Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 stycznia 2020

To nie błąd systemu




Już w trakcie oglądania tego filmu („Błąd systemu” r. Nora Fingscheidt) nie mogłem się uwolnić od myśli na temat polskiego systemu opieki społecznej. Z jednej strony podziwiałem niemieckich pracowników domów opieki czy też dziecka, z drugiej – jakoś nie mogłem uwierzyć, że w Polsce może być podobnie w jakiejś możliwej do wyobrażenia przyszłości. Co nie znaczy, że Benni nie wyprowadza ich z równowagi. Świętego by wyprowadziła. Lecz poziom tolerancji na jej gwałtowne i agresywne zachowania i tak jest pełen podziwu. Także i to, że ci, którym wyrządza krzywdę, starają się jej wybaczyć. To, że większość jest w stanie zrozumieć, że to Benni jest ofiarą a nie odwrotnie, wydaje się być nawet bardzo nierealne. Także i to, że spotyka się z miłością ze strony obcych, co jest tym bardziej niezwykłe, że matka ją permanentnie zawodzi. I to okrutnie bardzo. Przyglądając się poczynaniom Benni, nie miałem wątpliwości, że nie wytrzymałbym z nią kilkunastu minut. Były takie momenty w tym filmie, gdy z niepokojem śledziłem wydarzenia na ekranie, bojąc się o to, co złego za chwilę się wydarzy; komu znowu bohaterka wyrządzi za chwilę krzywdę. Paradoksalnie więc film ten przywraca wiarę w ludzi (bo przywraca wiarę to, że na tle tych, którzy przypinają bohaterkę pasami do łóżka, tych, którzy na trzecim planie przecież, pojawia się taka trójka jak Micha, pani Bafané czy też jedna z zastępczych matek) . Wprawdzie ten najistotniejszy człowiek decydujący na starcie życia o dalszych kolejach losu w tym filmie zawodzi na całej linii, to inni są twarzą tego zdecydowanie lepszego świata o jakości godnej pozazdroszczenia.
Bo nie zgadzam się z tymi, że ten system jest niewydolny. Nie daje sobie rady, nie jest w stanie skutecznie pomóc bohaterce, lecz jaki system by pomógł. To nie błąd systemu, jak narzuca nam tytuł (wyczytałem w którejś recenzji, że ten wyjazd do Kenii to też przejaw słabości systemu… och, jak bym chciał, by w naszym systemie były takie możliwości [choć oczywiście nie dowiadujemy się, jak to wygląda na miejscu]) , to ci najbliżsi zawodzą. System ma wady (np. proponowanie Benni środków przeznaczonych dla schizofreników), jak to system, lecz to nie o niego chodzi a o kształt świata, w którym przyszło nam żyć (i o tym później kilka słów, bo tu już bardziej metaforycznie będzie). Świata, który mocno niedoskonały, a jeszcze dodatkowo my, ludzie, potrafimy go dodatkowo spieprzyć.

Choć może nazbyt pośpiesznie tak bezceremonialnie oskarżam matkę. Mimo że pojawiają się pewne sugestie na temat przeszłości młodej bohaterki, to nie wiemy tak naprawdę do końca na pewno co było pierwsze – kłopoty matki z temperamentem córki nie do okiełznania, temperamentem zagrażającym innym członkom rodziny (i, co ma już miejsce w trakcie akcji filmu, mającym niepokojący wpływ na jej młodsze rodzeństwo), czy też tenże temperament jest konsekwencją sytuacji „rodzinnych” (np. gdy Benni odwiedza niespodziewanie swój dom rodzinny, zastaje tam swoje młodsze rodzeństwo [ona ma 9 lat] całkowicie bez opieki zajmujące się same sobą, po jakimś czasie matka wraca do domu z facetem, który nie wygląda na troskliwego ojca) i zachowań matki, których małą próbkę mieliśmy okazję obserwować momentami?

System nie jest sobie w stanie poradzić, bo tym, czego absolutnie pragnie Benni, to miłość matki i życie rodzinne.
Gdy w końcu trafia na kogoś, kto dzięki niestereotypowemu podejściu potrafi się z nią dogadać, jej absolutne pragnienie doprowadza do kryzysu. Następuje to, co w każdej terapii stanowi istotne niebezpieczeństwo – całkowite emocjonalne zawierzenie terapeucie i oczekiwanie, że z drugiej strony nastąpi to samo.
Micha chce się w pewnym momencie wycofać, ale co ciekawe, nie jest dla niego najważniejszym argumentem to, że przekroczył granicę między życiem rodzinnym i zawodowym (choć to oczywiście także ma dla niego znaczenie), lecz że zaczął fantazjować na temat tego, iż może Benni ocalić (mam nadzieję, że dobrze zapamiętałem jego słowa, bo są dla mnie bardzo znaczące właśnie w tym kształcie). On w tych fantazjach dostrzega błąd w sztuce, co zresztą potwierdza jego rozmówczyni. To ciekawe, bo mam wrażenie, że w świecie, który dość długo był moim środowiskiem zawodowym (belferstwo) nie raz podczas rozmów przy piwie mogłem usłyszeć denerwujące mnie pozbawione skromności sądy, które już nieraz w topos się przemieniały, dotyczące tego, jak to moi rozmówcy, dzięki swej pełnej poświęcenia pracy, ocalili kogoś od losu, który wydawał im się być pisany, losu człowieka skazanego na wykluczenie. I nie widzieli w tym swoim fantazjowaniu błędu w sztuce. Przekroczenia niebezpiecznego dystansu. Ale być może nie było to takie niebezpieczne, może to tylko takie niewinne reperowanie nadwątlonego ego w świecie, w którym mamy do czynienia z upadkiem autorytetu belfra. I być może to fantazjowanie tylko przy piwie miało miejsce, niewiele mając związku z rzeczywistością.
Ale to ciekawe, że gdy realnie się pojawia, może być powodem do wycofania, że jest to sygnał niezdrowego zaangażowania.
Czy Micha mógł zrobić coś więcej bez szkody dla swego życia rodzinnego?

Los Benni jako metafora. Zawsze mam z tym problem w filmach, które w tak realistyczny sposób przedstawiają nam przejmującą rzeczywistość. Czy wolno (oczywiście, że tak) z czystym sumieniem przenosić na metaforyczny poziom znaczeń los tak skrzywdzonego i cierpiącego człowieka?
Mimo że mam z tym problem, to jednak nie potrafię stłumić tej mojej skłonności. Bo Benni, jej bezkompromisowy sprzeciw, pełen agresji i nieprzewidywalności, walący na oślep każdego obok, to może być także figura losu człowieka, który nie znajduje żadnej szczeliny w opresyjnie go zniewalającej rzeczywistości (to niby sprzeczność z tym, co wyżej, że są ludzie dobrzy itd. ale teraz patrzę z wnętrza podmiotu, jak zresztą nakazują nam subiektywne impresyjne ujęcia pojawiające się na ekranie w momentach ataku furii bohaterki). To figura galernika wrażliwości (że z sentymentem odwołam się do cyklu spotkań i książek związanych z działalnością M. Janion na Uniwersytecie Gdańskim). Figura zranionego na początku stworzenia (poczęcia, urodzenia, wychowania?) bytu, dla którego jedynym aktem wolności i bycia sobą jest akt destrukcji. Temu żaden system nie jest w stanie zaradzić, bo to porządek tego świata, powodujący, że ci najwrażliwsi trafiają do szpitali psychiatrycznych (to oczywiście taka romantyczna konstatacja w duchu „Transgresji”).


„Błąd systemu” r. Nora Fingscheidt

koniecznie trzeba sobie przypomnieć „400 batów” i „Musimy porozmawiać o Kevinie”, a może też „Mamę” Xaviera Dolana

środa, 28 września 2016

Zasypani w egzystencji

Kiedyś to była bardzo znana książka; nie wiem, jak dziś.
Kobo Abe „Kobieta z wydm”
Pamiętam jej klarowność, prostotę i to wyzwanie interpretacyjne, które każde tego typu dzieło ze sobą niesie.
Dziś powróciły te różne myśli, bo film po raz pierwszy sobie obejrzałem i pod dużym wrażeniem jestem (r. Hiroshi Teshighara; rok 1964 – to był jakiś niezwykły rok dla kina japońskiego, w tym samym czasie powstały: Rudobrody [o którym chciałem kiedyś coś, bo duży sentyment mam], Kobieta diabeł [jeden z lepszych filmów oglądanych przeze mnie w tym roku w Zwierzyńcu]).
Bohater, naukowiec badający pustynne owady i robale, podstępnie ściągnięty  jest do wielkiego dołu, w którym mieszka tytułowa kobieta dzień w dzień walcząca z piaskiem zasypującym jej domostwo. Taki jest punkt wyjścia; Kafkowski jak najbardziej – tyle że zakończenie już raczej z autorem „Procesu” nie ma wiele wspólnego.
tu o psychologii by można, o estetyce niezwykłej i metaforze o egzystencjalnym smaczku
Film czarno-biały, więc już jakoś mi bliski; miejsce, czyli pustynia   z nieustannym piaskiem (który wszędzie, który w zasadzie głównym bohaterem jest tego filmu, który także w wymiarze metafory niezwykle pojemny, bo to i czas, i świat cały, i podstawowy mechanizm motywujący i który wyzwaniem jest, co życie wraz z całym jego sensem zawiera przecież, piasek jako siła fatalna, ale tak bardziej w znaczeniu greckim, więc nie tylko złe, po prostu wszystko, co nam się – tak, Abe Kobo, a za nią reżyser, dostrzegli w piasku moc znaczeń) w ruchu i życiem znikomym, ale jednak; i co bardzo ważne, co różni ten film od innych japońskich tego czasu w moim mniemaniu – niezwykle wstrzemięźliwa gra aktorów (w filmach Kurosawy, tych samurajskich przede wszystkim, ekspresja jest niezwykle wyrazista przecież i trochę trzeba się do tej specyficznej estetyki przyzwyczaić, bo ona nam się jakaś taka nienaturalna wydaje), którzy, szczególnie entomolog (ichtiolog z „Rysopisu” Skolimowskiego na zasadzie przypadkowej asocjacji mi do głowy, ale to ten sam rok 1964 [że przypomnę jeszcze: „8 i ½” z 1963 no i „Czerwona pustynia”, która tytułem nawet mi tu pasuje…oj tak - niezwykły rok), przecież w sytuacji traumatycznej się znaleźli; grali bardzo naturalnie, co bardzo lubię w dziełach, które jednocześnie prowokują do uogólnień i konstruowania metafor czy też paraboli,  jak to się mówi, losu ludzkiego.
Egzystencjalny i psychologiczny motyw dość znany i często się: człowiek zaangażowany w jakieś tam codzienne sprawy, w tym wypadku poszukujący różnych żyjątek na pustyni, by znaleźć to wyjątkowe, którego jeszcze nikt, bo to mu sławę i w ogóle tego robaczka swoim imieniem by, ambitny taki i zaaferowany spędzić postanowił weekend na pustyni zostawiwszy, jak podkreśla otwarte książki na biurku i książeczkę czekową, czyli można by powiedzieć, że on nie cały w tej przestrzeni przebywa, że część jego w domu, w Tokio i nagle on wyrwany jest – ładnie to się zaczyna, gdy my wiemy przecież, jak to dalej z nim, i jak on tę pierwszą noc, taki dobry i pomóc chce, bo kobieta codziennie musi walczyć z tym obsypującym piaskiem, bo jak nie, to zasypie dom, a jak zasypie jej dom, to później następne, dlatego to cały syndykat jest walczący z żywiołem, ale nie wszyscy tak uwięzieni, więc, ponieważ ona sama jednak ciężko, więc, jak bohater szukał noclegu, to go do tej kobiety, no i jak on w nocy pomóc chce, to ona mówi: „nie, pierwszej nocy jeszcze nie”, co śmiesznym mu się wydaje i można by tu Józefa K. z jego reakcją na aresztowanie przywołać, i my wiemy, ale jego reakcji się przyglądamy troszkę z pobłażaniem, troszkę ze współczuciem, a my przecież w takiej samej sytuacji – no więc, ten motyw związany z wyrwaniem bohatera z jego naturalnego środowiska czy z jakiejś oczywistej sytuacji, jak ja to mówię - z kolein - już tak oczywistych, że całym światem być się stają, że już nic innego trudno sobie; no więc bohater wrzucony w inny kosmos, z którego oczywiście uciec i bunt, niezgoda i załamanie, gdy powoli dochodzi, że to nie tylko weekend, nie kilka dni, że to życie całe już być może, że tamtego koniec…
Gdy już tak mocno okopiemy (metaforyka jakaś asocjacje przywołująca) się życiu, to wydaje nam się, że już tak zawsze będzie. I nawet, gdy codzienny rytm męczy (w tym filmie tak nie jest, nie wiemy wiele, o tym, co wcześniej, to że chce uciec, nie musi być związane z tym, że tam jakoś cudnie, on przecież chce uniknąć, jak mu się wydaje, koszmaru, to nie ot, taka prosta modyfikacja życia, to jest zmiana kosmosu), to jakoś trudno nam sobie wyobrazić, że można by inaczej. A nawet, gdy sobie wyobrazimy, to brak odwagi. No tak, ale ja tu, kierowany osobistymi pragnieniami, piszę o sytuacji człowieka, który chciałby zmienić, nawet bardzo radyklanie, ale brakuje mu odwagi, a w tym filmie mamy do czynienia z człowiekiem, który raczej za żadną zmianą nie tęskni.
Okazuje się, że można.
O tym jest ta opowieść. Jak stopniowo, gdy dociera do człowieka konieczność, to dostosowuje się (i to przecież inaczej niż w „Procesie”, ale i u Becketta, z którym ta opowieść kojarzyć się przecież powinna – Teshighara optymistą wydaje się być, bo to chyba nie jest krytyczna ocena kondycji ludzkiej).
Ale to nie tak od razu oczywiście.
Zaczyna się on protestu totalnego, związania kobiety i oczekiwania aż go uwolnią. Reakcji po drugiej stronie żadnej, piasek się sypie, słońce grzeje, wody brakuje. Można powiedzieć ‘nie’, odmówić udziału – zacytuję Camusa: „Jest tylko jeden problem prawdziwie filozoficzny: samobójstwo. Orzec, czy życie jest, czy nie jest warte trudu, by je przeżyć, to odpowiedzieć na fundamentalne pytanie filozofii”… bohater opowiada się za życiem (poddaje się? bo  tak to wygląda oczywiście, ale tu paradoks właśnie, a jak to na życie przeniesiemy, to co? nasze życie, pogodzenie się z uwarunkowaniami bycia to porażka? no przecież nie, ale przecież pogodzenie się z koniecznością?), zabierają się z kobietą do codziennego wynoszenia piasku, postrzeganego przez niego jako czynność bezsensowna, absurdalna i trudno mu się pogodzić, by tak codziennie i już zawsze (tak, tak Camus nie był tu przypadkiem), nie przestaje myśleć o ucieczce, lecz by uciec, to przecież żyć musi.
I takich momentów i scen ważnych to kilka, symbolicznie czytanych…
Ucieczka na przykład: gdy okazuje się, że poza tą dziurą w której siedzi, to labirynt, ciemność i śmierć go czeka. Dopiero na końcu, gdy już swobodnie mógł wyjść (drabinkę zostawiono przez przypadek czy celowo? by sprawdzić? a może już pewność mieli, że on ich?), to bez problemu nad morze trafił i ze spokojem tej przecież zupełnie innej przestrzeni się przyglądał. I wrócił. Bo kobieta w ciąży, bo on tam to swoje odkrycie, dzięki któremu woda na pustyni i on, naukowiec przecież, coś praktycznego; coś , co tej społeczności dać może wytchnienie jakieś.. ) ale czy badanie robaczków, to takie złe?).
I to, jak się stopniowo zmieniają jego relacje z kobietą przecież ważne. Ona przecież w podobnej sytuacji, tyle że pogodzona i u siebie i męża i dzieci w tym miejscu już straciła i ona wie, że tylko przymus może mężczyznę jakiegoś, więc choć nie ona decyduje, to przecież widać, że jej dobrze i na wszystko by się zgodziła, by on był; boi się strasznie, że może znowu obudzić się sama i przecież niekoniecznie o pomoc fizyczną  jej chodzi, widać jak bardzo zmysłowa jest, jak pragnie. Nie jest ładna, ale on coraz bliżej, nie tylko seks, ale przecież i martwi się, że za dużo pracuje i jest taki moment, że gdybyśmy nie pamiętali, że to w tej dziurze, to można by pomyśleć, normalna para w normalnym świecie normalne rzeczy robi jak to w domu po pracy.
Bo jeżeli mamy o metaforze, to właśnie ta normalność jest chyba najważniejsza.
Że my w tej swojej normalności tak jak oni w tej kruchej chałupie codziennie systematycznie zasypywani piaskiem, z którym żmudna i bezsensowna wydawałoby się walka codzienna.


