sobota, 31 grudnia 2011

Sylwester z Nomadą

Wypadałoby coś okolicznościowego na koniec roku, ale nie bardzo wiem co...
Więc taki zwyczajny wpis wieńczący ten skromny rok; choć chodziła mi po głowie "Melancholia", którą wczoraj obejrzałem i która pozostawiła mi w głowie niepokojącą muzykę z "Tristana i Izoldy" Wagnera, opowieści o miłości niemożliwej a spełnionej - tak a propos specyficznego końca świata wieszczonego w tym filmie; spotkania dwóch planet zwieńczonego katastrofą. A pasowałoby przecież: bo to i o schyłku, zbliżającym się końcu, o złudnej pewności naukowców co do swych obliczeń, o konwencjach, które w ludzkim świecie przyćmić mogą uczucia, o niemożności tychże uczuć. Ale także o wielkiej wartości zwykłej ludzkiej bliskości, nawet jeżeli ociera się ona o świat fikcji (bo ta grota z patyków jest chyba najwymowniejszym znakiem tego, jak czasami mało potrzeba, by poczuć się bezpiecznie). Film przeciwstawiający trwałe wydawałoby się mury zamku twardego ludzkiego porządku i kruchych, niepewnych uczuć. Nie powtórzę wprawdzie za Justine, że 'ten świat zginąć musi, bo jest zły', ponieważ sam do tegoż zła się przyczyniam i choć czasami niczym bohaterka odwracam się do tego świata plecami, to jestem z nim mocno związany.
Taa... film symbolicznie wieńczący ten rok.
No i John Hurt, którego bardzo lubię (na drugim planie tylko, ale ja lubię stać w cieniu; gdy na przodzie czasami każą mi stawać, to niezręcznie się czuję bardzo).

