środa, 21 marca 2012

Kraj lat dziecinnych nazizmu

"Władca Much" Goldinga chyba w sposób najbardziej dobitny postawił problem niewinności wieku dziecięcego. Po lekturze tej książki każde spojrzenie w młodzieńcze oczy nacechowane być musi niepokojącą niepewnością:
ile tam niewinności?
a ile skrytego okrucieństwa?
Dwadzieścia lat pracy mnie też pozbawiło niewinności... tzn. przestałem upatrywać jej tam, gdzie wydawałoby się jest jej naturalne miejsce: w młodej nieskażonej duszy (niezależnie od płci) (swoją drogą brzmi to pretensjonalnie, ale niech tam...). Co nie znaczy, że uważam, iż w jakimś okrutnym świecie przyszło nam żyć... po prostu nie wierzę w niewinną i łagodną powierzchowność człowieka, nawet tego wyglądającego najbardziej prostolinijnie i (nie daj Boże) układnie.
Dlatego "Biała wstążka" Hanekego jakoś szczególnie mnie nie zszokowała. Ale i tak uważam, że z niezwykłą opowieścią na temat dziecięcych igraszek mamy do czynienia.
Mała niemiecka osada tuż przed wybuchem I. wojny światowej.
"Czego nie widać" - jakoś tak kiedyś zatytułowałem swój wpis, w którym dawałem wyraz memu sceptycyzmowi epistemologicznemu (zresztą - często on się na tym blogu pojawia). Ten tytuł i teraz mi się narzuca...
Mała osada... pastor, doktor, nauczyciel i Pan tego wszystkiego: baron, od którego zależy los całej tej społeczności.
Porządni ludzie, rygorystycznie przestrzegają codziennych zasad. A jeśli nie przestrzegają, to się o tym nie mówi, nie roztrząsa. Szczególnie jeśli dotyczyć miałoby to barona. Ale nie tylko jego: przede wszystkim chyba doktor ma na sumieniu niejedno 'małe' codzienne wykroczenie, na które przyzwala sobie sobie w czterech odciętych wydawałoby się od świata ścianach (być może nawet nie takie małe, ale milczenie na temat ludzkiego stąpania po manowcach każe się domyślać nie-wiadomo-czego...)
W sumie to nawet nic szczególnego: my nawet naszą "Moralność pani Dulskiej" mamy. Nikogo przecież nie dziwi, gdy film obnaża skrytą za uporządkowanym i kulturalnym życiem ohydę.
Co więc tak wyjątkowego jest w filmie Hanekego? Chłód? Niedopowiedzenie (nikt nie potwierdził, że za serią tajemniczych i okrutnych zdarzeń kryją się dzieci... to tylko domysł...)?
Czy może nasza świadomość historyczna?
My przecież wiemy, że to, co kryje się przed naszymi oczyma, zrodziło nazizm i wszystkie jego konsekwencje (a w tle filmu dwukrotnie pojawiają się Polacy pracujący dla barona - tak jakby na przymusowych robotach byli; no w każdym razie nie ulega wątpliwości, że mieszkańcy osady do obecności robotników z Polski są mocno przyzwyczajeni... i jakby do dziś się nic nie zmieniło...)
To trochę tak, jak w wierszu Szymborskiej: "Pierwsza fotografia Hitlera": "A któż to jest ten dzidziuś w kaftaniku/ Toż to mały Adolfek, syn państwa Hitlerów..."