Kobo Abe Kobieta z wydm (r. H. Teshighara, Japonia 1964)

niedziela, 24 lipca 2016

8 godzin z Diazem


Najdłuższy film na festiwalu, ale już kiedyś takie bywały.
 "Kołysanka do bolesnej tajemnicy" (Law Diaz) 
i na festiwalu nie powinien to być problem; skoro dziennie potrafimy obejrzeć 5 filmów, to równie dobrze jeden zamiast trzech... i tak cały czas siedzimy w sali kinowej, a Diaza poza festiwalem to nigdzie...
na pewno było warto - pełne wejście w świat przedstawiony, całkowite zanurzenie w rzeczywistości ekranowej - lecz, o dziwo, nie szło to w parze z jakimś szczególnym utożsamieniem się z bohaterami, mimo wszystko pozostali oddaleni, obcy
może dlatego, że to Filipiny i to na przełomie XIX i XX wieku podczas powstania przeciwko rządzącym na wyspach od 300 lat Hiszpanom
To nie tylko czas i miejsce ten dystans (swoją drogą ta obcość kulturowa powodowała, że nie bardzo odczuwałem, iż jest to film historyczny: przecież w tym świecie pewnie i dziś ludzie chodzą podobnie ubrani, a przynajmniej tak mi podpowiada wyobraźnia, bo w takiej Manilii to pewnie nie, ale spodziewam się, że na prowincji tam świat nadal zmienia się stosunkowo wolno, choć pewnie się mylę niestety...), ale chyba przede wszystkim konstrukcja bohaterów i dialogi...głównie mężczyzn. To chyba zasadnicza wada tego filmu: sztywne postaci, retoryczne teksty, niepozbawione patosu...na szczęście za dużo nie dyskutują w tym filmie. Być może rozmowa na temat aktualnej (czasu akcji oczywiście) sytuacji polityczno-historycznej jest potrzebna, by widz, szczególnie taki jak ja, z Europy, zrozumiał kontekst, ale jest to bardzo nieprawdziwe (pewnie też Diaz ma tego świadomość, pewnie to założona koncepcja, niczym w teatrze greckim, gdzie przecież nie o realizm chodzi i pewnie gdybym znał sztukę filipińską, to i tam bym znalazł korzenie takiej, może nawet jeszcze bardziej manifestacyjnej, sztuczności - pewnie bym zrozumiał, ale dystans emocjonalny by przecież pozostał), tak samo jak na przykład rozmowa, w której dziennikarz wytyka zakonnikowi jego iście niereligijne skłonności (choć jestem już zadeklarowanym antyklerykałem, to w sztuce, szczególnie wysokiego lotu, jaką jest ten film, takie retoryczne teksty na temat grzeszności mnicha, teksty, którymi on się w ogóle nie przejmuje, bo nie musi przecież, tak jak i obecnie polski kler, mnie rażą i czynią te 8 godzin mniej wartościowymi) czy też wszelkie wymawiane z uniesieniem deklaracji związanych z miłością do Filipin...itd...
Przecież, i tu przejdę do zasadniczego waloru tego filmu, sposób filmowania filipińskiej natury wystarczy, by przekonać widza o miłości reżysera do ojczyzny. Niezwykle czarno-białe ujęcia zniewalającej przyrody hipnotyzują niczym zdjęcia Selgado (nie przesadzam). To głównie dzięki nim czułem się, siedząc na sali, jakbym był w jakiejś niezwykłej galerii sztuki. Diaz stosuje, jako rasowy przedstawiciel slow-cinema, długie, statyczne (z punktu widzenia ruchów kamery oczywiście) ujęcia; dominują plany ogólne i pełne (zbliżeń chyba nie ma, a jak się pojawiają plany średnie to jakoś tak za blisko bohaterów zaczynamy się czuć - taka koncepcja kadrowania w oczywisty sposób wpływa na nasz dystans emocjonalny w stosunku do bohaterów i podkreśla epickość a jednocześnie powagę opowieści). Oko kamery zachłannie i z miłością wpatruje się w pulsującą życiem dżunglę filipińską, w której labiryncie niemal przez cały film krążą bohaterowie filmu. Niemal, jak w niektórych opisach personifikowanej natury w  "Chłopach", zyskuje ona pełne osobowe trwanie; człowiek niknie na jej tle, jest w pełni od niej uzależniony a swoje trwanie dostosowuje do rytmu jej życia, nie odwrotnie (ta okrutna Historia gdzieś tam w tle oczywiście zakłóca skutecznie tę harmonię, ale o takie postrzeganie uwikłania losu człowieka w świecie przecież chodzi w tym filmie - fatum, ciążące nad Filipinami, o którym mówi bohater, to przecież nic innego jak kolonizatorskie działania Europejczyków, przeciwko którym to powstanie...). Nawet chaty, w których bohaterowie chronią się przed deszczem, są częścią natury bardziej niż efektem kulturowej i zaborczej działalności człowieka. To, co pozostanie mi w głowie po tym filmie to, i tu nastąpi kilka banalnych określeń, falujące, poruszane wiatrem monumentalne drzewa, szum wiatru przemawiający przez falujące trawy i rozbrykane liscie, dźwięk, nieustannie ingerującego w wędrówki bohaterów, padającego deszczu - niezwykłe czarno-białe kadry żyjącej natury. 
A akcja? Bo przecież dzieje się a nie tylko trwa...
Dominują dwa wątki 'drogi': męski i kobiecy. Mężczyźni to oczywiście ci, którzy tworzą historię i są to rewolucjoniści i ich przeciwnicy. Kobiety to te, które ponoszą jej konsekwencje. Uprościłem oczywiście, ale trochę to tak jest. I jak zwykle bardziej do mnie przemawiał los poszukujących męża jednej z nich bohaterek, męża, który wywołał rewolucję i który już stracony jest, niż wędrówka poety, który, niczym Mickiewicz, rzucił pióro, by czyn mógł świadczyć o jego losie. By i wolność była, ale i wartości by mogły stanowić o człowieku i przyszłości (brzmi znajomo? bo i takie jest, także i w tonie lekko polskiego romantyzmu). Trzy kobiety, niczym trzy Marie, poszukujące bohatera albo jego nieistniejącego grobu. I opowieść o przebaczeniu lub jego braku (kobieta potrafi, mężczyzna bardziej zapiekły w swych urazach - czy taka jest prawda? moje doświadczenie podpowiada mi, że niekoniecznie; chyba że tu chodzi o symboliczny pierwiastek męski i kobiecy - w tym wypadku tej symbolicznej kobiecości byśmy mogli przyposać wiekszą skłonność do empatii i przebaczenia i Juranda ze Spychowa uznać za wzorcowego bohatera, który przebył drogę od męskiego pragnienia zemsty ku kobiecej, niemal mistycznej, woli przebaczenia ; i nie ma znaczenia w tym wypadku jegopłeć biologiczna).
8 godzin i mimo, że akcja powoli, to jeszcze by można, ale czas zmierzyć się z następnym dniem festiwalowym...

poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozwód Viviane



Oglądając taki film jak "Viviane chce się rozwieść", człowiek czuje cały czas dziwną ulgę, że żyje w takim kraju jak Polska. Być może więcej należałoby sprowadzać tego rodzaju produkcji, by podnieść poziom zadowolenia rodaków z życia we własnym kraju. Jednocześnie jest ten film także swoistym ostrzeżeniem przed, niemożliwym moim zdaniem w takim wymiarze, jak w tej opowieści, powrotem do dominacji jakiejkolwiek religii (wiadomo jakiej u nas) nad stanowionym, czy też bardziej egzekwowanym, prawem.
Tak by to w Polsce wyglądało, gdyby rozwody kościelne zyskały jedyną możliwą sankcję prawną (jakoś w obecnym naszym przedwyborczym dyskursie religijnym gromy ze strony biskupów na rozwodników nie spadają i nie wyklucza się ich z kościoła...podziwu godna, rozsądkiem życiowym nacechowana niewątpliwie strategia).
Oczywiście można by było jeszcze wspomnieć o obecności w rodzinie, i nie tylko, systemu patriarchalnego, który to stawia kobietę wchodzącą w konfrontację z mężczyzną na z góry straconej pozycji.
Bardzo teatralny to film (nie sprawdzałem, ale nie zdziwiłbym się, gdyby na podstawie dramatu został nakręcony). Dramat sądowy, ale jakże inny od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni przez kino amerykańskie. Kameralny. Taki jak słynne "Rozstanie" i skojarzenie z tym filmem uświadamia, że pewne problemy związane są z geografią najbardziej a nie tylko z religią; wydawać by się wręcz mogło, że dawno dawno temu pewien typ pierwotnej obyczajowości został po prostu usankcjonowany przez wyłaniających się z odmętów magicznych wyobrażeń o świecie bogów...a z czasem zaczęła ona, ta obyczajowość, być nazywane przez wielu prawem naturalnym.
Przez 5 lat Viviane  stara się o rozwód. Rozprawy odbywają się mniej więcej co trzy miesiące. Każde spotkanie na tej rabinicznej sali sądowej to dramat absurdu, tym okrutniejszy, że odnosimy wrażenie, iż to wszystko realistyczne jest jednocześnie.
Na sali przeważnie jedna kobieta i pięciu mężczyzn.
Kobieta, która chce się rozwieść.
Bo nie kocha.
Aby osiągnąć swój cel, musi skłonić męża, bądź to sąd ma go skłonić, bo po to się w tym rabinicznym towarzystwie spotykają, by to on dał jej rozwód. Takie prawo...tylko jego wola decyduje o sprawie. Gdy jedynym powodem jest brak miłości.
Zapominamy często, że oczekiwanie tego, że małżeństwu będzie towarzyszyła miłość, powinna mu patronować, że jest ono jej efektem, to jakieś tylko ostatnie 200 lat... Małżeństwo aż do romantyzmu to przede wszystkim instytucja i jeżeli każda ze stron lojalnie wywiązywała się ze swych obowiązków, to rzeczywiście nie było powodów do rozstania. Podział ról był jasno określony i oczywiście nie zawsze każdemu musiały one pasować, ale takie czasy były. Kolejna satysfakcja - tym razem z tego, że żyjemy dziś a nie kiedyś. I jeżeli ktoś pomstuje nad światem upadłych wartości, to niech i to weźmie pod uwagę, że w ten sposób wyraża tęsknotę za konkretną obyczajowością i rolami, które niekoniecznie chciałby odgrywać (zdarzały się oczywiście wyjątki, o czym przy okazji "Agory"pisałem).
Elisha jest powszechnie szanowanym człowiekiem. Nikt nie wyobraża sobie lepszego męża. No i w ogóle z zewnątrz to nikt nie potrafi zrozumieć, dlaczego można chcieć kogoś takiego opuścić... Z czasem zaczynamy rozumieć, dlaczego... ale nawet gdybyśmy tej wiedzy nie posiedli, to i tak pozostałoby w głowie istotne myślątko na temat tego, jak z zewnątrz pewne rzeczy często inaczej, stereotypowo i przez pryzmat osobistej sytuacji, naszych ze współmałżonkiem relacji, postrzegamy (żeby nie wspomnieć "Żony policjanta", bo to radykalny przykład tego, co za murami się dzieje). Idealne małżeństwo, idealny mąż - to widzą inni i ich opinia utwierdza męża w przekonaniu, że małżeństwo, czy też, jak ironicznie wręcz nazywane jest to w filmie, harmonia małżeńska, winna trwać i Viviane nie ma żadnych powodów, by się jej przeciwstawiać.
Kolejny przyczynek do dyskusji o honorze. Dla Elishy to wszystko, co się dzieje, to co wyprawia jego żona, to coś, co horrendalnie wykracza poza jego wyobrażenia o świecie. To poważna bardzo ujma na honorze i dlatego taki uparty pewnie też...bo po cóż chcieć żyć z kimś, kto tego tak bardzo nie chce...
I o miłości. Bo on twierdzi, że ją kocha... ale, gdy przypominają mu, że przecież nie jest szczęśliwy ze swoją żoną, to stwierdza, iż taki los jest im przeznaczony przez Boga. Można by powiedzieć, że podziwu godna wiara, gdyby nie to, że jej konsekwencje ponosi nie tylko Elisha. Nie chcę powiedzieć, że to taki Orgon, ale jednak jakieś skojarzenie się pojawia.
Elisha przez wszystkich postrzegany jest jako człowiek niezwykle tolerancyjny, powszechnie szanowany, lojalny i pracowity ojciec rodziny. Ale jest też przedstawiony jako osobnik niemający potrzeb związanych z wyrażaniem i okazywaniem uczuć. I to ja co najmniej doskonale rozumiem. Ale rozumiem też, że można nie chcieć z kimś takim żyć. Ma też jeszcze jedną, być może poważniejszą wadę: on nie tylko chce, by żona do niego wróciła - wszystko wskazuje na to, że on już do końca życia będzie oczekiwał od niej, by się przed nim upokarzała przepraszając, że go pohańbiła żądając rozwodu i dziękując, że ją przyjął wspaniałomyślnie z powrotem. Jest taki typ ludzi, którzy, żyjąc w poczuciu swej nieskazitelności moralnej, nigdy nie przebaczają...
dążenie do zgody z nimi to proces permanentnego upokorzania
No właśnie, to też film o tym, jak bardzo upokarzający może być system prawny.
On jej w końcu dał rozwód (niech się nikt nie spodziewa, że w tym moim pisaniu tutaj spoilerów nie będzie), ale ona musiała obiecać, że będzie on jej jedynym mężczyzną do końca życia. Dumną i honorową jest kobietą, więc dotrzyma pewnie...
Okazało się na końcu, co dla niego jest największym problemem, czym dla samca jest prawo naturalne.


