sobota, 22 maja 2021

Minjung jako mroczny przedmiot pożądania

 


No i trzecia z młodych Koreanek. Najbardziej niepokojąca i tajemnicza. Minjung z filmu Twoja i nie tylko twoja (r. Sang-soo Hong). Już tytuł wskazuje, że nie jest to kobieta z mojej bajki. Chyba…

W tym filmie gdzieś tam w centrum problemu jest alkohol, a konkretnie zamiłowanie do jego spożywania przez bohaterkę. To ciekawe, że we wszystkich trzech filmach, które z tego małego koreańskiego przeglądu wyłowiłem, mniej lub bardziej skłonność kobiet do delektowania się trunkami jest obecna. Bohaterki Naszego ciała „ćwiczą, by móc pić” soju, whisky dla Misu z Mikrosiedliska jest jedną z tych przyjemności, z których nie zrezygnuje nawet pod groźbą opuszczenia nazbyt drogiego lokum (i tak nędznej jakości), skłonność do popijania soju przez Minjung jest główną przyczyną rozstania, co, jak się okazało, stało się podstawowym mechanizmem napędzającym całą akcję. Czyżby Koreańczycy mieli z tym jakiś problem? A może to ja tylko postrzegam problem tam, gdzie go nie ma? wciąż spętany ograniczeniami niepozwalającymi cieszyć się prostymi przyjemnościami (hipokryzja oczywiście, bo przecież się cieszę wcale nierzadko)?

Opowieść Sang-soo Honga prowokuje odbiorcę do postawienia kilku niepokojących pytań, na które nie otrzyma odpowiedzi (można by powiedzieć, że już ta okoliczność odzwierciedla męskie spojrzenie na istotę kobiecości).

Jaka jest Minjung? Czy ma siostrę bliźniaczkę? Jeśli nie, to czy udaje, czy rzeczywiście nie pamięta kolejnych spotkań? Może to jakaś gra, zabawa? Może ma skłonność do permanentnej manipulacji, co dla niektórych jest oczywiste (dla mnie niekoniecznie)? Albo to wpływ alkoholu? A może są to zupełnie różne osoby, które omyłkowo przez mężczyzn są utożsamiane ze sobą? Czy traktować ją jako realną osobę (ewentualnie z jakimiś zaburzeniami), czy też może jako swoistą metaforę? Reżyser pozostawia nas bez odpowiedzi. My sobie poradzimy, ale Youngsoo (ten niezdecydowany mężczyzna, który prowokuje rozstanie, a później rozpaczliwe poszukuje swej tajemniczej partnerki) pozostaje z tym problemem i jest to całkiem kusząca sytuacja pozwalająca nam wyciągnąć pewne wnioski co do funkcjonowania związków.

Wielu rzeczy nigdy nie pojmiemy. Nie próbujmy zrozumieć wszystkiego – słowa bohaterki, gdy jeden z mężczyzn próbuje ją zidentyfikować.

Bo w filmie Sang-soo Honga jest tak jak u Buñuela w Mrocznym przedmiocie pożądania – można stracić pewność co do tożsamości kobiety, którą się kocha. Jest coś z surrealizmu w tej koreańskiej historii (może jest coś z surrealizmu w męskim spojrzeniu na kobietę?).

Jeśli jest to coś w rodzaju figury znaczącej, to co się za nią kryje? Odpowiedź może być bardzo prosta – mężczyźni spotykający Minjung, łącznie z jej partnerem, są przekonani, kim ona jest, są pewni, że mają o niej pełnię wiedzy. Każdorazowe zaprzeczanie przez nią oczywistym dla facetów faktom może służyć uświadomieniu im (nam), że nie znamy tej kobiety. Że nasza pewność, co do jej tożsamości, grzeszy pychą. Że być może chciałaby być poznawana (zdobywana? kokietowana?) ciągle od nowa. Być może kryje się za tym przekonanie, że atrakcyjność kobiety (czy mężczyzny też?) kruszeje w miarę trwania związku (czy choćby znajomości) i dlatego należy każde spotkanie traktować jako pierwsze (ja miewam odwrotnie – każde pożegnanie czasami odczuwam jako ostatnie, przeświadczony, że żegnana w drzwiach kobieta już nie wróci, co się niekiedy zdarza). Celebrować je radośnie i odkrywać partnerkę pozbywszy się przekonań ukształtowanych w nas wcześniej na jej temat. Pytanie, czy na pewno tego pragniemy, my i one? Przecież chcielibyśmy się poznać. Lecz może tego też dotyczy ta figura, skoro poznanie jest złudne, uznajmy, że się nie znamy; za każdym razem gotowi do odkryć.

 (czy taka odpowiedź jest rzeczywiście prosta?)

Rozumienie nie jest tak ważne, jak nam się wydaje – także słowa Minjung.

