niedziela, 8 maja 2011

Świat jako puzzle

Choć ostatnie zmagania Wallandera mamy już za sobą, to Henning Mankell nie opuścił (i nie opuści zapewne) świata naszej wyobraźni (trochę monotematyczny się robię, ale to przejdzie...). Już jakiś czas temu okazało się, że zamierza nam nadal opowiadać historie niezwiązane z komisarzem z Ystad. Chińczyk był powieścią, w której Mankell udowodnił, jak bardzo swobodnie potrafi się przenosić w czasie i przestrzeni, by dać wyraz swojemu widzeniu świata. Świat ten zawsze jest mocno podminowany przez ludzką zachłanność. Zawsze postrzegany bardziej lewym niż prawym okiem. Z tą samą perspektywą mamy do czynienia w ostatniej jego powieści.
Powrót nauczyciela tańca
Tym razem dominującym problem jest neonazizm.
Rzadko kiedy kojarzymy Szwecję z Hitlerem. Po raz pierwszy ten podskórny kompleks Szwedów uświadomiłem sobie podczas oglądania pierwszej części Millenium. Lecz tam chodziło o przeszłość tylko. Nie zwracano uwagi na aktualność tego problemu. W powieściach, w których patrzyliśmy na świat oczyma Wallandera, Mankell już zwracał uwagę na społeczne nastroje swego czasu - lecz przede wszystkim związane z problemem imigrantów. W stosunku niektórych szwedzkich środowisk do obcokrajowców można było dostrzec uprzedzenia i nienawiść charakterystyczną dla twórców III Rzeszy (dzisiaj - gdy widzimy, co dzieje się na południu Europy - problem okazuje się wciąż aktualny).
Powrót nauczyciela tańca uświadamia, że neutralna Szwecja była mocno zainfekowana ideologią nazistowską. Oczywiście jej mieszkańcy nie byli wyjątkiem w tamtym czasie. Ale przeszliśmy chyba do porządku dziennego nad faktem, że np. Ukraińcy czy Estończycy aktywnie włączyli się w podbijanie Europy przez rasę nadludzi. Natomiast Szwedom się chyba trochę upiekło, ich udział w II wojnie światowej wydawał się co najwyżej asekuracyjny. Lektura ostatniej powieści Mankella to wyobrażenie mocno zmienia.
Swoją drogą zastanawia mnie, jak taka powieść o Polakach napisana przez Polaka byłaby przyjęta przez Polaków (czy też prawdziwych polskich patriotów). Przecież takie obnażanie win sprzed 70 lat jest u nas wciąż uznawane za zdradę (wiem, że już sporo się mówi o tym, że niekoniecznie byliśmy tacy święci, za jakich się uważamy, ale ciągle wiąże się to z jednej strony ze sporą odwagą, z drugiej - ze świętym oburzeniem; daleko nam jeszcze do zdrowego oczyszczenia).