Viviane chce się rozwieść, reż. Ronit Elkabetz, Shlomi Elkabetz

środa, 20 maja 2015

Lewacka wiosna i meta-kapitalizm


Takie małe preludium do sezonu festiwalowego, który tuż tuż… wiosna filmów
ja na niektóre tylko, ale kilka słów skrobnę
na początek o trzech („Feniks” Petzolda, najlepszy moim zdaniem, zostawię sobie na osobny wpis…który być może)
Brazylia, Liban, Węgry

W filmie „Prawie jak matka” w reż. A. Muylaerta mamy zgrabnie i naturalnie połączone ze sobą co najmniej dwa wątki (problemy). Przede wszystkim matki opuszczające swe dzieci. Polski tytuł trafnie odzwierciedla tę sytuację. Kim jest matka? Na pewno w filmie zakwestionowano argument biologiczny czy też ekonomiczny. Tak jak w japońskim filmie "Jak ojciec i syn"(polscy tłumacze tytułu filmu brazylijskiego pewnie chcieli do tego filmu nawiązać...) Hirokazu Kory, pojawia się problem więzi rodzinnych - tyle że w filmie brazylijskim o poziomie więzi emocjonalnych nie decyduje status ekonomiczny. Jessica nie jest w lepszej sytuacji niż syn Barbary i Carlosa wychowywany paradoksalnie przez jej matkę - Val. Pytanie, czy syn Jessiki, wychowywany przez babcię, to przełamanie tego schematu czy też, jak twierdzą niektórzy, jego kontynuacja. Babcia w naszej tradycji, i nie tylko naszej, stanowi naturalne wsparcie dla pracujących rodziców i nawet jeżeli prowadzi to do tego, że więzi emocjonalne łączące ją z wnukiem okażą się silniejsze niż te, między dziećmi i rodzicami, to nie upatrywałbym w tym jakiegoś wielkiego zła. Problemem nie jest przecież ciepło, którego dla syna Barbary źródłem jest Val, lecz chłód i dystans (tak mi bliski) charakterystyczny dla jego rodziców.
Specyficzne, jak łatwo bycie rodzicem sprowadzić do faktu spłodzenia i ewentualnego późniejszego zabezpieczenia ekonomicznego. Bluźnierczo stwierdzę, że nie dziwiłbym się bardzo takiemu podejściu, gdyby nie późniejsze oczekiwania niektórych dotyczące sfery uczuciowej. Gdy tak sobie spojrzymy na ten problem z perspektywy stuleci, to okaże się, że to rodzicielskie ciepło towarzyszące wychowaniu nie jest rzeczą tak bardzo oczywistą. A nadmiar miłości może się i szkodliwy okazać, jak miało to miejsce w "Porozmawiajmy o Kevinie".
Moja uwaga podczas oglądania była jednak skupiona na drugim, lewackim, wątku: mentalności służącej...
Jak mocno wrasta w naszą mentalność poczucie podrzędności... dopóki nie pojawiła się Jessica, sposób funkcjonowania Val w domu Barbary i  Carlosa wydawał się niesamowicie harmonijny. Val znała swoje miejsce, miała poczucie, że jest ono jej niemal przypisane, że jest dobrodziejstwem. Jak w greckim filmie Karanikolasa "W domu", tak i tu bohaterka wdeptana jest przez swych pracodawców w przypisane jej (bardzo by pewnie nadal niektórzy chcieli, by przez któregoś Boga) miejsce na ziemi (swoją drogą są to opowieści z bardzo obcego mi świata; długo bardzo żyłem w przekonaniu wychowanka PRLu, że służące to tylko w powieściach historycznych się pojawiają). Dopiero przyjazd Jessiki powoduje, że pozwala ona sobie na wejście do basenu (taki symbol wyzwolenia, samostanowienia, równouprawnienia) i choć nie jest to jeszcze rewolucja, to na pewno uzdrawiające budzenie świadomości. Przy okazji obnażane są sloganowe zapewnienia filistrów: Ten dom jest także twój; przecież jesteś jak rodzina; możesz korzystać z wszystkiego, co do nas należy... mówi się takie rzeczy z pełną świadomością, że Val z nich nie skorzysta, że jakby co, to odmówi, a jak skorzysta - jej córka znaczy - to będzie to początek końca. Może to zbyt jawny wyraz hipokryzji i mógłby świadczyć o braku finezyjności twórców filmu gdyby nie to, że jakoś tak prawdziwym życiem mi zapachniało i mentalnością filistra.
Jak już pisałem, dla mnie zakończenie tego filmu jest optymistyczne: zanosi się na to, że Val przerwie zaklęty krąg matek, które scedowują wychowanie dzieci na niańki.... babcia to nie służąca a i matka będzie w pobliżu (ale przyjmuję, że - szczególnie, jeśli specyficznie się zinterpretuje uśmieszek Val, która właśnie pożegnała się ze swoim udającym się do Australii, by przeboleć niezdane egzaminy, bogatym podopiecznym - można widzieć w tym zakończeniu kontynuację swoistego fatum).

Zupełnie natomiast inaczej od reszty widowni odebrałem libański film "Ghadi" (w polskim tłumaczeniu "Anioł" w reż. Amina Dory). Pozornie lekko opowiedziana historia, od czasu do czasu wywołująca śmiech widowni (a i na moje poczucie dobrego humoru oddziałująca), była jednak opowieścią o społeczności nie budzącej mojej sympatii. Społeczność jak każda, pełna małostkowych grzechów, z których nie śmiałbym jej rozliczać. Ale... Stosunek do Ghadiego, dziecka z upośledzeniem umysłowym ewidentne świadczy o braku tolerancji, zrozumienia i przede wszystkim cierpliwości (chyba jednak w tym wypadku także nie powinienem się zapędzać, bo wcale nie jestem pewny, czy mi by jej starczyło – ale tym bardziej pisać trzeba, by i siebie do porządku przywoływać). Kontekst wskazuje, że mamy do czynienia z ludźmi przyzwyczajonymi do pewnego (nie chcę napisać 'naturalnego', bo wiadomo, co w takim wypadku oznacza 'naturalność' - to co zwykle w takich wypadkach - koleiny, poza którymi jest przerażający człowieka chaos)  rytmu życia, od którego odstępstwa ich drażnią, jak to zwykle bywa. Sprytny ojciec, by uniknąć oddania syna do domu opieki, czego żądają od niego sąsiedzi, wykreował syna na Anioła i to, iż prześladowcy Ghadiego dali się uwieść jego manipulacji, byłoby śmieszne, gdyby nie budziło moich niepokojących skojarzeń. Gromadzący się pod anielskim balkonem nawiedzeni mieszkańcy miasteczka nazbyt mocno przypominali mi comiesięczne modlitwy mych rodaków (to ich chyba przede wszystkim ukochał Konrad vel Gustaw,  bo to oni doświadczyli uświęcającej Utraty) do swego partyjnego zbawiciela. A ośmieszenie racjonalnie demaskującego przekręt Gerarda (niezależnie od jego intencji) uzmysłowiło mi tylko, że w społeczności bardzo spragnionej transcendencji, ryzykowne jest obnażanie prawdy o tych, którzy nami manipulują, wykorzystując to oczekiwanie. Oczywiście nie krytykuję Leby (ojca), którego miłość do syna godna jest najwyższego podziwu; tyle tylko, że tak, jak on w dobrej wierze, inni, dla niekoniecznie szczytnych celów, wykorzystują różne społeczne pragnienia.
Leba przyznał się do oszustwa. Nie przyjęto tego do wiadomości. Uznano(co bardzo ucieszyło widzów w kinie), że dobrodziejskie skutki oddziaływania przewrotnego pomysłu są świadectwem działania siły wyższej być może... być może o to chodzi, że jakikolwiek oszukańczy i perfidny pośrednik między światem tym i tamtym (nawet, jeśli on w niego nie wierzy), jeśli spowoduje pojawienie się czegoś dobrego, godzien jest uznania za kapłana... być może każdy może... reszta, w postaci tej całej metafizycznej otoczki, to tylko chmura... tak samo pewna, jak każda chmura...
Warto może wspomnieć, że Gerard do tych lepiej sytuowanych i bardziej wpływowych należy.
lewicowość ciągle obecna
W węgierskim "Parkingu" Benca Mikluziča znowu staje się ona jednym z tematów zasadniczych. Spór Legionisty z Imrem można by wręcz potraktować jako parabolę obecnych stosunków panujących pomiędzy bardzo bogatymi i, w tym wypadku może niekoniecznie biednymi, ale na pewno biedniejszymi ("Biały Bóg" Mudruczó tekże węgierski i lewicowy i parabola, ale o nim innym razem).
czasami, po obejrzeniu kilku takich filmów mam wrażenie, że rewolucja jest nieuchronna a już na pewno przestaję się dziwić wszelkim ruchom oburzonych (choć rewolucji jestem przeciwny oczywiście)
Posiadanie w centrum dużego miasta swojego parkingu to takie współczesne wyobrażenie Arkadii: wokół zniszczone wysokie mury, przyczepa campingowa, poranna kawa przy blaskach wschodzącego słońca odbijającego się przez kilka minut w odległej szybie, wieczorne brzdąkanie na pozostawionej przez kogoś gitarze basowej, zdjęcia odległych rajskich przestrzeni rzucanych na ekran przeznaczony na gigareklamy... i poranna higiena w fats-foodzie po drugiej stronie ulicy. Tak wygląda współczesne wyobrażenie o wolności. Niby zdegradowane a jednak nadal kuszące i atrakcyjne. Niby zdegradowane i minimalistyczne, a też można je stracić w starciu z bogatym kapitalistą. I to akurat już banał jest, i to przekonywanie Legionisty, że nie da się uciec od zimnej logiki świata współczesnego, także już nie jest niczym nowym. Ale wkurza to, że Imre (ten kapitalista właśnie, oczywiście cyniczny i bezwzględny, bo jaki może być burżuj) z powodów małostkowych i ambicjonalnych uruchamia machinę rodem ze służb specjalnych a nie po to, by w miejscu parkingu supermarket zbudować. Chce udowodnić istnienie zimnej logiki a nie osiągnąć coś kierując się jej metodami. To już jest meta-kapitalizm.
Dochodzimy do wniosku, że świat jest zły, więc czynimy zło, by ci, którzy jeszcze nie są o tym przekonani, także przyjęli nasz punkt widzenia. 