niewinne dziecko w małym niemieckim (austriackim?) miasteczku żyjącym według odwiecznych mieszczańskich i protestanckich zasad (dobrze wiem, że nie są odwieczne, ale dla wyznających te zasady są one o zawsze, niepodważalne, dane od Boga...): "a Braunen to niewielkie, ale godne miasto/ solidne firmy, poczciwi sąsiedzi"
wydaje się, że u Szymborskiej nie ma nic niepokojącego, tylko: "woń szarego mydła" czy też wycie psów i kroki przeznaczenia... tyle tylko i jeszcze ten znudzony nauczyciel nad zeszytami do historii przywołany ironicznie...
No właśnie, nic nowego...
Ale jest jeszcze mój temat z ostatnich postów: namiętność - a właściwie jej brak, czy też nakaz trzymania jej na wodzy. Ale one, nazbyt mocno uwięzione w ryzach, znajdą sobie ujście z mrocznych zakamarków w najmniej oczekiwany sposób.
A więc film o siłach tkwiących w nieświadomości tej solidnej i godnej osady.
Niepokojące bardzo jest jednocześnie to, że te mroki kryją też najbardziej rygorystyczne i bezwzględne poczucie sprawiedliwości. Tajemnicze wydarzenia noszą znamiona kary (czy też wyroku). Tak jakby dzieci chciały powiedzieć:
- Wychowujecie nas zgodnie z rygorystycznymi, surowymi protestanckimi zasadami. Musimy podporządkować się bezwzględnemu patriarchatowi. Nie pozwalacie nam okazywać uczuć, nie mówiąc o najdrobniejszych aktach nieposłuszeństwa wobec starszych. Więc jesteśmy konsekwentni... skoro prawicie nam morały, a sami za osłoną ciemności dajecie upust swym chuciom (to o doktorze przede wszystkim), to my wam pokażemy, na czym polega odpowiedzialność...
Być może mogłyby tak powiedzieć, być może...
Film niepokojący właśnie przez swoje niedopowiedzenie. Bo cała ta moja interpretacja wcale nie jest tak oczywista. Historia została tak opowiedziana, że pozostaje wrażenie istnienia za szeregiem tajemniczych wydarzeń jakieś niewidocznej i co gorsza - nieludzkiej - siły, której dzieciaki podlegają ale której istoty nie rozumieją; której ulegają, ale jakby z konieczności. I stąd ich pragnienie rekompensaty, pomocy...
Tak jakby ten nieludzki styl życia, pełen wstrzemięźliwości, porządku i wyrzeczeń wyzwalał autonomiczną siłę, nad którą człowiek nie jest w stanie zapanować.
Metafizyka?
Ale wyzwolona przez ludzką słabość i ślepotę.
Bo czymże był nazizm... czy nie właśnie tym?
Czy nie zrodził się między ludźmi wykorzystując jednostkową słabość i zagubienie?
Pojedynczy człowiek wobec tej siły nic nie może zdziałać. Wrzut musi pęknąć, by wyzwolić zbiorową rekację przeciwną.
Czyli co? byłby to film o tym, jak bardzo nieistotni jesteśmy wobec sił kształtujących nieświadomość zbiorową (chyba muszę sobie przypomnieć "Ucieczkę od wolności" Fromma)... (ooj, chyba ciut za daleko zaprowadził mnie ten mój nomadyzm...)
Ale można by też powiedzieć o tym filmie: gdy bezwzgędny porządek nazbyt kontroluje ludzkie życie, rodzą się demony.
A może po prostu jest to urocza (!?) opowieść o tym, jak z hipokryzji rodzi się okrucieństwo?

