czwartek, 27 grudnia 2018

Zabawy z tożsamością


coś by trzeba było, bo jakoś dawno nic
więc taki pretekst dobry jak każdy inny

Tożsamość” ( z 2011, bo jest jeszcze z 2003) opiera się oczywiście na wypróbowanym pomyśle, w którym utrata pamięci wiąże się z problemami dotyczącymi tożsamości. Tytuł zresztą jednoznacznie odsyła do klasyka gatunku, zapowiadając zabawę z przyswojonymi już mocno motywami. A ponieważ lubię Ludluma i mam słabość do narracji schizofrenicznych, pomyślałem sobie, że to dobre przypomnienie na świąteczny wieczór. 

przypomnienie, bo przecież już kiedyś, a pamięć nie bardzo, więc odświeżyć można

Zaczyna się przednio, niczym schizofreniczna zabawa z innym jeszcze klasykiem, a mianowicie „Frantic'em”; kończy się niestety gorzej, bo słabą powtórką z „Tożsamości Bourne’a” (dlaczego żonglowanie motywami z filmu Polańskiego mnie bawiło, a nawiązania do Ludluma mnie nużyły?).
i dlatego kilka słów nieśmiałych o pierwszej połowie przede wszystkim 
Zaczyna się niczym „Frantic”, małżeństwo przylatuje do Berlina, na konferencję, na której bohater ma wygłosić odczyt; jadą  taksówką do hotelu. Walizka (kluczowy przedmiot w obu filmach) - u Polańskiego przez pomyłkę zostały zamienione i jest to źródłem całej późniejszej intrygi ; w filmie Collet-Serry przez przypadek (?) zostawiona została na lotnisku, co dr Martin Harris (Harrison (!) Ford grał doktora, który przyjechał na odczyt w Paryżu w filmie z roku 1988) dostrzega dopiero przed hotelem. Zawraca więc i z powodu wypadku znika niczym żona dra Walkera. Tylko że, inaczej niż w pierwowzorze, jakoś nikt go szuka (i o tym za chwilę), a o tym przecież był cały film Polańskiego. W rozwiązywaniu zagadki własnej tożsamości pomaga mu, wbrew sobie zresztą (co akurat często ma miejsce we wszystkich filmach, z którymi kojarzy się „Tożsamość”), urocza Diane Kruger, czyli Gina (i podobnie jak Michelle mająca kłopoty z prawem) . I to do jej mieszkania przychodzi dwóch drabów w poszukiwaniu Liama Neesona, czyli Harrisa-nie-Harrisa, i to z jej mieszkania akcja przenosi się na dach kamienicy przywołując w pamięci słynną scenę, w której Harrison Ford nieporadnie, zupełnie wbrew swemu wcześniejszemu emploi filmowemu, przemieszcza się po paryskim dachu gubiąc buty. Tu też mamy do czynienia z zasadniczą różnicą. Bo w obydwu filmach w roli głównej zostali obsadzeni aktorzy, którzy wcześniej grali prawdziwych (wedle stereotypu) silnych facetów takich jak Indiana Jones czy Bryan Mills a teraz musieli się wcielić w role niekoniecznie tak wszechstronnie do walki o przetrwanie usposobionych jak mężny i przystojny archeolog intelektualistów.  Dr Richard Walker, mimo że jest skuteczny i zdeterminowany, do końca nie wychodzi z roli lekarza i w starciu z drabami, którzy nawiedzili Michelle (również na poddaszu), zachowuje się, jakby mu się przypomniały wcześniejsze wcielenia filmowe, ale przeciwnicy momentalnie dają mu do zrozumienia, że gra w zupełnie innym filmie. Liam Neeson ma wprawdzie problemy z tożsamością, lecz w kluczowym pojedynku z wtórym Martinem Harrisem mówi: „nie wszystko zapomniałem”, tak jakby nie tylko o postaci w tym filmie wspominał a do „Uprowadzonej” nawiązywał. Bo rzeczywiście walka na poddaszu uświadamia, że to już nie zabawa z „Frantic’iem” i bohater niekoniecznie jest tylko naukowcem. I wszystko byłoby w porządku, bo przecież nie o prawdę czasu i ekranu chodziło, gdyby nie to, że druga część filmu jest już tylko mdłym odbiciem filmów o tym najważniejszym w popkulturze człowieku pozbawionym tożsamości. A przede wszystkim, skoro o dążeniu do zdobycia prawdy o sobie mowa, Bourne przez wszystkie części cyklu próbował dojść prawdy na temat tego, kim naprawdę jest. Bohater, w którego postać wcielił się Liam Neeson (bo nie chcę go nazywać Martinem Harrisem, który przecież nie istnieje), niby kilka razy zadaje pytania mogące sugerować, że jest to dla niego problem, lecz na końcu całkowicie beztrosko przyswaja swoje kolejne wcielenie, uznając być może, że w dzisiejszych czasach nie ma problemu tożsamości, to nieważne, kim byliśmy, skoro tak łatwo uznać za swoją narrację wymyśloną na potrzeby akcji terrorystycznej. A jednak - prawda czasu, prawda ekranu: dziś być może nie mamy już złudzeń i wiemy, że jesteśmy po prostu narracjami, które na różne sposoby wdrukowano nam (wdrukowaliśmy sobie sami) w mózg i każdy z nas wierzy święcie w to, że jest jakimś tam Martinem Harrisem.
I w ten sposób doszliśmy do mojej ulubionej sceny w tym filmie. Bohater wierzący świecie w to, że jest Martinem Harrisem, zjawia się na przyjęciu, staje przed swoją żoną i doświadcza chyba największego w życiu poczucia obcości, koszmaru z najgorszych snów, bo jego żona w ogóle się do niego nie przyznaje (co oczywiście nie jest takie zupełnie najgorsze i pewnie wielu się to zdarzyło, gdy na przykład nadużyli), co więcej - obok niej stoi mężczyzna podający się za Martina Harrisa, właściwego męża i to on ma paszport potwierdzający (tu kamyczek do różnego rodzaju Kafkowskich wizji świata [Kafki zresztą też w tym obrazie sporo]’ dokument decyduje, kim naprawdę jesteśmy a bez niego to i Dostojewski do Massolitu wpuszczony nie będzie, jak miało miejsce w „Mistrzu i Małgorzacie”) jego tożsamość a ogłupiały (tu jeszcze w roli zagubionego intelektualisty) Liam Neeson żadnych dokumentów nie ma. Tak, to jest scena - metafora. Odzwierciedlenie najgłębszego poczucia obcości w świecie. To nie tylko pytanie o to, kim jestem....ale także: co z tego, co o sobie wiem, jest prawdą? Najbardziej diametralna różnica, przepaść wręcz, pomiędzy tym, co sami o sobie myślimy a tym, w jaki sposób postrzega nas świat. Koszmar w kulturze, w której Ja wyniesione jest tak nieskromnie na piedestał. 
A na koniec jeszcze jedna znacząca różnica między filmem Polańskiego a Collet-Serry. W tym pierwszym w centrum politycznej intrygi jest bodajże zapalnik do bomby jądrowej (chyba, ale na pewno o militaria chodzi), w tym drugim arabski książę (pani Walker porwana została przez jakieś ugrupowanie z Bliskiego Wschodu.... takich szczególików łączących oba filmy jest oczywiście więcej) obdarowuje ludzkość nową odmianą kukurydzy mającą być lekarstwem na nadchodzące niechybnie czasy głodu. Który z motywów jest bliższy naszemu widzeniu świata? O co są w stanie zabijać się ludzie?