Zresztą ta sama niepewność towarzyszy odbiorcy, a także bohaterowi, i dotyczy realności  niektórych zdarzeń. Co i rusz przecież mamy do czynienia z wyobrażeniami Youngsoo związanymi z ponownym radosnym spotkaniem z Minjung i za każdym razem okazuje się, że są to pobożne życzenia skruszonego kochanka. I tak aż do ostatniej sceny, gdy rano okazuje się, że nikogo obok niego nie ma w łóżku. Przez chwilę odczytujemy tę scenę jako kolejne wyobrażenie zrodzone z tęsknoty, lecz po chwili kochanka pojawia się w pokoju. Ale czy na pewno? Może jeszcze długo los Youngsoo będzie utkany z pragnień wytrącających go z poczucia rzeczywistości i wyzwalających w nim wyrzuty sumienia, że dał się ponieść emocjom, że nie zaufał i żal po zawinionym przez niego rozstaniu rodzić będzie fantomy, których siła tęsknoty nie pozwala odróżnić od rzeczywistości.

Lecz dlaczego miał zaufać? Przecież widz także ma wątpliwości, czy bohaterka mówi prawdę, gdy jest rozliczana ze swego zamiłowania do soju. Choć może kluczowym zdaniem w tej niemal klasycznej kłótni (jej dramaturgia, z tym żenującym nakręcającym się facetem, który a to przeprasza a to wyzywa)  kochanków jest to: Jeśli w ogóle mi nie ufasz, jak możesz mnie kochać? (oczywiście przypomina mi się Otello). Tym bardziej, że o jej wizycie w barze to tylko każdy ze słyszenia, a teraz też przecież nie wiemy, co w tym barze piła przed powrotem do domu.

Na takiej niewiedzy też zbudowana jest narracja w tym filmie, wykorzystująca różnice, że odwołam się do języka fachowego, między fabułą (całość zdarzeń rekonstruowana w wyobraźni odbiorcy) a tak zwanym sjużetem (to co rzeczywiście pojawia się na ekranie). Różnica pomiędzy tymi dwoma pojęciami powoduje, że w tym filmie czasami łapałem się na niepewności, czy sąsiadujące ze sobą sceny tradycyjnie przez widza przez oczywisty domysł łączone w całość, rzeczywiście się ze sobą łączą, czy mają miejsce np. w tej samej przestrzeni. Ale są fragmenty zdecydowanie bardziej wystawiające wyobraźnię widza na swoisty egzamin  z punktu widzenia (poprawnego bądź nie) moralności dopełnienia - mamy choćby dwukrotnie do czynienia ze sceną, w której bohaterka, za każdym razem z innym mężczyzną, wychodzi z baru i znika z nim skręcając w uliczkę, co dalej – nie widzimy, możemy się domyślać, a i tak za każdym razem będzie to tylko przypuszczenie. A skoro tematyka filmu w pewnym sensie dotyczy tego, co Antonioni w tytule swego filmu nazwał identyfikacją kobiety, to możemy wyciągnąć wniosek, że koreański twórca  przeniósł tę klasyczną różnicę między fabułą i sjużetem na mechanizmy rządzące naszym codziennym postrzeganiem świata nas otaczającego a przede wszystkim kobiety, z którą jesteśmy. Mamy dostęp do sjużetu, fragmencików rzeczywistości, a odtwarzamy sobie w głowie całą fabułę. Co gorsza, zapominamy, że to tylko nasze wyobrażenie. Co prowadzi do wspomnianej już klasycznej kłótni, a kończy pokornymi przeprosinami i obietnicą poprawy. Do czasu…

Nasze nadzieje i lęki (z zazdrością włącznie) biorą się z tego, że mylimy sujet z fabułą. Nie w filmie lecz w życiu.

 

jak tu uwierzyć Minjung, nawet gdy Yougsoo zapewnia, że jest bardziej niewinna niż sobie wyobrażamy, jak bohaterka Mrocznego przedmiotu pożądania, jedna z

 

Trzy młode kobiety z Korei, oblicza młodości kuszące i niepokojące, poza zasięgiem wzroku i marzenia.

x

piątek, 21 maja 2021

Aprobatywnie o braku ambicji

 


Wspomniane przy okazji Naszego ciała przeciwstawienie młodości nieustablizowanej, której byt na kruchych podstawach z tą, która w dorosły gorset się odziała, wychodzi na pierwszy plan w filmie Mikrosiedlisko.