Najbardziej fascynująca jest ta mnogość interpretacji. Jestem pewny, że jeszcze kiedyś ten film obejrzę i znowu coś o nim napiszę i będzie to wpis niepodobny do tego... i o to chodzi w humanistycznym nomadyzmie:-)

Michael Haneke, Biała wstążka

poniedziałek, 5 marca 2012

Dramat klasyczny, namiętność i teatr współczesny

Do wczorajszego tekstu o namiętności to chyba pewną korektę wprowadzić muszę. A to za przyczyną nowego tłumaczenia "Fedry" Antoniego Libery. Jakoś tak ostatnio wpadło mi ono w ręce i postanowiłem sprawdzić tę klasyczną tragedię Racine'a we współczesnym czytaniu. Tekst płynie, prawie sam się mówi i chce się nim gadać. Na scenie się sprawdzi. Ale...
Jak go zagrać, a może po co?
A to o namiętnościach właśnie jest. I tak, jak w "Oczach szeroko otwartych", o umiejętności trzymania ich na wodzy (choć Tezeusz akurat na wiele bardzo sobie pozwala w przedakcji i nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności). I nie ma wątpliwości, że do tragedii by nie doszło, gdyby bohaterowie to potrafili. Gdyby Fedra nie przegrała z pokusami (choć przecież walczyła), gdyby Tezeusz nie dał się ponieść... gdyby...
Ale Hipolit przecież, ten zimny i zdystansowany heros ponosi także porażkę. Wstrzemięźliwość i czystość nic mu nie pomogły. I choć projekt na życie z Arycją miał zgodny z chrześcijańskimi zasadami nieskazitelności i lojalności, to namiętności zazdrosnej Fedry i porywczego Tezeusza nie pozwoliły mu na jego realizację. Można by wysnuć stąd wniosek, że to, czy się poddamy namiętnościom czy nie jest nieistotne (bo fatum niczym w "Edypie" rządzi losem naszym) - jedyne, co możemy ocalić to honor. Ale czy jest to jeszcze jakaś wartość dziś... honor czy też przyzwoitość, jak mawia Bartoszewski (piszę między innymi po to, by takie współczesne skojarzenia mi się wyłoniły, by umotywować sobie sens wystawienia takiej sztuki na scenie współczesnej i by wyobrazić sobie kostiumy bohaterów; bo oczywiste jest, że w tunikach greckich to oni chyba nie powinni paradować).
U Racine'a stymulatorem zdarzeń staje się Enona - służka i powiernica Fedry, taka współczesna szara eminencja, doradca a czasem kozioł ofiarny, gdy politykowi się nie powiedzie - to ona przyzwala Fedrze na uwolnienie emocji, a gdy już wiadomo, że jej pani poniosła klęskę wchodzi w rolę współczesnego terapeuty, który robi wszystko, byle tylko jego pacjent nie miał wyrzutów sumienia: "Pani, dość tego samobiczowania!/ Spójrz na te ludzkie grzechy innym okiem./ Kochasz. To przeznaczenie. Kto je zmieni?/ Padłaś ofiarą zwodniczego czaru./ I cóż takiego jest w tym niezwykłego?/ Ciebie jedyną miłość zaślepiła?/ To ludzka słabość./ Jesteś śmiertelną: los śmiertelnych dzielisz./ Jarzmo, nad którym biadasz, znają wszyscy./ Nawet bogowie, mieszkańcy Olimpu,/ Którzy piętnują nasze przewinienia, / Nieraz się oddawali zdrożnym chuciom".
No i jaka opowieść nam się z tego wyłania?