wtorek, 11 września 2018

Trojanki, czyli o męskim pragnieniu pohańbienia kobiet

bo w piętkę gonimy a łabędzi śpiew okrucieństwo wyzwala
Opowieść nie tylko o przegranych ale i o kobietach, nad którymi władzę przejęli butni, zwycięzcy faceci. Przychodzą mi do głowy różne analogie ze współczesnością tego antycznego dramatu, ale (nawet jeżeli o nich za chwilę napiszę), niekoniecznie muszą one motywować spektakl Jana Klaty z Teatru Wybrzeże.
Nie wchodząc w szczegóły filologiczne, ponieważ co niektórzy recenzenci dość szczegółowo się tym zajęli, warto jednak przywołać pewne okoliczności z czasów powstania dramatu. Eurypides odważył się w swej tragedii wystawionej w 415 r.p.n.e. przedstawić wojnę trojańską z perspektywy zwyciężonych i pohańbionych. Grecy zaś są w tej sztuce zdradliwi, cyniczni, butni i prostaccy nawet (być może za bardzo formułuję te oceny na podstawie spektaklu Klaty). Skonfrontował swych ziomków nie z heroiczną i wzniosłą wizją homerycką przeszłości, a z wręcz z pacyfistycznym obrazem okrucieństwa i bezsensu. W czasach, w których rządzący zachłystują się polityką historyczną czyniącą z postaci co najmniej dwuznacznych moralnie niezłomnych herosów z patriotyzmem zamiast mózgu, jest to myślę okoliczność warta przypomnienia. Tym bardziej, że Eurypides przez Ateńczyków także nie został zaakceptowany i nagrody za swą tetralogię nie otrzymał. 2 i pół tysiąca lat minęło a obraz i postawa ludu niespecjalnie uległa zmianie. Nie jesteśmy w stanie zaakceptować ciemnej strony naszej przeszłości - szczególnie, gdy koncentrujemy się na wstawaniu z kolan coraz bardziej przywierając tymi kolanami do ziemi przed klerem. Klata nie jest tak bezpośredni w narzucaniu analogii jak ja i oczywiście wychodzi to na dobre spektaklowi.
Świat bohaterów przedstawienia dzieli się na dwa obozy: Trojanek i Greków. Wzniosłych i dumnych przegranych kobiet oraz butnych i prostackich mężczyzn, którzy mają władzę. Gdy pojawiają się oni w tandetnych archaicznych maskach, sprawiają wrażenie starców z innej epoki czerpiących perwersyjne profity z tego, co otrzymali od losu (na poziomie boskim to oczywiście od Ateny, która zawiedziona ich postawą zapowiada im przyszłe klęski [i to jest optymistyczna wymowa spektaklu], w wymiarze ludzkim zawdzięczają zaś wszystko Odysowi jak wiemy i jego sprytnemu [zdradliwemu?] pomysłowi; Odysowi zinfantylizowanemu, bawiącemu się światem niczym zabawką w postaci konika trojańskiego). Dość szybko w mej głowie pojawiły się skojarzenia z różnego typu gremiami, świeckimi i bardzo nie, w których zasiadają szacowni starcy i decydują o losie kobiet. Decydują o ich opresji. Jak w symbolicznej scenie sądu nad Heleną, gdy stoi ona zniewolona sznurami pilnowana przez kilku rosłych facetów. W masce Hannibala Lectera, bo przecież jest najgroźniejszym potworem na świecie. 
Nie ma tego w spektaklu (chyba), ale tak sobie myślę, jak to łatwo obciążyć Helenę winą za wojnę trojańską. Bo przecież nawet, gdyby jej argumenty nie były wydumane, że uratowała Greków (nie znam tej wersji i nie wiedziałem dotychczas, że w gruncie rzeczy Hera i Atena swymi pokusami kierowanymi pod adresem Parysa podczas słynnego sporu o owoc doprowadziłyby do zagłady Grecji a więc i Sparty,) a nie pohańbiła, nawet gdyby z chęcią z tym Parysem uciekła ze Sparty, to czy jest to wystarczająca przyczyna, by zgładzić miasto. Czy ten urażony męski honor wystarczy, by usprawiedliwić bandę zbirów, którzy mordują, gwałcą i palą? Bo co? Bo jeden z nich stracił swą wartość w oczach swej (!!!- swej, ha ha) kobiety? 
Podobała mi się bardzo scena, w której Polyksena (Magda Gorzelańczyk) dumnie godzi się z wyrokiem Greków wiernych jakimś archaicznym barbarzyńskim obyczajom (czy religijnym?). Postanowili oni(głos Odysa przeważnie najważniejszym był w radzie,  dwulicowego Odysa, któremu wcześniej życie darowała Hekabe i chyba za tę wspaniałomyślność mści się ten mało wzniosły bohater grecki) złożyć ją w ofierze na grobie Achillesa. W obliczu wyroków, które może nie są konieczne, a są jedynie wymysłem chorej męskiej oczadzonej  dziwną wiarą  wyobraźni, postawa taka, godna, śmiała i dumna, stanowi chyba jedyną formę ocalenia. Mimo że klęska jest już przypieczętowana. To jest ten typ postawy, który w końcu doprowadzi do tego, że świat sprawujących władzę macho zakrztusi się własną karłowatością. Bo Polyksena jest piękna w przeciwieństwie do tandetnych wodzów greckich. Polyksena z wyzywającym uśmiechem na twarzy, śmiało patrząca w oczy cynicznego posłańca. Nie mam wątpliwości, że przyszłość należy do takich kobiet. 
Zwycięzcy i zwyciężeni. Świat permanentnie kształtowany jest przez spory, konflikty i wojny. Demokracja także jest swoistym teatrem nieustającego sporu racji. Groźny się on staje w momencie, gdy zwycięzca dąży do całkowitego pohańbienia przeciwnika. Gdy zapomina, że władza jest krucha bardzo. I ta analogia do współczesnej naszej sytuacji także dość prosto mi się narzuciła. Za prosto. Bo wprawdzie skłonny byłbym przyznać, że to nowe, co teraz przy władzy, jest tandetne i parciane, prostackie i bezwzględne, ale daleki jestem od tego, by w pokonanych dostrzec czystość i dumę kobiet trojańskich. Prędzej widzę w tym przeciwstawieniu uniwersalne, ale już nieco banalne, przesłanie, że często to, co nowe i zwycięskie, wcale nie jest lepsze a wręcz przeciwnie. Jest brzydkie i pachnie barbarzyństwem. Choć oczywiście poczucie władzy jest źródłem dziwnej pewności, że to, co barbarzyńskie, jest gdzie indziej. 
Chciałoby się jeszcze o kilku scenach. Wspomnę tylko o Andromasze, która z puklerzem swego męża za głową jakby ogromny jakiś kołnierz miała. Figura kobiety, której historia każe na swych barkach los męża dźwigać. O nim będą pieśni recytować, ona pohańbiona. 
„Wy te same drżące u nieba, 
wy te same róże sadzić jak głos 
na grobach przyjdziecie i dłonią 
odgarniecie wspomnienia i liście, jak włos 
siwiejący na płytach płaskich” (Baczyński)

Eurypides Trojanki reż. Jan Klata

środa, 18 lipca 2018

Gdzie jest moja rana?