Jak już gdzieś pisałem, lubię kryminały, ponieważ proces dochodzenia do prawdy o zbrodni jest tylko szczególnym przypadkiem drogi, jaką przebywamy próbując sobie na co dzień odpowiedzieć na pytanie, w jakim świecie żyjemy (początek śledztwa - szczególnie tak tajemniczego i jednocześnie okrutnego, jak to opisane w tej powieści - stawia zawsze policjanta i najczęściej czytelnika w sytuacji dziecka, które ma poskładać w całość mocno niespójną a także przerażającą rzeczywistość). Zważywszy, że mam z tym poważny problem, zrozumiałym się staje to, że dobrze napisany kryminał jest bliski mym problemom epistemologicznym. I to począwszy od tych najprostszych związanych z tym, jak odczytujemy komunikaty wysyłane (świadomie bądź nie) do nas przez osoby, z którymi przebywamy, po te ogólniejsze dotyczące mechanizmów rządzących otaczającym nas (nawet tym najbliższym) światem. Mimo już całkiem mocno średniego wieku ciągle mam poczucie (często męczące bardzo), że jednak nie zdołałem tego najważniejszego wydawałoby się problemu rozgryźć (i troszkę smutna jest świadomość, że tak już pewnie pozostanie). Tym bardziej jestem utwierdzany w tego rodzaju przekonaniu za każdym razem, gdy obserwuję historię taką, jak ta, którą przeżył Stefan Lindman (tym razem to on jest głównym bohaterem opowieści Mankella). Najpierw, próbując rozwikłać zagadkę śmierci człowieka, z którym przez wiele lat pracował, uświadamia sobie, że kompletnie go nie znał (o tym już było w Niespokojnym człowieku), później - gdy dowiedział się tego samego o swym ojcu (taka mała odmiana historii o Edypie). Gdy już posiadł tę prawdę, zaczęły wyłaniać się z jego pamięci skrawki wspomnień, które dopiero teraz mógł właściwie zinterpretować. Ale czy właściwie? Przecież to, czego się dowiedział (że ojciec był kryptonazistą), to też tylko jakaś część prawdy... Znowu pozostaje przejmujące poczucie, że zawsze żyjemy przede wszystkim tylko w świecie własnych wyobrażeń (nawet o tych najbliższych). Bohater na początku powieści dowiaduje się, że ma raka, co tym bardziej przyczynia się do tego, że rozwiązywana zagadka staje się jednocześnie pretekstem do penetracji własnej przeszłości (ale i aktualnej sytuacji uczuciowej). I wydaje się czasami, że rządzi nim siła, nad którą nie panuje (jakby ktoś kierował jego decyzjami): co rusz postanawia porzucić śledztwo (którego zresztą zabraniają mu prowadzić, bo jest policjantem pochodzącym z innego rejonu; swoją drogą podczas czytania tej powieści uświadomiłem sobie, jak duże mam problemy z topografią, następną powieść Mankella czytać będę chyba z atlasem przed oczyma) a w ostatniej chwili zmienia decyzję i powraca do Sveg (trochę jak we wspominanym już przez mnie w tym miesiącu "Widmie wolności" Bunuela). Zresztą moment najbardziej znaczący dla jego historii rodzinnej także ma w sobie coś mrocznego i tajemniczego. Wprawdzie filmy kryminalne przyzwyczaiły nas do tego, że policjanci bez żenady włamują się do podejrzanych mieszkań (zresztą scena, gdy w jakieś zagubionej na krańcach świata chałupie, która jest jednocześnie miejscem zbrodni, bohater czyta pamiętnik swego kolegi nazisty, także jest tego przykładem - ale klimat mroczny Mankell skutecznie wykreował), to moment przeszukiwania mieszkania Wetterstedta (weterana szwedzkich nazistów) ma w sobie coś niepokojącego czy też zagadkowego, czyli brak szczególnej racjonalnej motywacji. Wydaje się, że Stefan robi to tylko po to, by znaleźć informacje, od których zaczyna się jego głęboki osobisty problem (czy tego nie chce? to już zależy od naszego stosunku do prawdy, której poznanie nie zmienia rzeczywistości wprawdzie, ale w istotny sposób może się przyczynić do kształtowania naszego poczucia tożsamości).
Po raz kolejny Mankell sugeruje, że poznawanie świata ma w sobie coś z układania puzzli. Symbol wprawdzie dość zbanalizowany (notabene są ludzie, którzy układają je dopasowując tylko brzegi, szczególnie nie przyglądając się fragmentom obrazków - to także mogłaby być metafora specyficznego, po omacku poruszania się po świecie współczesnego człowieka), lecz autor tym razem ten obraz wzbogaca. Herbert Molin (zamordowany nazista - i to wcale nie neo...) sporą część swego życia emeryta właśnie na tę wymagającą cierpliwości pasję poświęca. On jednak kupuje tylko puzzle ręcznie (nie mechanicznie) robione. Co ciekawe, gdy już mu się udaje ułożyć całość, pali swoje dzieło. Powiedziałbym, że mamy tu do czynienia ze swoistym paradoksem: zawsze mi się wydawało, że wyznawcy takich światopoglądów jak nazizm mają potrzebę prostej wizji świata, która raz 'ułożona' staje się bezkrytycznie wyznawaną religią. Postępowanie Molina mogłoby świadczyć o tym, że tkwi w nim głęboka potrzeba nieustannego stawania przed wyzwaniem epistemologicznym i to w dodatku mocno niepowtarzalnym (niechęć do fabrycznych puzzli). Być może Mankell jest przekonany, że jest to potrzeba uniwersalna i zbyt szybkie uformowanie uproszczonego porządku tego świata pozostawia w człowieku pewien rodzaj niespełnienia, które może być zrekompensowane przez tego rodzaju pasję-protezę. Spowiedź, którą uczynił podczas swej wyprawy do Szkocji mogłaby być potwierdzeniem tego rodzaju potrzeby (i w tym momencie nie byłaby ona tylko cynicznym oszustwem - bądź co bądź dał temu wyraz w swoim pamiętniku).
Mankell stawia w swojej powieści także pytanie dotyczące naszego prawa do zemsty. Nie odpowiada na nie. Zobrazował nam dość dokładnie motywację zbrodniarza (dzięki zmiennej perspektywie narracyjnej - co czyni bardzo często w swych powieściach), byśmy mogli (nie tylko my - Aron Silberstein stara się, by inni bohaterowie tego utworu także zrozumieli) go poznać. Ale nie wiemy, czy w końcu zostanie schwytany i skazany.
A wszystko dzieje się w odległej północnej szwedzkiej prowincji, do której umknął człowiek z tajemniczą przeszłością nie bardzo potrzebujący innych ludzi do szczęścia (wydawałoby się). Mieszka samotnie w lesie z dala od innych ludzkich siedzib.
Czy tego rodzaju pragnienia mają tylko ludzie chcący coś ukryć przed światem?
Zaczynam się nad sobą zastanawiać:)

