wtorek, 17 czerwca 2014

Most do zapomnienia. Na marginesie The Railway Man


„Droga do zapomnienia” sprowokowała mnie do przypomnienia sobie „Mostu na rzece Kwai” Davida Lean’a… Tajlandia w czasie II wojny światowej, a w zasadzie Japończycy versus Anglicy, którzy dostali się  tam do niewoli porównywanej z obozem koncentracyjnym. Oglądając  film Lean’a dość długo siedziałem zirytowany. Jak zwykle się okazało, że pamięć szwankuje i zupełnie zapomniałem o wymowie całości, więc do pewnego momentu odnosiłem wrażenie, że reżyser tak całkiem poważnie tę niezłomną postawę Anglików prezentuje (często tak jest, że oglądając, czytając coś nowego, o czym niewiele wiemy, trudno nam dostrzec autorski dystans do kształtu świata przedstawionego).  Ponieważ już tak mam, że za angolami nie przepadam, to prezentowanie ich niezłomnej postawy, której kwintesencją był opór wobec pracy fizycznej (swoista pojęcie honoru, które i tak później przecież złamał; już w tym momencie powinien mi się włączyć czujnik: że reżyser przecież nie może tak o tym na poważnie…) pułkownika Nicholsona, działało mi na nerwy. Od początku filmu bliska mi była asekuracyjna postawa komandora Shears’a. Powszechnie uważa się, że jest to film antywojenny. I nie ma co do tego wątpliwości: każdy utwór ukazujący absurdalność okrucieństwa musi mieć taką wymowę (wydawałoby się, że każdy film wojenny powinien do niej zrażać widza; okazuje się jednak, że często nawet ukazanie największego zła przyczynia się do pojawienia się kolejnych naśladowców zafascynowanych pierwotnymi instynktami w nich się gnieżdżącymi; zresztą aktualne wydarzenia na Wschodzie każą podzielać sceptycyzm co niektórych twórców oświeceniowych, którzy przedstawiwszy racjonalną satyrę na różne absurdalne aspekty świata naszego, jednocześnie nie pozostawiali złudzeń co do nadziei na to, że jakakolwiek twórczość jest w stanie powstrzymać ludzkość przed destrukcyjną działalnością).
Fenomenalnie i niemal groteskowo została ukazana w tym filmie pycha białego angielskiego żołdaka, który do tego stopnia zachłyśnięty był (jest) wyższością kultury anglosaskiej nad każdą inną, że by to udowodnić, jest w stanie zaprząc wszystkie siły, które miał pod swym dowództwem (i w tym wypadku pracujący fizycznie oficerowie oczywiście już nie łamali świętych zasad, które swoją drogą też śmiechu warte były [myślę o zakazie pracy fizycznej dla oficera] i gotowość, by w ich obronie spędzić ileś tam dni w metalowej puszce wystawionej na pełne słońce, wydaje się być totalną bzdurą… choć może jest to problem, nad którym warto się zastanowić… tyle że od razu przypomina mi się biały kołnierzyk księgowego z jednej ze stacji na drodze Marlowa w „Jądrze ciemności”; kołnierzyk, który był świadectwem przestrzegania zasad właśnie czy wręcz kultywowania kultury na miarę ocalenia najwyższych osiągnięć cywilizacji). Absurdalność decyzji pułkownika staje się tym bardziej widoczna, gdy ten film zestawimy z „Drogą do zapomnienia”, w którym obraz niewolniczej pracy jeńców wojennych nie pozwala spokojnie zasnąć. Te dwa filmy trzeba oglądać jednocześnie, mocno się uzupełniają. Lean pobyt Anglików w niewoli przedstawił trochę jak  sielankę albo co najmniej prawie radosny obóz pracy, podczas którego można  się wykazać poziomem swoich kwalifikacji; Teplitzky, nie stroniąc od naturalizmu, wali po bebechach przywołując obraz piekła porównywalnego z łagrami i lagrami.
Dramat, który przeżywa Nicholson w momencie, gdy uświadamia sobie, że zbudowany przez niego most jest celem ataku dywersyjnego, nie jest oczywiście tak zupełnie bez znaczenia. Mimo wszystko most ten staje się symbolem przeciwstawiania się destrukcyjnym siłom wojny (symbol staje się tym bardziej znaczący w „Drodze do zapomnienia”, bo to chyba na tym moście – czy też na jego następcy – dochodzi do pojednania Lomaxa i Nagase). Major Warden, dowodzący tą akcją, przecież także ukazany jest jako zaślepiony celem ideowiec, który po trupach zmierza do celu, był w jego imię gotów zabić matkę.