Film „Maryline” Guillame Galienne kończy się piosenką, w której pojawia się pytanie o ranę czy też bliznę, która pozostawia swój ślad na psychice czasami przez całe, czasami przez znaczną (u tych, którym się uda coś z tym zrobić) część życia (w poprzednim wpisie [taki pozór, że ciągłość rozmyślań zachowuję] o upiorze, który swe źródło ma w treściach nieświadomych, pisałem; upiorze, który zwodzi nas po manowcach emocjonalnych... a może by tak nazwać go Arielem, by jeszcze większą ciągłość i spójność mych wpisów zachować, bo o „Burzy” przecież też całkiem niedawno i to całkiem fajną przestrzeń interpretacji tego dramatu otwiera, do którego znowu[?]). Pytanie o ranę, przyczynę pewnych zachowań bohaterki, które bliskie, zresztą juz w trakcie oglądania filmu sam sobie stawiałem, bo niektóre efekty jej działania nazbyt mi przypominały to, co w sobie noszę (i tu jestem o krok przed tym, by wpis stał się aż nadto osobisty i jeszcze sam nie wiem).
blokady czy też niemal paraliż bohaterki marzącej o występowaniu przed kamerą pojawiający się wtedy, gdy przed nią właśnie stawała
uciekanie w alkohol, by życie uczynić bardziej znośnym - los tytułowej Maryline (mimo a może właśnie z powodu. odziedziczenia imienia po słynnej gwieździe słynnej, która wprawdzie sukces osiągnęła godny pozazdroszczenia, ale ze szczęściem już jakoś nie bardzo) naznaczony był porażkami i trudno z tego zapętlenia było jej się wyzwolić
(gdy się spojrzy na moje życie z boku, gdy się patrzy z obcej perspektywy, to słowo „porażka” służące do opisu mego losu może się nie pojawić w ogóle... a jednak...[i tu przystopujmy; oj, widzę, że niebezpiecznie ku zwierzeniom i wywnętrznianiu...stop... bo i forma spokraczy się, by adekwatność obrazu zachować])
tyle tylko
czy aż podobieństw
Ale to połowa filmu w zasadzie taka była.
Podobała mi się cała pierwsza sekwencja, w której świetny Lars Eidinger uczynił z reżysera filmowego jakieś monstrum wyżywające się na planie; przerysowane być może, ale  niekoniecznie, bo przecież istnieje (czy rzeczywiście?) przyzwolenie pozwalające artystom na więcej. A praca reżysera (w przeciwieństwie do malarza czy pisarza [o czym być może za chwilę, bo też wczoraj jeden film {festiwal znowu i maratonik taki} obejrzałem], których praca bardziej intymna niby i w zaciszu bez angażowania innych, jeszcze raz - niby) polega na umiejętnym łączeniu różnych predyspozycji i w stresie - a tu jeszcze artystą chciałoby (czy tak można napisać, czy bycie artystą nie jest koniecznością, przymusem, klątwą być może?) się  bywać, co w momencie nieprzystawania rzeczywistości, która niczym „pospolitość skrzeczy”, do wizji może prowadzić do metod wymykających się spod kontroli. Szczególnie, gdy ma się przed kamerą aktorkę, która tak mocno naznaczone tradycją imię nosi (swoją drogą zastanawiam się, czy to o jakąś durną ranę chodziło w tej sekwencji, czy też bohaterka po prostu nie potrafiła sobie poradzić z tym, że okres miała, a ponieważ doświadczenia na planie niewiele, to i skrępowanie intymne ogromne; w ten sposób dochodzimy do wniosku, że ona pechowa przede wszystkim była i nie ma co jakąś raną tego nazywać [szczególnie że w moim wypadku coś, czego niestety nie udało mi się dociec, zsondować, zadra jakaś, blokada przeklęta {a może to immanentna cecha mej osobowości, budulec mojego ja, a nie pozostałość po jakimś czymś kaleczącym...skąd to można wiedzieć?} jest i nie pozwoliła mi w życiu {czas przeszły powoli staje się uzasadniony, bo już tego nie zmienię} na spełnienie] i cała historia troszkę banalna się staje) a za cholerę nie potrafi zagrać sensownie prostej sceny. Zestawienie tego wkurwu reżysera z metodą zastosowaną przez Vanessę Paradis, grającą aktorkę w kolejnym filmie, w którym nasza bohaterka, czyli działanie przez stymulowanie pozytywne, czyni z opowieści Galienne chyba nieco (czy tylko nieco?) dydaktyczne dzieło. 
No właśnie...
Może to moje pisanie odczytać mi bardzo banalne przesłanie tego filmu pozwoliło (lecz mimo tego banału przyznać trzeba, że film się ogląda i bohaterka sympatię potrafi u widza, a i satyryczne różne i lekkie zaskoczenia nawet, więc to nie tak, że krytyka to, ale jakaś taka konstatacja z pisania sama...): „Gdy kobieta nieczystą jest (tu wzburzenie feministek), nie na plan filmowy, czy w ogóle do pracy powinna się udać, lecz ustawowo czas wolny na przecierpienie (tu kiwnięcie z aprobatą feministek) powinny dostać”.
Do sztuki i różnych problemów z jej powstawaniem jeszcze powrócić bym chciał, bo (teraz udaję, że tematu się trzymam) jeśli o mojej ranie, i o niespełnieniu ma być, to o artyście koniecznie.
 „Groźna matka” Any Urushadze (Gruzja jakby co) - to taki przegląd rożnych problemów z byciem artystą i z artystą związanych. Ile i co poświecić można? Jakie granice przekroczyć wolno? Ile determinacji, by cel osiągnąć? I tu zakończę, bo to jest to, czego na pewno mi zabrakło (oczekujemy, że opowieść prowadzi do jakiegoś podsumowania, konkluzji a to przecież bzdura jest, nie tak w życiu jak w poprawnym szkolnym wypracowaniu; ars moriendi to bardzo pobożne życzenie średniowiecznych twórców i mnichów; a opowieść kończy się w przypadkowym momencie i wcale nie jest tak, jakby chciała Nałkowska [„Granica”], że koniec narzuca z konieczności sensowną kompozycję zamkniętej opowieści - to ci, co pozostali, narzucają swą wydumaną narrację oczywistemu chaosowi zdarzeń) - rana umrze wraz ze mną niedocieczona.

