niedziela, 27 czerwca 2021

Kogutom już podziękujemy

 


W „Minari” w reż. Lee Isaaca Chunga bohaterowie dorabiają sobie selekcjonując kurczaki; można by nieco prześmiewczo powiedzieć, że są specjalistami od gender. Oddzielają kury od przyszłych kogutów, skazując te drugie na śmierć, bo jak wyjaśnia to synowi Jacob – faceci są w gruncie rzeczy niepotrzebni. I powinni nieustannie udowadniać, że ich istnienie ma sens. Sam bohater temu w gruncie rzeczy poświęcił swe życie – próbuje wykazać swą przydatność dla rodziny; to, że potrafi zapewnić jej bezpieczeństwo i byt. Do tego stopnia angażuje się w rozwój farmy specjalizującej się w produkcji jarzyn wykorzystywanych w kuchni koreańskiej, że umyka mu zasadnicza motywacja i cel tego poświęcania się, czyli rodzina. W pewnym sensie film zapowiada coś, o czym współcześnie już sporo się mówi, czyli kryzys męskości, lecz akcja gdzieś w latach 80. umieszczona, w czasach Reagana i otwierania się Korei na świat.

Znowu rodzina. Mógłbym pomyśleć, że temat ten niczym fatum prześladuje tych, którzy na tym polu ponieśli porażkę, czyli między innymi mnie. Mógłbym – gdyby nie to, że przecież ten temat w tak oczywisty sposób jest obecny w kulturze, pojawia się wszędzie, więc dostrzeganie go nie świadczy ani o fatum, ani o przenikliwości, a nawet nie o tym, że moje spojrzenie jest uwarunkowane i wszędzie to widzę.

Film o nowym otwarciu. Bliżej nieokreślony kryzys chyba poprzedzał przeprowadzkę Moniki i Jacoba do Arkansas. Dali sobie szansę, która już na początku została poddana ryzykownej próbie, bo oczywiście to facet przede wszystkim postanowił wprowadzić w życie swój pomysł na ich wspólną przyszłość, nie konsultując szczegółów z żoną. Monica po początkowej próbie buntu lojalnie daje szansę Jacobowi czy szerzej – rodzinie. I znowu, podobnie jak w Stramerze, mój szacun jest po stronie kobiety, która cierpliwie towarzyszy mężowi w realizacji przede wszystkim jego ambicji. Ale  ten podziw wobec postawy żony podszyty jest dwuznacznością. Bo wynika z niego proste egoistyczne oczekiwanie wobec partnerek – bądźcie jak Monica czy Rywka. I umyka nacechowanie tych kobiecych postaw tragizmem – bo zakładając, że stać je na skuteczny bunt, który zresztą w końcówce filmu Minari się pojawia, to niezgoda żony na los podporządkowany mężowskim pomysłom na życie automatycznie łączy się przecież z rozpadem rodziny. Bo nadal trudno sobie wyobrazić sytuację, że w momencie dramatycznego wyboru, i tak jest też w filmie Chunga, mężczyzna porzuci swe plany, by w imię ocalenia rodziny towarzyszyć partnerce w realizacji jej planów. Smutne to o tyle, że i w filmie, i w przywoływanej tu co rusz książce, podstawowym celem kobiety jest spójność rodziny a nie, powiedzmy, samorealizacja, kariera czy wprowadzanie w życie jakiejś idée fix. W jej wypadku, w przeciwieństwie do męża, rodzina nie stanowi instrumentalnie traktowanej wartości, która w sztuczny sposób tłumaczy zaangażowanie w realizację ambicji, będących celem zdecydowanie istotniejszym.