Miso, (Mikrosiedlisko r. Jeon Go-woon) druga z Koreanek młodych, los której w mych wyobrażeniach skrzyżować próbowałem ze swoim, by zobaczyć, jakie emocje – irytację czy fascynację, a może jedno i drugie, bo to najbardziej prawdopodobne - by wywoływała, gdyby tak nagle obok. Na opisanie jej sytuacji najlepiej chyba przywołać taki dziwaczny termin – sohwakhaeng, znajdowanie przyjemności w małych radościach w stylu, tak jest w wypadku tej bohaterki, papierosa i kieliszka whisky. Dziewczyna w pewnym sensie całkowicie niezależna. Niewiele posiada (cały dobytek w nieco większej walizce na kółkach, która jej towarzyszy podczas tej odysei, jak jedna z krytyczek nazwała jej kilkudniową wędrówkę przez świat tych dawnych znajomych, którzy już dojrzeli do dorosłego życia). Zarabia sprzątając, czy też zajmując się domami tych bogatszych. Praca raczej nie sprawia jej przykrości, nie widać także, by kosztowała ją wiele wysiłku. A dopełnieniem jej życia są te dwie przyjemności, które wcześniej wymieniłem, plus chłopak, z którym nie tylko seks, ale po prostu bycie z nim. Bycie w żartach, przekomarzaniu, przytuleniu (czy to mała przyjemność?). Niewiele, taki minimalizm, a i tak za dużo…

Żyjemy w świecie, w którym powiedzenie o kimś, że jest pozbawiony ambicji, jest jednym z bardziej obraźliwych zarzutów. Ten film chyba trochę jest o tym. Miso jest pozbawiona ambicji. A ja ją lubię (nie wiem, jak by było w realu, gdyby mi przyszło kiedyś kogoś takiego uczyć, ale dziś już wiem, że nieposiadanie ambicji może być cechą neutralną aksjologicznie, tym bardziej, że od jakiegoś czasu tego doświadczam na samym sobie i jest dobrze [jedną z moich małych przyjemności jest właśnie to, co teraz czynię – pisanie nomadyczne o, na przykład, filmie, pisanie bez ambicji, by to było coś; pisanie jest tym czymś]). I znowu nie jest to przecież typowy obraz młodości. Wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery, zajmowanie coraz to bardziej strategicznych stanowisk, wybór szkoły podporządkowany projektowanym sukcesom (i nieważna jest dziedzina - informatyka, medycyna czy humanistyka – ważny jest plan na zdobywanie kolejnych szczebli) – to ten pozytywny, ambitny, wzorzec. Ten drugi – antywzorzec - pozbawiony ambicji, kojarzyć się niektórym wręcz może z życiem marginesu w oparach używek (a gdzie umieścić tych, którzy w rzeczywistości pozbawieni ambicji, symulują wolę, robią plany, przekonują, że im zależy, a najchętniej zwinęliby się w kłębek doświadczając rozkoszy? pewnie nieszczęśliwi są bardzo). Miso, mimo że ambicji pozbawiona, jest spoza.

Dwa tematy w tym filmie me myślątka po scenach kolejnych wiodły. Stopniowe pozbawianie bohaterki jej malutkich przyjemnostek, tego, co czyni jej życie, że użyję tego skompromitowanego pojęcia, fajnym (od jakiegoś czasu tylko tego pragnę, by było po prostu fajnie) oraz konfrontacja jej niedojrzałości (jak by pewnie określili jej sposób funkcjonowania ci „normalni”; swego czasu pisałem o filmie Kamper, który troszku z tym tematem po drodze) z kolejnymi kiedyś przyjaciółmi, którzy wiodą już dojrzały żywot (i ten temat ewidentnie potraktowany satyrycznie i dość jednostronnie, ale i tak nadal wiarygodnie, co moje skromne doświadczenie mi podpowiada).

Kolejne podwyżki pozbawiają Miso jej niewielkich przyjemności. Podwyżka czynszu, cen papierosów, cen whisky. Chłopak wyjeżdża na dwa lata. Bezdomna Miso próbuje pomieszkać u dawnych przyjaciół. Tak można by streścić ten film.

Można też streścić inaczej i niczym nasi liberalni prorocy w ten sposób zaklasyfikować życiowe wybory bohaterki: pozbawiona ambicji Miso, sama sobie winna (trzeba było zadbać o swój los), nie może dalej utrzymać mieszkania i zamiast porzucić swe zgubne nałogi, poszukać lepszej pracy, skończyć jakiś kurs, dzięki któremu mogłaby lepiej zarabiać, wystawia na próbę przyjaźń swych dawnych znajomych, którzy przecież nie mają obowiązku zajmowania się nieudacznikiem życiowym. Dobrze przynajmniej, że nie narzeka, żółć się z niej nie wylewa (miso to po koreańsku uśmiech) i że do rewolucji nie nawołuje. 

Może i ja kiedyś bym taką narrację przywołał. Dziś już nie, tyle że nie wiem, czy to znaczy, że bardziej rozumiem młodych, czy że zdziadziałem, czy zdziecinniałem na starość? Ale przecież nie o zrozumienie młodości tu chodzi. Byli przyjaciele Ja-young są w podobnym, co ona, wieku. Ona autsajderem jest. To nie ze strony dziadersa, takiego jak ja, słyszy, by się ogarnęła. To oni, ci dojrzali przyjaciele, którzy już przyjęli role w bajce o dorosłych, wydają się nie akceptować tej jej "niedojrzałości" (wydają się, bo gdzieś tam w głębi możliwe, że zazdroszczą).