Tezeusz - mąż sławny ale rozpustnik, w życiu publicznym zasług zliczyć nie sposób, w stosunku do płci przeciwnej zaborczy i nielojalny (czego oczywiście nie uważa za coś specjalnie złego, u potomnych już sobie znalazł zaszczytne miejsce); ma syna z pierwszego małżeństwa o imieniu:
Hipolit - zapatrzonego w heroiczną historię ojca a jednocześnie zażenowanego jego miłosną niefrasobliwością (tu rodzi się oczywiście pytanie, jak to się dzieje, że rozpustny ojciec wydaje na świat tak cnotliwe dziecię, skąd ten bunt młodego wobec niemoralności starego, którego jednocześnie wielbi... ładne to i wcale nie takie niewspółczesne... czy to jest przejaw buntu okresu dojrzewania, w którym tak trudno pogodzić się z tym, że starzy poszli na kompromis, że sankcjonują świat, w którym dominuje oportunizm i bylejakość; czy to znaczy, że Hipolit by z czasem stał się Tezeuszem i że w gruncie rzeczy ojciec wyświadczył mu przysługę sprowadzając na niego śmierć - pozostała o nim szlachetna pamięć??? dlaczego nie poszedł drogą tych młodych, którzy z radością naśladują miłosne podboje Tezeusza, tyle że nie rekompensują ich poświęceniem w życiu publicznym? no i tak pytań stawiać by można wiele, ale te już świadczą, że Hipolita także gdzieś obok nas znaleźć by można); młody człowiek z zasadami, który z oporami przyznaje się przed sobą (a właściwie przed ochmistrzem Teramenesem), że uległ uczuciu, którego był zaciętym wrogiem (bądź jak wielu młodych ludzi po prostu nie znał jego istoty i był przekonany - patrząc na ojca - że to pożądanie, które dla niego objawem słabości było tylko; oj, zupełnie jak we wczoraj komentowanym przeze mnie filmie); ale też później za cenę własnej hańby chronić stara się dobrego imienia ojca (czy dzisiaj na scenie zabrzmiałoby to szczerze? jeśli ja bym to grał, to chyba głos bym miękki miał w tym momencie i jakiś taki brak przekonania i gdzieś oczy uciekałyby po kątach i bardzo pragnąłbym, by ojciec mi nie wierzył - choć to chyba nawet zgodne z tekstem jest, te niedomówienia Hipolita mają pozostawić wątpliwości...tak - on jest już tak napisany... jak dobrze jest pisaniem swoim dochodzić do sensów pisania innych:-))
Fedra - chyba jedna z najbardziej znanych kulturze macoch, przez Racine'a mocno usprawiedliwiona i dzięki temu rzeczywiście tragiczna; postać ze sztuki O'Neilla czy też Williamsa; wyzwanie dla aktorki: postać rozpięta pomiędzy poczuciem przyzwoitości a namiętnością do Hipolita; (choć nie ma wątpliwości, że żyjemy w świecie, w którym dominującym jest przytoczony przeze mnie głos Enony i być może to jej widz przyznawałby rację, a tragizm Fedry były dla nich wydumany: skoro pragniesz, to bierz to, nie ma sensu sie męczyć a przyzwoitość jest relatywna czy też zależy od dobrego pijaru; i dlaczego nie - jej głos na scenie powinien wybrzmieć równie donośnie jak tragizm Fedry)
I tak sam sobie udowodniłem, że jest to do zrobienia.
A ponieważ Augustynowicz ostatnio mam w głowie to troszeczkę nią myślę.
I pustą scenę widzę.
Współcześnie ubranych aktorów.
Tezeusz na pewno nie jest ojcem powracającym z delegacji czy tez długiego rejsu.
Jest ojcem, na którego zawsze się czeka.
I to rodzi tragedię być może...