Ale wczoraj także obejrzałem krótki dokumentalny film (do obejrzenia w necie: "Jestem dziewczynką", reż. Susan Koenen) o trzynastolatce, która urodziła się w męskim ciele. Film obowiązkowy dla wszystkich rodziców i nauczycieli. Dziewczynka niezwykle dojrzała; potrafi w sposób prosty i bezpośredni opowiadać o swoich kłopotach z płcią. Najbardziej pouczające jest jej wspomnienie dotyczące tego, jak swoją nową gimnazjalną klasę poinformowała o swych problemach... i została zaakceptowana... a tyle się mówi o okrucieństwie dzieci. Choć mam poważne obawy, czy w każdym środowisku zostałoby to tak samo 'normalnie' (cóż w tym wypadku oznacza słowo 'normalnie': czy zgodnie z naszymi oczekiwaniami, które uznajemy za najbardziej prawidłowe, czy też tak, jak zareagowałaby większość?) przyjęte.
Świat się zmienia na szczęście (dzięki Bogu? - ojcowie dyrektorzy wszystkich słusznych stacji powiedzieliby: 'na chwałę Szatana'). Zmienia się min. dzięki takim reżyserom jak Pedro Almodovar. Bo to o nim chciałem kilka skromnych słów dziś skrobnąć, niepomny tego (i gdzie tu skromność panie Nomado?), że już wielu mądrzejszych ode mnie zlustrowało twórczość tego hiszpańskiego maga (pisząc o takich uznanych i opisanych wielkościach staram się zapomnieć o tych wszystkich stronach zapisanych na ich temat - a ponieważ, jak wszyscy wiedzą, z pamięcią u mnie nietęgo, więc, jeżeli nawet coś kiedyś czytałem, to i tak nie pamiętam i dzięki temu jestem nieustannie naiwnym żydem wiecznym tułaczem po obszarach już dawno odkrytych - już dawno pożegnałem się z kryterium nowości w moim funkcjonowaniu w świecie, więc ani to co piszę, nie musi dotyczyć rzeczy, które właśnie wydano, ani też nie ma być w mej intencji tym nowym słowem, którego jeszcze nikt nie sklecił; jest to zresztą jedna z nielicznych zasad mego nieortodoksyjnego dekalogu [nie wiem, czy aż dziesięć przykazań by się tam znalazło] - przemierzać ten świat nie przejmując się zbytnio, czy tą samą drogą już ktoś podążał, czy są to ślepe uliczki, czy też wertepy, którymi za mną podążą inni). Gdy sobie o nim myślę, gdy poszukuję źródeł mej fascynacji, to sobie uświadamiam, że jest ona związana w bardzo dużym stopniu z otwarciem mej mentalności na zjawiska (nie tylko problemy) związane z Innością - w tym wypadku oczywiście płciową przede wszystkim. Cóż, żyjemy w społeczeństwie niezwykle tradycyjnym (wciąż jeszcze, mimo corocznej Manify, mimo Biedronia w Sejmie), o czym świadczą śmiechy w Parlamencie, które pojawiły się po słynnym 'poniżej pasa'... Zanim zacząłem poznawać Almodovara homoseksualista czy transwestyta kojarzył mi się przede wszystkim z (kusząco nieprzyzwoitą) atrakcyjnością oraz barwnym funkcjonowaniem niektórych klubów oraz (co jest ze sobą powiązane) ze środowiskiem artystowskim. No i towarzyszył tym skojarzeniom wewnętrzny dystans z mojej strony, gdyż często widziałem w zachowaniu przedstawicieli tych orientacji seksualnych (pisząc ten tekst cały czas towarzyszy mi wątpliwość, czy też są one dla mnie już normalne, a może tylko oswojone ale ciągle inne czyli gorsze, boć przecie należę do tej 'normalnej' większości - i w tym wypadku słowo 'normalność' oznacza po prostu dominującą postawę) nazbyt wiele wyzywającej teatralności. W filmach Almodovara jest ona także mocno obecna i niewątpliwie fakt ten przyczynił się do tego, że długo z pewnej bezpiecznej odległości im się przyglądałem. Przyzwyczajony jestem do zachowań powściągliwych i nieszokujących; nie przepadam za emfazą i egzaltacją. A hiszpański reżyser bywa bardzo wyzywający. Do tego jeszcze te barwy: często ostre, kontrastujące, dalekie od szarości, które preferuję. No i permanentne wykorzystywanie kiczu...
Więc dlaczego...
Bo za tym kiczowatym często sztafażem są prawdziwi, pełnokrwiści ludzie. Mimo ich zmanierowanych wyrazistych i komicznych często gestów, mimo banalnych zainteresowań (ta wszechobecna telewizja [choć przemierzając w tym roku hiszpańskie prowincje zauważyłem, że tam w każdej najmniejszej knajpie olbrzymi telewizor non stopo umila czas klientom i pomyślałem sobie: 'jak u Almodovara'] i reklama) i niewybrednych pragnień (cielesnych oczywiście) potrafią wzruszyć. Bo są to - no właśnie, właśnie (jeszcze i to) - melodramaty i to nierzadko kończące się dobrze. Tyle że dotyczą postaci, które dotąd na marginesie naszego oglądu społeczeństwa funkcjonowały. I w ten sposób reżyser, wzruszywszy nas, otwiera wrażliwość na świat wykluczony, rzeczywistość wykastrowaną z naszej świadomości przez religię i dobre obyczaje (co nie znaczy, że w polskiej literaturze nieobecni są 'tacy' bohaterowie - jest oczywiście Gombrowicz, ale ani on obecny w obiegu społecznym [to znaczy jego twórczość, bo o nim to się czasami i mówi], ani to nie Almodovar jeśli chodzi o ekspansywność tematyki).
Ale ja dzisiaj wcale nie chciałem mego resume z Pedro Almodovara sporządzać. Zrobiło się samo, nomadycznie; pewnie dlatego że po raz pierwszy o nim, że to mój pierwszy raz...