czwartek, 24 lipca 2014

Głód czyli o gównie

Przed wyjazdem do Wrocławia przypomniałem sobie, na zasadzie rozgrzewki, laureata NH z roku 2009, słynny debiut Steve McQueen’a „Głód”i  słynną kreację  Michael’a Fassbendera w roli Bobby’ego Sands’a – jednej z ikon (w tym wypadku to określenie nabiera niezwykłego, podwójnego znaczenia: jedno to to pop-kulturowe związane z identyfikacją postaci czy wręcz wizerunku z jakimś zjawiskiem społeczno-obyczajowym, a portret Bobby’ego wisi podobnoż w wielu domach irlandzkich, szczególnie tych z Belfastem związanych, i wielu młodych mieszkańców wyspy spogląda na niego niczym Tadeusz na portret Kościuszki po powrocie po latach do Soplicowa; drugie kojarzy się z genezą pojęcia ikony, ze specyficznym, wręcz rytualnym, sposobem tworzenia wizerunku świętych a przede wszystkim Chrystusa – Bobby zbliżając się do 66 dnia głodówki przypominał wizerunki niektórych św. ascetów walczących z demonami, a przede wszystkim, gdy opadł w pewnym momencie z sił i spoczął na rękach niechętnego mu ewidentnie pielęgniarza, przywoływał skojarzenia z Chrystusem zdjętym z krzyża)   walk IRA z ‘tak lubianymi’ (zaznaczam tę ironię po usłyszeniu uwag na temat wczorajszego wpisu; chyba muszę uważać, bo nadużywanie przez mnie ironii prowadzi do znaczących błędów w odczytywaniu moich intencji; wyjaśniam więc czytelnikom wczorajszego wpisu: nie jestem zwolennikiem zapominania o wstydliwej przeszłości w imię sympatycznych relacji międzyludzkich Teraz, wręcz przeciwnie – jestem za rozdrapywaniem narodowych ran, jakkolwiek brutalnie i bluźnierczo by to brzmiało)  przeze mnie Brytolami.
Przeważnie z pewnego dystansu przyglądam się laureatom głównego konkursu na NH; chyba jeszcze wciąż nie jestem idealnym widzem tego festiwalu, bo często nagrodę tę otrzymują filmy, które budzą moje zainteresowanie ale nie zachwyt (w trakcie kolejnych edycji tego festiwalu oglądam wiele dzieł, które zdecydowanie skuteczniej pobudzają końcówki nerwów stymulujących do życia moje plecy niż laureaci, lecz często niestety nie są to filmy biorące udział w konkursie [w ubiegłym roku obejrzałem prawie wszystkie konkursowe i wprawdzie był to niezły przegląd czy wręcz kurs wprowadzający w różne niespotykane sposoby narracji o subtelnościach, z których utkany jest nasz ludzki świat lub pokaz wprowadzania widza w samą istotę mechanizmu narracji, ale w pamięci pozostały mi filmy z zupełnie innych bloków]), lecz nie odnosi się to do „Głodu”, który najpierw hipnotyzuje widza surowością tematu i obrazu, by pozostawić go z szeregiem wątpliwości, które szczególnie silnie dają o sobie znać w kontekście naszej, polskiej, powstańczej i wolnościowej kultury.
Te wątpliwości…
Granice dobrowolnego męczeństwa. Jeśli pociągniemy dalej analogie z pierwszego akapitu związane z ascetami, i to tymi ze Wschodu bardziej, tymi, którzy w cielesności przede wszystkim upatrywali źródło pokus a więc zła, i w związku z tym na ciało własne wyrok wydali doprowadzając je do stanu, który z Bobby’ego czyni ich brata (zapytać też możemy o granice aktorstwa w tym momencie, bo to, co ze swym ciałem zrobił w tym filmie Fassbender, to niewątpliwie na podziw zasługuje, a przecież są tacy, którzy twierdzą, że ten rodzaj podporządkowania się sztuce o patologię się ociera [no właśnie Nomado: gdy poświęcenie takie w imię wolności narodu, to wypuszczasz ochocza na świat wiązki wątpliwości, a gdy o sztukę chodzi, to jakoś tolerancyjny bardzo jesteś a nawet podziwiasz – to my już wiemy, jaka jest ta twoja, estetyzująca i artystowska hierarchia wartości i minus masz od nas: lepiej było nie ujawniać tego twego dekadenckiego, postmodernistycznego i posthistorycznego {i nie myśl, że historia się skończyła, jak głosili jeszcze niedawno niektórzy; capo di tutti capi Putin już się o to postarał} światopoglądu…]), to postawić trzeba pytanie: w imię czego? pytanie o hierarchię wartości. Bo ci średniowieczni przeciwnicy cielesności o zbawienie walczyli (powiedzmy, że i tu mam wątpliwości, bo ja i pychę tu widzę, i masochizm, ale tę ścieżynę pozostawię niedomkniętą) a Bobby i jego kilkudziesięciu towarzyszy (bo ich chyba koło 50 było)…o wolność Irlandii Północnej? czy o to, w jaki sposób był kwalifikowany, czy jako więzień polityczny, czy kryminalny; a więc w jakich ciuchach w tym więzieniu miałby chodzić… taka skrajna postawa niewątpliwe z fanatyzmem kojarzyć się może i wtedy niepokoić zaczyna, ale jeśli weźmiemy pod uwagę to, jak traktowani byli, to zrozumieć powinniśmy.
No właśnie, jak byli traktowani; albo jak ukazano ich traktowanie. Bo to, że z sakralizacją mamy do czynienia, powinno być jasne po przeczytaniu pierwszego akapitu. A  Brytole ukazani zostali, jakby byli najbardziej okrutnymi rzeźnikami (jeden wrażliwiec, niemogący znieść maltretowania więźniów, nie czyni tego obrazu jakoś szczególnie bogatszego) . Wymowa jasna i jednoznaczna. Nie żebym miał wątpliwości co do prawdy przekazu – jak najbardziej wierzę, że w takich miejscach i w takich okolicznościach mamy do czynienia z wyzwoleniem się, nazwijmy to delikatnie, skłonności sadystycznych. Ale ja wiem o tym i nie łączyłbym tego z ideami z polityką związanymi. Choć za Brytolami nie przepadam (ale głównie z powodu ich arogancji, poczucia wyższości i chamstwa, któremu przeciętny angielski ignorant daje wyraz podczas wakacji w Europie Wschodniej), to nie mam wątpliwości (i odpowiednie eksperymenty już to dowiodły), że w sprzyjających okolicznościach przeciętny żołnierz IRA także byłby skłonny do takiego okrucieństwa; zresztą przecież my nie wiemy, w filmie nie informuje się widza, za jakie czyny trafili do więzienia; możemy się tylko domyślać, że to zamachy terrorystyczne (? – klasyfikacja, jak wiemy, względna, uzależniona od skuteczności zamachów, systemu władzy i tego, kto pisze podręczniki do historii; większość naszych patriotów nazywana była bandytami i terrorystami, dzisiaj może o separatystach byśmy mówili) były.  
A wszystko w 1981 roku ma miejsce, a to rok jest przecież, który nam się jednoznacznie kojarzy. Okazuje się, że ścieżki zdrowia i ZOMO (i nie przywiązujmy się do nazwy, bo ona tylko symboliczne ma znaczenie i to dla konkretnej nacji) to formacja wraz z przypisanymi do niej sposobami działania, bez której żadna władza obejść się nie może. Dodać tylko należy, że formy buntu charakterystyczne dla naszych lat 80., to zabawa w piaskownicy wobec tego, co, przypomnijmy – w tym samym czasie, miało miejsce w Belfaście. A przecież, i tu mówię o sobie i moich kolegach z tamtych czasów, wpatrzeni byliśmy w ten Zachód nie tylko oczyma, nie tylko sercem, ale i wątrobą i nawet pupą. Wyobraźmy sobie Michnika, Kuronia, Geremka (o panach K. nie wspominam, bo oni parlamentarnie już na starcie by się wykpili, bo jeszcze wtedy mniej szabelki a więcej wody z miodem było w ich menu), przy całym szacunku, jaki do nich chowam za ich determinację (i nie o ośmieszenie mi teraz idzie, tylko tak sobie popuszczam wyobraźni wodze spoglądając na zadeszczone [upałów nie znoszę, ale nie spodziewałem się takiej aury podczas NH; choć to i tak nieistotne, gdy się w kinie przesiaduje piwo dopiero późnym wieczorem konsumując] szyby w mym busie mknącym do Wrocławia), smarujących własnymi odchodami ściany swych więzień czy choćby wkładanie w odbyt grypsów; czy można by było po czymś takim być ministrem bądź kandydatem na premiera… Więc chyba jednak ten nasz patriotyczny masochizm jest łagodniejszy i bez sensu się czepiamy. Z gównem niewiele ma wspólnego przecież.

- No i powiedz na koniec Nomado, jak ty oceniasz tę postawę, bo chyba nieco się zaplątałeś (czy jak zwykle?)?
- No chyba se druknę taki wizerunek Bobby’ego Sands’a…
- Ale to fanatyk…
- Chciałbym umieć się tak fanatycznie przeciwstawiać, gdy ktoś czerpie sadystyczną rozkosz z gnojenia mnie…


Głód r. Steve McQueen

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Jusi Adler-Olsen z kobietą w klatce