A co z problemem namiętności?
No właśnie - staje się problemem, którego rozstrzygnięcie nie jest już tak oczywiste, jak pisałem o tym wczoraj.

niedziela, 4 marca 2012

JHWE i namiętność

Jakiś czas temu oglądałem w Teatrze Wybrzeże "Ciała obce" Julii Holewińskiej; kolejny spektakl (film), który podejmuje modny dziś temat szeroko pojętej płciowości człowieka. Dzisiaj z kolei obejrzałem izraelskie "Oczy szeroko otwarte" (tym razem o związku gejowskim). Oba te dzieła (jak i wiele innych oczywiście) uświadamiają, jak trudno jest dzisiaj ciągle zaakceptować ludzką odmienność płciową. Dziwi mnie to... dziwi tym bardziej, że zostałem wychowany w tradycyjnej rodzinie, dawno temu byłem dość wiernym synem Kościoła (oj dawno, dawno...) i powinienem być całkiem mocno zindoktrynowany. Zastanawiam się czasami, dlaczego jednak tak się nie stało... dlaczego tak mnie dziwi ten opór współczesnych, często przecież niemałomiasteczkowych, ludzi (o politykach wszystkich opcji nie wspomnę). Może to moje nastawienie związane jest z tym, że w czasach mej młodości (czyli PRL-u) niewiele się o tym mówiło i nie miał mnie w związku z tym kto nastawić wrogo... a gdy już temat na dobre pojawił się w tzw. obiegu społecznym, sam świadomie kształtowałem światopogląd...
ale, gdy tak sobie spojrzę wstecz, to ja chyba przeważnie funkcjonowałem wśród ludzi w miarę otwartych... (napisałem to i od razu przypomnieli mi się znajomi niektórzy z dawnych lat, z którymi ostre boje toczyłem jednak; no ale byłem już wtedy świadomy i może lekko zbuntowany w stosunku do filisterskiego myślenia mieszczuchów)
Faktem jest, że widok tradycyjnie ubranego Żyda, który okazuje się być gejem, w pierwszej chwili zrobił na mnie wrażenie. Ten niecodzienny splot tradycji z homoseksualizmem wytrącił mnie troszkę z poczucia oczywistości, z koleiny przyzwyczajeń.
Ale poza samymi preferencjami seksualnymi bohaterów zwróciło moją uwagę jeszcze co innego (a nawet chyba bardziej mnie to zainteresowało). Stosunek ortodoksyjnych Żydów do przyjemności związanej z doświadczaniem cielesności. Choć od czasu do czasu gdzieś tam o ich powściągliwości się słyszało, to po raz pierwszy zobaczyłem to na ekranie (a ponieważ Tabakman stworzył film bardzo intymny momentami, to jesteśmy dość blisko świata emocji bohaterów). Bo tu nie chodzi tylko o to, że Aaron nagle odkrył w sobie miłość do młodego Ezriego; chodzi tu o to, że on dał się ponieść namiętności jako takiej.
namiętności erotycznej oczywiście
Gdy obserwujemy zbliżenie Aarona i jego małżonki, zastanwiamy się, dlaczego oni w ogóle są razem. Mamy wrażenie, że dla bohatera jest to uciążliwy obowiązek; że robi to, ponieważ Bóg od niego tego oczekuje. W kinie europejskim taka scena byłaby przykładem kryzysu emocjonalnego w małżeństwie; tutaj jednak nie o to chodzi (tak mi się przynajmniej wydaje) - to jest nakaz religijny. Człowiek ma obowiązek cały czas trzymać namiętność na wodzy, nie ma prawa spuszczać swego zwierzęcia ze smyczy. Przyznam, że trudno by mi było doświadczyć szczęścia w takim związku (ale ja pewnie po prostu słaby jestem i tyle).
A gdy już się przytrafi moment uniesienia, to Bóg daje nam szansę: postarajmy się następnym razem nie grzeszyć; jezeli już musimy wpółżyć z małżonką, to tylko w jednym celu - aby było nas tyle, ile jest ziarnek piasku na pustyni..
(w tle zresztą toczy się wątek innej pary - heteroseksualnej - która nie może być razem, choć łączy ich miłość - pewnie i ta zmysłowa niestety- i dziewczyna ulega rodzicom; w tej społeczności raczej nie ma innego wyjścia; Aaraon na końcu także daje za wygraną, lecz gdy zanurza się w oczyszczającej sadzawce, to nie wiem, czy rytualnie pozbywa się grzechu sodomii czy też przeciwnie - popełnia samobójstwo nie mogąc pogodzić się z utratą 'życia' [wcześniej mówi, że do momentu pojawienia się Ezriego był martwy])
Interesujące jest to, że jednocześnie mamy do czynienia z kulturą, w której mężczyźni bezustannie przebywają razem, tylko w swoim gronie. Cały czas obserwujemy grupki mężczyzn spacerujących późnym wieczorem po uliczkach Jerozolimy (choć scenograf wybrał miejsca, które kojarzą się z klimatem małomiasteczkowym - wąskie, często niezadbane, uliczki, przeciętne bardzo wnętrza...), spotkania modlitewne, wspólne roztrząsanie problemów teologicznych - nigdzie żadnych kobiet; cały czas skazani tylko na siebie. W taiej starożytnej Grecji....