sobota, 14 lipca 2018

Puste łóżko nie zarabia


„Niepoczytalna” Soderbergha mimo jawnego bawienia się przez reżysera kinem gatunkowym - psychothrillerem i niezależnie od dystansu, którego źródłem zastosowana konwencja, niepokoi. Liczne nawiązania, począwszy od tych najbardziej oczywistych (oczywistych, bo czytelnych dla mnie) takich jak „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Mistrz i Małgorzata” (scena telefonowania na policję z kliniki psychiatrycznej jako żywo kojarzy się ze słynnym tekstem „mówi poeta bezdomny z domu wariatów” - i jak policja ma traktować poważnie tego rodzaju zgłoszenia? a my byśmy się przejęli - raczej nie, w najlepszym wypadku byśmy poprosili, by nie robić nam głupich kawałów)  tylko utwierdzają nas w przekonaniu, że problem istnieje, jest ważny i nie tylko elementem konwencji filmowej jest. Problem związany z możliwością zniewolenia człowieka pod pretekstem zagrożenia, które on stanowi dla siebie lub dla innych, z powodu kiepskiego stanu zdrowia psychicznego, przekracza granice czasu i ustrojów społeczo-politycznych. I wszelkie paraboliczne interpretacje sytuacji mitycznego (Indianin, uśmiercając bohatera, przeniósł go przecież w wymiar mitycznych wyobrażeń, gdzie stał się mieszkańcem uosabiającym nasze pragnienie wolności)  McMurphy’ego, związane między innymi z represyjnością państwa, także i w tym filmie spokojnie można przywołać, dodając, tylko na wpół żartobliwie: „uważaj, co podpisujesz; czytaj...” (bo jednak klinika z „Niepoczytalnej” zabezpiecza się prawnie i nieświadomie podpisana zgoda staje się wystarczającym dokumentem, by usprawiedliwić przetrzymywanie kogoś w zakładzie zamkniętym; co oczywiście ważne jest w USA - obecne zmiany w polskim sądownictwie pozwalają nam podejrzewać z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa, że naszej władzy jakikolwiek podpisany przez nas dokument nie byłby niezbędny, by usłużny sędzia, oczywiście w świetle obowiązującego prawa, a jakże, nie będzie potrzebny, by uczynić z kogokolwiek jednostkę chorą psychicznie, co oczywiście jest logiczne - każdy przeciwstawiający się władzy ewidentnie ma nie po kolei pod czachą, zamiast korzystać z profitów, łasić się i skomleć, taki delikwent, naiwnie i niedojrzale, daje wyraz wartościom [oj, przydługa ta nazbyt doraźna i współczesna dygresja, ale film Soderbergha wyzwala tego rodzaju refleksje, tym bardziej, że reżyser, wbrew prawdopodobieństwu, co nie jest zarzutem, bo w ten sposób przecież uwypukla, jak duże jest zagrożenie, sprowadza w finale do kliniki policję i prokuratora, a mi pozostaje w głowie myślątko, że sytuacja bohaterki, a więc i moja, gdybym się znalazł w analogicznej sytuacji, stała się beznadziejna], dzięki którym raczej w Rzeczpospolitej Dobrej Zmiany kariery nie zrobi). W filmie jednak, co mój przydługi wstęp (no dobra - ta moja przydługa i niestety bardzo typowa dygresja) mógłby sugerować, nie autorytarna władza pragnie zniewolić Sawyer (swoją drogą mało sympatyczną, zimną, nastawioną na zrobienie kariery niezależnie od kosztów, które poniosą inni - nie powinniśmy jej współczuć, lecz, i to też zasługa konwencji, gdy już się znajdzie w sytuacji zaszczucia, kibicujemy jej, zapominamy, jaka jest, co reżyser nam przypomina w zakończeniu, w scenie, w której bohaterka zaprasza koleżankę z pracy na obiad, by spokojnie, żeby nie powiedzieć w sposób zimny i wyrachowany, zwolnić ją z pracy [ale czy w sytuacji, w której się znalazła, ważne jest to, co o niej wiemy, przecież i jej należy się wspólczucie, nie można odbierać tego, co ją spotkało, w kategoriach kary przecież czy odwetu ze strony losu, to nie moralitet a prześladujący ją David {a przecież powinniśmy mu przyznać rację, gdy po wielomiesięcznej obserwacji ukochanej Sawyer przekonuje ją, że nie jest w pracy szczęśliwa, gdy próbuje ją uświadomić, że jest inna, dobra i że jej życie, póki co, jest beznadziejne, źe gdy była wolontariuszką w hospicjum, to odkryła swoje prawdziwe „ja”, które on pokochał; no cóż - ma pecha, Soderbergh obsadził go w roli tego Złego} nie jest wysłannikiem Fatum, uświadamiającym współczesnemu człowiekowi, jakie dziś jest znaczenie hybris] - swoją drogą daje do myślenia fakt, że zaczynamy się z bohaterką utożsamiać - może łączy nas z nią więcej, niż byśmy chcieli), nie - ona stała się ofiarą współczesnego i chyba nowoczesnego, takiego, który chcielibyśmy mieć i w Polsce (wymowa tego filmu może być źródłem argumentów dla naszych władz wszelkich opcji i usprawiedliwiać ich opieszałość w reformowaniu polskiej służby zdrowia) systemu opieki zdrowotnej (tak, tak - nie tylko firmy farmaceutyczne przejmują stopniowo władzę nad światem). Klinice psychiatrycznej opłaca się więzić Sawyer tak długo, jak będzie za nią płacił ubezpieczyciel. Jak powiedział, chyba jedyny sympatyczny bohater tego filmu, Nate (który, następne skojarzenie, przypomina Majera, granego przez Topę w spektaklu Smarzowskiego „Kuracja”, bo też znalazł się wśród kuracjuszy dobrowolnie, jest dziennikarzem, i też kończy się dla niego ten eksperyment tragicznie): „puste łóżko nie zarabia”.
W sumie to ja chciałem napisać tekścik o miłości (i zrobiło się jak zwykle). Bo przecież David zakochanym (?) człowiekiem jest (podoba mi się też ten brak oczywistości, który, co zresztą charakterystyczne dla tego gatunku, dość długo pozostawia widza w niepewności co do kształtu ontycznego świata przedstawionego, lecz - i to chyba wbrew wyznacznikom pewnym - bohaterka w pewnym momencie sama formułuje wątpliwość co do swego zdrowia psychicznego i zaczyna się zastanawiać, czy nie popadła w obłęd, czyli czy - i to już ze strony widza - to, co oglądamy, to obiektywny [czy coś takiego w ogóle istnieje] obraz rzeczywistości, czy też postrzegamy świat zapośredniczony przez obsesje Sawyer [David przekonująco gra niewinnego bardzo pielęgniarza i gdy po raz pierwszy bohaterka dostrzega w nim swego prześladowcę, ja przestałem jej wierzyć a i do narracji nabrałem dystansu]. 
Co się dzieje z człowiekiem, gdy jego sercem i umysłem całkowicie zawładnie wyobrażenie (właśnie - wyobrażenie: to też na moment pojawia się jako temat tego filmu [oczywisty bardzo, ale do przypominania aż do, nomen omen, obłędu] - obdarzamy emocjami [bo to przecież nie miłość, jakkolwiek by ją definiować] fantom wytworzony w naszym mózgu i analizie jego powinniśmy poświęcić czas przede wszystkim, gdy wyzwolić z niego się chcemy [czemu techniki psychoanalityczne służą przecież a i nie tylko one; pewne jest jedno- to treści naszej nieświadomości kreują tego upiora {upiora nie dlatego, że straszy, choć czasami także, ale dlatego, że wydaje ubieramy go w ciało, można powiedzieć, że opętujemy nim - nie ma takiego czegoś - kogoś ze świata realnego i ten ktoś w naszych oczach odziany jest w treści nieświadomości naszej, swoistym upiorem się staje} którego ukochanym zwiemy] swoistego ideału, który ukochaną zaczyna nazywać i która staje się jedyną treścią jego życia? W którym momencie nasze starania, by nieba przychylić tej naszej miłości, stają się jednostką chorobową kwalifikującą nas do zakładu zamkniętego, bo stajemy się zagrożeniem?
Ale dzisiaj o miłości jednak nie będzie.