Rzadko mi się zdarza, by zaraz po przeczytaniu kryminału móc obejrzeć jego wersję filmową. Świeża drobiazgowa pamięć powieści powoduje, że baczną uwagę przywiązujemy do szczegółów; przede wszystkim do tych, które z oczywistych względów zniknęły w adaptacji. Zawsze jest ich dużo , ale nie zawsze nam to przeszkadza. Albo przeszkadza w różnym stopniu. Ale znam takich wielbicieli pierwowzorów literackich  w stylu „Władcy pierścieni”, którzy w histerię wpadają, gdy reżyser czy też scenarzysta ośmieli się coś zmienić w ich obiektach kultu. Ostatnio gorącą scysję miałem na ten temat przy okazji wersji filmowej utworów Larssona: mój rozmówca, wielbiciel teatru a także uczestnik warsztatów, podczas których nieźle przejechaliśmy się po jednym z dramatów Witkacego, człowiek całkowicie akceptujący wszelkie ingerencje reżysera teatralnego w dzieło dramatyczne, nie przyjmował do wiadomości, że twórca filmowy ma takie samo prawo a nawet można powiedzieć staje przed taką koniecznością.  Notabene ostatnimi czasy dość często zdarza mi się spierać czy też bardziej odpierać zarzuty o dziwo stosunkowo młodych ludzi (uczniów oczywiście) dotyczące ingerencji twórcy teatralnego w tekst. Okazuje się, że mimo ich bezceremonialnego podejścia do kultury w ogóle czy do lektur w szczególności, mimo częstego przekonywania mnie, że mają pełne prawo do całkowicie indywidualnej interpretacji utworów literackich (interpretacji nawet najbardziej bzdurnych; zaznaczyć jednak muszę, że gdyby nie to, że rozmowy w szkole się toczą i to że oni zawsze kiedyś staną przed koniecznością podzielenia się przed jakąś komisją swoimi przemyśleniami na temat przeczytanego utworu, to nawet na najbardziej swobodne interpretacje bym przyzwalał, gdyby tylko były świadectwem lektury tekstu i gdyby potrafili o tym fajnie napisać – przecież ja czasami na tym blogu nic innego nie robię, tylko gadam o sobie, a różne teksty kultury pretekstem są dla mnie tylko), gdy idą do teatru, to najczęściej oczekują ilustracji dramatu i trudno mi ich przekonać, że nawet ilustracja jest konwencją…
Ale nie o tym przecież dzisiaj, w to dyngusowe popołudnie…
„Kobieta w klace” – to jest ta powieść i ten film. Seria zacnego wydawnictwa „słowo/obraz terytoria”  „Departament Q” świadczyłaby o tym, że podąża ono za modą na skandynawskie ponure klimaty, gdyby nie to, że w gronie jego zasłużonych pracowników już dawno temu zaświeciło mroczne światło z północy, gdy zapoczątkowali cykl „Terytoria Skandynawia” świadczący o sporej przenikliwości jej twórców.
Różnice pomiędzy książką i filmem, szczególnie w wypadku kryminału, zmierzają do tego, by uczynić intrygę bardziej zrozumiałą dla widza. I to rzeczywiście się udało, uproszczenia fabuły spowodowały, że wszystko jasne było dla mnie a w powieści bywało z tym różnie. Klarowność i jasność  niby jest zaletą, ale jednocześnie pozostawia wrażenie, że rozwiązanie zagadki było zbyt proste. Tym bardziej, że pomysł na całą serię jest taki, że nielubiany przez nikogo (detektyw zawsze musi być jakoś specyficznie nieprzyjemny – poczynając od alkoholizmu, przez arogancję aż po ewidentne chamstwo [niekoniecznie musi to dotyczyć tego bohatera]) Carl Morck rozwiązuje sprawy, które kiedyś nie zostały rozwikłane; skoro tak, to niestety intryga nie może być zbyt prosta, bo wcześniej prowadzący tę sprawę wyszliby na idiotów (i oczywiście największy antagonista Carla, zajmujący się wcześniej tym śledztwem, na początku trochę tak jest przedstawiany, ale później podkreśla się mimo wszystko jego profesjonalizm). Uproszczenia z konieczności niestety muszą dotyczyć także portretów psychologicznych czy też odzwierciedlenia specyfiki pewnych sytuacji. Istotna część powieści (z obowiązku przypomnę: często spoileruję; zresztą dość trudno jest pisać o kryminale nieustannie pilnując się, by nie podać informacji, która potencjalnemu czytelnikowi zepsuje przyjemność lektury) dotyczy pobytu Marete w komorze ciśnień przez całe 5 lat. Literackie odzwierciedlenie jej doznań jest już sporym wyzwaniem (i niekoniecznie zostałem przekonany do jego wiarygodności) a co dopiero ukazanie tego w filmie (pamiętam jak przez mgłę film Królikiewicza „Fort 13” o dwóch żołnierzach zasypanych w jakimś forcie podczas I wojny światowej, zrobiło to na mnie wrażenie kiedyś; w wypadku „Kobiety…” – w porównaniu do dzieła Królikiewicza – to słabe było, ale to przecież kryminał… chciałoby się powiedzieć). No i czegóż to douczyć się musi taki autor powieści, aby taki pomysł zrealizować. Moje doświadczenie ze zmieniającym się ciśnieniem otoczenia dotyczy jedynie sytuacji, gdy w młodości odległej ścigaliśmy się z kolegami, kto  najgłębiej zanurkuje. Czytając, by bardziej wyobrazić sobie sytuację bohaterki, przypominałem sobie te jednak wysoce nieprzyjemne doznania. Ale autor przecież nie mógł na tym poprzestać i nie szczędzi nam różnych fachowych uwag w stylu: „Kiedy nadejdzie czas, otworzymy śluzę. Będzie boleśnie, ale także szybko. W twojej tkance tłuszczowej zgromadził się azot, Merete. Jesteś teraz bardzo chuda, ale pęcherzyki powietrza znajdują się w całym ciele, weź to pod uwagę. Kiedy rozszerzą ci się kości, a ich fragmenty zaczną rozszczepiać się w tkankach, kiedy ciśnienie pod plombami spowoduję, że eksplodują w ustach, kiedy poczujesz jak ból przeszywa twoje stawy barkowe i biodrowe, będziesz wiedziała, że nadszedł czas”. Przystępując do pisania kryminału (czy po prostu – do pisania), trzeba mocno się douczyć (Adler-Olsen wykazał się też koneserską wiedzą na temat zabawek Playmobil, co dla mnie byłoby równie wielkim wyzwaniem, jak wnikanie w tajniki ludzkiego ciała i jego reakcji w różnych nienaturalnych okolicznościach) , by móc kompetentnie opisać to, co dzieje się z ciałem, gdy nagle spada mocno wcześniej radyklanie podwyższone ciśnienie otoczenia. By coś takiego pokazać w filmie z perspektywy bohaterki, trzeba by chyba zmienić gatunek, bo kryminał nie od tego jest przecie… No tak, ale powieściowy podkomisarz, gdy znalazł się przy agregacie sterującym cała tą machiną zemsty, musiał się jednak skonsultować z fachowcem, by zatrzymać to narzędzie śmierci (bo przecież nie uczą tego w Akademii), natomiast intuicja filmowego Carla jest bezbłędna i od razu wie, do czego służą poszczególne wajchy…
Wspomniałem o zemście. To ona jest zasadniczym motywem zbrodni. Chyba od zawsze… pytanie, czy nie bardziej niż miłość i chciwość; na pewno już od czasów Szekspira wiadomo, że jest to motyw mocno oddziałujący na emocje czy też naturalne instynkty widza. I w związku z tym często wykorzystywany i jak niektórzy wiedzą, już w czasach elżbietańskich prześcigano się, by narzędzie odwetu było jak najbardziej widowiskowe i też, by poddany jego działaniu winny naszego nieszczęścia cierpiał jak najdłużej. Merete Lynggaard poddana jest oddziaływaniu coraz wyższego ciśnienia przez pięć lat. I nie tylko ciśnienie jest dla niej najbardziej dojmujące. Kilkakrotnie ona, jej oprawca ale i pani psycholog badająca podkomisarza wspominają o sprawowaniu kontroli nad własnym życiem, czy też o męce, której doświadczamy, gdy tę kontrolę tracimy. Niezależnie od tego czy jesteśmy zwolennikami determinizmu czy indetrminizmu, poczucie utraty takiej codziennej kontroli musi być bardzo dojmujące (nie mówiąc już o sytuacjach o szerszym zasięgu, sytuacjach o charakterze Kafkowskim, gdy dociera do nas, że wrzuceni zostaliśmy w egzystencję, której praw nie jesteśmy w stanie zbadać a więc i kierować nią nie bardzo sensownie możemy; ale też o tych, gdy politycy i urzędnicy – choć przecież to to samo – decydują beztrosko o czymś, co zmienia nam całkowicie codzienność… a my nic… tytuł tej powieści mógłby być parabolicznym odzwierciedleniem właśnie takiego ludzkiego zniewolenia i tak mi się zresztą na początku kołatało po głowie, bo to przecież pani polityk w tej klatce i ja nawet jakiegoś szalonego ekologa widziałem na miejscu jej oprawcy, ekologa, który zmusza ją do doświadczenia sytuacji jakiegoś zwierzątka, na którym przeprowadza się wykoncypowane eksperymenty).
Stosunek widza do zemsty zależy od tego, z czyjego punktu widzenia prowadzimy narrację. Można sobie przecież wyobrazić, że to Lasse jest głównym bohaterem opowieści o tej szalenie wykoncypowanej zemście i mogłaby się ona rozpoczynać od słów „Ale dzika bestia w Lassem już się obudziła. Nikt nie będzie nigdy kontrolował jego ani jego życia”. I może nawet Hamleta dałoby się z niego zrobić… Bo przecież sporo wycierpiał, on i jego rodzina, z powodu beztroskiej zabawy w samochodzie Merete. Można by też z niego zrobić bohatera na wzór narratora „Łagodnej” Dostojewskiego pozostawiając czytelnikowi ocenę moralną jego czynów. Ręczę za to, że wielu by stanęło po jego stronie, gdyby wystarczająco przekonująco przedstawił swoją historię, swoje nieszczęście. Czy byłby to jeszcze kryminał? Chyba to jednak kontrowersyjny detektyw z problemami jest najlepszym przewodnikiem po świecie zbrodni kryminałem zwanym.
A z ważniejszych rzeczy, to brakowało mi filmie tajemniczości Assada, syryjskiego imigranta, którego umiejętności  wiele sugerowały i niedopowiedziane pozostały do końca. Rozumiem, że w następnych częściach cyklu jego postać jeszcze nabierze ciała.

Jussi Adler-Olsen Kobieta w klatce
„Kobieta w klatce” reż. Mikkel Norgaard


niedziela, 10 marca 2013

Od - Lot w tematy rozmaite



Nigdy jakoś szczególnie nie przywiązywałem wagi do laureatów Oskarów. Choć jednocześnie (jakaś sprzeczność w tym jest) oczekuję na wyniki a i obejrzeć staram się to, co nominowane i nagrodzone zostaje. A gdy w klasie do jakiegoś filmu nawiązuję, o jakimś twórcy wspominam to i tej nagrodzie nie omieszkam wspomnieć. Jakoś tam "wypada" tę nagrodę lekceważyć a jednocześnie być na czasie... takie nasze inteligenckie, pewnie nieco (a może i bardziej) zaprawione hipokryzją,  myślowe dylematy i tajemnice związane z konfliktem między wartością artystyczną (tak, jak my sobie ją wyobrażamy oczywiście) a profesjonalnym kinem komercyjnym. I daje tu o sobie znać niewątpliwie poczucie intelektualnej wyższości. Nie zmienia tego stanu rzeczy fakt, że jednak nagrodę tę otrzymują także takie filmy jak w tym roku "Miłość" Hanekego a w ubiegłym "Rozstanie" (a to tylko przykłady), jedne z najważniejszych filmów w mojej prywatnej hierarchii. Poza tym to dzięki nominacjom do tejże nagrody obejrzałem swego czasu "Spotkanie" czy też "Do szpiku kości" (Jenifer Laurence zdecydowanie bardziej mi się tu podobała niż w "Poradniku pozytywnego myślenia", choć może to kwestia nie gry aktorskiej a postaci, w którą się wcielała) - filmy te nie otrzymały nagród, ale gdyby nie ich obecność w tym doborowym towarzystwie może nie wiedziałbym o ich istnieniu (tegoroczne „Bestie z południowych krain” szczęśliwie na NH obejrzałem, więc nominacja nie miała dla mnie znaczenia poznawczego). O kilku innych filmach, także nagrodzonych pewnie by wypadało tu jeszcze wspomnieć i  o niektórych kiedyś napiszę mam nadzieję. A choć sam sobie teraz udowodniłem, że Oskary to ważna rzecz i że więcej pokory by mi się przydało w spojrzeniu na Akademię, to dystans i tak pozostanie (osobną kategorię stanowią takie filmy jak "Jak zostać królem", obsypane Oskarami, a mnie irytujące - w tym wypadku z powodu głównie zakończenia: Anglia postanowiła przystąpić do wojny i w ten sposób ratuje cywilizację, ale o tym że od 3. września Polska już, mimo traktatu z tym symbolem wartości naszego świata, zdołała się wykrwawić, nie wspomina się słowem; można by sądzić, że klęska wrześniowa spowodowana jest zbyt powolnym dochodzeniem króla do Głosu; co z tego, że film jest dobry - tym gorzej dla niego, w umysłach widzów pozostanie wkurzające mnie wyobrażenie o roli Anglii w ratowaniu cywilizacji naszej).

Tyle o tych Oskarach, a przecież nie o tym chciałem, skojarzenie tylko takie, że „Lot”(r. R. Zemeckis), który wczoraj obejrzałem, także wśród nominacji – ale przecież to nie ten typ, co wymienione już wcześniej tytuły; nawet nie inna półka co regał w drugim pokoju. Tyle tylko, że kilka myślątek po głowie brykać mi zaczęło i też chwilę pisania sobie podarować pragnę (a tak wiele zdecydowanie cenniejszych filmów ostatnimi czasy oglądałem i ani słówka nie skleciłem, ech…)

To, że głównym bohaterem jest alkoholik, nie wystarczyłoby, podejrzewam, by mnie do pisania sprowokować. „Pętla” W. Hasa jest dla mnie absolutnym liderem w tym wypadku (choć są tytuły takie jak „Ćma barowa”, które także wyzwalają we mnie poczucie „empatii”). Choć przyznać trzeba, że Denzel Washington przekonujący w tym filmie jest (a może to już scenariusz J. Gatinsa, także nominowany do Oskara:-) wystarczająco wiarygodnie odzwierciedla sytuację mentalną nałogowca). Moją wątpliwość budzi przekonanie (nie tyle twórców filmu, co psychologów), że wystarczy się przyznać przed sobą do nałogu, by wejść na ścieżkę odnowy (upraszczam oczywiście, ale chodzi o ten podobno najtrudniejszy krok w terapii: przyznać się „Jestem alkoholikiem”). Zdecydowanie bardziej przekonuje mnie kreacja Marmieładowa (wiem, wiem, elipsę epokową uczyniłem w tej chwili, ale do tego można się było przyzwyczaić, czytając tego bloga; zawsze powtarzałem, że literatura mnie więcej nauczyła, czy też mam do niej większe zaufanie, niż do armii fachowców od ludzkiej psyche), który pozbawiony jest cienia złudzeń na temat własnej sytuacji, a i tak nic mu to nie daje, i tak stacza się na dno poniżenia ciągnąc za sobą Sonię i resztę rodziny. Być może dla wielu samo przyznanie się przed sobą jest problemem, być może w takich przypadkach od tego należy rozpocząć terapię. Jednak zdecydowanie większym problem są Ci, którzy nie mają jakiegokolwiek problemu, by się przyznać (przed sobą, przed najbliższymi, bo niekoniecznie przed światem, bo przecież np. pracę stracić można i byłoby to nierozsądne a przecież w świecie pragmatycznym bardzo funkcjonujemy i wcale takich ekspiacji nikt, a ci najbliżsi chyba najbardziej, nie oczekuje). W filmie Zemeckisa to moment przyznania się przed światem (dosłownie, bo to przed kamerami) jest punktem kulminacyjnym (i to w sensie najbardziej klasycznym, od tego momentu w jego życiu już nic nie będzie takie jak przedtem i chyba o to chodzi w tego rodzaju sytuacjach w życiu: zrobić coś takiego, od czego już powrotu nie będzie; i nie tylko o walkę z nałogiem mi w tej chwili chodzi; człowiekowi chyba w ogóle trudno jest bardzo podejmować decyzje o skutkach nieodwracalnych, coraz bardziej asekuracyjni jesteśmy, skrupulatnie się zabezpieczamy na wypadek powrotu, mnóstwa zabezpieczeń oczekujemy; czy to już tchórzostwo jest czy aż odpowiedzialność i dojrzałość [uwielbiam te pojęcia - wytrychy powodujące, że odwaga lekkomyślnością nazwana być może a przecież jest różnica ale gdzieś wewnątrz człowieka, bo na zewnątrz może chodzić o czyn tej samej rangi]) wyprawy bohatera do świata trzeźwości. I wierzę, że była to dla niego sytuacja graniczna bardziej niż lot odwróconym do góry nogami samolotem z setką pasażerów na pokładzie. Ale był mi bliski wcześniej, gdy z naiwnym przekonaniem wykrzykiwał „Ja alkohol wybrałem”. To są te najprostsze momenty, w których nasz mózg robi sobie z nas niezły kabaret (tylko kto ma ubaw w tym momencie? to chyba w tego rodzaju sytuacjach potrzebna jest figura Szatana – no bo kto, jak nie on? On? miałby frajdę z tak pojmowanej przez nas wolności a przede wszystkim z głębokiego przekonania naszego, że o wyborach decydujemy sami i w obronie tego przekonania wojnę bylibyśmy w stanie wypowiedzieć jeśli nie ościennym mocarstwom to przynajmniej najbliższym znajomym).