Jest to następny film o amerykańskiej prowincji. Kolejny dowód na to, że można o niej w nieskończoność, a i tak obraz, który pozostanie nam w głowach szczątkowy bardzo będzie. Śmieszą mnie wypowiedzi, na które czasami się natykam, w sposób jednoznaczny i niemal kategoryczny ujmujący tak zwaną prawdę o Ameryce w sądach rozpoczynających się od frazy Ameryka jest taka a taka….. byłem, widziałem i wiem, co mówię… (zresztą, mam dystans do wszelkich kategorycznych i jednoznacznych wypowiedzi na temat świata i ludzi). To Arkansas w Minari jawi się jako miejsce w sumie otwarte na inność, imigranci z Korei przyjęcie są przez miejscowych bez żadnego oporu. W zasadzie tylko jeden chłopak pyta Davida, dlaczego ma taką płaską twarz. Jest to świat o specyficznej religijności, do czego filmy amerykańskie zdążyły już nas przyzwyczaić. Stanowi to też zresztą jeden z bardziej tajemniczych aspektów tej opowieści. Paul ze swoja dziwaczną magią podszytą chrześcijaństwem przeciwstawiany jest racjonalnemu podejściu do życia Jacoba. Po obejrzeniu filmu nie do końca jestem pewny, która z tych postaw jest w życiu bardziej pożądana. Nie ma wątpliwości, że na racjonalnym światopoglądzie Jacoba pojawiły się istotne rysy. Wiele momentów tego filmu świadczy niewątpliwie o tym, że los człowieka uzależniony jest od czynników nieprzewidywalnych, których źródła tkwią w wymykającej się ludzkiemu poznaniu naturze a także w meandrach ludzkiej psyche, która może być źródłem tak katastrofy, jak i następującej po niej nadziei. A uosobieniem tychże jest niewątpliwie babcia, narażona na ciągłe zarzuty Davida, że jest jak niebabcia, dzięki której film nosi taki a nie inny tytuł. Minari – tradycyjna roślina koreańska, która może się rozwijać w bardzo różnych warunkach, stając się symbolem przetrwania.

Bo, że wrócę do tematu rodziny, ludzkie bycie razem nie polega na tym, że cieszymy się sobą, gdy jest dobrze; istota rzeczy polega na, jak podkreśla to Monika, czy wręcz zarzuca mężowi, wzajemnym podpieraniu, gdy jest źle.

x

sobota, 26 czerwca 2021

Zwyczajni żydzi

 


Są takie utwory, powieści i filmy, w  wypadku których na proces czytania czy też odbioru istotny wpływ ma to, że w pewnym sensie znamy ich zakończenie. W jakimś tam stopniu znajomość historii, tej z podręczników czy też plotki i legendy, to swoisty spoiler. Bez istnienia którego utwór najprawdopodobniej w ogóle by nie zaistniał.

Ma to miejsce np. w wypadku Białej wstążki Hanekego, w którym to filmie patrzymy na poszczególne tajemnicze wydarzenia ale i na mentalność bohaterów w perspektywie tego, co nastąpiło w połowie lat dwudziestych, gdy rządy w Niemczech objęła partia kompensująca narodowe frustracje. To specyficzne nastawienie odbiorcy, który zna finał (nieważne czy on ma miejsce w krótszej czy dłuższej perspektywie czasowej) przewrotnie wykorzystał w swoim filmie Tarantino, gdy to Brad Pitt bierze na siebie i swego psa siłę uderzeniową bandy Mansona.

może te przykłady nazbyt nomadyczne, skojarzenia oddalone, zjawiska towarzyszące odbiorowi niekoniecznie z tej samej kategorii, ale tak mi musnęły myślątka, gdy czytałem powieść, o której dziś tych słów kilka

Tak mi się ostatnio wybrało, że w krótkim czasie dwie powieści o tak zwanym epickim rozmachu przeczytałem. Pierwsza, o której chciałem pisać, ale poniechałem, bo stwierdziłem, że za dużo tego dzikiego zachodu na blogu i tych dziecięcych resentymentów, a tak naprawdę zabrakło mobilizacji, reszta to zwykła racjonalizacja lenistwa, pierwsza więc to Na południe od Brazos – monumentalny utwór Larry’ego McMurtry’ego. Druga to Stramer Mikołaja Łozińskiego. Mniejsza, skromniejsza, ale na pewno o epickim rozmachu. Nic tych utworów poza tym nie łączy, więc, gdyby to była tak zwana recenzja, w ogóle bym o opowieści o kowbojach nie wspominał w kontekście obrazu życia rodziny Stramerów z Tarnowa. Akcja polskiej powieści zaczyna się jakieś kilkanaście (+) lat po zakończeniu opowieści o przeganianiu bydła z Teksasu do Montany i łączy ją z ziemiami, na których zbliża się rozwiązanie „kwestii indiańskiej”, pierwsze zdanie książki: „To dla Rywki wrócił z Ameryki” (Nathan – ojciec przyszłej, licznej rodziny). A ten spoiler, który podczas lektury w głowie czytelnika wciąż jest obecny, to oczywiście „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Amerykański brat – Ben – obecny jest w życiu rodziny niemal do końca, to dzięki jego pieniądzom Nathan może co jakiś czas realizować swoje nieracjonalne plany biznesowe, kończące się wielodniową depresją zwaną w rodzinie katarem żołądka i to na nim skoncentrowana jest ostatnia złudna nadzieja bohaterów na wyciągnięcie ich z kraju, w którym naziści realizują swe rasowe ambicje.