Dzisiaj chciałem kilka słów o "Złym wychowaniu" (tak jakoś od środka o tej twórczości zaczynam pisać; zaczynam - bo mam nadzieję, że nieraz jeszcze mnie ten hiszpański prowokator do klawiatury przywoła; tym bardziej, że często go oglądam; nie mówiąc o tym, że na tym blogu Hiszpania pojawiła się chyba raz tylko).
Jest w tym filmie wiele z tego, o czym już napisałem. Tyle że im Almodovar starszy, tym mniej w jego filmach estetyki kiczu (czy to nie oksymoron?). Jest nadal dużo seksu (tego między mężczyznami). Są transwestyci. No i mamy przede wszystkim do czynienia z utworem antykościelnym czy wręcz bluźnierczym (choćby w momencie, gdy jeden z księży po zamordowaniu Juana/Zahary stwierdza "Bóg jest po naszej stronie"). I to wszyscy oczywiście wiedzą, więc nawet mi się nie chce po swojemu tego jeszcze raz opowiadać (co nie znaczy, że kiedyś nie najdzie mnie ochota i wtedy pozwolę sobie).
Tym razem (nie po raz pierwszy ten film oglądałem oczywiście, ale jak większość wie, w moim wypadku zawsze jest pierwszy raz - taka niepokalana dziewica nie do zdarcia ze mnie:-)) chciałem dać wyraz mej fascynacji strukturą narracyjną tego filmu (kurcze, jak ja bym chciał umieć tak opowiadać...). Opowieści perfekcyjnie się przenikają - jedna wypływa z drugiej, retrospekcje nakładają się na lekturę opowiadania i proces tworzenia filmu; genialna metapoetyckość (a to, że Almodovar pracował nad tym filmem 10 lat nie ma tu nic do rzeczy). A z tych uzupełniających się historii wyłania się zaskakująca nas co i rusz opowieść kryminalna (fachowcy wskazują na czarny kryminał jako źródło poetyki tego filmu [no tak, ale miałem się nie odwoływać do znawców... pytanie, czy sam bym to zauważył - no cóż, wątki kryminalno-sensacyjne bardzo często obecne są w filmach Almodovara i wcale, by dobrze się bawić i by zauważyć ich niestereotypowe potraktowanie, nie trzeba wskazywać dokładnego ich źródła]).
Tak, tym razem chyba na tym poprzestanę, na wyrażeniu mej potężnej pozytywnej zazdrości (pozytywnej, bo chcę oglądać tego rodzaju opowieści, mimo że nie ja jestem ich twórcą - och, co za pycha powiecie [ale czy czasami nie czujecie czegoś takiego, że chcielibyście, by coś, co was zachwyca - do kogo ja się zwracam? - było waszym dziełem]).
A film zaczyna się od znaczącej sceny: dwaj twórcy przeglądają kronikę przeróżnych zadziwiających zdarzeń, o których pisze aktualna prasa, poszukując pomysłu na film... znowu okazało się, że to, co najbardziej filmowe, zdarza się nam w życiu bądź obok nas (choć pomysł na dzieło tego rodzaju może się wydawać wysoce nieprawdopodobny - troszkę to nie tak, jak było u Arystotelesa; ale to też urok Almodavara, że z bardzo dziwacznych sytuacji, często fantastycznych sensu stricto, potrafi wyłowić to, co najbardziej ludzkie; a życie nasze przecież też sobie czasami myślimy wikłając je w przeróżne konwencje wdrukowane nam w umysły przez sugestywność sztuki, z którą obcujemy).
I w ten sposób udało mi się napisać tekst, w którym prawie słowem nie wspomniałem o treści filmu, czy też (co ważniejsze) problemie w nim poruszonym. To ciekawe, bo streszczenie historii w nim opowiedzianej, ale nie tak, jak podał ją reżyser, tylko zgodnie z chronologią, także byłoby interesujące. Bo na tym polega niezwykłość tego filmu - jestem pełen podziwu dla narracji i kunsztu opowiadacza, a jednocześnie wciąga mnie historia; historia, która dzisiaj jest już bardzo głośna, bo dotyczy wpływu celibatu na skłonność księży do molestowania młodych chłopców (no dobra, trochę dodałem od siebie - tzn. ten celibat, bo reżyser nie stawia tego pytania). Kościół już się lekko przebudził, ale potężne osady uprzedzeń płciowych, które pozostawił na mentalności swych wyznawców, jeszcze długo będzie źródłem frustracji wielu europejczyków (właśnie tak, małą literą, bo tak piszemy, gdy chodzi o kogoś związanego z kulturą europejską a nie o mieszkańca Europy; pewnie nie o takie korzenie chodzi tym wszystkim, którzy upominają się o preambuły do różnych fundamentalnych aktów prawnych [i wspaniałomyślnie nie będę rozwijał tego tematu]).
Każdy z bohaterów ma swoją opowieść w tym filmie, co najmniej jest ich cztery. A reżyser stoi z boku i nie ocenia. A przecież mógłby, skoro rozlicza się ze swym wychowaniem. I choć antyklerykalizm tego filmu nie ulega wątpliwości, to Ojciec Manolo, czy też pan Berenguer przede wszystkim (bo Manolo jest postacią fikcyjną przecież i tylko naszym domysłom pozostawia się odpowiedź na pytanie, ile w opowiadaniu Ignacia (specyficzna zbieżność z imieniem młodego uwodzonego przez Gonzaga bohatera "Transatlantyku") jest prawdy - taka niezbędna na tym blogu uwaga epistemologiczna).
No i jeszcze Galicia (miejsce urodzenia i wychowania Ignacia i Juana), o której wspomnieć muszę choć jednym zdaniem, bo w tym roku (jeszcze tym) moje stopy przeszły koło setki kilometrów przez ten region Hiszpanii, a zdjęcia w tym filmie wysmakowane bardzo, więc jak przystało na koniec roku - powspominałem sobie.