czwartek, 12 lipca 2018

Nie przepisujcie Szekspira


Demoniczna manipulacja była tematem poprzedniego wpisu. I nasuwa mi się taka zgrabna (ależ brak samokrytycyzmu) kontynuacja - bo chciałem (znowu) o Burzy, w której przecież mamy na maxa do czynienie z reżyserowaniem rzeczywistości. I w ten sposób wkraczamy na teren sztuki i jakoś pewnie dowartościowujemy to (być może niedotyczące wszystkich) pragnienie tkwiące w człowieku, by otaczający świat uczynić spektaklem, nad którym pełnimy władzę bądź w którym gramy główną rolę aktorską (choć to oczywiste, że w sztuce przez nas tworzonej, w tej kreacji porządkowania rzeczywistości w głowie naszej, zawsze jesteśmy w centrum nawet, gdy wydaje się nam, że nie, gdy kompleksy, frustracje i kłopoty z poczuciem własnej wartości). A jeśli sztuka i jej magia prowadząca do zawłaszczenia wyobraźni i świata (czy to nie to samo?) bohaterów i widzów - to Prospero wyłania się zza horyzontu mych skojarzeń, by jeszcze bardziej poczynania Heddy Gabler widzieć na tle... Ale Prospero w zakończeniu „Burzy” może ma, jak sądzą niektórzy, wyrzuty sumienia w przeciwieństwie do Ibsenowskiej bohaterki. Być może dręczy go poczucie winy z powodu tego spektaklu, do którego popchnęło go pragnienie zemsty? „I rozpacz tylko czeka na mnie wszędzie, / Jeśli modlitwa w pomoc nie przybędzie:/ Modlitwa bramy litości otwiera/ I błędów dawnych pamiątki zaciera” i „Jak sami chcecie grzechów odpuszczenia,/ Tak mi przebaczcie moje przewinienia” (Burza oczywiście). Taka możliwość interpretacji ostatnich słów Prospera pojawia się w książce Margaret Atwood Czarci pomiot, która ukazała się w serii Powieści inspirowane Szekspirem
Tytuł tej notki jednoznacznie odzwierciedla mój stosunek do tego rodzaju okolicznościowych pomysłów. Jednak jest to niezupełnie prawda - bo przecież nie mam nic przeciwko różnym twórczym zabiegom dokonywanym na ciele uznanego i uświęconego dzieła; zachęcam wręcz do tego. Choć powieść inspirowana to przecież nie „kaleczenie” (jak niektórzy to określają) oryginału a tylko nawiązanie do niego, nawet przez ortodoksów traktowane jako w pełni dopuszczalne i niepodlegające dyskusji. Ale w tym wypadku mamy do czynienia z dziełem niejako zadanym, niczym w szkole. Prawie jak wypracowanie. I tak to troszeczkę, niestety wygląda  (głupio mi trochę tak radykalnie oceniać uznaną autorkę, ale takie wrażenie towarzyszyło mojej lekturze tej książki, chyba że autorka właśnie zdystansowała się wobec tego rodzaju pomysłów twórczych a ja nie dostrzegłem ironii) - powieść na zamówienie z góry określonym tematem (nic nowego pod słońcem sztuki europejskiej przecież - brak skrępowania i indywidualizm - te kryteria, decydujące o ocenie dzieła, stosunkowo niedawno zagościły w krytyce sztuki, mecenasi nie takich rzeczy żądali a potrafiły powstać mimo wszystko arcydzieła). I ta jakaś niewiarygodność psychologiczno - społeczna (formułując takie zdanie czynię z siebie fachowca od psychologii i nauki o społeczeństwie, powinienem więc bardziej skromnie: nie wierzę, ja nie wierzę w niektóre kreacje bohaterów i sytuacje). Dyskusje z więźniami na temat analizy tekstu Szekspira przypominają mi bardziej takie nieco lżejsze, ale jednak seminaria ze studentami. Cenne one są merytorycznie, bo lubię przyglądać się kolejnym znaczeniom wyłaniającym się z kreacji Szekspirowskich, ale jakoś trudno mi uwierzyć, że formułowane są przez złodziejaszków i oszustów... i można mi zarzucić, że mam ograniczone, żeby nie powiedzieć - dyskredytujące spojrzenie na tę społeczność, ale ja miałbym problem, by sprowokować uczniów liceum do poszukiwania tego rodzaju pomysłów (tak, tak - świadczy to o trafności mej decyzji związanej z pożegnaniem się z zawodem belfra). Mały przykład: „Dopiero na końcu dociera do niego, że może nie wszystkiemu są winni inni ludzie [Prospero oczywiście]. I widzi, że zło w Kalibanie w sumie nie różni się jakoś bardzo od zła, które on, Prospero, nosi w sobie. [...] Kaliban jest jakby ucieleśnieniem gorszej strony Prospera. [...] I dlatego Prospero mówi: „Do tej mrocznej stwory ja się przyznaję”” - mówi to więzień ze stresem pourazowym skazany za włamanie i napaść... dla mnie za klarowne to jakoś i mam nadzieję że się mylę i że mój brak wiary w możliwości intelektualne więźniów związane są z moimi belferskim frustracjami (choć uzupełnię ten wpis kiedyś o kilka słów na temat filmu Cezar musi umrzeć, którego akcja też w więzieniu i o Juliusza Cezara Szekspira w tytule chodzi oczywiście).  
To wygląda troszeczkę tak, jakby autorka zrobiła sobie wykaz postaci i sytuacji z Burzy i skoncentrowała się na wymyślaniu (chyba jednak na siłę) ich współczesnych odpowiedników (zabieg taki prowadzi niestety do pewnych sztucznych rozwiązań, jeśli chce się, by tych analogii było jak najwięcej - przecież to nie jest tak, że archetypiczne schematy pasują do rzeczywistości jak jeden do jednego, czasami wręcz tylko muskają realia świata przedstawionego [patrz Pogorzelisko] nadając im walor uniwersalności - w sztuce nic na siłę). Bohaterem jest zdetronizowany reżyser teatralny, który, gdy już prawie wszyscy o nim zapomnieli, wykorzystuje szansę, którą podsunęła mu rzeczywistość (prowadzi warsztaty teatralne w więzieniu a Antonio jest wizytującym to miejsce ministrem), by zemścić się na antagoniście. A jeśli komuś mało, to wraz ze swym zespołem przygotowuje się do wystawienia Burzy. 
Ale są rzeczy, które przecież potrafię docenić. O jednej już było - różne odczytania i możliwości inscenizacyjne Burzy. Lubię tego rodzaju poszukiwania. 
Oraz zwrócenie uwagi, że jest to utwór nie tylko o zemście, więzieniu czy też dylematach artystycznych; jest to sztuka o odejściu także. A ponieważ ja też w takim momencie, więc jakoś wychwytywałem ślady tego wątku skrzętnie, szczególnie na początku. Choćby taki cytat: 
„ Reszta życia. Kiedyś wydawało się, że to szmat czasu. Jak szybko zleciało! Jak wiele z tego czasu zmarnował. Jak mało zostało do końca” 
albo: „ Felix szybko przekonał się, że nie ma nic prostszego niż zniknąć – i że świat niezbyt się przejął jego zniknięciem. Dziura, jaką po sobie zostawił [...] błyskawicznie się wypełniła Życie, jak to miało w zwyczaju, toczyło się dalej”. 
I na koniec taki proroczy, jeśli chodzi o moją sytuację: „Coraz więcej, karygodnie dużo czasu przesiadywał w cieniu na leżaku kupionym z ulicznej wyprzedaży, gapiąc się w przestrzeń. Po pewnym czasie taki człowiek zaczyna widzieć rzeczy, które, ściśle rzecz biorąc, nie istnieją”. 