H. Mankell Powrót nauczyciela tańca

wtorek, 3 maja 2011

Bwana Kubwa z misją

Afryka ma 30,37 mln km, Europa zaś 10, 5 (6 - bez Rosji). Afryka jest trzy razy większa, a postrzegamy ją tak, jakby była wręcz jednym państwem. No może nieco odróżniamy północ - szczególnie teraz, gdy dzieje się wiele niebezpiecznych rzeczy. Nasza ignorancja (no dobra - moja, być może nie wszyscy ulegają takim mentalnym uproszczeniom) powoduje, że na tym ogromnie zróżnicowanym kontynencie widzimy jedynie sawanny z przemykającymi czarnymi tubylcami oraz pustynie z czarnymi nomadami na wielbłądach (jak ładnie udało mi się pogodzić w jednym zdaniu Arabów i Murzynów). No tak, ale Indian Ameryki Północnej też do wora jednego wrzucamy, a przecież ci z prerii a ci z Alaski to zupełnie różne tradycje. Tak to już jest z tym Innym czy Obcym. No i z moją ignorancją oczywiście. Indianie to jeszcze mieli swój czas w kulturze i można było wtedy nieco ich oswoić, uczynić z mich mit, pobawić się w nich na podwórku. Stali się częścią naszych (moich) snów o pierwotnej, naturalnej i pełnej godności przygodzie.
A bawił się ktoś w Murzyna?
Indianin to groźny wojownik (czasami się z nim utożsamiamy, czasami się go boimy, ale zawsze [no przeważnie - bo pijany często jest odzierany z godności] - nawet, gdy nazywany jest dzikusem - czujemy przed nim respekt). Murzyn to niewolnik (i mimo że popełniamy tu dramatyczną pomyłkę, bo potomkowie niewolników to nie w Afryce przecież mieszkają a i często dzisiaj niezłą kasę zarabiają choćby na muzyce, to i tak skojarzenia się z tym nie liczą).
Ale rzeczywiście powinienem od tego momentu pisać Afrykańczyk (i po raz kolejny skonstatować, że brzmienie słowa jednak nadaje godność człowiekowi - bo jak to inaczej i dostojniej od razu brzmi).
Ja, jak na razie, popełniłem jeden tekst o Afryce. Było to rok temu i choć obiecałem sobie, że ten wątek pociągnę, to jakoś nie mogłem się zmobilizować. Dopiero przedwczoraj oglądając "Zawód: Reporter" temat powrócił. Film się przecież od Afryki zaczyna. Od pustyni i reportera, który zdobywa materiały na temat skomplikowanej sytuacji na tym przecież wcale nie tak odległym lądzie. Już w tym filmie widać, jak nasz ogląd Innego jest ograniczony, jak dajemy się manipulować, jak bardzo nie potrafimy zmienić punktu widzenia (bohater rozmawiający z Szamanem, który powrócił do rodzinnej wioski i który, chcąc uświadomić Locke'owi epistemologiczne uwikłanie Europejczyka, odwraca podczas wywiadu kamerę w jego stronę). I przyglądając się tej afrykańskiej robocie Locke'a nie mogłem nie pomyśleć o Kapuścińskim, który przecież szczególnie mocno przyglądał się temu, co tam się dzieje. Ale to właśnie metody stosowane przez polskiego dziennikarza zmuszają nas do postawienie pytania: W jakim stopniu sposób postrzegania innych kultur uwarunkowany jest przez koncepcję, pomysł, który mamy w sobie na narrację o tym świecie. Czy w ogóle o każdym Obcym nam świecie.
To są pewnie oczywistości antropologiczne czy też etnologiczne (dla mnie po prostu epistemologiczne): nie jesteśmy w stanie oddzielić podmiotu od przedmiotu poznania. Jak wejść w inny świat i później go uczciwie ale i przekonująco opisać?
W pewnym stopniu dotyczy tego dramat Henninga Mankella Antylopy.