Jest ich piątka, grali razem z Miso w zespole. I teraz nastąpi wyliczenie, które za stronnicze można uznać. Choi Mun-young (tak dla wprawy wypisuję te imiona/nazwiska, by się oswoić nieco) pracuje w korporacji i by utrzymać oczekiwany poziom energii podłącza się regularnie pod kroplówkę z glukozą. Hyun-jung mieszka z mężem i teściami w skromnym mieszkaniu usługując wszystkim niczym służąca. Han Dae-yong porzucony 8 miesięcy wcześniej przez żonę spłacać będzie przez następne 20 lat apartament, który kupił na życzenie przyszłej małżonki (nie wiem, dlaczego nie może go sprzedać, nie jest to wyjaśnione, może jakieś dziwne prawo w Korei). Wciąż żyje w depresji porzuconego, trzymając się na dystans wobec kobiet. Kim Roki należy do tych, którzy w poważny wiek dojrzały wchodzą mieszkając wciąż z rodzicami, których podstawowym pragnieniem jest go ożenić. Ubezwłasnowolniony mentalnie. Choi Jung-mi wyszła bogato za mąż, jest (nie)szczęśliwą matką popełniającą freudowskie pomyłki, gdy mówi o dziecku. A skoro żyje w komforcie, nie może być nieszczęśliwa, więc jest szczęśliwa - jak marionetka grająca spontaniczność.

Domy przeciwstawione bezdomności Miso. Domy będące w tym kontekście oznaką stabilizacji i dojrzałego wzięcia się za bary życiem. Dorosłości. Domy więzienia, w znaczeniu niemal dosłownym. Niby można je opuścić ale, niczym w Aniele zagłady Buñuela, niewidzialne szlabany trzymają mieszkańców w określonych granicach. A naprzeciwko ta niedojrzała, skromna, uśmiechnięta Miso. Uproszczony bardzo obraz. Ale czy aż tak bardzo? Mimo wszystko mam nadzieję, że ludzie są bardziej szczęśliwi niż w tych filmach.

Dawno temu, gdybym przy barze spotkał Miso sączącą swą ulubioną whisky i gdyby zechciała pogadać, ot tak – bez podtekstów, i opowiedziała swą historię, pewnie doszedłbym do wniosku, że ona tylko pozoruje życie, że to takie trwanie, z którego niewiele wynika, dryfowanie przez byt. Raczej by mnie nie przekonywała do swej formy życia, bo też i w ogóle w niej nie ma apostolstwa. W tych wszystkich mieszkaniach, w których sprząta; wśród kobiet (bo przede wszystkim u nich sprząta) zarabiających krocie, funkcjonuje bez cienia pretensji i żalu. Poziom jej aprobatywności budzi mą zazdrość. Nie jest rewolucjonistką, chce jedynie móc zapalić papierosa, wypić whisky i przytulić się do chłopaka. Po obejrzeniu tego filmu trudno się dziwić, że nie zazdrości tym wszystkim właścicielom, których odwiedziła. Bohaterka filmu Nasze ciało funkcjonuje w świecie, w którym wszystko robi się po coś, w Mikrosiedlisku wszyscy, poza Miso, są właścicielami.

Co bym zrobił, gdybym na swej drodze spotkał młodą dziewczynę pozbawioną życiowych planów, ambicji, skupiającą się na małych przyjemnościach? Gdyby mi powiedziała: spakuj plecak, weź, co niezbędne, i chodź ze mną… reszta ci niepotrzebna?

wiem, niestety, co bym odpowiedział

czwartek, 20 maja 2021

Trzy młode kobiety z Korei

 


Na portalu „Pięciu smaków” przegląd Koreanki

między innymi:   Nasze ciało, Mikrosiedlisko, Twoja i nie tylko twoja

w trzech filmach młode koreańskie bohaterki
różne
między sobą się różnią, ale i dla mnie stanowią jakby spotkanie z Innym
to odkrywanie odmiennego świata, bo daleko w przestrzeni (choć chyba nie tak bardzo daleko mentalnie od tych, które wokół, ale cholera – nie wiem przecież i właśnie w tym problem) i wiekiem też na innej planecie
odkrywanie fascynujące
które gdyby w realu to pewnie mnóstwo niepokoju, a w filmie bezpiecznie przyjrzeć się można
sam nie wiem, czy chciałbym, by z taką młodością me ścieżki się jeszcze kiedyś skrzyżowały intensywniej; byłoby to pewnie wyzwanie ponad me dziaderskie siły
ale pociągające to, niestety

ad rem

Ja-young (Nasze ciało r. Ka-ram Han) - przytłoczona nauką czy też presją na niej wywieraną (choć są sygnały, że musiała całkiem nieźle dawać sobie radę w szkole, nie w braku umiejętności leży przyczyna jej wyczerpania), znudzona seksem, mieszkająca samodzielnie, gdzieś na skraju swej akceptacji dla świata koreańskiej (ale czy tylko?) kariery. Ma problem ze zintegrowaniem się z korporacyjnym środowiskiem. Patrzy na wszystko z boku swym stłumionym spojrzeniem.

I pojawia się bieganie, religia młodości współczesnej, która z tytułowym ciałem jakoś, z jego kultem też przecież. Ale czy tylko? Bo fajnie ten film oglądać (nie wiem, czy zgodnie z intencją twórców) traktując to codzienne przemierzanie z coraz mniejszym wysiłkiem przez różne czujniki wyliczanych kilometrów jako pewnej figury, może metafory, by tak niedosłownie (jak ja to lubię…), by widzieć w nim przede wszystkim spotkanie Ja-young z równie urodziwą Hyun-yoo (i pewnie w tej chwili już uciekam od możliwości zrozumienia tej odległej dla mnie młodości, która być może pragnie, by traktować to, jak i wszystko inne, przede wszystkim dosłownie), spotkanie odpadaniem kolejnych warstw tłumiących skutkujące, ale i przecież upodabnianiem się do budzącej fascynację nowej przyjaciółki, co przecież nie prowadzi do ujrzenia w lustrze siebie. Podczas biegania dziewczyny karmią się wzajemnie swoją energią. Jednak w połowie filmu Hyun-yoo ginie pod kołami samochodu; oczywiście podczas nocnego (biegają w nocy albo o świcie, taki podział na czas dzienny i czas nocny) biegania. I to obdzielanie energią trwa jakby dalej. Do tego stopnia, że kusi, by nawet tę wcześniejszą realną obecność Hyun-yoo kwestionować, że to takie wyobrażenie (ale to ewidentna nadinterpretacja, obie bohaterki bardzo realne i wcale to przecież nie takie nieżyciowe, że ta jakby słabsza czy też zagubiona, pozbawiona jakiejś mentalnej kotwicy, fascynować się zaczyna tą, która wydaje się jakby już gotowa, przejmować jej nawyki, przeglądać w jej wizerunkach, wypowiadać jej słowa, traktując to wszystko jak własne, jak odnajdywanie się w świecie, odziewanie swej pustki w strój atrakcyjny; nie trzeba mocno się rozglądać, by takie pary przyjaciółek [przyjaciół?] dostrzec) tylko.

te migawkowe ujęcia, w których fragmenty sprawnego kobiecego ciała podczas biegu, będącego wartością samą w sobie, po nic; życie w Teraz, gdy spojrzenie już niestłumione i uśmiech

Ja-young stopniowo poznaje Hyun-yoo. Zadziwia ją jej niemal puste mieszkanie, ogołocone ze zbędnych przedmiotów znaczących przeszłość. Jakże to odmienne od choćby Rzeczy, których nie wyrzuciłem Marcina Wichy. Książki, która jest z jednej strony świadectwem naszego nawyku do gromadzenia, otaczania się przedmiotami odmierzającymi, niczym współczesne aplikacje dla biegaczy, kolejne etapy życia, będąc jednocześnie materialnym potwierdzeniem tożsamości naszej zaklętej w przedmiocie znaczącym, a z drugiej, dla tych, którzy po nas sprzątają, punktem wyjścia do próby odczytania nieistniejącej już egzystencji, fantomu niewiele mającego wspólnego z realnym byciem, z tym Teraz, którego już nie ma. A w trakcie tej wizyty u Hyun-yoo dziewczyny raczą się soju i padają znamienne słowa: „Ćwiczę, aby móc pić”. Żadne tam motywacje związane ze zdrowym trybem życia. Przyjemność.

W świecie otaczającym Ja-young wszystko robi się po coś. W korporacji – wiadomo i to banał, ale jeśli ktoś biega, to by zostać trenerem. A gdy bohaterka uprawia seks z jednym ze starszych menadżerów, to wszyscy dopatrują się w tym tylko jednego  i też wiadomo czego (szczególnie w epoce me too). I to też banał. Kompletnie niewiarygodne jest dla nich to, że Ja-young w ten sposób realizuje jedną z fantazji erotycznych nieżyjącej już  Hyun-yoo, która marzyła o przespaniu się z o 30 lat starszym facetem ("bo młodzi faceci są nie bardzo, głównie skupieni na sobie"). I w ten sposób dochodzę do oczywistej konstatacji – bohaterka nie jest typowym przedstawicielem młodości. Świat ją otaczający przecież także jest młody, ale już w pełni zaprzęgnięty w tak zwane dojrzałe mechanizmy rzeczywistości. I gdy tak sobie myślę, czy rozumiem młodość jeszcze, jak bardzo to odległy ode mnie świat, to którą młodość mam na myśli? I gdy o fascynacji wspominam, to przecież nie tym, że atrakcyjne dwudziestolatki biorą udział w wyścigu szczurów. Lecz o tej autsajderce (i tą ją łączy z bohaterką Mikrosiedliska, o którym jeszcze będzie), która przecież nie jest reprezentatywna. Więc jak zwykle jakoś tam sobie przeczę. To, że pierwotnie potraktowałem spotkanie z Młodością jako konfrontację z Innym, wynikało z tego, że nie od razu dostrzegłem coś, co przecież w tym filmie jest oczywiste – Ja-young otoczona ludźmi młodymi jest w tym środowisku obca; to nie spotkanie z tym otoczeniem jest dla mnie wyzwaniem, ono nazbyt banalne i oczywiste, ale natknięcie się na swej drodze na Ja-young byłoby sprawdzianem dla mej akceptacji inności (zresztą bohaterka jakoś w tym otoczeniu stawiającym sobie wyzwania związane z karierą dryfuje, coś tam robi, ale na pewno nie chce jego praw uwewnętrznić). Młodość w garsonce, która niczym mundur ma świadczyć o przynależności do świata dojrzałego, nie budzi mego zachwytu. Młodość, która za wszelką cenę chce wdziać na siebie gorset poważania i uszanowania, młodość uznająca za szczyt ambicji bycie dojrzałym i dorosłym, to gęba trudna do zniesienia. Ale czy na pewno? Bo przecież, gdy my - dorośli, rodzice, belfrzy, wychowawcy - napominamy tych młodych, to przede wszystkim retorycznie pytamy: „kiedy ty wydoroślejesz?” i czasami z dumą potrafimy pochwalić: „tak, tak, to było bardzo dojrzałe z twojej strony”. Paradoks taki; czujemy się bezpieczniej, gdy młody w nasz gorset się odzieje, ale podszyci bywamy (ja jestem) fascynacją tej młodości nieskrępowanej, która niepokoi, wymyka się i której zazdrościmy czasami tak bardzo, że bez krępacji w mentalne dyby czym prędzej staramy się ją przyśrubować.

Takie oblicze młodości, która nie chce iść w ślady dojrzałych. Która być może nie bardzo wie, kim jest. Pozbawiona planów. Dla której cały wcześniejszy wysiłek związany z wykształceniem nie jest kapitałem, którego nie można porzucić bez poczucia straty. Smętne oblicze Ja-young z początku filmu zestawione z poczuciem satysfakcji widocznym na twarzy w zakończeniu nie pozostawia złudzeń. Czy to jest wiarygodne? Godny polecenia styl życia? Czy z taką młodością byłoby nam po drodze? Nie wiem, ale kuszące byłoby skosztowanie takiej energii, gdyby ktoś chciał obdarować.

 

miało być o trzech filmach, a tu jak zwykle rozbrykana pisanina…cdn

 

wtorek, 4 maja 2021

Jago reżyser

 

znowu Otello

Jago spędzający sen z powiek

Jago postrzegany jako reżyser, co powoduje, że imponuje i że mu jego być może umiejętności, nomen omen, zazdrościmy

 to sprawiło, iż co niektórzy dostrzegli w nim Prospera.

Warto, ku przestrodze, prześledzić, jak to Otello, który gotów „życie za wierność jej” oddać, przemienia się w bezwzględnego mordercę zadającego śmiertelny cios Desdemonie ze słowami „giń, kurwo” na ustach. Taka skromna fenomenologia zazdrości.

(niedawno serial Niewinny oglądałem, w którym bohater dokładnie na drugim biegunie w stosunku do Otella, bo choć od filmowego Jagona wszelkie dowody zdrady dostał na tacy, i choć żona nie była Desdemoną, to jego postępowanie powinno być dla nas , zakompleksionych facetów, wzorem; i o tym powinno się pisać a nie o dziełach jakiegoś stratfordczyka sprzed wieków)

Zawsze mam problem z tą relacją między Otellem i Jagonem. Z tym, jak to na scenie dziś, by rzeczywiście aktualne i wiarygodne było. Bo jednak cała ta sytuacja z bohaterem, który konstruuje tak zręcznie sieć zemsty, w którą Maur beznadziejnie się zaplątuje, wydaje mi się dziś już nie do pomyślenia. Ale może w za bardzo zwyczajnym świecie żyję, może gdzieś tam, w sferach poza mym zasięgiem, w realiach elit politycznych czy biznesowych jest to do wyobrażenia. I być może co niektórzy, np. z takich salonów Sukcesji (kolejny serial), mogliby się przejrzeć w takim literalnym odczytaniu dramatu.  