Złe wychowanie, reż. Pedro Almodovar

a koniec się zbliża wśród karnawałowych wybuchów radosnych materiałów wybuchowych; uciechy co niemiara: dzieciaki nade mną chcą unieważnić granicę między podłogą a sufitem, psy pochowały się w najciemniejszych zakamarkach mieszkań, ptaki gubią pióra na skostniałych drzewach - i choć to nie planeta Melancholia uderzy za godzinę w moje miasto, to skryć chciałby się człowiek najgłębiej w sobie, by finał był niezauważalny

czwartek, 29 grudnia 2011

O ludziach niepotrafiących pływać w strumieniu rzeczywistości

Podstarzała aktorka topiąca frustracje w alkoholu.
Pastor niepotrafiący zapanować nad swoimi namiętnościami.
Chłopak o wielkich ambicjach i równie wielkim pechu.
Umierający ojciec skłócony z ukochanym synem.
I drugi syn - daremnie żebrzący u ojca o miłość.
Nauczycielka przez nazbyt częste obcowanie z literaturą zagubiona w świecie rzeczywistych uczuć.

starość, frustracja, alkohol, zawiedzione nadzieje, rozgrzane do czerwoności emocje

Kto jest bohaterem dramatów (czy dokładniej filmów na ich podstawie nakręconych) Tennessee Williamsa?
Dramatów schyłku i rozstania...
I choć dominuje w nich temat nieprzystawalności losu do naszych od niego oczekiwań, to jednocześnie pojawiają się tam momenty (czy dopisane przez scenarzystów? - nie znam dramatów, a filmy tylko oglądałem) dające odrobinę wiary i nadziei (że na tych dwóch cnotach poprzestanę). W gąszczu emocji zniewalających człowieka odnaleźć można urok 9dwuznaczność tego słowa wyjątkowo trafnie przystaje do tego, co chcę powiedzieć) ludzkiego istnienia. Bo przecież nie zazdrościmy losu tym wszystkim przykładnie trzymającym się zasad, którzy z niechęcią przyglądają się (i z rozkoszą je komentują) utarczkom z sobą tych nieprzystosowanych. Nie mamy (ja nie mam) wątpliwości, że ci naznaczeni przeżywają swój los prawdziwie. Boksują się ze sobą, często sami siebie okłamują, katują bliskich, ale Są.
Paradoksalnie piszę to ja - człowiek pragnący przede wszystkim świętego spokoju i uwielbiający kontemplowanie upływającego czasu. Delektujący się czasem ocierającym niemal zmysłowo moje istnienie. A im starszy jestem, tym więcej miewam wyrzutów sumienia, gdy nazbyt dam się ponieść emocjom. Ale może właśnie dlatego tym potępieńcom przyglądam się zaintrygowany. Może oni za mnie przeżywają swoje żenujące frustracje. A ja, niczym w teatrze greckim, doznaję oczyszczenia (nie napiszę katharsis, bo to zbyt wzniośle brzmi, a mi chodzi jedynie o takie maleńkie obmycie z brudu codziennego). Z pełną świadomością, że w tym moim doświadczaniu ich losu jest ogromny ładunek mieszczańskiej hipokryzji. Bezpiecznie rozpostarty w fotelu pozwalam sobie na współczucie.

Pięć filmów: Tramwaj zwany pożądaniem, Kotka na gorącym blaszanym dachu, Słodki ptak młodości, Noc iguany i (najmniej do mnie przemawiający) Rzymska wiosna pani Stone.
I niezwykłe, klasyczne już bardzo, kreacje aktorskie: Liz Taylor, Vivien Leigh, Paul Newman, Marlon Brando, Richard Burton.