Mankell dotąd na moim blogu funkcjonował jako autor szlagierów kryminalnych. I to one przyczyniły się przede wszystkim do jego sławy. Ja natomiast poznałem go dawno temu z lektury dramatu, który opublikowany był w jednym z numerów Dialogu. Zaintrygowany dramatem sięgnąłem po kryminały, no i się zaczęło...
Ale dzisiaj o Afryce.
Mankell od wielu lat część roku spędza w Szwecji (swoją drogą po raz kolejny warto uzmysłowić sobie, jak wiele się na tej północy Europy teraz dzieje [pisałem już o tym przy okazji powieści Axelsson, w której także o nasze postkolonialne kompleksy chodzi]- na marginesie można dodać ciekawostkę, że obecną żoną Mankella jest córka Ingmara Bergmana, reżysera, która do niedawna poza Munchem chyba jako jedyny ze Szwecją się przeciętnemu odbiorcy kultury kojarzył) a część w Mozambiku, w którym prowadzi teatr z murzyńskimi aktorami. Akcja jednej z jego powieści niekryminalnych (Comedie infatill) także w Mozambiku jest umiejscowiona. W czasie wojny. Bo z Afryką niestety kojarzą nam się chyba przede wszystkim wojny i potworny głód. To jest jedna z tych rzeczy, która nie pozwala zostawić tej społeczności samej sobie, nie pozwala nieingerować. Zresztą nie tylko to oczywiście. Wystarczy choćby przypomnieć Kwiat pustyni, opowieść o somalijskiej dziewczynie, której udało się wymknąć ze społeczności poddającej kobiety rytualnemu obrzezaniu - bo jakże ona by mogła doświadczać przyjemności seksualnej (co zresztą nie jest jedynym problem: sposób przeprowadzania tej seksualnej egzekucji jest zdecydowanie ważniejszy). Tego typu sytuacje zawsze prowokują pytanie: gdzie jest granica poza którą nie można w sposób zdystansowany i 'naukowy' przyglądać się zwyczajom charakterystycznym dla całkowicie obcych nam kultur?
No dobra czas przejść do dramatu Mankella, bo to o nim kilka słów postanowiłem dziś napisać (i znowu wstęp przygniecie swoją objętością zasadniczy temat... - kompozycja nomadyczna:)).
Sztuka bardzo kameralna chciałoby się powiedzieć. Bo jedno miejsce (mieszkanie średniozamożnych Szwedów), krótki czas i trójka bohaterów. Jak w tragedii antycznej. Tylko że ta kameralność jest pozorna: w przestrzeń mieszkania wdziera się permanentnie (na zasadzie złudzenia optycznego - jak to zrobić w teatrze?) świat Afryki z jego nieposkromioną naturą i niepokojącymi odgłosami. Mieszkańcy tej europejskiej wyspy czują się jak w bunkrze, żyjąc w ciągłym lęku przed Nieznanym, czyli Czarnym. Zresztą ci także się 'pojawiają', ale są niewidzialni - kolejny oryginalny pomysł Mankella. Rozmawia się z Nimi, ale nikt Ich nie widzi. Co ciekawe bohaterowie tej sztuki przybyli do Afryki, aby pomóc ("żyć czy umierać?") - budują studnie (z pięćdziesięciu działają trzy - z wybudowanych w ciągu 11 lat). Z dialogu Męża i Żony wyłania się bardzo pesymistyczny obraz tak zwanej pomocy humanitarnej. W ich wypowiedziach mamy do czynienia z nieustannymi sprzecznościami odzwiercedlającymi swoistą schizofreniczną mieszankę ich mentalności: składa się ona z pozostałości naiwnej humaitarnej wiary oraz głębokiego lęku i niechęci do dzikusów. I to chyba jest najbardziej charakterystyczne dla postawy cywilizowanego Europejczyka do dzikiej