M. Atwood: Czarci pomiot

niedziela, 1 lipca 2018

Gdy uczuć pozbawiony człowiek...


Dawno dawno temu, gdy teksty naukowopodobne pisałem, zajmowałem się między innymi kobietą demoniczną w literaturze. Wydawało się, że teoretyczne podjęcie tej problematyki uchroni mnie przed upadkami, których doświadczył taki na przykład Bungo. Nie trzeba być szczególnie przenikliwym, by się domyślić, że nic bardziej mylnego. Wprawdzie lektura (dotyczy to też oczywiście i teatru, i filmu) utworów, w których tego typu bohaterki stały się dla pisarzy pretekstem do opisania zagadkowej natury człowieka, przyczynia się do utraty naiwnej utraty wiary w szczerość ludzkich słów, zachowań a także uświadamia, że obietnice wypowiadane w chwilach namiętnych uniesień, nawet jeżeli nie są grą a szczerym wyznaniem, to prawdziwe są tylko w momencie ich wypowiadania, są dźwiękami wzmacniającymi erotyczne doznania, lecz naznacza ona także cieniem te spotkania, które mogłyby być świadectwem uczciwości i bezpośredniości relacji międzyludzkich (nie jestem do końca pewny, czy to zdanie jest poprawnie zbudowane). A przede wszystkim to akademickie przygotowanie nie chroni przed upadkami charakterystycznymi dla życia.  I tak mi niestety pozostało.
A dlaczego o tym? A bo zachęcony namową, przypomniałem sobie „Heddę Gabler” Ibsena (a ponieważ ostatni mój kontakt z tym utworem miał miejsce chyba z 25 lat temu, to jakbym po raz pierwszy czytał) i potwierdzam - warto; może nawet warto, by ktoś wystawił.
Niestety kontakt z tym utworem może pozostawić w odbiorcy ślad w postaci dystansu wobec płci przeciwnej, może pozbawić człowieka, szczególnie niedoświadczonego, tak potrzebnej, by w pełni przeżyć pierwsze uniesienia miłosne, spontaniczności a nawet naiwności. Moja lektura tego utworu utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że ostrożności nigdy za wiele.
Są oczywiście w tej sztuce rzeczy archaiczne, choćby w porządku obyczajowym; choć nie chcę się zapędzać - już wielokrotnie wydawało mi się, że coś we współczesnym społeczeństwie jest niemożliwe, a świat mnie otaczający zaskakiwał żywotnością form, które mi się wydawały z epoki kamienia łupanego - bo przecież, że jeden skromny przykład tylko przytoczę, „skandaliczne” porzucenie męża przez panią Elvsted i dziś może spotkać się z przyganą co niektórych, nie tylko biskupów. 
Ale rzeczywiście najważniejsze może okazać się to, na co Kuba (syn mój) zwrócił mi uwagę: ta niepozorna sieć kobiecych (w tym wypadku kobiecych, ale problem jest uniwersalny przecież) manipulacji doprowadzających do śmierci Eilerta Lövborga. I w sumie od koncepcji reżysera czy aktorki zależeć będzie, czy uczynimy z Heddy Gabler kobietę działającą z premedytacją, czy też nie w pełni świadomego swych czynów nieszczęśliwego człowieka. Jedno jednak o sobie wie bohaterka, bo zbyt często, szczególnie pod koniec sztuki, o tym mówi: w jej hierarchii wartości na pierwszym miejscu jest poczucie posiadania władzy nad drugim człowiekiem. I to na pewno ma charakter demoniczny a nie dotyczy niestety tylko sfery relacji mesko-damskich. Hedda delektuje się sposobem, w jaki doprowadziła przyszłego męża do zakupu willi, na którą ich nie stać; czerpie satysfakcję z gry prowadzonej z asesorem Brackiem, jednocześnie podkreślając (i chyba można jej wierzyć), że tylko na grze się skończy; jest wyprowadzona z równowagi, gdy się dowiaduje, że inna kobieta a nie ona mogła mieć zbawienny wpływ na sposób życia Eilerta (co stało się punktem wyjścia do rozpoczęcia delikatnej intrygi prowadzącej do finału, ale utwierdzającej w bohaterce moc oddziaływania na innych); nawet sytuacja z kapeluszem ciotki Julii świadczy o jakiejś permanentnej potrzebie igrania z innymi, ich uczuciami i zachowaniami. Hedda Gabler posiada niewątpliwie cechy kobiety demonicznej, ale my już dzisiaj raczej nie mamy watpliwości, że ten aspekt demonizmu jest cechą ogólnoludzką. Książki o wywieraniu wpływu na ludzi cieszą się ogromną popularnością nie z tego powodu, myślę, że chcemy się jakoś obronić przed manipulacją, lecz dlatego, że sami pragniemy skutecznie oddziaływać. A to oznacza władzę. Lecz już starożytni teoretycy retoryki podkreślali, że skutecznemu mówieniu powinno towarzyszyć przestrzeganie zasad moralnych i używanie oratorskich chwytów tylko w dobrym celu. Sa to jednak pobożne życzenia, jak wiemy.
Jednak Ibsen pokazuje coś więcej - wykreował bohaterkę, która zawiedziona jest światem, nie kocha, no i - co wydaje się fundamentalne - mierzi ją pospolitość. Ta moc oddziaływania na innych staje się dla niej jedynym sensem życia. Zaszantażowana, gdy sznureczki intrygi wymknęły jej się z rąk - robi to, czego „się nie robi” w pospolitym świecie, by do końca decydować (przypomniały mi się „Niebezpieczne związki” i markiza de Merteuil, ale tego wątku nie pociągnę, choć chętnie do niego wrócę może nawet niebawem). A ile tej potrzeby jest w naszych codziennych „pospolitych” relacjach czy też związkach? Gdy partner (bądź nawet czasami wielu partnerów) potrzebny jest nie dla budowania intymnych więzi, a by utwierdzać się w przekonaniu, że skutecznie kontrolujemy innych? I to nawet za cenę namiętnych wyznań miłosnych, gdy tylko one wydają się skuteczne. Za cenę nawet namiętności bez wyznań. Choć w tym wypadku nie tylko posiadanie władzy ale i innego rodzaju przyjemności stają się celem. 
Ale to nie jest przypadek Heddy Gabler, to jest przykład mojej nieposkromionej dygresyjności. Ona nie jest człowiekiem (specjalnie nie określam płci), który by ryzykował utratę władzy nad partnerem na rzecz przelotnych hedonistycznych doznań zmysłowych. W tej sztuce rola hedonisty przypadła Brackowi. I to mógłby być kolejny wątek ukazujący hipokryzję, ale w wymiarze już nawet społecznym. Asesor należy do tych, którzy są źrodłem norm, wiedzą, co wypada a co nie, „czego się nie robi”. Ale to u niego ma miejsce impreza, podczas której panowie wolą być we własnym gronie i to on bezczelnie uwodzi Heddę i proponuje, że weźmie na siebie rolę drugiego koguta w kurniku. To już jest Ibsen pełną gębą - obnażający fałsz w wymiarze społecznym.
Ale jest jeszcze jedna rzecz, która mnie jakoś tam... Bo ci wszyscy bohaterowie pozytywni: Tesman - naiwny mąż, infantylnie uradowany, gdy w decyzji Heddy koniecznie chciał ujrzeć jakiś ślad jej uczucia do niego (oj, jak często chwytamy się takiej brzytwy i mimo pokaleczeń wypatrujemy następnych, świadomi, jak żałośni jesteśmy... ale jeżeli źle się umiejscowiło uczucia to i w krwawym tonięciu widzieć będziemy palec boży); ciotka Julia - widząca jedyny sens swej egzystencji w pracy dla innych, w poświęceniu; ale i pani Elvsted - pierwowzór kobiety wyzwolonej (jeszcze nieśmiało, ale jednak), ale widzącej sens swej egzystencji w matczynym oddaniu dla innego mężczyzny, pani Elvsted, która nie dostrzega, że jej intelektualne fascynacje mają podłoże erotyczne i że nigdy nie doświadczy spełnienia... no więc ci wszyscy bohaterowie pozytywni jakoś się nudni wydają. Ocena ta zbliża mnie do sposobu postrzegania świata przez Heddę Gabler i może ona być niewątpliwie także punktem wyjścia do budowania tej roli na scenie. Bo jeśli mamy świadomość, że innych darów świat nas pozbawił, to pozostaje gra. A nie każdy ma przecież odwagę, by ją „pięknie” zakończyć. Niczym właśnie Hedda... Czy to nie jest miara jej godności? W roli, którą dla niej napisał świat (Bóg?), jest autentyczna i uczciwa do końca.
Wiem, na maxa niemoralna. Bo to zła kobieta?

