poniedziałek, 4 października 2021

Dla katechetów propozycja nieśmiała

 

albo o dziwnych ścieżkach eksplikacji

To niezwykłe (a jednocześnie przecież oczywiste), jak usytuowanie filmu (w tym wypadku krótkometrażowego) w zestawie wpływa na jego interpretację. Moje lekkie (bo nie przesadzajmy, nie jest to jakaś tam eureka) zadziwienie wzmacnia fakt, że mam na myśli filmy wyprodukowane w Wytwórni Filmów Oświatowych i nie podejrzewałem, by to oddziaływanie na kontekst, pozostałe utwory, które widz w jednym ciągu ogląda, było jakieś szczególne, bo przecież każdy z nich jakoś tam edukacyjny, jakiegoś zamkniętego problemu dotyczy. Zdradzam się tu oczywiście ze swoją ignorancją, bo wielu pewnie ma świadomość, że tematyka dzieł, które  powstały w przywołanej wytwórni (tym bardziej, że tam wielu znaczących twórców znajdowało przyjazną przestrzeń do swych poszukiwań), daleko odbiega od stereotypowo pojmowanej edukacji, nie mówiąc już o tym, że mogą niewiele z nią mieć wspólnego.

W czym rzecz?

Na Festiwalu Kamera Akcja w tym roku pojawiły się filmy z sekcji partnerskiej WFO. Skromnej bardzo prezentacji (10 filmów) tego, jak atrakcyjne są archiwa tejże wytwórni, towarzyszyło webinarium związane z found footagem. Dyskusja, której treść już mogłaby być tematem wpisu, bo tam sporo fajnych uwag - od porównania reżysera przeszukującego archiwa filmowe do Indiany Jones'a (porównania jak najbardziej zasadnego) po istotne kwestie prawne, czyniące z tego rodzaju twórczości działalność niemal nielegalną (Rodo i prawa autorskie spowodują, że twórcy wykorzystujący materiały z mniej lub bardziej odległej przeszłości staną się niebawem rewolucjonistami, których działalność będzie musiała się przenieść do podziemia czyli na platformy, które umykają prawnym konsekwencjom), wzbogacona jest o prezentację jednego z ostatnich, z tych znanych bardziej, filmów, które w ten sposób powstały czyli 1970 T.Wolskiego (o którym osobno) .

No i w zestawie filmów znacząco i trafnie zatytułowanym Życie (drugi blok to Sztuka) jako piąty, ostatni (wcześniejsze, konsekwentnie, na cztery różne sposoby, ukazują kolejne etapy ludzkiego życia; rozrzut w czasie powstawania kolejnych obrazów spory: 1966 – 1980), pojawił się film A.Szczygła pt. Wizyta w banku. Tytuł już nieco zastanawiający, szczególnie, gdy filmy z tego bloku oglądamy w kolejności proponowanej przez organizatorów (jakoś nie widzę powodu, by oglądać inaczej, ale kto wie, może są tacy, którzy zmieniają sobie tę kolejność, i by zyskać bardziej optymistyczną wymowę całości, po Nowym domu, który starości dotyczy, włączają sobie Zapełniła korzenie, napełniła ziemię chcąc w ten sposób wpisać w siebie przekonanie, że to życie, jego narodziny, są jednak dominantą i uciekają w ten sposób od zmierzenia się z nieuchronnością) i spodziewamy, że filmem ostatnim będzie film o końcu. Więc ten bank w tytule już podejrzewamy o metaforyczność jakąś (szczególnie, gdy ma się skłonności, podobne do moich, związane z dostrzeganiem figur wszelakich w banalnych zdawałoby się reprezentacjach) i  z tymże nastawieniem, swoiście uprzedzeni, przyglądamy się początkowym obrazom tego krótkiego (13 min.) dziełka. I od samego początku, właśnie przez to nastawienie nasze i kontekst, metafizyczne czytanie mi się uruchomiło, do tego stopnia, że jasne korytarze, którymi na początku przemierzamy (a wcześniej ta sugestywna winda, która tak ostatecznie do góry a i skojarzenie z Angel Heart niedawno zmarłego [skoro już o śmierci mowa] Alana Parkera przychodzi do głowy, co potwierdzałoby to skojarzenie ze światem i mocami spoza), z zaświatami kojarzyć mi się zaczynają (i zupełnie już nie wiem - dlaczego, ale Monument J.Szelc nomadycznie mi jakoś wypłynął z na powierzchnię świadomości). I gdy pojawia się krótkie ujęcie wąskiego prześwitu, przez który z tej sali, gdzie jesteśmy, świat zewnętrzny, jakąś ulicę i chyba tramwaje przez moment z góry (!) widzimy, to nabieram pewności, że to moje czytanie nie musi być tak zupełnie obce twórcom, że nie widzę czegoś, co tylko z kontekstu i mych upodobań do metaforyzacji wynika. Bo to tak, jakbyśmy, świat już ten opuszczając, jeszcze ostatni obrazek z niego, focie pożegnalną, ze sobą zabrać byśmy chcieli w te zimne zaświaty, o których Herbert w U wrót doliny tak przejmująco pisał.