kultury czarnego lądu. Poczucie wyższości, chrześcijańskie miłosierdzie, pogarda dla dzikusa i potężny strach przed nieznanym. Tylko że to ostatnie najprawdopodobniej pojawia się dopiero, gdy naiwnie uwierzymy w kulturową misję białego człowieka i zdecydujemy udać się z pomocą do murzynka Bambo. Lundin (który przybył wymienić na misji małżeńską parę) potrafi jeszcze humanitarnie usprawiedliwiać jego zachowania, ale pytanie, jak długo - kiedy jemu zaczną robaki wyłazić ze stopy (jeden z surrealistycznych pomysłów Mankella):
"Lundin: I jestem gotowy walczyć o to, żeby biednym było lepiej.
Żona: Ale oni śmierdzą.
Lundin: Może dlatego, że nie mają wody.
Żona: Kradną.
Lundin: Bo nic nie mają!
Żona: I są leniwi.
Lundin: Bo są niedożywieni.
Żona: Śpi pan z rewolwerem pod poduszką.
Lundin: Bo nie mają nic do stracenia. A ja mam!"
To akurat przykład postawy pełnego dobrych chęci i zrozumienia Europejczyka. Ale taki dialog uzmysławia, że przecież nie musi tu koniecznie tylko o Afrykę chodzić, a o nasz stosunek do wszystkich wykluczonych, którym chcielibyśmy w dobrej wierze pomóc. Zabrakło tu chyba tylko jednej kwestii, która w polskiej rzeczywistości byłaby konieczna: - Ale oni piją. - Bo stracili nadzieję, musimy im ją przywrócić...
Pojawia się w dramacie także motyw seksualnego wykorzystywania tych, którym pomoc niesiemy (ten problem także jest mocno widoczny u Axelsson): Mąż lubuje się w fotografowaniu nagich młodych siostrzyczek murzynka Bambo.
Zastanawiam się, czy ten dramat miałby szansę na polskich scenach. W jakim stopniu interesuje nas problem Afryki? Nie mamy przecież kompleksów postkolonialnych (w czasie, gdy europejska cywilizacja zanosiła obłudny kaganek oświaty na czarny ląd, sami borykaliśmy się ze zniewoleniem - ciekawe jak potoczyłaby się historia, gdybyśmy nie uchwalili Konstytucji 3 Maja [taka asocjacja okolicznościowa], co według niektórych przyczyniło się do utraty niepodległości). O działalności naszych misjonarzy wiemy niewiele. W jakim stopniu uprawnione byłoby uogólnienie sytuacji przedstawionej w dramacie na innych wyklętych i upośledzonych (którzy przecież nie pojawiają się fizycznie na scenie - i być może taka też była intencja Mankella - by uogólnić, zuniwersalizować)? Być może zwróciłoby to uwagę na dwuznaczne bardzo ukształtowanie naszego miłosierdzia; ale to może lepiej jednak napisać dramat dotyczący jednoznacznie właśnie takiej sytuacji...
Jest wprawdzie w utworze wątek dramy małżeńskiej. Oczywiście wskazujący na obcość tych, którzy nazywają siebie Mężem i Żoną (specyficzne, że właśnie wyjazd do Afryki traktowali jako szansę na uporządkowanie swojego życia, ech ta ludzka naiwność...). Dlaczego 'oczywiście'? Bo chyba tak musi być w dramacie... Ale gdyby ktoś zdecydował się na wystawienie tej sztuki, to według mnie musiałaby ona rozegrać na małej scenie, blisko widowni. Konieczne byłoby zniesienie dystansu i umieszczenie widza wobec zagrożenia Nieznanym.
Czasami może powinniśmy ze sceny powiedzieć coś o problemach, które rozgrywają się daleko od nas, ale, jak już o tym wspomniałem, jednocześnie ukazują, że coś, co ma miejsce, powiedzmy w Somalii, można dostrzec 20 km za miastem. A jeszcze częściej gdzieś w sobie.