Henryk Ibsen: Hedda Gabler

poniedziałek, 7 maja 2018

Innego końca świata nie będzie


Bardzo mi się podoba.
Jagoda Szelc
Ten jej debiut. Który jest na pewno przykładem tego, że najciekawsze rzeczy dziś powstają pomiędzy. Między innymi gatunkami. Wydaje się czasami, że to zabawa tylko (dlaczego „tylko? - jakby zabawa była czymś złym... nie jest!) w policjantów i złodziei, twórcy igrającego z wyobraźnią widza i największa jego porażka, gdy, mimo wysiłków związanych z pozostawianiem fałszywych tropów, widz zna ciąg dalszy z 10 minutowym wyprzedzeniem. Bywa tak i to też fajne. Ale świadomość, że mówiąc cokolwiek, stosujemy konwencję i że ramy jej zniewalać mogą, bo poprzedza ona nas (tak tak Gombro to), nie do beztroskiej zabawy jej przejawami bądź zamilknięcia prowadzić musi. Znając jej język, mając świadomość tropów przez nią pozostawianych, można też powiedzieć coś ważnego o świecie od siebie. Zagrać nią. Konwencją. By, ostatecznie, o niej samej też coś. Bo przecież inaczej mówić nie można. Tylko mówiąc. 
I robi to Jagoda Szelc. Mówi w swoim filmie o zniewoleniu naszym pragnieniem posiadania kontroli („Wieża”), uświadamiając widzowi po drodze, jak podczas oglądania filmu lubi on mieć kontrolę nad konwencją, ale pozostawia nas z poczuciem, i chyba inaczej być nie może, źe sama, jako reżyser ma pełną kontrolę. Choć przyzwala nam na to, by podczas oglądania jej filmu mieć jednak w głowie swój film. Bo nad tym kontroli nie ma. Więc ja o swojej „Wieży. Jasny dzień” teraz.
O czym jest ten film? Na takim wyższym, do czego te różne konwencje i granie filmowymi skojarzeniami, poziomie uogólnienia. 
Myślę, że o żywiole, w którym ograniczony człowiek zanurzony został, światem zwanym. Wydaje się (czy słusznie?), że dla jako tako sensownego funkcjonowania (czy przetrwania?) w świecie musimy mu nadać porządek. Według Szelc chyba (choć powinienem pozbyć się wątpliwości, skoro ona mi na swój film przyzwala) jest to zawsze uzurpacja, a już na pewno jego, świata, ograniczenie. Bardzo lubimy takie powiedzenie, służące najczęściej utwierdzeniu nas w poczuciu bezpieczeństwa - „wszystko pod kontrolą”. Problemy mogą się pojawić wtedy, gdy rzeczywiście w to uwierzymy; gdy nie tylko podtrzymywanie się na duchu, ale głębokie przekonanie. Taka jest Mula ale i jej mąż Michał. Ona spotkanie z siostrą zaczyna od narzucenia zasad, on przed snem włącza nasłuch dziecinnego pokoju. Film utkany jest, nie nazbyt nachalnie, ze świadectw takiej postawy reprezentowanej przez gospodarzy przyjęcia pierwszokomunijnego. Znaczący ten pies uwolniony przez Kaję, który podobno lubi pohasać, więc trzeba mu tego zabronić. Pies - prościutki symbol obecności żywiołu natury w świecie człowieka (zawsze fascynowało mnie, którym także pełen winy, to, że mądrym widzimy tego psa, który karnie wykonuje ludzkie polecenia - swoisty antropocentryzm czy jakiś inny centryzm: poziom zniewolenia naszym ograniczeniem świata do zrozumiałych miar staje się stopniem mądrości... powiedzieć, że to zabawne, to eufemizm). 
W ten świat wkracza trickster (tytuł książki, którą najmłodsza bohaterka dostała w prezencie pierwszokumunijnym) czyli Kaja. I ona tylko jest. Czasami tylko coś. Bo jej obecność jakby poza możliwościami dostępnych nam możliwości dyskursu. Może wydawać się to niezrozumiałe, źe Muna z dość błahego powodu w pewnym momencie wpada w histerię i pragnie gwałtownie bardzo wyrzucić Kaję ze swojego domu. Ale ona podminowana była od początku i drobne sytuacje, w których Kaja prawie że nie przekracza zakreślonych przez jej rodzinę norm kruszą jej świat, bo w sumie to jej obecność sama. Już jak w horrorze - Obecność. A wcześniej to w taki dramat rodzinny; podskórnie naznaczony nieokreśloną przeszłością. I to filmowany tak, by, wydawałoby się, zwieść widza. Ale przecież to funkcjonalne - horror czy też apokalipsa (Jasny dzień?) obecny jest w świecie, który uznajemy za oczywisty i normalny. Innego końca świata nie będzie. Tchnienie burzy już czuć w powietrzu, w naturze, która filmowana jak w „Pikniku pod Wiszącą skałą” z towarzyszącymi niepokojącymi dźwiękami sugerującymi istnienie tego wszystkiego, co poza ludzkim porządkiem. 
Opozycja Wieży i Jasnego dnia ma ewidentnie charakter religijny. Przekroczenie granic oczywistości, wyjście poza ściśle określone reguły uporządkowanego ludzkiego świata otwiera na Tajemnicę. Nieprzypadkowo akcja filmu rozgrywa się podczas celebrowania I Komunii niby świętej. Młoda bohaterka, Nina, doświadcza w tym dniu religijnego doświadczenia. Ale, paradoksalnie (i nikogo jakoś to już w naszym kraju nie dziwi), nie w kościele, z którego czym prędzej chce umknąć. Zresztą wraz z bacią i matką (biologiczną) – takie trzy pokolenia czarownic, szeptuch, wiedźm (babka moment narodzin Kai wspomina jako czas wielkiej radości; Mula zaś rodziła się długo i było to bardzo męczące doświadczenie – to pewnie też coś znaczy; zresztą cudowne ozdrowienie babki po przyjeździe Kai i nawrót choroby podczas nabożeństwa w kościele stanowi także oczywisty symbol kondycji świata, w którym za nieistniejące uznaje się wszystko, co przekracza ubogą ludzką miarę).
Kościół to nie jest przestrzeń transcendencji. Kościół to Wieża. Też.
Zakończenie. Jak za pomocą formy, która zawsze jest już gotowa, która „poprzedza”, przedstawić przekroczenie. Jak przedstawić, niczym w „Pikniku po Wiszącą skałą” zaanektowanie ludzkiego przez wszechogarniające. Można tylko próbować. I skoro większa część filmu zrealizowana jest w konwencji niemal paradokumentalnej, Inny świat  stał się horrorem z armią zombi w roli głównej.
Innego końca świata nie będzie.