Ten kluczowy motyw, pieniądze brata Bena, pozwala obalić co najmniej jeden stereotyp na temat Żydów. Wydawałoby się, że cyklicznie zasilający niemałą sumą rodzinę Stramerów brat z Ameryki skutecznie przyczyni się do rozkręcenia jakiegoś pomysłowego biznesu przez Nathana. Bo przecież jest to naród, który w powszechnym przekonaniu umiejętność pomnażania pieniędzy otrzymał niemal wraz z dziesięciorgiem przykazań na górze Synaj. Nic z tych rzeczy. Kolejne „rewelacyjne” koncepcje Nathana przyczyniają się tylko do tego, że coraz bardziej podziwiamy cierpliwość Rywki i po raz kolejny uświadamiamy sobie, że to kobiety - matki, żony - są tymi prawdziwymi bohaterkami potrafiącymi ogarnąć rytm życia codziennego, stanowiący tak naprawdę istotę naszego tutaj bycia. I o tym życiu jest ta książka.

Czy zwyczajnym? W jakim stopniu dla współczesnego czytelnika zwyczajne jest to, że ośmioosobowa rodzina mieszka w pokoju z kuchnią, sypia na czterech łóżkach, po dwie osoby w każdym, oczywiście racjonalnie rozparcelowanych, najmłodszy brat z najstarszym na przykład. Ale rodzina, której jednak można zazdrościć. Szczególnie, gdy samemu się takiej nie miało. Bo utwór w czuły, jak chce tego Tokarczuk, sposób ukazuje relacje pomiędzy jej członkami, którzy są bardzo różni, co nie ma wpływu na łączące ich więzi. Powieść nie jest sentymentalna, bebechy nie są stymulowane zbytnią uczuciowością; uwiarygadnia przedstawienie losów rodziny małym realizmem, także psychologicznym, gdy narracja personalna zmienia podmiot, z perspektywy którego postrzegamy rzeczywistość.

Wiadomo, że w drugiej połowie lat trzydziestych narastały w Polsce nastroje antysemickie. I to skapywanie do rzeczywistości kolejnych elementów świadczących o rodzącej się wrogości wobec Polaków żydowskiego pochodzenia, to powolne podgrzewanie żaby, jest w utworze obecne. Staram się unikać prostych analogii, ale fakt, że Łoziński, by w jakimś stopniu wyobrazić sobie postawy chłopaków (dlaczego tylko chłopaków?) z ONR-u, po prostu przyglądał się współczesności, jest co najmniej niepokojący. Zresztą zdanie Mówią rzeczy, których kilka lat temu nie odważyliby się nawet pomyśleć, obecne w książce pojawia się przecież we współczesnych relacjach z wydarzeń, podczas których mamy do czynienia z patriotycznym wzmożeniem. Lecz Łoziński nie epatuje, jego opowieść spleciona jest z nici zwyczajności, gdzie nawet zło, jak to nazwała Arendt, jest banalne, co może wywoływać fałszywe wyobrażenie, że  niegroźne.

A wątkiem, który dzisiaj specyficznie wybrzmiewa, jest rozwój ruchu socjalistycznego i komunistycznego. Trzydzieści lat po upadku PRL-u można już coraz swobodniej (co nie znaczy, że trollowy hejt jest nieobecny w odniesieniu do tych, którzy chcą przywrócić świadomości społecznej ten wątek naszej przeszłości) krytycznie i ze zrozumieniem spojrzeć na losy tych, w tym wypadku przeciętnych, którzy niekoniecznie w imię ideologii (choć i skażenie nią przede wszystkim w obrazkach z wojny domowej w Hiszpanii jest w utworze obecne),  a często kierując się pragnieniem uczynienia świata bardziej sprawiedliwym, szczególnie, gdy wyrastało się w warunkach, które są często nie do wyobrażenia przez tych, którzy ze szczególną niechęcią traktują ruchy o charakterze socjalistycznym, a najbliższy kolega mieszka w chałupie z klepiskiem, poświęcają swe życie, dając wyraz nieprzeciętnej odwadze.  