Henning Mankell Antylopy
(druk w Dialogu nr 5 z 2005 r., tytuł notki też z tego numeru zaczerpnąłem)

poniedziałek, 2 maja 2011

Dlaczego przenika?

Zastanawiam się cały czas, dlaczego ten film przenika mnie do szpiku kości...
Musiałby się pewnie tym zająć jakiś psychoanalityk, tym bardziej że przyczyny, których sam się nieśmiało domyślam, nie tak łatwo ujawnić można. To jest tak, jak z Szekspirowską "Pułapką na myszy". Jedna z tych najistotniejszych funkcji sztuki (niezależna od artyzmu): oglądamy coś i z niewiadomych przyczyn objawia nam się jakaś wewnętrzna prawda. Rodzaj wzruszenia, tęsknoty, niespełnienia, pewności... Nie zawsze musi chodzić o metaforycznie nawet pojmowaną 'zbrodnię', choć fakt skrywania czegoś dowodzić musi wstydliwości skrywanej treści.
Dom z bali, zapomniane przez Boga miejsce, późna jesień...
Ale nie są to Bieszczady, dom nie jak z katalogu, z którego wybierać będą swą przyszłą chałupę moi uczniowie, a jesień jakoś nie złota...
To jakaś prowincja na środku Stanów Zjednoczonych... a na podwórkach porozrzucanych w promieniu kilku kilometrów chałup panuje bałagan, jak w przeciętnym polskim gospodarstwie. Pejzaż zdecydowanie bardziej przypomina "Dom zły" niż krainę, w której pucybut zostaje prezydentem. Film jest amerykański a świat dziwnie znajomy.
Ten film to nawet nominację do Oscara miał. I dla mnie jest niewątpliwie o wiele bardziej znaczący niż pozostali kandydaci do tej nagrody. Wiadomo było, że wśród dzieł nominowanych do tej 'zaszczytnej' nagrody był kwiatkiem do kożucha, przypominającym, że kino to nie tylko Hollywood a świat to nie klocki Lego, ale i tak fajnie, że w tym gronie się znalazł, bo być może dzięki temu obejrzałem coś, chyba najważniejszego, w tym roku (dawno tak długiego zdania nie ułożyłem:)).
A więc...
Prowincjonalna społeczność rządząca się swoimi prawami. Twardymi i okrutnymi. Taki prawie amerykański zaścianek, bo wszyscy jakoś tam ze sobą są spokrewnieni. Co nie znaczy oczywiście, że się kochają. Czy też nienawidzą. Mają w sobie coś bardzo pierwotnego, chciałoby się powiedzieć - plemiennego. Tylko że w przeciwieństwie do Dobrzyńskich ich podstawowym zajęciem nie jest warcholenie na sejmikach, lecz gotowanie amfy. Można powiedzieć, że taki znak czasu. To, co być może łączy te dwie tak różne wspólnoty to to, że kablowanie jest grzechem największym. Zdrady się nie daruje... I to jest problem, przed którym stanęła bohaterka tego filmu (świetna J.Lawrence): jej ojciec poszedł na układ z szeryfem i jego pobratymcy go wykończyli. Tylko, że film wcale nie o tym jest. Bo choć przez cały czas oglądania być może zastanawiamy się, co się stało z ojcem Ree, to zdecydowanie bardziej przejmujemy się postawą córki. Skąd w człowieku bierze się taka pierwotna siła. Można ją nazwać oczywiście dobrem, ale to jest coś, co poprzedza etykę. To dotyka pokładów przedrefleksyjnych w człowieku.
"- I co my mamy z tobą zrobić?
- Możecie mnie zabić.
- Ta propozycja już padła.
- Możecie mi pomóc".
Albo "Nigdy nie proś o coś, co powinno być ci ofiarowane".
To są rzeczy, które kompletnie nie pasują do świata, w którym żyjemy. Świata, w którym trzeba się permanentnie chwalić swoimi osiągnięciami, by czasem nie umknęły niczyjej uwadze (szczególnie oczywiście szefów). Świata, w którym autopromocji uczy się na kursach...
A dziewczyna uczy swoje młodsze rodzeństwo strzelać do wiewiórek, bo gdy jej zabraknie, muszą sobie jakoś poradzić w życiu.
Czy chcę żyć w tak pierwotnym świecie? Pewnie nie i po obejrzeniu tego filmu pomyślałem sobie, że mój pomysł, by wynieść się gdzieś na Podlasie nie jest taki prosty... co będzie, gdy trafię na tego rodzaju społeczność? Ale jednocześnie w tym świecie panują prawa, które zdecydowanie łatwiej mi zaakceptować niż permanentna autopromocja czy konieczność udowadniania czegoś... Świat klocków Lego jest za czysty.
Czy to już to, co mnie tak ujęło w tym filmie? Być może, ale...
Jakiś czas temu oglądałem film "Królestwo zwierząt". To, co mnie tam szczególnie zaintrygowało, to uwypuklenie specyficznej sytuacji człowieka w świecie, polegającej na tym, że jesteśmy umieszczeni w rzeczywistości, której musimy się ciągle uczyć. No i najczęściej jest tak, że za młodu przyswajamy pewne schematy, które później mniej lub bardziej skutecznie pozwalają nam przetrwać do emerytury. W "Świecie zwierząt" młody chłopak - nawet nie wiadomo czy bardzo, czy nie inteligentny - w gruncie rzeczy walczy o byt (nawet 'rodzona' babka go zdradza) i mu się udaje. Ale prawa, które sobie przyswoił tak skutecznie są rodem z bajki Krasickiego "Wilk i baranek" (tytuł chyba nie do końca pamiętam). Czy my rzeczywiście w takim świecie żyjemy? Mam wrażenie, że coraz bardziej...
W tym filmie zresztą zaintrygowały mnie także niezwykłe relacje rodzinne - i tu znalazłem podobieństwo do jeszcze innego obrazu, który jakiś czas temu oglądałem, czyli "Boso, ale na rowerze"... ale przystopujmy asocjacje i powróćmy do tematu...
Ree Dolly ma we krwi, genach, czy w czymś tam jeszcze zasady rządzące światem, w którym jej podstawowym celem jest uratowanie rodzeństwa, matki... I po scenie, w której musi uczestniczyć w obcinaniu dłoni swego martwego ojca, wiemy, że jej się to uda.
A ja ciągle nie wiem, skąd ludzie mają taką siłę?