A przy okazji mała, niby oczywista refleksja. Mogłem sobie porównać dwie realizacje Słodkiego ptaka młodości: w reż. Richarda Brooksa i teatralną Grzegorza Wiśniewskiego z Teatru Wybrzeże (ciekawe jest to zamiłowanie Wiśniewskiego do klasycznych tekstów, aczkolwiek poprzednie - Personę i Zmierzch bogów - wystawiał na podstawie scenariusza a w tym wypadku pierwotny jest tekst dramatu, choć to film pewnie przyczynił się do jego popularności). Są to zupełnie różne opowieści z jednego zasadniczego powodu (i pomijam tu niezwykle istotną różnice między filmem i teatrem, czy tez inne, jak np hollywoodzkie zakończenie ekranizacji, choć wolałbym , by Amerykanie nie starali się tak na siłę nie zbijać w nas nadziei na to, że wszystko w życiu dobrze się kończy): w pierwszej dominującym aktorem jest Newman, w drugim Dorota Kolak. W pierwszym wypadku przede wszystkim obserwujemy młodość dobijającą się ostakiem sił swej dawno utraconej szansy. To Paul Newman narzuca widzowi swoje pragnienia i nadzieje, to jemu przede wszystkim współczujemy i z jego losem się utożsamiamy, a wielu wypadkach usprawiedliwamy niecne często poczynania. I choć jest czasami żałosny chwilami, to dostrzagamy w tym coś bardzo ludzkiego i chcielibyśmy, by mu się udało (co się niestety w końcu staje; niestety - bo choć chcemy u dac szansę, to jednocześnie mamy świadomość jakości świata, w którym funkcjonuje; chcemy pozostać z uczuciem, że powinno się mu udać - wiem, perwersyjne nieco to, co piszę, ale to jest warunek katharsis: współczujemy bohaterowi, bo nie zasłużył na swój los, ale dzięki jego klęsce doznajemy oczyszczenia...).
W filmie postać Alexandry Del Lago schodzi na drugi plan, w spektaklu teatralnym to właśnie jej tęsknota za słodkim ptakiem młodości przede wszystkim wywołuje emocje widza. To starość wraz z jej gorzką refleksją, utratą nadziei, pragnieniem skosztowania choć raz jeszcze odrobiny soków z drzewa życia. I to pełne oobnażenie się emocjonalne dojrzałej aktorki przyćmiewa wszystko, co poza tym dzieje się na scenie.
Wiśniewski udowodnił, że teksty sprzed pół wieku ponad nadal świetnie się bronią.
A obejrzenie filmów z czasów, gdy pierwsi adepci Actors Studio (Elia Kazan - reżyser Tramwaju zwanego pożądaniem, Brando, Newman, Karl Malden i sam Tenessee Williams) zmieniali oblicze amerykańskiej sztuki filmowej także utwierdzić może w przekoaniu, że nie tylko najnowsze odkrycia estetyczne mogą być źródłem satysfakcji dla widza. Pisałem już o tym zresztą nie raz...