Czytając, cały czas gdzieś tam w tyle czachy obecny jest potencjalny finał losów rodziny, której miano mogłoby się wydawać ironiczne, gdy przypiszemy je tylko Nathanowi. Stramer oznacza – krzepki, silny. Ja nie widzę tu ironii. Jest coś w relacjach łączących Rywkę, Renę, Welę, Nathana, Rudka, Hesia, Salka i Nuska (oj, gubiłem się początkowo w tych imionach, szczególnie, że dość wchłaniałem w siebie ten rodzinny mikrokosmos, ja – tak nierodzinny), co jest świadectwem właśnie siły, krzepkości więzi codziennych i zwyczajnych, które o trwaniu świata decydują. Niezależnie od tego, co wymyślą sobie politycy. Gdy po przeczytaniu w myślach wracamy do tej powieści, to wcale nie ponure klimaty z zakończenia dominują, lecz właśnie ten niejednoznaczny, niekoniecznie pogodny, nastrój towarzyszący życiu ubogiej rodziny z Tarnowa.

A może to tylko ja tak mam. Bo jestem w stanie sobie wyobrazić interpretację tego utworu, która kluczem apokaliptycznym byłaby dziergana.

x

sobota, 19 czerwca 2021

Z perspektywy kanapowego dziadersa

 

Gdy półtora roku temu oglądałem Hejtera Komasy, uświadomiłem sobie bardzo mocno, jak już odklejam się od rzeczywistości, w której żyją ludzie młodzi. Cały szereg zjawisk, pojęć i mechanizmów charakterystycznych dla rzeczywistości internetowej, dla tego świata w sieci, który jest dla wielu bardziej naturalnym otoczeniem niż świat tak zwany realny (choć samo to pojęcie pewnie staje się niejednoznaczne), dla mnie w jakimś tam stopniu stał się środowiskiem obcym. Nie w pełni oczywiście, bo choćby bloga prowadzę (ale na jak podstawowym poziomie, w zasadzie tylko piszę, bez zdjątek, oprawy jakiejś tam graficznej, czy innych uatrakcyjniątek; blog do czytania, który tylko tym się różni od wynalazku Gutenberga, że na ekranie monitora [monitorka] do odczytania, a przypomnę, że to XV wiek był, czyli stopy me mentalne zanurzone w dość głębokim mule historycznym) i staram się coś niecoś skumać, ale odklejenie i tak coraz większe.

I teraz kolejny film, może nieco bardziej przystępny, jeśli chodzi o zanurzenie w przestrzeni netu, bo z kontekstu troszkę można, ale jednak musiałem sprawdzić w słowniku (oczywiście internetowym), kim jest influencerka (i nie tylko to). I już wiadomo, że o Sweat Magnusa van Horna chodzi. Problemy przedstawione w tym filmie chyba też łatwiej przenieść na płaszczyznę uniwersalną niż to, co w filmie Komasy przedstawione zostało (ale wymagałoby to jakiejś porównawczej analizy, rzucam to tak – intuicyjnie). Poza tym, mamy w obrazie van Horna świetną sekwencję urodzin u mamy, podczas oglądania której czułem się całkowicie swojsko, bo w niejednej takiej imprezce rodzinnej uczestniczyłem. W ciasnym bloku z czasów PRL-u. W mieszkaniu o charakterystycznym umeblowaniu. W którym, jeśli usiądzie tam wokół standardowego stołu dziewięć osób, to trudno już się przemieszczać.