Do szpiku kości, reż. Debra Granik(a w roli głównej Jennifer Lawrence)

W sumie, to nawet nie wiem, czy ja właśnie to chciałem o tym filmie napisać...

niedziela, 1 maja 2011

Słowa z kurzu i bytu

Gdy zamierzam napisać coś o utworze, który i opisany po wielokroć był, i za wielki już przez autorytety został uznany, pokonać muszę w sobie ogromny opór i - co tu dużo mówić - kompleksy. Tuż przed wciśnięciem pierwszego klawisza przekonuję siebie, że jakąkolwiek bzdurę lub komunał bym napisał, to przecież asekuracyjnie już w opisie tego bloga dałem sobie do tego prawo. A jednak niezależnie od tego, pozostaje lęk przed kompromitacją... bo też coraz mniej anonimowy ten mój nomadyzm się staje.
Dzisiaj będzie o pustyni, kurzu i wynikającej z nich niepewności świata.
A może nie, może na plan pierwszy wyjdzie nasze pragnienie ucieczki przed własnym losem, przed sobą.
"Co ty tu kurwa ze mną robisz?" - są tacy pewnie, którzy to powtarzające się w filmie zdanie uczyniliby centrum wywodu; snując refleksję na temat motywów powodujących, że ludzie są ze sobą - wbrew logice i własnemu poczuciu bezpieczeństwa.
A więc ciągle nie wiadomo, gdzie nas zawiedzie nomadyzm - spoza kurzu ledwo widoczna droga.
I tak właśnie jest z tym filmem. Tak jak zresztą to się bardzo często dzieje, gdy mamy do czynienia ze wspomnianym toposem. Gdy bohaterowie ruszają na szlak utożsamiając swój los z pokonywanymi kilometrami, z kolejnymi niebezpiecznymi zakrętami, wertepami czy też bezdrożami (które mogą się okazać właśnie najpiękniejsze - to w momencie, gdy ścigani przez policję bohaterowie tego filmu musieli zboczyć na coś w rodzaju wrzosowiska, stwierdzili, że jest im dobrze, chyba po raz ostatni w swym życiu i mimo że łączyło się to także z awarią samochodu).
"Zawód: Reporter" Antonioniego - film o Fauście, który przeklął swe dotychczasowe życie; film o Edypie, który zadaje wyroczni pytanie o swój los. I choć ten los jest dość ściśle zapisany w notesie, który odziedziczył po swym poprzedniku, to - jak to zwykle z wyroczniami bywa - nie jest świadomy, co się kryje za prostymi informacjami z kalendarza. Film o człowieku, który rzucił wyzwanie Opatrzności... albo który przygląda się jej działaniu, czyniąc z siebie przedmiot eksperymentu. Jest reporterem - lecz tym razem nie przygląda się światu go otaczającemu (z pełną świadomością manipulacji, której poddaje odbiorców), ale sobie - obserwuje człowieka uwikłanego w sieć z góry zaprogramowanych dla niego zdarzeń. I choć koniec jest najbardziej oczywisty z rzeczy oczywistych, to determinizm charakteryzujący wszystkie jego poczynania przeraża... i fascynuje...
David Locke (Jack Nicholson) pozostawiony sam sobie na środku pustyni, bezradny i wściekły wykrzykuje w niebo "wszystko mi jedno, wszystko mi jedno". Tak to się zaczyna w zasadzie - i to jest też to, co mnie tak hipnotyzuje, gdy patrzę na filmy Antonioniego. Co rusz obraz wyzwalający przeróżne asocjacje związane z miejscem człowieka w świecie. Zero retoryki, deklamacji, moralizatorstwa.
Patrz! i pamiętaj, że to o twoim miejscu w bycie...
David dostał swą szansę (od kogo? czy to Przypadek, czy Opatrzność, czy też Diabeł miesza ludzkie rzeczy?), ale też podpisał swoisty cyrograf. Bo choć kilkakrotnie mówi o realizowaniu scenariusza, o którego treści decydowałaby jego wolna wola, to jednocześnie podejmuje cały czas decyzje zgodne z planem wytyczonym przez Robertsona. Niby jest wolny...
W "Widmie wolności" Bunuela jest scena, polegająca na tym, że bohaterowie zamierzają opuścić pomieszczenie, w którym przebywają i choć są bardzo zdeterminowani, to nie mogą przekroczyć progu... U Antonioniego jest to ukazane zdecydowanie bardziej naturalnie. Dlaczego nie poleciał do Dubrownika? Uznał, iż to, co robił Robertson, w którego postać się wcielił, ma większy sens, czy też po prostu ma sens. W przeciwieństwie do jego wczesniejszego życia.
Locke ucieka w życie Robertsona troszkę tak, jak my, widzowie, gdy na krótki czas seansu nasza wyobraźnia karmi się cudzymi biografiami (temat skądinąd dość często do mnie powracający w nieco innej wersji: interesująca jest pasja, z jaką penetrujemy obce biografie - Mistrzów czasów minionych - karmimy naszą wyobraźnię cudzymi losami, uciekając przed doświadczaniem życia bezpośrednio... a czy to w ogóle jest możliwe, czy czasem to kulturowe odzienie - nieważne czy skinerskie czy też z półki tak zwanej górnej - nie pozbawiło nas siebie raz na dobre... no i jak zwykle doszliśmy do Gombra... ech...).
Kim w końcu był? czy się stał? jego tożsamość? czy rzeczywiście wystarczy zmienić zdjęcie w dowodzie by uciec? On sam odpowiada: "Znam tylko jedną osobę. Nie ma nikogo innego. Cała reszta jest..." Ale to jak wiemy, jest tylko jedna prawda, choć być może jedyna... "Cała reszta jest..." Locke/Robertson nie skończył zdania - prawdopodobne jego zakończenie to: "cała reszta, czyli to, kim jesteśmy dla innych, jaka jest prawda innych o nas, to pozór, zdjęcie w dowodzie, które łatwo wymienić" (Locke chyba takich długich zdań w tym filmie nie formułował). Na końcu jego zwłoki identyfikowane są przez jego żonę - nie rozpoznała go ("nie znam tego człowieka"); Dziewczyna, której imię nie pada a z którą bohater przeżył na pewno chwile ważniejsze niż pobyt na pustyni, rozpoznaje go, mówi, że go Zna. Niejasny paradoks kończący film dla mnie jest dość jednoznaczny. Choć przeżył z żoną wiele lat, to ona go nie Poznała...