Wśród pytań, które mi się pojawiły w głowie podczas oglądania, nie te dotyczące nałogu były najważniejsze. Whip Whitaker (D. Washington) mając we krwi sporą ilość alkoholu i koki w sytuacji krytycznej ryzykownym manewrem doprowadził samolot do lądowania ratując w ten sposób życie koło setki ludzi. Sześć osób niestety poniosło śmierć. Z treści filmu jednoznacznie wynika, że niesprawna była maszyna i że tylko dzięki niezwykłym umiejętnościom pilota nie zginęli wszyscy. I cóż z tego przedostanie się do opinii publicznej? Jaka prawda pojawi się w obiegu społecznym? Kto jej będzie dociekał? Bo przecież nie niezmordowani dziennikarze, którzy co rusz wykazują się ignorancją i uproszczeniami (piszę na podstawie własnego doświadczenia związanego z edukacją i artykułami wymyślonymi na jej temat przez światłych dziennikarzy) i nie kryją się z tym, że głoszą takie prawdy, jakich ludzie oczekują. Bo to rynek decyduje dzisiaj o tym, jaka doktryna religijna prawdą zwana decyduje o obrazie świata goszczącego w umysłach wyznawców (o przynależności do konkretnej sekty decyduje tytuł gazety  połykanej na śniadanie i kanał telewizyjny konsumowany wieczorową porą  [nieopatrznie zacząłem w tym momencie o ostatnim oglądanym przeze mnie spektaklu pisać, "Życie snem" Calderona w reż. Kuby Kowalskiego; to chyba stamtąd myśl taka zawędrowała do tego mego pisania, że władcy korporacji medialnych to tacy współcześni stymulatorzy snów naszych; nie jest to oryginalne, ale pamiętać o tym warto zawsze]). I w ten sposób (choć w filmie ten wątek nie jest pociągnięty, ale znając tak zwaną opinię społeczną można się domyślać, jak będzie), bohaterski pilot stanie się naćpanym mordercą a linie lotnicze czy też producenci samolotu, nawet jeżeli poniosą jakąś odpowiedzialność, to informacja o tym zniknie na stronach biznesowych dzienników. Ale na pewno nikt nie trafi do więzienia. Poza Whipem, który chyba tylko dzięki temu będzie mógł sobie poradzić z nałogiem.

Więzienie, czyli niemal całkowite odcięcie od świata, jako jedyna metoda…

O "Locie" tekst ten być miał i jakoś tak popłynęło (chyba tylko o miłości tym razem nie było) i bardzo dobrze i tym to pisanie ma być. 


"Lot" reż. Robert Zemeckis

piątek, 18 stycznia 2013

Burza w chorobie

Choroba ma tę dobrą stronę, że umożliwia powrót na opuszczone ścieżki refleksji zwerbalizowanej. Tak, choroba... po raz pierwszy w życiu zawodowym jestem kilka dni na zwolnieniu i poza poczuciem winy (!), przymusem ascezy totalnej (choć po antybiotyku jakiś detoks nastąpić musi) jest i ten stan wyciszenia, który do pisania skłania. Chciałoby się jakoś ogarnąć te cztery miesiące milczenia, niepisania, sfrustrowania... i mam nadzieję, że powrót na tę Stronę nie jest jednorazowy; choć kilka zdań dla higieny raz na jakiś czas, higieny niezbędnej, choćby jakiś cytat). Wczorajszy dzień za sprawą Piotra Kamińskiego spędziłem w towarzystwie Prospera. Nowy tłumacz Szekspira to jest. I nowy cykl dzieł Mistrza w niezwykłym opracowaniu (kiedyś muszę o "Makbecie" w tym wydaniu napisać, bo była to bardzo odświeżająca lektura). I to w tym wydaniu po raz pierwszy przeczytałem (nigdy nie kryłem, że ignorantem jestem, ale dzięki temu jeszcze wiele rzeczy przede mną do odkrycia i daj boże wiele olśnień), że Prospero to Szczęściarz (z włoskiego) podobnie jak Faustus (tyle że ten z łaciny). Ale wątku, w którym przyjrzałbym się relacji Szekspirowskiego Fausta do bohatera Marlowa (nie mówiąc o Goethem) nie pociągnę, bo chwilowo mnie przerasta. W ogóle do wstępu i do komentarza do tego nowego tłumaczenia "Burzy" odnosić się na razie nie będę, bo po co streszczać coś, co każdy sam przeczytać może (tak jakbyśmy ciągle czegoś nie streszczali, przywoływali i tylko sprytne zestawienie pewnych rzeczy obok siebie czasami jest naszym oryginalnym pomysłem, często bardzo dowolnym i nieuzasadnionym, tłumaczącym się naszymi subiektywnymi skojarzeniami, które jedynie psychoanalityka mogłyby zainteresować). Ale o jednym śladzie nie mogę nie wspomnieć. Wg Anny Cetery (autorki opracowania) jednym ze źródeł pomysłu na napisanie "Burzy" mogły być opowieści o rozbiciu się w roku 1609 u brzegów Bermudów jednego ze statków wyprawy ratunkowej zmierzającej do Wirginii. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie okoliczności zdarzenia. Statek zmierzał do Jamestown, w którym osadnicy marli z głodu licząc jedynie na pomoc Kompanii Wirgińskiej (oczywiście totalna porażka przedsięwzięcia, bo przecież to kolonia miała być źródłem zysku, a okazało się, że nawet nie jest samowystarczalna; od razu przypomina mi się zakończenie "Zakochanego Szekspira" - Wessex z Violą do Wirginii właśnie odpływają, lord chyba i na tym interesie dobrze nie wyszedł, a Viola może i powróciła do Londynu: starsza, wybiedzona i brzydsza, więc nie szukała kontaktu z Szekspirem pewnie). Rozbitkowie wylądowali na Bermudach - w raju, w porównaniu z Wirginią. Lecz 150 osadników nie miało pojęcia o warunkach czekających na nich w Jamestown; pozwolę sobie na cytat z komentarza do "Burzy": "Bajecznie piękne wyspy obfitowały we wszelaką żywność. Anglicy jedli ryby, kraby, ostrygi, żółwie, odławiali dzikie świnie i petrele. Te ostatnie, ufne,siadały na rękach ludzi, gdy tylko wyszli na skały. Gates [mianowany w Londynie gubernatorem Wirginii] i Somers [admirał], świadomi tragicznej sytuacji w Jamestown, nalegali na dalszą żeglugę, ale nagłaśnianie znanych im faktów mogło jedynie wzmóc opór plażujących rozbitków. W Jamestown czekały na Anglików nie tylko skrajnie trudne warunki życia,, lecz przede wszystkim mordercza praca przy zakładaniu i uprawie plantacji tytoniu: tylko dzięki nim mogły się zwrócić fortuny zainwestowane w zamorskie przedsięwzięcie" [s. 193]. I tak, po wybudowaniu dwu pinas o nazwach Cierpliwość i Ratunek, zostali zmuszeni do dalszej podróży i ostatecznie dopłynęli do celu. Niezwykła historia: trafili do raju, ale interesy spółki zmusiły ich do jego porzucenia i nałożenia jarzma. Co tam musiało się dziać. Jaka perswazja. Przymus. Odwoływanie się do wartości? Porzucili szczęście i beztroskę - to ostatnie szczególnie napiętnowane do dzisiaj w naszej kulturze (śladem jest choćby moje poczucie winy teraz, gdy choroba w końcu zmusiła mnie do pójścia na zwolnienie:-)). A szczęście musi być wynikiem wysiłku, determinacji, wyrzeczeń... Czyż nie dlatego Prospero każe pracować Ferdynandowi nim odda mu Mirandę ("Szyję i nogi skuję ci łańcuchem/ Pić będziesz słoną wodę, jeść robaki,/ Zgniłe korzonki i łupiny, z których/ Żołędzie już wypadły") w myśl własnych słów (czy Mędrca?): "nie ceni zdobyczy,/ Kto zbyt ją tanio kupił"? No właśnie, "Burza", bo to głównie o niej dzisiaj (wczoraj lektura nowego tłumaczenia stała się dla mnie pretekstem do przypomnienia sobie "Ksiąg Prospera" i spektaklu Warlikowskiego i to o nich myślałem pisać, ale już chyba nic z tego). W dramacie Szekspira jeden z rozbitków - Gonzalo (to imię zawsze mi się będzie kojarzyło z "Trans-Atlantykiem", przecież Gombrowicz dobrze znał Szekspira, czy to imię użył przypadkowo?) roztacza przed znużonymi współtowarzyszami niedoli wizję beztroskiej utopii, dla której wprawdzie źródłem był tekst Montaigne'a "O kanibalach", ale równie dobrze mogły w niej pozostać ślady wspomnień rozbitków z pobytu na Bermudach. Dlaczego w tym wypadku ziszczenie marzeń o raju nie jest możliwe? Nie z powodu interesów kompanii handlowej; i też nie dlatego, że to wszystko inscenizacją Prospera jest tylko (imię jego dwuznacznie pobrzmiewa w tym utworze, bo wprawdzie nie kończy jak Faustus w paszczy piekielnej ale o szczęściu też nie może tu być mowy, nawet w tym wypadku, nawet gdy mamy do czynienia z reżyserem spektaklu, może dlatego, że ma pełną świadomość bytu... ale o tym może gdzie indziej coś kiedyś), ale przede wszystkim dlatego, że sami ludzie (w tym wypadku Sebastian i Antonio) zaczną rywalizować ze sobą, na początku oczywiście o władzę (pierwszy mord w stylu Makbeta przecież jest już w planie: "Lecz wciąż, uparcie, kim być powinieneś,/ Czytam ci z twarzy. Sposobność cię wzywa,/ A wyobraźni mam dość, by zobaczyć,/ Jak skroń ci wieńczy - korona"). I w ten sposób dotarliśmy do zasadniczego tematu dramatów Szekspira wg Jana Kotta. Tylko nieświadoma cywilizacji Zachodu Miranda może zachwycać się patrząc na (nie tylko)potencjalnych zbrodniarzy: "Ludzkość jest piękna!/ Nowy wspaniały świat, gdzie tacy ludzie!" (Prospero: Nowy - dla ciebie). Chciałem o Prosperze, o różnych tematach wpisanych w dramat (zanim na Kleczewską do Bydgoszczy pojadę), wyspie teatrem zwanej. Ale chyba wypadnie mi ten pierwszy wpis w tym dość pesymistycznym momencie zakończyć, przywołując cytat z krótkiego tekstu Grzegorza Niziołka na temat "Burzy" Warlikowskiego: "Pozwala uświadomić sobie na przykład to, jakie emocje mogą budzić zbrodnie przeszłości (bo o nich przecież mówi Szekspirowska "Burza"), co oznacza ślub między dziećmi dawnego kata i dawnej ofiary oraz jakiego wysiłku duchowego wymaga akt wybaczenia". Czego znowu doświadczamy ponownie po premierze "Pokłosia". A Prospero na wyspie tylko 12 lat był przecież. I co chwila, mówiąc Mirandzie o przeszłości, dopytuje się: "Czy ty mnie słuchasz?" Wątpiąc w możliwość przetrwania prawdy. Jego prawdy.

czwartek, 19 lipca 2012

Na otwarcie

Tematem opowieści będzie podróż małej Huspuppy przez krainę śmierci. Równie dobrze mógłbym napisać: dzisiaj przyglądałem się na ekranie, jak żyje margines w dalekiej Louisianie (i pomyślałem sobie, że jednak bycie belfrem w Polsce nie jest takie złe, choć... cholera, zawsze musi być jakieś 'choć', nie można choć raz przyjąć jakiś sądów bez wątpliwości, czy zawsze musi być to dzielenie włosa na czworo...). Ale też historia rodzinna, o szczęściu. Bo ci żyjący na terenie zalewowym ludzie (zalewowym, czyli przeznaczonym do zalania w razie powodzi - i, jak łatwo się domyśleć, ta powódź rzeczywiście ma miejsce). I takie myślątko przez głowę mi przeleciało podczas projekcji: czy też trzeba być takim degeneratem (oni non stop chleją a żyją w warunkach przypominających chlewiki z czasów PRLu), by poczucie ciepła i bliskości zaistnieć mogło? Czy też może zbyt banalne byłoby ukazanie, że tak zwani normalni ludzie także potrafią się kochać? I rzeczywiście najczęściej (oczywiście poza komediami romantycznymi) oglądamy na ekranie świat 'normalnych', ale obojętnych i jednoczeście nieszczęśliwych ludzi. Ale to także już banał jest. Mówimy o ludziach, którzy codziennie walczą o byt i jednocześnie codziennie starają się na swój prosty (!) sposób wyciągnąć z życia jak najwięcej radości. I obserwujemy ten świat oczyma małej dziewczynki, której nieokiełznana wyobraźnia pełna jest mitycznych bestii pochodzących z (jej?) pierwotności. To jest podróż i zmaganie się z bestią. Podróż, którą w sumie każdy normalny człowiek przebyć w młodym wieku powinien. Każdy tego potwora w sobie powinien umieć okiełznać; a przede wszystkim poznać. Ale nie każdy jednak przez takie doświadczenie przechodzi. Nie każdy ma ojca, który pełen agresji i determinacji zmusza córkę do wyzwolenia w sobie bestii; nie każdy żyje w tak surowych warunkach, że w sumie każdy dzień staje się walką z potworami; nie każdy wreszcie ma taką wyobraźnię i jednocześnie siłę. Bo dziewczynka jest mocarzem. Przechodzi banalną drogę; ale banalną z punktu widzenia psychoanalizy: zabija ojca, walczy z cieniem (bestią), odbywa podróż na Pola Elizejskie, gdzie spotyka być może matkę (a zawozi ją tam oczywiście współczesny Charon na jakiejś dziwaczej platformie; oni w ogóle wszyscy po tej mitycznej wszechobecnej i jednocześnie niszczącej wodzie dziwacznymi bardzo 'łódkami' pływają. Bestie są konkretne bardzo w tym filmie; atakują bardzo realnie, choć filmowane są bardzo poetycko. Za to śmierć, która wydaje się być jedną z ważniejszych bohaterek, nie pojawia się uosobiona - czy też, paradoksalnie, ożywiona:-). Ale jest. Ciągle. Skojarzył mi się ten film z innym, jednym z moich ulubionych, "Do szpiku kości": ojciec i córka (choć różnica duża wieku pomiędzy dziewczętami), surowe - nieprzypominające amerykańskich, znanych nam z innych filmów - warunki życia, specyficzne relacje międzyludzkie, no i to, że mi te warunki, w których żyją, tak Polskę (tę biedną) przypominają. I to był pierwszy dzień festiwalu "Nowe Horyzonty" i mój pierwszy raz: nigdy nie pisałem poza domem. Dziś jeden film, więc mogę to ogarnąć, ale czy napiszę coś jutro, pojutrze... sącząc wieczorne piwko...