Film, mimo że trącący myszką pod względem języka filmowego, pozostawia jednak widza z istotnymi pytaniami w głowie (niezależnie od satysfakcji, że satyrycznie zostały w nim  przedstawione persony, których tak nie lubię J); pytaniami dotyczącymi zaangażowania  się w działania wojenne. Postacią, z którą Lean  chciał, by widz się utożsamił, jest (szemrany) komandor Shears (muszę przyznać, że mimo bohaterskiego wyidealizowania gdzieś tam postawa tego żołnierza do mnie przemawiała; powodzenie u kobiet też oczywiście nie było tu bez znaczenia J). Przede wszystkim chciał przeżyć (w naszej polskiej tradycji rzecz rzadka niestety). Bohater sceptyczny wobec wszelkich działań prowadzących do niepotrzebnego narażania życia, bez względu na uzasadnienie: szczególnie jeśli  o patriotyczne motywacje chodzi; do końca pragnący uniknąć niepotrzebnego poświęcenia życia, ale w momencie próby jednoznacznie dał widzom do zrozumienia swą postawą, że asekuranctwo czy wręcz rozsądek bądź ‘tylko’ umiłowanie życia nie musi oznaczać tchórzostwa. Troszkę mi on się kojarzył (nie gdy oglądałem film, ale gdy napisałem powyższe o nim uwagi) z ‘Dudusiem’ z Munkowkiej Eroiki  (oba filmy powstały w tym samym 1957 roku!) i teraz to już w ogóle , pamiętając oczywiście o ogromnych różnicach w stylistyce filmów, ten Leanowski pacyfizm z ‘mostu na rzece’ będzie mi się kojarzył z ironiczną postawą Munka.
A w centrum tego filmu, jego filarem i fundatorem, jest pojęcie tak nam Polakom bliskie jak honor.
Honor Nicholsona, który w imię bardzo specyficznego jego rozumienia niemal doprowadził do fiaska operacji dywersyjnej wojsk własnych.
Honor Wardena, który dla powodzenia tej akcji byłby w stanie zabić matkę własną a już na pewno, i to bardzo dosłownie, swego żołnierza, który odważnie wykonuje jego rozkazy, ale niestety pojawiło się ryzyko, że może trafić do niewoli i zbyt dużo wyśpiewać wrogom (film zbudowany jest na paradoksach, które wielu – szczególnie tym na górze – powinny dać do myślenia).
Honor Saito, który jeśli nie zbuduje w terminie mostu, jest gotów popełnić harakiri (nie mówiąc o okrucieństwie, do którego jest zdolny za życia).
Honor Shears’a, który bez żenady przyznać może, że honoru nie ma (i ja go rozumiem) i dzięki temu może uciec z obozu jenieckiego w przeciwieństwie do pułkownika, któremu honor na to nie pozwala (no i niestety przypomniał mi się „Katyń” Wajdy i ta niezrozumiała dla mnie zupełnie postawa polskich oficerów, którzy mogli uciec, ale honor….).
I na koniec honor Lomaxa (bo przecież to film z tym bohaterem sprowokował mnie do tego wpisu): jednoznaczny, heroiczny, pozbawiony wątpliwości i paradoksów. I na tym polega różnica między tymi dwoma filmami. Ten nowszy jest jednoznaczny. Z głębokim przesłaniem wyrażonym w aż nadto dydaktyczny sposób kojarzący mi się z Jurandem czy też Skrzetuskim, którzy podnoszą przebaczenie do rangi sentymentalnej sceny na moście. Zwolennicy tego filmu zwracają uwagę, że to ważne, że na faktach i że oni naprawdę. Wschód słońca w górach też jest prawdziwy i niezwykły i go uwielbiam, ale pewnie nigdy robiąc film na przykład o wojnie domowej w Bieszczadach nie umieściłbym w nim takiego ujęcia.  Historia Lomaxa, jego traumy i przebaczenia… oj tak, aż się prosi o sfilmowanie…ponowne… Oczekiwałbym filmu zdecydowanie bardziej zsubiektywizowanego, takiego, w którym nawet może czasami nie jesteśmy w stanie odróżnić koszmarów bohatera od rzeczywistości z snującą się gdzieś tam pomiędzy wspomnieniami kolejnych ciosów jedwabną nitką Ariadny… Bo najbardziej mi się w tym filmie podobała scena w pociągu, gdy Eric poznał Patricię.

Most na rzece Kwai, reż. David Lean

Droga do zapomnienia, reż. Jonathan Teplitzky