"Zawód: Reporter" jest dla mnie szczególnie ważny z jedego powodu. Dawno dawno temu miałem na egzaminie do jednej ze szkół artystycznych zanalizować wybraną scenę (oczywiście wcześniej puszczono nam film i wtedy oglądałem go po raz pierwszy). Zrobiłem, co w mojej mocy i niestety oblałem. Później przy różnych okazjach coś tam doczytywałem na jego temat i zrozumiałem, dlaczego wynik egzaminu był taki a nie inny. Istnieje sporo bardzo dokładnych analiz tego filmu; analiz, w których skrupulatnie interpretuje się zastosowane w nim filmowe środki wyrazu (ze szczególnym uwzględnieniem budowy kadru i prowadzenia kamery). Scena finałowa jest chyba w takich wypadkach najczęściej przywoływana: przez ponad szcześć minut kamera powolutku bardzo (bo to przecież Antonioni) wychodzi z zakratowanego pokoju hotelowego, w którym na łóżku leży Locke; wychodzi na plac za oknem (przez kraty - w czasach, gdy komputerów nie było!), zatacza krąg, by powrócić do zamordowanego w tym czasie bohatera; na placu przez cały czas przebywa Dziewczyna.
Mądre różne rzeczy pamiętam o tym napisano (nie bagatelizuję ich - świetnie teksty te przeróżne ukazują, na czym polega sztuka filmu i jak wiele można powiedzieć sposobem prowadzenia kamery, budową kadru, ruchem...itp) No i ja właśne na egzamienie też tę scenę interpretowałem naiwnie nie dostrzegając tego wszystkiego, co decyduje o jej arcydzielności.
Lecz nadal głosze pochwałę naiwności - tym bardziej, że filmowcem nie zostałem (być może na szczęście - taki już ten mój scenariusz...):
Los Locke'a zatoczył koło. Ale przez ten czas, gdy to się działo, bohater opuścił swoje zakratowane wnętrze. Poznał Dziewczynę. I choć plac przed hotelem jest piaszczysty, zakurzony i okolony wysokim murem - to coś się jednak w tym jego życiu istotnego wydarzyło. Dla wielu może to być dość ponure zakończenie - obraz brudnego świata, którego lepiej nie oglądać. Ja nie jestem pewny, czy to takie pesymistyczne...

M. Antonioni Zawód: Reporter