I właśnie podczas oglądania tej sceny doświadczyłem specyficznego rozszczepienia mego doświadczenia. Bo ja w trakcie takich rodzinnych i nie tylko imprezek czułem się zawsze też nieswojo. Bo ja bardzo nierodzinny przede wszystkim jestem. A także i kształt takiej imprezki jakoś mi nigdy nie leżał. Czułem się jakby obok, udając, że jest wszystko dobrze, ale starając się jak najrzadziej w czymś takim uczestniczyć. Czy był to przejaw mojego poczucia wyższości? Być może. Ale trudno uciec od poczucia obcości, gdy ono już się zalęgnie. Niezależnie od jego przyczyn. No i oglądając tę scenę w filmie poczułem, że ja do żadnego z tych  światów nie należę. A przecież ta rodzinna impreza przywołana została w filmie jako swoiste przeciwstawienie do tej rzeczywistości, w której Sylwia Zając funkcjonuje na co dzień. Która jest mi już całkowicie obca. Nie tylko z powodu zasadniczego tematu filmu, czyli miejsca człowieka w rzeczywistości mediów społecznościowych, ale także jeśli chodzi o zasobność portfeli tych, którzy go kreują (znowu te moje resentymenty lewackie). Go i siebie, bo przecież między innymi ten film właśnie o tym jest. O tym, jak wykreowany w social mediach (uczę się, ja się ciągle uczę) wizerunek może nie przystawać do realnego samopoczucia celebrytki.

I tu gdzieś mi zaczynają się też problemy z tym filmem. Bo to przecież, na poziomie uniwersalnym oczywiście, problem nienowy, to oderwanie się naszej persony (i skojarzenie z Bergmanem, choć wydawać by się mogło, że od czapy, to jak najbardziej, bo u niego mamy rzeczywistą analizę kryzysu tego rodzaju) od tego, co gdzieś tam głębiej czujemy; od tego jak my czujemy, kim jesteśmy. Samotność, a w szczególności – samotność w sieci, także już opisane i pooglądane.

No i złapałem się na tym, że czepiam się, jak co niektórzy, z którymi nie za bardzo chcę się utożsamiać. Jak ci, którzy często jak litanię wymieniają, skąd twórca zaczerpnął, by udowodnić wtórność. Więc zaniecham…

Tym bardziej, że akurat jeśli o tę samotność bohaterki chodzi, to dotykamy tutaj czegoś, co chyba przez różnych widzów odbierane będzie diametralnie inaczej. I może to zależeć właśnie od wieku odbiorcy (ale nie na pewno). Bo ja Sylwii Zając nie wierzę. Albo inaczej – nie jest ona dla mnie tak wiarygodna jak choćby Magdalena Koleśnik, której wierzę absolutnie. Bo dla wielu odbiorców w bohaterce dokonała się, albo zaczęła się dokonywać jakaś istotna przemiana. Bo, choć niby popsuło jej to wizerunek medialny, ona o tych swych słabościach i na instastories i w TVN dzieli się nie ukrywając łez. Że taka słaba. I wierzę, że ona wierzy, że to jest prawdziwe. I wierzę, że jej followersi (no, no wzbogaca się mój język dziadersa) też wierzą. Więcej – wierzę a nawet jestem pewny, że jest samotna i jest jej z tym źle. Ale gdzieś tu jest ta cienka granica. To jej przekroczenie, to że podzieliła się w necie i telewizji, to jest jej terapia właśnie. Raczej nic więcej z tym problemem nie zrobi. To, że uczyniła ze swego bólu element wizerunku publicznego, nie znaczy, że poprawią się jej relacje międzyludzkie w realnym (dla mnie realnym) świecie. A może nawet (taka moja amatorska psychologia) ten ból będzie narastał, ale gdzieś tam głębiej, inaczej, by kiedyś eksplodować niczym właśnie tak jak w Personie Bergmana.

Oczywiście są kontrargumenty. Jak choćby zajęcie się pobitym stalkerem (jeszcze do niedawna ten wyraz łączyłem tylko z filmem Tarkowskiego, ech…). I tu nie mam pewności. I dobrze, że tak to Koleśnik zagrała, że ta niepewność we mnie. Na pewno wydarzenie to wpłynęło na stan jej psychiki podczas porannego programu telewizyjnego (dziadersem jestem a telewizora nie mam, więc także nie bardzo kojarzę konkretne programy telewizyjne i ich rangę; ale może właśnie dlatego nie mam, żem dziaders, młodzi niektórzy przecież namiętnie i dla wielu programów to jest target). To jest niewątpliwa zaleta tego filmu, przede wszystkim kreacji Magdaleny Koleśnik, że obserwatorami jesteśmy i choć nasza potrzeba voyeryzmu zaspokojona została w stopniu większym niż przeciętnego followersa, to skala wewnętrznej przemiany, jeśli takowa w ogóle miała miejsce, czy choćby to początek czegoś autentycznego, prawdziwego, jest dla widza niedostępna.