 "Bestie z południowych krain" reż. Benh Zeitlin

niedziela, 18 grudnia 2011

Niby normalni, niby zwyczajni...

dedykowane Gosi, która świat poznaje nie tylko filmy oglądając

Coraz trudniej zabrać mi się do pisania...

Iran. Niewiele filmów znam z tego kraju pochodzących. W tym roku na NH świetne "Rozstanie; gdzieś tam kiedyś "Półksiężyc". Teraz "Co wiesz o Elly?"
W głowie mam bardzo stereotypowe wyobrażenie o tym regionie: religijna ortodoksja, kobiety z pozakrywanymi twarzami, zacofanie... zupełnie nie wiem, dlaczego... skąd te skojarzenia? kto mi je zrobił?
A może to po prostu ignorancja.
Oglądając "Rozstanie" (a teraz "Co wiesz o Elly?" - ten sam reżyser: Asghar Farhadi) łapałem się na tym, że zdziwiony jestem normalnością ludzi, o których w tych filmach nam się opowiada. Co nie znaczy, że to rzeczywistość europejska jest; nie - ale stopień odmienności tego świata nie jest w pierwszej chwili szokujący.
A może jednak? Może to tylko wygląd bohaterów mnie zwodzi?
Bo żyją niby tak jak my. Podczas tygodnia pracują w zupełnie normalnych firmach. A w weekend, jak każdy mieszkaniec Zachodu, jadą nad morze (miejsce jest oczywiście nieważne, choć morze mi tu do szumu ładnie pasuje) się wyszumieć. Choć już w tym momencie możemy dostrzec zasadniczą róznicę - bo spędzanie przez nich czasu na wyjeździe już wygląda specyficznie, boć przecie oni nie piją a nasz weekend, by zaliczyć go do udanych, musi być nieźle rozpuszczony w przeróżnych rozpuszczalnikach frustracji; a oni cieszą się życiem rodzinnym i towarzyskim; jedzą, palą fajkę wodną i to im wystarcza, by czuć się dobrze - niczym klub AA... (to moje zdziwienie "to im wystarcza" jest mocno niepokojące, wiem, ale cóż - coś w tym jest... tzn. coś bardzo banalnego...)
Tym, co ich zasadniczo różni, co powoduje, że robią wrażenie, jakby byli z innego świata - to m.in. pojmowanie honoru (i hańby oczywiście, bo pojęcia te są nierozwalnie powiązane ze sobą). Ale nie tego, który na transparentach wypisują nasi współcześni politycy przy okazji swiąt narodowych, podczas których czcimy i wynosimy do poziomu wartości fakt poniesienia klęski.
Honor codzienny.
Z sytuacją tragiczną zaś mamy do czynienia (no właśnie - my żyjemy w świecie, w którym coraz trudniej sobie wyobrazić tego rodzaju sytuację: w świecie, w którym wartości nie są uwewnętrzniane, nie sąsiadują niemal na styk z trzewiami, nie są częścią natury - tragizm jest niemożliwy), gdy wybierać trzeba między dobrem rodziny a honorem niemal nieznanej nauczycielki, którą się namówiło na niby niewinny wyjazd z przyjaciółmi nad morze (a pojęcie niewinności w słowniku mentalnym Polaka i Irańczyka to, jak się okazuje, oznacza dwie zupełnie różne rzeczy). I jest to rzeczywiście klasyczna sytuacja tragiczna, bo w kręgu wartości świata przedstawionego tego filmu wcale dobro rodziny nie muiz być więcej warte niż niż honor kogoś, kto może być go pozbawiony przez nas za pomocą jednego słowa. I piękna Sepideh (Golsfihteh Farahani - urocza Aisha z "W sieci kłamstw" , filmu, w którym mieliśmy już do czynienia z sytuacją polegającą na tym, że bohatreka nie mogła zwyczajnie podać ręki na pożegnanie swojemu świeżo poznanemu wielbicielowi z Ameryki, bo naruszyłoby to święte zasady i być może wiązałoby się z jej hańbą; ale ten film , choć hollywoodzki, zwracał uwagę właśnie na kontrast między chaosem moralnym funkcjonującym w naszym świecie a swoistym ładem panującym na Bliskim Wschodzie - choć oczywiście nie jest moim celem idealizowanie tej przestrzeni, bo krajom arabskim jakże daleko do wyobrażeń o raju, a to, co się tam dzieje w tej chwili, jest tego najlepszym przykładem) doświadcza autentycznego cierpienia, gdy to słowo właśnie musi wypowiedzieć i pohańbić obcą kobietę (dodajmy - już po jej śmierci, a więc wydawać by się mogło, że nie ma co rozdzierać szat - trzeba z żywymi naprzód iść...).
Przyzanam się, że odszedłem już daleko od takiego świata i zdziwiony jestem, że w ogóle tragizm w tym filmie dostrzegam. Moje sumienie w kręgu wzniosłych wartości dawno już przestało być zanurzone. I dotyczy to obydwu aspektów tej sytuacji tragicznej - bo także i dobra rodziny, które jest da mnie pojęciem abstrakcyjnym.
Na tym polega siła tego rodzaju filmów - przenoszą nas (mnie - ale choć ta spowiedź mnie dotyczy, to, niezależanie, co by moi współbratymcy mówili o sobie, jestem święcie (!) przekonany, że bardzo się ode mnie nie różnią [mam na myśli stosunek do honoru a nie do rodziny, bo w tym wypadku jestem rzeczywiście swoistym dziwolągiem- specyficzne wyznanie na tydzień przed najbardziej rodzinnymi swiętami w moim kraju, ale też świętami, za którymi szczególnie nie przepadam i z uczuciem ulgi obserwuję ludzi mnie otaczających, ulgi płynącej z zadowolenia, że jestem w to prawie niezamieszany] - chyba tylko tym, że nie stać ich, by się do tego przyznać) w inną przestrzeń moralną, jakby nie z tego świata. Jednocześnie przyznaję, że zdecydowanie bardziej swojsko czuję się w kulturze, która doświadczyła w latach sześćdziesiątych rewolucji moralnej i obyczajowej. Można by się jedynie zapytać, w jakim stopniu okupiliśmy tę naszą wolność frustracjami, depresjami, nieprzespanymi nocami, poczuciem braku przynależności do czegokolwiek i kogokolwiek.
"Co wiesz o Elly?" - gdyby nie zdarzył się dramat, to może świat, o którym nam się opowiada w tym fimie, wydałby się bardzo podobny do naszego. Być może, gdy się jest tam, na miejscu (musiałbym się skonsultować w tym miejscu z córką, [ale dedykuję jej ten wpis] która poznała ten świat z bliska; dzisiaj jest to jednak niemożliwe, bo także rodzinne święta nie są jej w głowie i eksploruje mentalność Obcych z dala od od tego bożonarodzeniowego zgiełku) nie odczuwa się aż tak mocno, że ludzie tam żyjący są bardzo Inni. Bo cóż my o nich wiemy. Ich dramaty rozgrywają sie poza naszymi oczyma. A to właśnie w takich sytuacjach napięcia objawia się jakaś istotna cząstka prawdy o nich (o każdym oczywiście). Prawdy, która tak bardzo ich różni od nas.
Tak, najważniejsze na co dzień skryte jest przed wzrokiem Obcych.

"Co wiesz o Elly?" reż. Asghar Farhadi

sobota, 22 maja 2010

Ucieczka z ikony

Scena to niemal naturalne miejsce do przedstawienia dramatu rozgrywającego się w pomieszczeniu zamkniętym. Nic dziwnego, że dramaturdzy nader często to wykorzystują. Przeważnie są to oczywiście kameralne psychomachie o obcości lub wzajemnej psychicznej agresji tych, którzy powinni być sobie najbliżsi (to charakterystyczne, że jakoś nie sprawdzają się na scenie historie o szczęśliwym pożyciu małżeńskim czy o zrozumieniu mającym miejsce pomiędzy rodzicami i dziećmi). Od miłości do nienawiści droga niedaleka jak wiemy a i przebywanie z kimś pod jednym dachem przez lat wiele może zrodzić frustracje, które znajdują ujście w serialu pt. "codzienne dogryzanie sobie" lub w tradycyjnym mordobiciu, które we współczesnym tatrze najlepiej żeby skończyło się ostrym agresywnym seksem na scenie.
Tym razem skończyło się (na szczęście?) inaczej.
Eva Peron - dzisiejsza premiera Teatru Wybrzeże
sztuka o teatrze
teatrum mundi w kolejnym wydaniu
Ostatnia scena: bohater(ka) po wyreżyserowaniu perfekcyjnym swojej śmierci opuszcza - dosłownie - teatr. Widzowie uwięzieni w zacienionych czterech ścianach obserwują na ekranie aktora, który, wcieliwszy się w przypadkową tożsamość właściciela płaszcza pozostawionego w teatralnej szatni, schodzi po schodach, wyjściem dla publiczności opuszcza mury przybytku Melpomeny, mija okoliczne knajpy i znika na Targu Węglowym. Wybrał(a) wolność, w przeciwieństwie do widzów, którzy nadal przykuci są do swoich krzeseł, a co gorsza - także do opowiedzianej im na scenie historii.
Prawdziwa(?) Eva Peron wyzwoliła się z narracji na swój temat; pozostał mit okupiony zbrodnią
(choć stały bywalec Absyntu siedzący nad orzeźwiającym napojem w ogródku, obserwujący podczas kolejnych wieczorów przechodzącego obok aktora w nietypowym stroju może spokojnie dojść do wniosku, że uczestniczy w spektaklu i że 'Eva' wcale się nie wyzwoliła, a może wręcz przeciwnie - codziennie, podczas wieczorów teatralnych odgrywać musi to samo; zniewolenie nabiera podwójnego znaczenia).

Evitę gra Łukasz Konopka. I choć szekspirowska zamiana płci w teatrze nie jest niczym nowym, to w tym spektaklu od początku uzmysławia ona widzowi, że mamy do czynienia z wielką mistyfikacją (swoją drogą w momencie, gdy Eva całuję się z Ibizą - Maciej Konopiński - przypominają się oburzenia purystów z czasów Wiliama na sodomę i gomorę mającą miejsce w teatrach, w których, częste bardzo, sceny miłosne grane były tylko przez mężczyzn).
Zresztą niewyjaśnioną do końca sztuki; mimo wszystko płeć Evy nie została wyjaśniona (zresztą, czy z żebra Adama mógł powstać ktoś, kto tak bardzo i często mu przeczy:-)). Musi pozostać niepewność; nie można wyjść z teatru z przekonaniem, że wszystko wiemy. Ta sztuka jest właśnie o tym, że wiemy niewiele. Tylko tyle, ile przekazują nam media - a jakie są media, każdy widzi...
Eva wyzwala się ze swej ikony...
Inscenizuje spektakl śmierci (jak się okazuje, umieranie to także kawał teatralnej roboty).
Ale po to, by wyzwolić się ze spektaklu. Wokół niej wszyscy grają. A szczególnie matka - Dorota Kolak, która ani przez moment nie pozwala uwierzyć widzowi w to, że jest kochającą matką. Z wyraźnym dystansem do swej roli inscenizuje cały szereg stereotypowych zachowań, które mają przekonać Evę, że jej uczucia są szczere i że wcale nie chodzi jej o spadek.
Zaczynamy w końcu watpić nie tylko w to, co serwują nam permanentnie media, ale także w wyznania najbliższych.
Jedyną osobą, która nie w pełni wydaje się odnajdywać w tym okrutnym spektaklu jest pielęgniarka - Wanda Skorny. Wyraźnie zagubiona próbuje dostosować się do sposobu funkcjonowania dworu milczącego władcy (bo tak przedstawiony jest Peron - Krzysztof Gordon), ale nie udaje jej się to...
wydawałoby się
Bo gdy założyła jedną z piękniejszych sukienek swej chlebodawczyni, gdy peruka spowodowała, że zaczęła być uderzająco podobna do ikony (właśnie do ikony, bo przecież realna umierająca na raka Eva w niczym nie przypomina swych wizerunków), to z nieśmiałej pielegniarki dość szybko przeobraziła się w zachwyconą sobą ulubienicę tłumów. I to ją zgubiło (ale to, że zginęła ma mniejsze znaczenie przecież niż to, że tak szybko wyzbyła się wcześniejszej tożsamości dobrej kobiety; dokonała czegoś w rodzaju mentalnego samobójstwa, samobójstwa które jest naszym udziałem permanentnym, samobójstwo przez Gębę). Stała się ofiarą na ołtarzu wolności... no właśnie - kogo? Bo przecież nie Evy, jej być może nigdy nie było. Stała się niewolnicą swego mitu i otaczających ją dworaków. Być może także niewolnikiem swej płci (to już mogłaby być lekka przesada, gdyby nie to, że przecież przez stereotyp wyobrażeń na temat naszej płci także zniewoleni jesteśmy i niezależnie od tego, z jakim szyderstwem potraktujemy współczesne feministki, to akurat ich teksty na ten temat powinny dawać do myślenia - co nie znaczy, że od razu trzeba się z nimi zgadzać; ot - pomyśleć chwilę...)
Scenografia: zamknięta przestrzeń. Grupka ludzi uwięziona przez mit Evy. Eva uzmysławiająca im nieustannie to zniewolenie swoimi kaprysami, histeriami, swym niezdecydowaniem, swą śmiercią. Przestrzeń otoczona albo lustrami, w których odbijają się groteskowe figury czy wręcz Gęby bohaterów, albo ekranem, na którym obecna jest narracja o Evicie. A za ścianą szafa, o której marzy każda kobieta - wypełniona milionem sukienek, wśród których trudno znaleźć tę, o którą nam akurat chodzi. Sukienek, które decydują o naszej tożsamości.
Strój jako najbardziej podstawowy komunikat określający naszą tożsamość.
Eva rozdaje sukienki, obdziela swoim mitem otoczenie.
Najatrakcyjniejszą dostała pielęgniarka. Ona stała się Evitą.
I szpitalne łóżko z buteleczkami sztucznie podtrzymującymi życie ludzkiego organizmu. Symbol podtrzymywania przy życiu wyobrażeń, na których nam zależy.
Zadanie to o tyle jest łatwiejsze od podtrzymania życia pacjenta (szczególnie w polskim szpitalu), że ludzie są spragnieni mitu. To tak, jakby smierć zabiegała o ludzkie życie. Tak, jakby to człowiek zapraszał śmierć do tańca, a ona permanentnie dawała mu kosza. Tak jest z tym ludzkim pragnieniem mitu.
Ostatnia scena: Peron wygłasza mowę na pogrzebie swej żony. Mowę, która ma podtrzymać mit. A widzowie jednocześie przyglądają się na ekranie, jak rzeczona Eva opuszcza teatr, jak wędruje uliczkami Gdańska. Trudno powstrzymać śmiech. Patos rozbrojony przez groteskę.
Chciałoby się powiedzieć: ciszej nad tą trumną.