Niezwykła jest scena, gdy Ezri chce po raz pierwszy pocałować Aarona:
"- Zatrzymaj się - mówi Aaron. Mamy szansę, by wznieść się wyżej, by pokonać... By wypełnić naszą misję na tym niegodziwym świecie. JHWE nie nałożył na nas ciężaru niemożliwego do przezwyciężenia. Dlaczego JHWE stworzył pożądanie? Dla oczyszczenia duszy. Mamy misję. JHWE nie stworzył wadliwych istot. "Wada" nie istnieje! Popatrz na to piękno, na tę złożoność. Jesteś arcydziełem! Wyzwaniem, któremu człowiek musi stawić czoła, jest on sam. I to należy do nas. Sami musimy to pokonać. Przeciętny człowiek nie jest w stanie tego pojąć".
Jestem po stronie przeciętności, tym bardziej wtedy, gdy moja namiętność nie czyni nikomu krzywdy... a wręcz przeciwnie:-)

czwartek, 1 marca 2012

Kowieńska dolina na wyspie szwedzkiej

Obejrzałem wczoraj zupełnie mi nieznany film Bergmana; "Hańba" był zatytułowany (to chyba bardzo bezpieczne - zaczynać pisać o Bergmanie od filmu mało znanego; choć oczywiście moja ignorancja nie musi odzwierciedlać stanu wiedzy większej liczby ludzi).
Zaczynał się bardzo kusząco: jakaś większa wyspa gdzieś na północnym morzu (choć chyba nie ma tam żadnych sugestii, że to północ, poza oczywiście językiem szwedzkim, którym porozumiewają się bohaterowie), samotne małżeństwo (choć to akurat niekoniecznie musiało mnie skusić) a bohater (Max von Sydow oczywiście) nafaszerowany całą masą lęków i niechęci do świata (to czasami wydaje mi się bliskie, choć opowieść Bergmana powinna powstrzymać mnie przed przyznawaniem się do faktu tego).
Para samotna na jakiejś szwedzkiej wysepce - pomyślałem sobie: kolejna małżeńska psychodrama przede wszystkim pewnie. I oczywiście nie byłby to Bergman, gdyby o tego typu relacjach międzyludzkich nie traktował (oczywiście pesymistycznie - czasami się zastanawiam, czy warto tego rodzaju filmy polecać... bo jak to jest? czy on niezwykle trafnie opisuje to, co rzeczywiście w związkach się dzieje? czy też namiętny widz jego filmów zaczyna na ich podobieństwo kształtować swój świat... czy przedstawiony...? ja nie odpowiem, bo jestem jakoś tam jego tworem; no bardziej: po-tworkiem). Kochająca, znosząc napady mężowskich załamań żona i Tymon Ateńczyk - ukrywający się przed światem były muzyk orkiestry pielęgnujący swoje bodajże osiemnastowieczne skrzypce. Przewrażliwiony, zalękniony; najlepiej chyba czuje się pod pierzyną...
Ale dość szybko okazuje się, że tym razem (to znaczy kiedyś tam, czyli w 1967 roku, czyli po Personie na przykład) Bergman atakuje brutalnie tych ludzi wojną. Tylko że trudno zgadnąć - jaką? Patrzę sobie na ekran i myślę: kurna, jaką to wojnę prowadziła Szwecja - albo kto taki atakował Szwecję w latach sześćdziesiątych? (tak, tak - to są skutki ignorancji, tak to jest, gdy się nie poczyta i zaczyna oglądać... swoją drogą lektury ciągle przede mną, choć nie wiem, czy koniecznie o tym filmie chcę szukać jakiś informacji; niech to będzie świadectwo odbioru człowieka prostego, jakim jestem) Oczywiście - żadnej... a jedyna ważną wojną w tym czasie była ta w Wietnamie. Amerykański władca świata i jakaś biedna wietnamska rodzina gwałcona przezeń. Tak se siedziałem w fotelu, oglądałem i myślałem: gdybym gdzieś tam spłynął z miasta na jakieś Podlasie (udając, że nie uczestniczę) i wybuchłaby wojna, powiedzmy z... no właśnie - nieważne, z kim... to wojska niszczące moją chałupę i twardy dysk mego komputera wprawiałyby mnie w takie samo zagubienie jak żołnierze, którzy weszli w brudnych buciorach w życie Jana Rosenberga. Nie uciekniemy od historii, nie ma nigdzie już Mickiewiczowskiej doliny kowieńskiej, w której chciał się skryć Wallenrod po wykonaniu zadania (a tam dziś boisko sportowe jest).
Szary, przeciętny człowiek ma gdzieś, kto toczy wojnę i kto pali mu gospodarstwo. Chce przede wszystkim się ocalić z tego całego zamieszania. Chce mieć święty spokój.
To była mniej więcej połowa filmu. Wojna nielicząca się ze zwykłym człowiekiem (jemu przynajmniej nie kazali walczyć za niezrozumiałe ideologie).
Scena, której pewnie nigdy nie zapomnę: na oczach męża wcześniej sympatyczny nawet przedstawiciel władzy (także wojskowej) w sposób bardzo jednoznaczny uwodzi żonę (Liv Ulmann) i rozgrywa się to dziwnie chłodno, wyrachowanie, nienaturalnie - niby wszyscy pijani, ale patrzyłem na to jak na coś z innej planety psychologicznej (ale ja świata nie znam, a co dopiero inne planety, więc to pewnie jest prawdopodobne...).
Ostatnia część już jakoś nie dziwi: to, że w Janie wyzwala się bezwzględność jakoś było przeze mnie oczekiwane, chyba nawet bardziej zdziwiony byłem, że żona, która bezceremonialnie go wcześniej zdradziła z burmistrzem, teraz była zszokowana jego postawą. Człowiek nieprzewidywalnym instrumentem jest...ale to już Szekspir...

Dlaczego właśnie o tym filmie napisałem, nie wiem. Pewnie w końcu chciało mi się coś napisać, a ten film jeszcze pamiętam... (coś, co oglądałem tydzień temu, np. Ciała obce już lekko zamglone jest....)