wtorek, 27 grudnia 2011

Kobiety niedopasowane do swego losu

Przypomniałem sobie stary film Altmana (o którym jeszcze nigdy nie pisałem, a mam do niego słabość) sprzed wielu lat; z czasów, gdy oglądając filmy, poddawałem się przede wszystkim atmosferze. I często to mi całkowicie wystarczało. Dzisiaj, niestety, zboczenie zawodowe powoduje, że jeszcze coś muszę odczytać, znaleźć jakieś znaczenia, które nastrój motywują (po staremu, czyli 'naiwnie' podchodzę dziś jedynie do teatru tańca, ale to dlatego, że nie mam o nim pojęcia i podstawowym - a być może jedynym - kryterium, które warunkuje ocenę jest oddziaływanie tworzonego przez poruszające się ciała klimatu na wyobraźnię). Ale oglądając Trzy kobiety ponownie nastrój przede wszystkim magnetyzował mą uwagę. Duszny, słoneczny, pustynny klimat panujący gdzieś na prowincji amerykańskiej porównywanej przez jedną z bohaterek z Texasem.
A zaczyna się od sceny, w której młode kobiety opiekują się staruszkami kąpiącymi się w basenie. I choć jest w niej coś niepokojącego, bo wyobraźnia szybko podsuwa myśli o jakimś okrutnym fatum rządzącym ludzkim ciałem, to nie w tym kierunku pobiegła narracja Altmana (pamiętam, że tym, co mnie kiedyś fascynowało u tego reżysera, to opowieści, w których ukazywał świat z perspektywy perfekcyjnie powiązanych ze sobą różnorodnych wątków błyskotliwie ze sobą się splatających). Dzięki Bogu (czy bogu?), bo opowieści o destrukcyjnie wpływającym na ludzkie ciało czasie coraz częściej budzą we mnie perwersyjną pesymistyczną fascynację.
Trzy dziewczyny (choć w gruncie rzeczy w filmie dominuje opowieść o dwu z nich) i ... trzy baseny...
Bo oprócz kobiet nieustannie obecne są w tym filmie baseny:
basen w ośrodku rehabilitacyjnym,w którym starcy powracają do mitycznych wód pierwotnych,
basen w domu, w którym dziewczyny wynajmują mieszkanko,
basen w knajpie na prerii...
To w basenie Pinky próbuje popełnić samobójstwo.
To w nich pojawiają się dziwne, magicznie monumentalne obrazy Willii.
Ich obecność jest zapewne spowodowana nieustannie panującym tam upałem. Nagrzana słońcem ziemia niepokojąco paruje sprawiając, że ludzie funkcjonują jakby w zawieszeniu, nierealnie.
W "Zbrodni i karze" upał doprowadza Raskolnikowa do szalonych myśli (zresztą o upale i jego skutkach już pisałem).
Poza starcami nikt w tych sztucznych zbiornikach wodnych się nie kąpie (a są one zaprzeczeniem naturalnego żywiołu, nad którym człowiek nie jest w stanie utrzymać kontroli i nie wie, co się w nim kryje; żywiołem, który powszechnie uznaje się za symbol nieświadomości). Żaden z sąsiadów Pinky nie pławi się w basenie, w którym manifestuje ona swoją niezgodę na świat i siebie w nim przede wszystkim (ale Edgar wyławia z niego mnóstwo pozostałości rozwiązłego życia). Na pustyni, przy zajeździe, basen jest pozbawiony wody, dzięki czemu Willii może tworzyć tam swoje niepokojące stwory, które kojarzą mi się z jakimiś azteckimi zwierzomęskimi bóstwami płodności i wojny (i w tym filmie rzeczywiście są to jedyne atrybuty męskości).
Pusty basen - martwa ciąża Willii.
Bo Willii rodzi martwe, zimne dziecko.
(czy ma to znaczenie, nie wiem, ale ta sieć sugestywnych powiązań stwarza w filmie gęstą psychologiczną atmosferę)
Trzy kobiety niedopasowane do swego losu
Pinky, Millii, Willii (jakoś dziwnie współbrzmią imiona bohaterek; imiona, które same sobie wybrały, bo tych urzędowych nie akceptowały)

"Życie jest gdzie indziej", "Zawód - reporter", "Persona" - i wiele innych - dzieła, w których mamy do czynienia z problemem ucieczki od własnej tożsamości, z próbą odziania się w obcą skórę. Jak często nasze pragnienia są emanacją tego rodzaju zjawiska? Jak często wyobrażamy sobie siebie jako kogoś innego bądź w innych okolicznościach - zapominając, że miejsce, w którym jesteśmy, stanowi jednocześnie o naszej tożsamości, od której nie ma ucieczki...
Jedyna rada zgodna jest z tą wypisaną na wyroczni w Delfach: "poznaj samego siebie"...
Wiem, że to banał, ale sam zbyt często wyobrażam sobie siebie niezgodnie z tym, co na swój temat wiem. I towarzyszą temu marzenia, których niemożność realizacji staje się źródłem frustracji...