Copi Eva Peron reż. Kuba Kowalski



sobota, 20 marca 2010

Robaki w mózgu

Chodziło mi po głowie kilka wstępów do tego wpisu (a czas najwyższy, bo rzadko pisuję ostatnio).
Pierwszy to ostrzeżenie, aby nie czytał tego, co napiszę, ktoś, kto zamierza obejrzeć najnowsze dokonanie Scorsese'a - "Wyspa tajemnic", ponieważ jest to jeden z tych filmów, podczas oglądania których czerpiemy przyjemność między innymi z tego, że interpretacja zdarzeń zmienia się wraz z kolejnymi odsłonami. Źródłem swoistej satysfakcji jest więc to, że nie wiemy... (a więc uprzedzam, że lepiej nie czytać:-) - nie dodam toposu skromności: "jeśli ktoś to czyta":-)).
Później sobie uświadomiłem, że kiedyś zrobiłem wpis pt. Leonardo na granicy schizofrenii. Nie wiedziałem wtedy, że właśnie powstał film, w którym ze schizofrenią (dotyczącą bohatera wykreowanego przez Leonarda właśnie) mamy do czynienia bez przenośni.
A temat ten prowokuje także do wstępu, w którym uczynimy przegląd obecności tego motywu w kinie ostatnich lat. Tego też nie uczynię. Można jedynie skonstatować, że ta psychiatryczna przypadłość okazuje się bardzo wdzięcznym tematem sztuki współczesnej.
Można też zacząć od krótkiej refleksji dotyczącej zagadkowego funkcjonowania ludzkiego mózgu. Ale o tym także już pisałem w poście W labiryncie pamięci.
Bo atrakcyjność fabuły (a film mi się podobał) tego rodzaju utworów pozostawia zawsze we mnie niepewność co do zaufania własnym szarym komórkom. Mój wrodzony niemalże sceptycyzm poznawczy zyskuje wtedy na radykalizmie - człowiek zaczyna podawać w wątpliwość już nie tylko sądy innych o świecie ale także własną pewność dotyczącą postrzegania świata go otaczającego. Staje się to tym bardziej istotne w momencie, gdy sporo czasu spędzamy w samotności i nie mamy okazji do konfrontowania własnych wrażeń z tym, co widzą i myślą inne osoby. Niepokój zaczyna się pojawiać, gdy zaczynamy się zastanawiać, czy np. wizyta, która urozmaiciła wielką ciszę miała rzeczywiście miejsce (i znowu nieśmiertelny finał Powiększenia z fikcyjną grą w tenisa... wielki finał). W takich momentach zastanawiamy się nad realnością doświadczeń mistycznych pustelników - ilu z nich było schizofrenikami?
Nie wspomnę o wszelkich refleksjach przychodzących do głowy o poranku, który ma miejsce po nazbyt alkoholowej nocy (świetnie zostało to ukazane w Domu złym - świetnie także pod względem formalnym).
Alkohol zresztą nie jest tu bez znaczenia, gdyż bohater filmu Scorsese'a w pewnym okresie nadużywał (zresztą pisał o tym tez Stephen King w książce Jak pisać, gdy doszukuje się źródeł wielu swych niezwykłych pomysłów właśnie w permanentnej przyjaźni z panią whiski).

Film zaczyna się jak typowy film kryminalny. Leonardo jest szeryfem, który ma do rozwiąznia zagadkę tajmnieczego zniknięcia kobiety. Do pewnego momentu jesteśmy przekonani, że to rzeczywiście jest zasadniczy temat tej fabuły. Zagadka jest jednak głębsza, niż nam się wydaje. Tkwi w jego mózgu.
Zagadka kryminalna staje się pretekstem do wprowadzenia widza w konwencjonalny świat tajmniczych badań na ludzkim mózgiem zagrażającym wolności jednostki. Obsesji na tym punkcie można się nabawić, gdy zbyt wiele na ten temat się naoglądamy bądź naczytamy. I nie jest też niczym nowym zaprezentowanie tego problemu w atmosferze koszmaru Kafkowskiego. Mroczne i zawilgocone labirynty, w których więzione sa typy spod ciemnej gwiazdy, pozwalają wyzwolić w widzu klaustrofobiczne lęki związane z jego własną psyche. Ilu takich potworów ukrywamy w zakamarkach własnego 'ja'... no właśnie - w jakim stopniu jesteśmy w stanie się przyznać do tych lokatorów naszego mózgu?
Pomysł niczym z Miczenia owiec: traumy można się pozbyć, gdy ponownie wejdziemy do tej samej rzeki (wbrew twierdzeniom fiozofów psychologowie są przekonani, że jest to możliwe - twierdzą nawet, że czynimy to nieustannie dopóki, dopóty jakimś dziwnym wysiłkiem woli nie zmienimy scenariusza zdarzeń w momencie kluczowym, by się wyzwolić). Lecz w przeciwieństwie do tamtego filmu tutaj mamy do czynienia z eksperymentem psychologicznym, który ma służyć wyzdrowieniu. Problem pojawia się w momencie, gdy wyzdrowienie łączy się z pogodzeniem z tym, że jesteśmy potworem (no i jeszcze pozostaje pytanie, co zrobić z sytuacją, która kazała nam być potworem z dobrego serca...); może lepiej jednak pozostać w wyimaginowanym świecie, w którym jesteśmy dobrym i pożytecznym bardzo człowiekiem?
Fajne jest to, że Scorsese pozostawia w zakończeniu filmu niedopowiedzenie...

Wszystko jest w mózgu. Uznanie tej prawdy rodzi szereg lęków. Bo to przecież kawałek mięsa, na który, jak się okazuje, łatwo oddziaływać całkowicie poza naszą wolą. Poprzez ingerencje fizyczną ale także, na co bardziej wyczuleni jesteśmy, manipulując naszym postrzeganiem świata środkami całkowicie dopuszczalnymi . Także w procesie edukacji:-)
Czy mając tego świadomość możemy w ogóle mówić o wolności? Jak jest ona możliwa? Biorąc za siebie odpowiedzialność (co jest konieczne i od czego w moim przekonaniu ucieczki w jakieś małostkowe tłumaczenia nie ma), w jakim stopniu bierzemy na siebie winę za wszystko co w naszym przekonaniu nie-z-nas-jest?

M. Scorsese: Wyspa tajemnic

sobota, 27 lutego 2010

Absolwent now

Wydawało mi się, że to będzie bardzo lekki film na zakończenie ferii.
A okazało się, że wyzwolił we mnie myśli, które czasami wręcz spędzają mi sen z powiek...

Każdy (przynajmniej w moim wieku) musiał się choć raz w życiu (ja wiele razy) zastanowić, jaka będzie jego reakcja, gdy każą nam usiąść przed niejakim Ryanem (bohater filmu "W chmurach"), który nam powie: "pańskie stanowisko w firmie jest niedostępne" (tak przetłumaczono tę kwestię w filmie :-)).
Stany zawsze zadziwiały mnie w pomysłowości związanej z w wymyślaniem firm, które załatwiają za człowieka to, z czym nie chce lub nie potrafi sobie poradzić. Tym razem jest to instytucja zajmująca się zwalnianiem ludzi (podczas kryzysu niebywały interes) wtedy, gdy szef nie ma tyle odwagi, by spojrzeć swemu pracownikowi w oczy . Jak wiemy - nie jest to takie rzadkie.
W filmie pojawia się cały zróżnicowany wachlarz reakcji, wśród których możemy odnaleźć także siebie. Dla mnie wydaje się najważniejsze (czego w filmie nie ma), to by nigdy nie dać się zaskoczyć; by nie poczuć się zbyt bezpiecznie; a być może wyprzedzić - jeśli człowieka na to stać - posunięcie szefa. Tak, w reakcji wszystkich tych zwalnianych jedno było wspólne - nigdy się tego nie spodziewali, mieli pełne poczucie bezpieczeństwa (co utrwalał zapewne wiecznie sympatyczny, uśmiechający się szef, który chował się za plecami Clooneya).
Ze zwalnianiem jest jak z porzucaniem partnera - można to robić patrząc uczciwie komuś w oczy a można wysłać do niego smsa (i to w filmie akurat jest, bo o odwadze spoglądania w oczy tym, których pozostawia się pośrodku rwącej rzeki niemalże bez nadziei, w jakimś stopniu jest ta opowieść).
Ale to tło tylko (!) było...
Na pierwszym planie jest prawdziwie wolny, współczesny człowiek Ameryki - świetnie zarabiający, pokonujący miliony powietrznych mil: Ryan Bingham. Facet chodzi w modnych, markowych garniturach (to wynika z kontekstu:-) bo ja oczywiście się na tym nie znam kompletnie), "kręci go status", a mimo to poczułem do niego sporo sympatii i nieistotne było dla mnie to, że zamieszkuje świat całkowicie mi obcy, do którego nigdy nie tęskniłem.
Żyje ze zwalniania innych ludzi oraz z opowieści o plecaku.
Plecak, jak sama nazwa wskazuje, to bagaż, który na plecach nosimy (a strategię podróżowania Ryan opanował do perfekcji). Staramy się, aby znajdowały się w nim tylko rzeczy niezbędnie konieczne, byśmy za bardzo się nie natrudzili podczas jego noszenia - byśmy w ogóle mogli go udźwignąć. A jak sprawdzić niezbędność spakowanych rzeczy? Wystarczy plecak podpalić... i zastanowić się, co byśmy ratowali przede wszystkim. Przytoczyłem tę prościutką opowieść, ponieważ był czas, kiedy bardzo chciałem zminimalizować ilość przedmiotów, od których jestem uzależniony. I nawet przez moment poczułem się wyzwolony. Dzisiaj niestety - obciążenie przedmiotami znowu zaczyna mnie przytłaczać...
Jest jeszcze jeden plecak, nad którego zawartością trzeba się zastanowić, myśląć o wolności w takich bardzo współczesnych, mało odpowiedzialnych czasach. W tym wypadku zawartość plecaka dotyczy ludzi.
Jak łatwo się domyślić, Ryan niewiele posiada rzeczy (oprócz wylatanych kilometrów na koncie, jest to jego jedyna ambicja - i jak się okazuje, to może być "kurewsko sexy"; "Mile są celem" - gdy wyjasnia swą motywację sprawiającą, że tyle lata, staje się tak samo śmieszny jak ci, którzy poświęcają całe życie, by otoczyć się zbędnymi przedmiotami) a i związki z innymi ludźmi nie stanowią dla niego ciężaru (pod tym względem także znajduje u mnie zrozumienie). Jego plecak jest niezwykle lekki. A w tym plecaku wszystko (czyli to, co niezbędne) jest niezwykle prezyzyjnie uporządkowane (gdy w którejś ze scen - dotyczyła seksu - Ryan mówi, że improwizował, jakoś mu nie wierzymy).
Film o braku miłości. Jakżeby inaczej. I nietęsknieniu do niej. Przeszkadza wolności.
Ryana z Alex łączy sama przyjemność. Żadnych problemów, żadnych zobowiązań, no i żadnych kłótni oczywiście (gdy niewiele nas łączy, nie mamy się o co kłócić). Czyż nie o to nam dzisiaj przede wszyskim chodzi (piszę to bez ironii i nie pobrzmiewa w tym pytaniu żaden ton krytycyzmu): niezobowiązujący czuły seks, ale także sympatyczna rozmowa w pubie. Zachowanie umiaru, który jest gwarancją spokoju. I uciekanie od wszystkiego, co byłoby związane z problemem, stresem, kłótnią...
"Jesteśmy tykającymi zegarami" - szkoda marnować czas...
Gdy Ryan przestał przestrzegać tych zasad, okazało się, że jest tylko "wtrąceniem", "chwilową ucieczką od prawdziwego życia"... I coś się w nim pewnie zmieniło - poza życiem. Bo nie jest to film, w którym mogłoby dojść do prawdziwego dramatu.
Mimo że Clooney gra niewzruszonego i chłodnego przedstawiciela firmy, która pozbawia ludzi poczucia bezpieczeństwa, to w krótkich, migawkowych rozmowach, które prowadzi, pojawiają się czasem niegłupie rozwiązania. I od pewnego momentu nie ma już wątpliwości, że wbrew pozorom nie jest cynikiem.
Można powiedzieć, że wielokrotnie film subtelnie zaskakuje. Dzięki chyba bardzo dobremu scenariuszowi: postaci są subtelnie cieniowane, zdarzenia delikatnie wymykają się konwencji.
Film uczy sztuki sprawnego opowiadania.
Od czasu do czasu sie uśmiechamy (tzn. ja się uśmiechałem).

Kojarzył mi się przez moment, nie wiem dlaczego (no dobra - trochę wiem...) z "Absolwentem". Ale ponieważ to skojarzenie jest przypadkowe i bardzo subiektywne, to nie będę tego udowadniał, a jedynie w nagłówku przewrotnie pozostawię odwołanie do filmu Nicholsa.

"W chmurach", reż. J. Reitman