Wieża. Jasny dzień, reż. J. Szelc

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Antoniak i wołanie o pomoc



Podczas oglądania „Happy Endu” Hanekego miałem kłopotliwe poczucie bliskości z bohaterami, których tak lubi pokazywać na ekranie austriacki reżyser. Ten chłód, dystans, a przede wszystkim – podejrzenie o to, że z uczuć amputowani zostali. Specyficzne – to, co pewnie było przedmiotem krytycznego jednak oglądu mieszczańskiego wyalienowania ze świata ludzkich uczuć, przyczyniało się do tego, że chyba rozumiałem tych ludzi, bo sam taki jestem jak oni (poza poziomem ekonomicznym oczywiście – co jest zapewne w przekonaniu twórcy jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy; co jest pewnie prawdą, bo poczucie stabilności materialnej jest względne bardzo).
Przypomniałem sobie w trakcie oglądania inny film (a jest tego sortu [podkreśliło mi na czerwono wyraz ‘sort’ – czyżby to nie był jeszcze wyraz ze słownika powszechnej polszczyzny?] wiele i dlaczego ten akurat w tym momencie, to już pytanie do psychoanalityka), który wyzwolił we mnie podobne myślątka; film, w wypadku którego przyznanie się do bliskości z bohaterką chyba jest już czymś bardziej niż – kłopotliwym.
„Code Blue” Urszuli Antoniak
Opowieść o kobiecie, która wymościwszy się w swoje samotności, gdy już niemal niewidzialna się stała, czyniąc swe dobroczynne akty eutanazji, uległa pokusie przekroczenia, by się przekonać, że naraziła się tylko na ciosy bez możliwości dotknięcia nawet skrawka przyjemności. Albo że to właśnie przyjemność jest.
Przypomniałem sobie ten film nie tylko, by skonfrontować się po latach z Marian, lecz także by na „Między słowami” (ostatni film Antoniak) spojrzeć przychylniejszym okiem, bo jakoś mnie nie przekonał (jeszcze…bo dam mu szansę i ponownie pewnie niebawem).
To specyficzne jest uczucie, gdy oglądamy chłodne i sterylne wnętrza szpitala i mieszkania Marian i czujemy, że w takiej przestrzeni byśmy się czuli fatalnie, a jednocześnie znajduje ona oddźwięk w naszych duchowych zakamarkach. Dysonans niby jakiś. Ale może też rodzaj prawdy o człowieku. Ten kontrast pomiędzy tym, co mu się w środku zrobiło, a tym, co kreuje na zewnątrz. By wyrównać…
Ale co właściwie czyni tę Marian taki mi bliską? Przecież nie mam w sobie takiej potrzeby, by dokonywać nielegalnej eutanazji czyniąc z siebie swoistego Anioła Śmierci, który skraca cierpienie (u Hanekego jest to akt miłości przecież, bo dotyczy kogoś, z kim uczucie nas i był to swoisty heroizm, choć bardzo dyskutowany przecież. A i ten sadomasochizm  na końcu raczej jest mi obcy. A to chyba najważniejsze rzeczy, które w tym filmie charakteryzują sytuację bohaterki. Choć ten sadyzm, to jednak raczej nie był upragniony. Ta scena, nieprzyjemna bardzo przecież, była swoistą figurą sytuacji Marian w świecie. Dopóki izolowała się od świata, miała kontrolę. Ale nie jest to, niezależnie od tego, że samotność wydaje się być jej wyborem (i to lubię), sytuacja pozbawiona pragnień i lęków. Zanim doszło do spotkania z Konradem śledziliśmy kolejne etapy przełamywania przez Marian swej mizantropii. Widzieliśmy, że nie jest zupełnie pozbawiona pragnienia kontaktu; to tak nie działa – samotność, nawet ta z wyboru, nie musi być źródłem jakiegoś niesamowitego komfortu i szczęścia. Z filmu można by wyciągnąć wniosek, że jest to mniejsze zło. Wydaje się, że w tym świecie dobra to w ogóle nie ma; że ze świata uciec należy, gdy dyskomfort wynikający z cierpienia przerasta naszą zgodę na trwanie. Tak pewnie myśli Marian absolutyzując swoje postrzegania życia. A że jest to zbytnie uproszczenie, zobaczyła gdy pacjent, któremu chciała ulżyć i odesłać z tego świata, zaczął rozpaczliwe bronić swego prawa do życia. Może to był ten moment, kiedy postanowiła obniżyć poziom swej samokontroli i pozwolić sobie, tak jak radzi jej zresztą koleżanka z pracy, na wpuszczenie do swego świata drugiego człowieka, który mógłby stać się źródłem przyjemności. Postanowiła sprawdzić? Zaryzykowała… i skończyło się fatalnie. Bo wydaje mi się (interpretacje są różne), że poniosła porażkę; albo inaczej – teraz już wie, że nie dla niej jest ten rodzaj funkcjonowania w świecie. Wybiera życie – po uprzednim oczyszczeniu (te dwie ostatnie sceny: próba samobójcza i prysznic).
No i teraz pytanie: czy opowiedziana przez Antoniak historia odzwierciedla sytuację uniwersalną (przeważnie tak mam, że najpierw muszę sam sobie przedstawić film na poziomie dosłownym [i to chyba podstawowa funkcja tego bloga jest], dzięki tej mojej narracji wyłoniła mi się w głowie [sama? – no bo skąd, jakie zwoje mózgowe są za to odpowiedzialne, jak to swoją wolą wyzwolić?] metafora jakaś całościowa)?
Nie byłoby to nic nowego, ale zobrazowane zostało bardzo drastycznie. To, że mamy do wyboru samotność niemal całkowitą naznaczoną mizantropią albo narażanie się na ciosy, niekoniecznie tak perwersyjnie seksualne i okrutne jak filmie. A szczęścia nie ma w ogóle. Albo tylko takie szczęście. Wołanie o pomoc (kod niebieski) może być źródłem tylko upokorzenia.
Na obrazie Bruegla jest jednak inaczej: tam Mizantrop stoi tyłem do pięknego pejzażu, nie chce dostrzec urody życia, która jest..
No i co mnie łączy z Marian? Może i niewiele, ale rzeczy jednak ważne: chłód emocjonalny, wybór samotności, voyeryzm (o którym nie pisałem, ale on ważny… a te moje godziny w kinie, to co jest?), pewna skłonność do ascetyzmu (choć tu już może przesadziłem), postrzeganie życia jako swoistego źródła cierpienia, konieczność pogodzenia się z tylko taką możliwością szczęścia, które wydaje się możliwe, jakiś rodzaj mizantropii.
Niemało tego, ale ja jednak wciąż kocham źródło zaranne.
O spotkaniu można jednak różnie (pomyślałem sobie o filmie The Visitor Toma McCarthy'ego). 

Code Blue reż. Urszula Antoniak