jego stylu [nie mam na myśli oczywiście ostatnich miesięcy czy też lat jego życia, dramatyczne okoliczności choroby nie wpłyną przecież na to, jak go zapamiętamy]). Autorka tekstu w Wyborczej wylicza, co stawało się powodem do wstydu dla bohaterów filmowych ostatnich kilku dziesięcioleci: bycie prawiczkiem (to tych młodych oczywiście dotyczy), skłonność do wyrażania własnych uczuć (aktualne chyba, no ja mam tak nadal, to znaczy wystrzegam się), niechęć do użycia przemocy, także w czasie wojny (co z zarzutem dezercji automatycznie się łączy); oczywiście obecny bardzo (czy nadal? wydaje mi się, że nieco to się zmienia na szczęście) był strach, by nie być uznanym za geja. Prawdziwy mężczyzna zawsze był też w pełni odpowiedzialny za rodzinę (chyba powinienem się cieszyć, że autorka artykułu umieściła to jako przykład pewnego wzorca czy też stereotypu z czasów minionych). Ten antywzorzec pozwala się domyślić wzorca. Jest to niewątpliwie typ tajemniczego zdobywcy (także kobiet) często lubującego się w agresji; można dodać, że raczej nie zobaczymy, by sam sobie robił herbatę czy jajecznicę, a kobieta, która mu towarzyszy ma tyle wolności, na ile dozwala Bóg człowiekowi – niby ją ma, ale gdy coś zrobi nie tak, to czeka ją piekło (oczywiście tu na ziemi, w tak zwanym zaciszu domowym [stosunki patriarchalne nie wzięły się znikąd]).

W wywiadzie, który udziela Maciej Stuhr Kamili Kalińczuk na podkaście Wysokich Obcasów goszczącym w radiu TOK FM, pojawia się pytanie dotyczące tego właśnie – jak sobie radzić z kryzysem, gdy już nie może być facet zdobywcą, cóż mu pozostało. I jak słucham tej rozmowy, to znowu się dziwię, że rzeczy, o których mówi aktor, są tak oczywiste. Nie zarzucam oczywiście Stuhrowi banału, doświadczam jedynie swoistego dysonansu na myśl o tym, że większość reprezentantów mej płci jest tak fatalnie skonstruowana, że trzeba jej uświadamiać tyle spraw. Że nie jest problemem lepiej zarabiająca partnerka (i że jest właśnie partnerką), że zmywanie naczyń, to nie wstyd (i w ogóle bycie męską kurą domową… jak to dziwacznie brzmi, a przecież, gdy nazwiemy mężczyznę lubiącego prace kuchenne czy szerzej domowe, kogutem – to raczej z tym odchodzącym do lamusa [mam nadzieję] wzorcem bardziej się będzie kojarzyło… taki przyczynek do rozmowy na temat nazw żeńskich i męskich), że chlubienie się spektakularnym podrywem poczynionym po pijaku, podczas gdy żona siedzi w domu, to wstyd a nie kolejne trofeum zdobywcy. Na histerię, niezależnie czyją, reaguję alergicznie, więc tym bardziej, podobnie jak Stuhr, trudno mi zaakceptować histerycznego mężczyznę. To chyba z tego starego modelu pozostało. I odpowiedzialność. Ale to też przecież nie do płci przypisywać powinniśmy; więcej – tak obserwując otaczający mnie świat, dochodzę do wniosku, że jest to cecha charakteryzująca bardziej kobiety. I może to być, nieuświadamianym być może, źródłem frustracji facetów, ich kryzysu. Zwraca uwagę też Stuhr na to, że chyba mężczyźni bardziej przeżywają, gdy kobiety podważają ich pewność siebie. Powiedziałbym, że w sposób bardziej widoczny reagują, kobiety często nadal z pokorą to przyjmują, zwłaszcza, gdy kochają. Na koniec ostatnie zdziwienie - że czuły i ciepły mężczyzna może być kojarzony ze wstydem.

Marta Górna, autorka artykułu w Gazecie, wymienia jednym tchem strach facetów przed porażką i ośmieszeniem. Wiadomo, że te dwie rzeczy mogą się łączyć, ale przecież nie muszą (tym bardziej, że ośmieszenie jest ogólne bardziej i dotyczy przecież wszystkich źródeł wstydu). Wydaje mi się, że spora liczba porażek, które w życiu poniosłem, jakoś mnie na nie uodporniła, doprowadzając wręcz do dominującego w moim życiu nastawienia negatywnego, które prowadzi do tego, że przegranej przeważnie bardziej się spodziewam niż sukcesu. Nie dotyczy to jednak ośmieszenia, szczególnie jeśli związane ono jest z relacjami męsko-damskimi. Lęk przed ośmieszeniem prowadzi do tego, że bywam zazdrosny, boję się zdrady. Bo bycie zdradzonym automatycznie rzutuje na moje poczucie męskości niestety, zdrada to ośmieszenie partnera (partnerki). I oczywiście łączy się to z tym moim myśleniem negatywnym – nastawienie na porażkę staje się źródłem podejrzeń o zdradę, a tu jesteśmy już jeden krok od zazdrości. Mimo że mam pełną świadomość, jak to jest rujnujące uczucie (stan?), pozbawione jednocześnie najczęściej jakiegokolwiek racjonalnego czy też opartego na rzeczywistości uzasadnienia, to i tak te emocje, związane pewnie z niską samooceną (i całą masą pewnie innych przyczyn), biorą górę i doprowadzam, często nawet bez wyraźnej przyczyny, do sytuacji, po doświadczeniu których pozostaje tylko gnijący osad wstydu na tak zwanym duchu. I cóż z tego, że to Szekspir w dużym stopniu uczył mnie życia (bądź też jego utwory niczym Sokratejski położnik pozwalały ujrzeć światło dzienne myślom i przeczuciom, które jakoś już we mnie gdzieś) i w takich utworach jak Otello, Cymbelin czy Opowieść zimowa unaoczniał mi destrukcyjny i nieracjonalny charakter tego stanu. Demon przeważnie brał górę.

Wstydzę się śmieszności, co doprowadza do zazdrości i następnie się to kumuluje, bo zazdrości wstydzę się tym bardziej, uznając ją za żenującą bardzo. Taki paradoks, nad którym dumam czasami, gdy o życiu sobie swym marnym bez łez (bo niemęskie)… więc zazdrość, zdrada, śmieszność w szekspirowskim wydaniu niebawem J


x