x

piątek, 18 czerwca 2021

Permanentny schyłek

 

Lászlỏ Nemes nakręcił jeden z najważniejszych filmów obejrzanych przeze mnie w ostatnich latach. I jednocześnie, o paradoksie, jest to film, którego powtórne obejrzenie sobie odkładam, bo wrażenie zbyt silne i jakoś oszczędzam swą tak zwaną duszyczkę przed nadmiarem wrażeń (w oczywisty sposób kreuję się w tym momencie na człowieka o niezwykłym darze empatii, którego obrazy lagrowego piekła, w specyficzny sposób filmowane, przejęły do szpiku kości). Syn Szawła – obraz, który na świecie całym podziw i szacunek, więc ten mój ogląd na wskroś pozytywny niezbyt oryginalny.

Oczywiste, że na kolejny film Nemesa czekałem, może nie z niecierpliwością, lecz z aprobatywnym bardzo nastawieniem. I gdy po raz pierwszy Schyłek dnia obejrzałem dwa lata temu, to wprawdzie nie zawiedziony byłem, lecz bez szczególnego zachwytu. Może to wina festiwalowego oglądania była, gdy nadmiar filmów konsumowanych w ciągu dnia ewidentnie dewaluuje ich subiektywną bardzo ocenę (a nie mam w sobie tego poczucia własnej  wartości, którą posiadają co niektórzy moi znajomi twierdzący, że niezależnie od okoliczności ich wiedza i praktyka filmoznawcza [czy też teatrologiczna, gdy ocena spektaklu wchodzi w grę] pozwala na chłodny osąd, i to fachowy, niemal bezpośrednio po obejrzeniu roboty reżyserskiej). Teraz, dzięki platformie Nowe Horyzonty vod (cenna bardzo, ale jedyna z platform streamingowych, na której nazbyt często, przy niespełnieniu jakiś tam warunków technicznych, nie wyświetlały mi się napisy [a sporo bardzo w domu oglądam i taki problem po raz pierwszy]) obejrzałem ponownie i mimo, że w warunkach domowych, a nie jak trzy (a może dwa?) lata temu w kinie, to uległem urokowi tej opowieści. I także nie tak bardzo jak podczas doświadczania debiutu Nemesa, ale z niewątpliwą filmofilską satysfakcją.

Charakter pisma jakoś tam do rozpoznania. Długie ujęcia, kamera niemal cały czas towarzyszy bohaterce, tak że albo jej twarz w kadrze, albo jej postrzeganie świata, co często nieostrościami planów ogólnych skutkowało. Że trzeba się domyślać często ze skrawków obrazów czy dialogów, co do całości. Taki świat domniemany w dużym stopniu. Jak to w życiu. Przecież my cały czas zanurzeni mentalnie jesteśmy w świecie domniemanym, wykreowanym w umyśle na podstawie właśnie skrawków, które nasz mózg jako całość każe nam widzieć.