Pinky, Millii, Willii
każdą uwiera inaczej
Pinky apatrzona w Millii robi wszystko, by być taka jak ona. W ogóle nie dostrzega, że jej oblubienica także ucieka od swej tożsamości i wciąż kreuje siebie i rzeczywistość (i aż dziw, że nie przeżywa żadnych frustracji, że nie dostrzega tego, że, jak jej wysiłki, by zbliżyć się do innych ludzi, by nawiązać kontakt, kończą się niepowodzeniem; nie dostrzega, jak jej słowa padają w próżnię - choć oczywiście możemy dostrzec tu także magiczną siłę słów: one wprawdzie nie zmieniają zewnętrznej rzeczywistości, ale niewątpliwie budują wyobrażenie o niej, które nosi w sobie Millii; stają się faktami psychologicznymi [pytanie, czy tak mają działać różne zaklęcia podawane we współczesnych poradnikach psychologicznych, które wskazują, jak osiągnąć sukces w życiu?]).
O Willii niewiele wiemy. Oddzieliła się od świata milczeniem i swoimi mitologiczno-pierwotnymi malowidłami. Intryguje swoją nieobecnością. Żyje w świecie pierwotnych wyobrażeń i rodzi martwe dziecko. A ten okrutny poród staje się aktem założycielskim nowej rzeczywistości, w której trzy kobiety odnajdą swoje miejsce. Jeśli odniosły sukces, to wcale im nie zazdroszczę. Ale mój niemal wrodzony sceptycyzm epistemologiczny każe mi się zastanowić, w jakim stopniu nasze (moje) dopasowanie do świata okupione być musi zgodą na przyjęcie fikcji o swej tożsamości za prawdę. A może zawsze tak się dzieje? Może to zawsze jest li tylko wyobrażenie? Bo przecież to tylko w naszej głowie się dzieje a składamy je ze skrawków obarczonych ogromnym błędem (nie)pamięci, a więc nieprawdziwych. Skoro to i tak fikcja, a za prawdę uznajemy to, co zgodne z powszechnymi wyobrażeniami o niej...
i tak moglibyśmy sobie dywagować i snuć nomadystyczne domysły prowadzące na pustynię

Można by o tym filmie napisać mocno feministyczny tekst, ale - choć takie klimaty bardzo lubię - Edgar był tak groteskowym (co nie znaczy, że nierealnym; prawda o nas jest komicznie okrutna niestety) przedstawicielem naszej rasy, że napiszę o nim być może przy innej okazji...

Trzy kobiety, reż. Robert Altman

niedziela, 18 grudnia 2011

Niby normalni, niby zwyczajni...

dedykowane Gosi, która świat poznaje nie tylko filmy oglądając

Coraz trudniej zabrać mi się do pisania...