Lecz reżyser jednak sprowadza widza na ziemię (co nie znaczy, że trzeba od razu jakoś gwałtowanie żegnać się z poprzednią wizją) i podsuwa nam, znowu nie objawiając w pełni jeszcze sytuacji, z którą mamy do czynienia, kolejne tropy umożliwiające odczytanie jego filmu. I przez chwilę dłuższą nieco jestem przekonany, że to prosektorium mam przed oczyma. Skoro oczekiwałem od początku jakiegoś obrazu śmierci, to miejsce, gdzie sekcje zwłok się uskutecznia, tylko utwierdzają moje czytanie kolejnych ujęć (przez chwilę, krótką bardzo, kadr odciętej ręki na stole, umknąć może, zakłóca mą interpretację albo tylko jest dowodem na to, że gdy już sobie coś w głowie poukładamy, to nie widzimy tego, co przed oczyma i co zakwestionować może nasz tok). I dopiero w trzeciej części pojawiają się już jednoznaczne informacje, że obserwowaliśmy pobieranie tkanki kostnej do transplantacji (mam nadzieję, że tu jakiegoś medycznego błędu nie popełniłem, bo moja wiedza z tej dziedziny jest żadna) i nawet problem natury naukowej się pojawił, czy to implantat czy transplantat był pobierany. Jak zwał tak zwał, lecz w filmie z żywym dawcą mieliśmy do czynienia, a krótka opowieść, bez wspomnianego wcześniej przestawiania kolejności oglądania filmów, dotyczy tego, jak jeden żywy człowiek może cząstką swego ciała ułatwić życie bliźniemu. Czyli życie jednak dominantą.

Ale…

No właśnie, nie opuszcza mnie moja niepoprawna skłonność i, mimo tak brutalnego ściągnięcia mnie na ziemię przez twórcę filmu, nadal skłonny jestem dopatrywać się drugiego dna. Nie upieram się za bardzo, by za śmiesznie to nie wypadło (jeszcze trochę a może się okazać, zakładając np. że jeden ze światlejszych ministrów przeczyta ten mój tu wywód, co wielce wątpliwe, ale załóżmy i nie obejrzawszy filmu, co przecież powszechne, poleci do omawiania na lekcjach katechezy tę 13 minutową [ważne, że to krótkie, bo obejrzeć i omówić zdąży się na lekcji] relację z, uwaga, kliniki Chirurgii Urazowo-Ortopedycznej SDL w Warszawie), lecz te zaświaty, które też bankiem są nazywane, gdzie w lodówce na swą kolej czekają gotowe do użycia kostne fragmenty ludzkiego ciała, nadal swą metaforyczną siłę mają w mej wyobraźni.

A dla tych, którzy by zbyt ochoczo za hipotetycznym zaleceniem ministra podążyli, umieszczam opis filmu z materiałów festiwalowych. Bo zaufać mej wyobraźni, mej chorobliwej skłonności do dostrzegania figur i metafor, byłoby belferską lekkomyślnością.

Film popularno-naukowy z dziedziny transplantacji, porusza problem przeszczepów kostnych oraz zagadnienie związane z konserwacją i przechowywaniem elementów kostnych. Wizyta odbywa się w klinice Chirurgii Urazowo-Ortopedycznej SDL w Warszawie pod kierunkiem prof. dr Stefana Łukasika, zapoznaje z metodami otrzymywania i zabezpieczania tkanki kostnej”.

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz