poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Antoniak i wołanie o pomoc



Podczas oglądania „Happy Endu” Hanekego miałem kłopotliwe poczucie bliskości z bohaterami, których tak lubi pokazywać na ekranie austriacki reżyser. Ten chłód, dystans, a przede wszystkim – podejrzenie o to, że z uczuć amputowani zostali. Specyficzne – to, co pewnie było przedmiotem krytycznego jednak oglądu mieszczańskiego wyalienowania ze świata ludzkich uczuć, przyczyniało się do tego, że chyba rozumiałem tych ludzi, bo sam taki jestem jak oni (poza poziomem ekonomicznym oczywiście – co jest zapewne w przekonaniu twórcy jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy; co jest pewnie prawdą, bo poczucie stabilności materialnej jest względne bardzo).
Przypomniałem sobie w trakcie oglądania inny film (a jest tego sortu [podkreśliło mi na czerwono wyraz ‘sort’ – czyżby to nie był jeszcze wyraz ze słownika powszechnej polszczyzny?] wiele i dlaczego ten akurat w tym momencie, to już pytanie do psychoanalityka), który wyzwolił we mnie podobne myślątka; film, w wypadku którego przyznanie się do bliskości z bohaterką chyba jest już czymś bardziej niż – kłopotliwym.
„Code Blue” Urszuli Antoniak
Opowieść o kobiecie, która wymościwszy się w swoje samotności, gdy już niemal niewidzialna się stała, czyniąc swe dobroczynne akty eutanazji, uległa pokusie przekroczenia, by się przekonać, że naraziła się tylko na ciosy bez możliwości dotknięcia nawet skrawka przyjemności. Albo że to właśnie przyjemność jest.
Przypomniałem sobie ten film nie tylko, by skonfrontować się po latach z Marian, lecz także by na „Między słowami” (ostatni film Antoniak) spojrzeć przychylniejszym okiem, bo jakoś mnie nie przekonał (jeszcze…bo dam mu szansę i ponownie pewnie niebawem).
To specyficzne jest uczucie, gdy oglądamy chłodne i sterylne wnętrza szpitala i mieszkania Marian i czujemy, że w takiej przestrzeni byśmy się czuli fatalnie, a jednocześnie znajduje ona oddźwięk w naszych duchowych zakamarkach. Dysonans niby jakiś. Ale może też rodzaj prawdy o człowieku. Ten kontrast pomiędzy tym, co mu się w środku zrobiło, a tym, co kreuje na zewnątrz. By wyrównać…
Ale co właściwie czyni tę Marian taki mi bliską? Przecież nie mam w sobie takiej potrzeby, by dokonywać nielegalnej eutanazji czyniąc z siebie swoistego Anioła Śmierci, który skraca cierpienie (u Hanekego jest to akt miłości przecież, bo dotyczy kogoś, z kim uczucie nas i był to swoisty heroizm, choć bardzo dyskutowany przecież. A i ten sadomasochizm  na końcu raczej jest mi obcy. A to chyba najważniejsze rzeczy, które w tym filmie charakteryzują sytuację bohaterki. Choć ten sadyzm, to jednak raczej nie był upragniony. Ta scena, nieprzyjemna bardzo przecież, była swoistą figurą sytuacji Marian w świecie. Dopóki izolowała się od świata, miała kontrolę. Ale nie jest to, niezależnie od tego, że samotność wydaje się być jej wyborem (i to lubię), sytuacja pozbawiona pragnień i lęków. Zanim doszło do spotkania z Konradem śledziliśmy kolejne etapy przełamywania przez Marian swej mizantropii. Widzieliśmy, że nie jest zupełnie pozbawiona pragnienia kontaktu; to tak nie działa – samotność, nawet ta z wyboru, nie musi być źródłem jakiegoś niesamowitego komfortu i szczęścia. Z filmu można by wyciągnąć wniosek, że jest to mniejsze zło. Wydaje się, że w tym świecie dobra to w ogóle nie ma; że ze świata uciec należy, gdy dyskomfort wynikający z cierpienia przerasta naszą zgodę na trwanie. Tak pewnie myśli Marian absolutyzując swoje postrzegania życia. A że jest to zbytnie uproszczenie, zobaczyła gdy pacjent, któremu chciała ulżyć i odesłać z tego świata, zaczął rozpaczliwe bronić swego prawa do życia. Może to był ten moment, kiedy postanowiła obniżyć poziom swej samokontroli i pozwolić sobie, tak jak radzi jej zresztą koleżanka z pracy, na wpuszczenie do swego świata drugiego człowieka, który mógłby stać się źródłem przyjemności. Postanowiła sprawdzić? Zaryzykowała… i skończyło się fatalnie. Bo wydaje mi się (interpretacje są różne), że poniosła porażkę; albo inaczej – teraz już wie, że nie dla niej jest ten rodzaj funkcjonowania w świecie. Wybiera życie – po uprzednim oczyszczeniu (te dwie ostatnie sceny: próba samobójcza i prysznic).
No i teraz pytanie: czy opowiedziana przez Antoniak historia odzwierciedla sytuację uniwersalną (przeważnie tak mam, że najpierw muszę sam sobie przedstawić film na poziomie dosłownym [i to chyba podstawowa funkcja tego bloga jest], dzięki tej mojej narracji wyłoniła mi się w głowie [sama? – no bo skąd, jakie zwoje mózgowe są za to odpowiedzialne, jak to swoją wolą wyzwolić?] metafora jakaś całościowa)?
Nie byłoby to nic nowego, ale zobrazowane zostało bardzo drastycznie. To, że mamy do wyboru samotność niemal całkowitą naznaczoną mizantropią albo narażanie się na ciosy, niekoniecznie tak perwersyjnie seksualne i okrutne jak filmie. A szczęścia nie ma w ogóle. Albo tylko takie szczęście. Wołanie o pomoc (kod niebieski) może być źródłem tylko upokorzenia.
Na obrazie Bruegla jest jednak inaczej: tam Mizantrop stoi tyłem do pięknego pejzażu, nie chce dostrzec urody życia, która jest..
No i co mnie łączy z Marian? Może i niewiele, ale rzeczy jednak ważne: chłód emocjonalny, wybór samotności, voyeryzm (o którym nie pisałem, ale on ważny… a te moje godziny w kinie, to co jest?), pewna skłonność do ascetyzmu (choć tu już może przesadziłem), postrzeganie życia jako swoistego źródła cierpienia, konieczność pogodzenia się z tylko taką możliwością szczęścia, które wydaje się możliwe, jakiś rodzaj mizantropii.
Niemało tego, ale ja jednak wciąż kocham źródło zaranne.
O spotkaniu można jednak różnie (pomyślałem sobie o filmie The Visitor Toma McCarthy'ego). 

Code Blue reż. Urszula Antoniak