Iran. Niewiele filmów znam z tego kraju pochodzących. W tym roku na NH świetne "Rozstanie; gdzieś tam kiedyś "Półksiężyc". Teraz "Co wiesz o Elly?"
W głowie mam bardzo stereotypowe wyobrażenie o tym regionie: religijna ortodoksja, kobiety z pozakrywanymi twarzami, zacofanie... zupełnie nie wiem, dlaczego... skąd te skojarzenia? kto mi je zrobił?
A może to po prostu ignorancja.
Oglądając "Rozstanie" (a teraz "Co wiesz o Elly?" - ten sam reżyser: Asghar Farhadi) łapałem się na tym, że zdziwiony jestem normalnością ludzi, o których w tych filmach nam się opowiada. Co nie znaczy, że to rzeczywistość europejska jest; nie - ale stopień odmienności tego świata nie jest w pierwszej chwili szokujący.
A może jednak? Może to tylko wygląd bohaterów mnie zwodzi?
Bo żyją niby tak jak my. Podczas tygodnia pracują w zupełnie normalnych firmach. A w weekend, jak każdy mieszkaniec Zachodu, jadą nad morze (miejsce jest oczywiście nieważne, choć morze mi tu do szumu ładnie pasuje) się wyszumieć. Choć już w tym momencie możemy dostrzec zasadniczą róznicę - bo spędzanie przez nich czasu na wyjeździe już wygląda specyficznie, boć przecie oni nie piją a nasz weekend, by zaliczyć go do udanych, musi być nieźle rozpuszczony w przeróżnych rozpuszczalnikach frustracji; a oni cieszą się życiem rodzinnym i towarzyskim; jedzą, palą fajkę wodną i to im wystarcza, by czuć się dobrze - niczym klub AA... (to moje zdziwienie "to im wystarcza" jest mocno niepokojące, wiem, ale cóż - coś w tym jest... tzn. coś bardzo banalnego...)
Tym, co ich zasadniczo różni, co powoduje, że robią wrażenie, jakby byli z innego świata - to m.in. pojmowanie honoru (i hańby oczywiście, bo pojęcia te są nierozwalnie powiązane ze sobą). Ale nie tego, który na transparentach wypisują nasi współcześni politycy przy okazji swiąt narodowych, podczas których czcimy i wynosimy do poziomu wartości fakt poniesienia klęski.
Honor codzienny.
Z sytuacją tragiczną zaś mamy do czynienia (no właśnie - my żyjemy w świecie, w którym coraz trudniej sobie wyobrazić tego rodzaju sytuację: w świecie, w którym wartości nie są uwewnętrzniane, nie sąsiadują niemal na styk z trzewiami, nie są częścią natury - tragizm jest niemożliwy), gdy wybierać trzeba między dobrem rodziny a honorem niemal nieznanej nauczycielki, którą się namówiło na niby niewinny wyjazd z przyjaciółmi nad morze (a pojęcie niewinności w słowniku mentalnym Polaka i Irańczyka to, jak się okazuje, oznacza dwie zupełnie różne rzeczy). I jest to rzeczywiście klasyczna sytuacja tragiczna, bo w kręgu wartości świata przedstawionego tego filmu wcale dobro rodziny nie muiz być więcej warte niż niż honor kogoś, kto może być go pozbawiony przez nas za pomocą jednego słowa. I piękna Sepideh (Golsfihteh Farahani - urocza Aisha z "W sieci kłamstw" , filmu, w którym mieliśmy już do czynienia z sytuacją polegającą na tym, że bohatreka nie mogła zwyczajnie podać ręki na pożegnanie swojemu świeżo poznanemu wielbicielowi z Ameryki, bo naruszyłoby to święte zasady i być może wiązałoby się z jej hańbą; ale ten film , choć hollywoodzki, zwracał uwagę właśnie na kontrast między chaosem moralnym funkcjonującym w naszym świecie a swoistym ładem panującym na Bliskim Wschodzie - choć oczywiście nie jest moim celem idealizowanie tej przestrzeni, bo krajom arabskim jakże daleko do wyobrażeń o raju, a to, co się tam dzieje w tej chwili, jest tego najlepszym przykładem) doświadcza autentycznego cierpienia, gdy to słowo właśnie musi wypowiedzieć i pohańbić obcą kobietę (dodajmy - już po jej śmierci, a więc wydawać by się mogło, że nie ma co rozdzierać szat - trzeba z żywymi naprzód iść...).
Przyzanam się, że odszedłem już daleko od takiego świata i zdziwiony jestem, że w ogóle tragizm w tym filmie dostrzegam. Moje sumienie w kręgu wzniosłych wartości dawno już przestało być zanurzone. I dotyczy to obydwu aspektów tej sytuacji tragicznej - bo także i dobra rodziny, które jest da mnie pojęciem abstrakcyjnym.
Na tym polega siła tego rodzaju filmów - przenoszą nas (mnie - ale choć ta spowiedź mnie dotyczy, to, niezależanie, co by moi współbratymcy mówili o sobie, jestem święcie (!) przekonany, że bardzo się ode mnie nie różnią [mam na myśli stosunek do honoru a nie do rodziny, bo w tym wypadku jestem rzeczywiście swoistym dziwolągiem- specyficzne wyznanie na tydzień przed najbardziej rodzinnymi swiętami w moim kraju, ale też świętami, za którymi szczególnie nie przepadam i z uczuciem ulgi obserwuję ludzi mnie otaczających, ulgi płynącej z zadowolenia, że jestem w to prawie niezamieszany] - chyba tylko tym, że nie stać ich, by się do tego przyznać) w inną przestrzeń moralną, jakby nie z tego świata. Jednocześnie przyznaję, że zdecydowanie bardziej swojsko czuję się w kulturze, która doświadczyła w latach sześćdziesiątych rewolucji moralnej i obyczajowej. Można by się jedynie zapytać, w jakim stopniu okupiliśmy tę naszą wolność frustracjami, depresjami, nieprzespanymi nocami, poczuciem braku przynależności do czegokolwiek i kogokolwiek.
"Co wiesz o Elly?" - gdyby nie zdarzył się dramat, to może świat, o którym nam się opowiada w tym fimie, wydałby się bardzo podobny do naszego. Być może, gdy się jest tam, na miejscu (musiałbym się skonsultować w tym miejscu z córką, [ale dedykuję jej ten wpis] która poznała ten świat z bliska; dzisiaj jest to jednak niemożliwe, bo także rodzinne święta nie są jej w głowie i eksploruje mentalność Obcych z dala od od tego bożonarodzeniowego zgiełku) nie odczuwa się aż tak mocno, że ludzie tam żyjący są bardzo Inni. Bo cóż my o nich wiemy. Ich dramaty rozgrywają sie poza naszymi oczyma. A to właśnie w takich sytuacjach napięcia objawia się jakaś istotna cząstka prawdy o nich (o każdym oczywiście). Prawdy, która tak bardzo ich różni od nas.
Tak, najważniejsze na co dzień skryte jest przed wzrokiem Obcych.

"Co wiesz o Elly?" reż. Asghar Farhadi