(bo jeśli nie jest to ciemna strona psyche, o której jeszcze coś tam będzie, spleciona z wątpliwości i podejrzliwości, to przynajmniej do pomyślenia i pokazania na scenie jest swoiste uosobienie jakiejś siły fatalnej mogącej doprowadzić do kresu nawet najszczęśliwszy związek)

Zaczyna Jago od przygotowania gruntu. Z jednej strony dąży do tego, by klimat wokół Maura nie był nazbyt pozytywny, by przynajmniej w umysłach co niektórych jakieś wątpliwości co do jego szlachetności się pojawiły (znamy to i z amerykańskich filmów, których akcja na sali sądowej a i z prasy politycznej, gdy brak argumentów zastępuje się sianiem wątpliwości wokół osoby, która na celowniku – taaa, współczesny Jago spokojnie w prasie mógłby, niekoniecznie bulwarowej, bo przecież dla Otella ma być w pełni wiarygodny). Z drugiej robi wszystko, by chwile, które Otello spędza z Desdemoną, straciły pogodną aurę. Informuje Brabantia o ucieczce jego córki (rzecz dzieje się w Wenecji, w której jakoś sytuacje takie chyba zaraźliwe, bo przecież i córka Shylocka z Kupca weneckiego opuściła ojca w podobnych okolicznościach), co w konsekwencji zakłóca spotkanie, a dokładniej, o czym jeszcze nikt nie wie, to noc poślubną (istnieją podejrzenia [dokładna lektura tekstu daje ku nim podstawy], że małżeństwo to nigdy nie zostało skonsumowane, co by wyjaśniało niektóre sytuacje). Takie lekkie wpłynięcie na psyche bohatera, by ukochana, czy też chwile z nią spędzone, były już w głowie skażone. Warto pamiętać o tym, że na nasze uczucia, a także na klimat wspomnień, ta swoista aura (na którą oczywiście nasze uczucia mają wpływ, ale też i okoliczności zewnętrzne, wystarczy Gombrowiczowski „palic” ze Ślubu, by w umyśle skazić obraz ukochanej) ma wpływ. I może się zdarzyć tak, że myśl biegnąca ku bliskiej osobie skażona będzie czymś, co tak naprawdę nie ma z nią nic wspólnego; a skażenie pozostaje. Jago przygotowuje pole do działania. Być może w jakimś stopniu grunt był już przygotowany, skoro okazał się podatny na sugestie – miłość odebrała Maurowi wolność i może on mieć niejakie poczucie utraty poprzedniego życia skoro mówi: „Nigdy bym mojej wolności bez granic/ Nie dał ogrodzić za wszystkie mórz skarby”. Gdy pojawią się pierwsze wątpliwości co do wierności Desdemony, łatwo o żal za utraconym życiem, pozbawionym tego rodzaju niepokojów. Pewną wątpliwość mógł zasiać też w sercu Otella Brabantio: „Mnie zwiodła, Maurze; przyglądaj się bacznie;/ Być może ciebie także zwodzić zacznie?”. W chwili więc, w której bohater pokłada całą ufność w swej młodej (to że dużo młodsza później także może wzmocnić obawy męża co do wierności) małżonce, można dopatrzeć się już kilku okoliczności ułatwiających późniejsze zasianie wątpliwości. I tak trzeba by tego Otella grać na scenie. Niełatwe to, by ukazać, że ten heroiczny monolit (może właśnie to bycie monolitem jest słabością?), zakochany po uszy w Desdemonie, ma szczeliny, które tym łacniej wykorzystać może Jago. Zresztą, tak być musi, bo przecież, gdyby te słowa: „życie za wierność jej” były w pełni prawdziwe, to Otello każdą wątpliwość rozstrzygałby w rozmowie z Desdemoną. I na tym zarabiają specjaliści od terapii rodzinnej (i nie jest to ironia, w tym wypadku rzeczywiście mogą wyprostować coś, co nasz wewnętrzny Jago próbuje skruszyć).

Kolejne kroki mają już związek ze sceptycyzmem poznawczym. 

To, co widzimy, świat jawiący nam się przed oczyma, można interpretować na wiele różnych sposobów, wiele zależy od tego, co już tam w naszej głowie się rodzi, która z interpretacji wpadnie we wcześniej przygotowane koleiny (i to jest jeden z najważniejszych, moim zdaniem, naszych życiowych problemów, to, że nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo te koleiny są ukryte w nieświadomości, jak bardzo to, co uznajemy za naszą, nazwijmy to nawet – chłodną, interpretację jest uwarunkowane czynnikami, o których nie mamy pojęcia, jak bardzo nasz mózg robi nas w konia i jeszcze pozostawia w nas pewność, że „nasze” myśli i wnioski, to są Nasze myśli i wnioski [niedawno w audycji radiowej jednej z dziennikarek powiedziało się, że zgadza się z tym, co sama powiedziała 5 minut wcześniej; delikatnie to obśmiano, potraktowano jako niezamierzony lapsus; a ja nie miałbym nic przeciwko temu, by jednak przyglądać się temu, co mówimy, dystansować się, a nie w pełni się utożsamiać z tym, co nam się powiedziało, by nie stać się mimowolnym bezwolnym kontynuatorem raz sformułowanej myśli; osobny wpis się już tego robi, to Gombrowiczowskie bardzo i wiem, że takie dystansowanie się, takie co i rusz werbalne budowanie siebie od nowa niemal, to prosta droga do szaleństwa {bo jak tu żyć, wątpiąc we wszystko?}, ale nie wolno zapominać, że słowa nas poprzedzają i nas kreują, a mózg {nasz?} robi wszystko, by pozostawić w nas poczucie, że to jest nasze Ja… cdn…może?])). I Jago jest od tego, by te koleiny jak najbardziej pasowały do tej jedynej możliwej interpretacji. Oczywiście istotne jest zaufanie do takiego doradcy i robi on wiele, by się uwiarygodnić. Przede wszystkim uchodzi (jest to kolejny dramat, w którym mamy do czynienia ze sztuką pozorów, w którą opakowany jest nasz świat) za dobrego przyjaciela Cassia, więc nikt, a szczególnie Otello, nie podejrzewa, że mógłby coś przeciwko niemu. Często fałszywie się zarzeka, że nie może nic powiedzieć, póki na sto procent nie będzie pewny i te niby zahamowania tym bardziej budzą ciekawość gubernatora Cypru.

Trochę podobnie jak w wypadku Hermiony (Opowieść zimowa) mamy tu do czynienia z fałszywą interpretacją gestów i czynów, które są świadectwem przyjaźni i niewinnego przywiązania, jako przejawów bardziej intymnych relacji. Ale w przeciwieństwie do Leontesa Otello potrzebuje Jagona, by dostrzec w nich grzeszną (?) namiętność łączącą Cassia i Desdemonę. To jest ten fragment strategii Jagona, który pewnie byłby (w pewnym sensie bywał) skuteczny i w odniesieniu do mnie. Gdy przyglądamy się takim sytuacjom z boku, wydają nam się zabawne i bez sensu, gdy facet ruga swą partnerkę, że nazbyt przychylnie uśmiechnęła się do innego, nie mówiąc już o jakiejś gorącej dyskusji, której zazdrosny chłopak czy też mąż przygląda się tylko. Banalne, a jak potrafi zburzyć spokój ducha i popsuć całkiem fajną imprezę. Nawet gdy Desdemona wstawia się za Cassiem, to sugestie Jagona nie są niezbędne (mimo że są obecne w sztuce, co pozwala jego postać psychologizować, ale o tym później, jak i o innych wątpliwościach, które szepcze on do ucha), bo może to budzić podejrzenia, gdy zaufanie jest już skutecznie podkopane. Reżyser był potrzebny, by do nocnej burdy i gniewu Otella na Cassia doprowadzić. To jest już jedno z tych działań, które w pełni są wykreowane przez Jagona. 

Kusi mnie, by o chustce, o tym jednym z najbardziej znanych rekwizytów teatralnych, jakoś osobno kilka słów. Istotne, że jest to od początku do końca intryga Jagona, który podrzucił, niczym skorumpowani policjanci w kryminale, obciążający dowód Cassiowi. Ilu z nas w momencie, gdy podarunek od nas dostrzegłoby w rękach, podejrzanego już w tej chwili o romans z naszą partnerkę gościa, przeprowadziłoby uczciwą rozmowę z nią właśnie? Szczególnie, gdy udział osób trzecich w jakiejś tam intrydze wydaje się nie do pomyślenia? Tym, których na to byłoby stać, zazdroszczę (!) serdecznie i to bez ironii. Tym bardziej, że Otello powinien pozostawić takie poczucie, że lepsze zaufanie mogące się łączyć z zarzutem naiwności niż podejrzliwość motywowana koniecznością dojścia do prawdy. Taaa… łatwo powiedzieć…

Dopełnieniem jest rozmowa Cassia z Jagonem podsłuchiwana przez Otella. Scena rodem z komedii omyłek i wykorzystywana w innych sztukach Szekspira. Doprowadzenie do tego, by to, co Cassio mówi o Biance, Otello odczytywał jako potwierdzenie zdrady Desdemony. Scenicznie może mało wiarygodne. Czy w życiu coś podobnego? Takie opaczne rozumienie słów, by obciążyć kogoś, komu ufać powinniśmy (chcielibyśmy)? Na pewno możliwe. Choć bardziej mi się kojarzy sytuacja odwrotna, gdy ktoś złapany na gorącym uczynku w akcie desperacji próbuje przekonać zdradzoną partnerkę (chyba częściej się to facetom zdarza) najbardziej żenującym z możliwych tekstem, że „to nie jest tak, jak to wygląda”…

Sporo musiał się nagimnastykować Jago, niczym w dobrym filmie, w którym wkręca się bohatera. Gdybyż to się jeszcze kończyło magii owej całkowitym zdemaskowaniem.