Typ opowieści, niezależnie od różnicy i wagi tematu, także podobny do tego w Synu Szawła. Bohaterka przemierza ulice, zaułki, salony i pałace Budapesztu chcąc załatwić swoją sprawę, która chyba nie do końca jest oczywista. Jakby Nemes chciał nam pozostawić takie poczucie, że w życiu właśnie tak (nie mogę sobie darować – nomadycznie) nawigujemy sobie. Że niekoniecznie jakieś jasno określone cele, nawet te wielkie, motywują nas do wędrówki. Że bywa tak, może i częściej (lecz trudno orzec, bo nawet trudno sobie wyobrazić jakieś socjologiczne badania, które by to zmierzyły), że, szczególnie gdy bardziej typem obserwatora jesteśmy (to ja na pewno) a nie aktywisty (nie daj boże w tej dwuznacznej [bo oni nie zawsze przecież źli, wielu z nich przyczyniło się jakoś do tego, że ten padół znośniejszy jest, a to dzięki tym, którzy z konsekwencją, determinacją, z jasno postawionymi celami, wydzierali tym zadowolonym to, co także należało się tym niezadowolonym i wykorzystanym {a ten film przecież o tym, być może głównie, jeśli tropem tytułu pójdziemy}] odmianie ideologa, który świat na swoją modłę, na siłę i po trupach chce zmieniać), to tak dryfujemy przez kolejne dni i okoliczności, czepiając się przypadkowych wskazówek nawigacyjnych niemal jak we śnie (i mimo że film oniryczny nie jest, to specyficzna atmosfera przyczyniała się do wrażenia, że obecność bohaterki w tym świecie czasami jakby w zawieszeniu). Tak ma właśnie Irisz Leiter, o której można by rzec, na podstawie zakończenia, że przybyła do Budapesztu w celu unicestwienia ekskluzywnego salonu z kapeluszami, który po śmierci w pożarze jej rodziców przejął Oszkár Brill, ale gdybyśmy do takiego wniosku doszli, to uleglibyśmy ewidentnemu złudzeniu, że zdarzenia składające się na nasz los układają się w jakiś logiczny porządek, że mają charakter teleologiczny. Więc raczej takiego celu nie miała, chyba że gdzieś nieświadomie. Że ten film jest o stopniowym, zapośredniczonym przez kolejne cząstkowe motywacje, wyłanianiu się z piwnic nieświadomości tego skrytego pragnienia. Do spełnienia którego nie prostą drogą dochodziła, ale meandrując, trafiając do miejsc, które także w wymiarze społecznym, jakby spod powierzchni tego eleganckiego, rozświetlonego blaskiem jasnego dnia, świata, się wyłaniały, dając świadectwo istnienia sił wypartych przez miłośników i miłośniczki wyrafinowanych kapeluszy, a które coraz bardziej jawne i świadome, tylko że ci wyrafinowani esteci, poszukujący w dekadenckich, destrukcyjnych rozrywkach (to też ślady, domysły tylko, bo Irisz pewnych progów nie przekroczyła, a niektóre rzeczy tylko zza kotary) urozmaicenia swego jałowego trwania i żyjący w wydawałoby się raz na zawsze gotowym świecie, ślepi na to.

I choć film publicystycznego, aktualizującego przedstawione wydarzenia, charakteru nie ma, to trudno uwolnić się od uniwersalnej i bardzo nienowej przecież myśli, że to cykl taki. A może nawet nie cykl – może ten świat społeczny w taki sposób właśnie trwa, że to specyfika tego trwania. Oparta na antynomiach, które gdzieś tam w koncepcji świadomego i nieświadomego znajdują odzwierciedlenie. I tylko co jakiś czas, ci, którzy jakoś tam zadowoleni, a gdy niezadowoleni, bo przecież nietrudno sobie wyobrazić narzekania na to, jak podły jest ten świat, bo zamknęli salony masażu czy też na to, że nie można kupić sobie nowszego modelu czegoś tam, a wczasy w Turcji ciut krótsze w tym roku, i gdy właśnie ci, dla których ten standard jest tak oczywisty jak wschód i zachód słońca, są zdziwieni, że ci, którzy „sami sobie są winni, bo nie potrafili itd.” burzą ten pozornie jasny ład. I ta antynomia, jasny dzień, gdzie to mieszczańskie zadowolenie i noc, podczas której bunt i przemoc, w filmie mocno obecna jest. Taki jest trwały układ świata tego, że zamożność, porządek, ład (może niekoniecznie zadowolenie, bo rzeczywiście spotkałem niemało takich, których losowi zazdrościć by można bardzo, a którym uwiera ten ich los, bo obok ktoś ma w ich mniemaniu lepiej) nie chce widzieć, wypiera, racjonalizuje („sam do wszystkiego doszedłem, nikt mi nigdy, nic…”) krzywdę, wyzysk, niesprawiedliwość, bo teoretycznie bezpośrednio w tym się nie uczestniczy najczęściej i nie pyta, skąd w naszych smartfonach choćby taki koltan.

A skoro już tak lewacko mi się popłynęło, to pierwszą sceną filmu zakończę. Znaczącą. Bohaterka w ekskluzywnym salonie przymierza kolejne kapelusze, dziewczyny uprzejmie, z szacunkiem niezwykłym, co wymyślniejsze modele proponują. Relacja podrzędności nawet umyka naszemu oglądowi, bo to normalne i oczywiste w świecie naszym i oswojeni jesteśmy. Ale po chwili Irisz mówi (a rzadko cokolwiek, głownie patrzy), że ona nie po kupno kapelusza, ale w sprawie pracy. Nietrudno się domyślić, jak zmienił się do niej stosunek dziewczyn. Jak szacunek w pogardę momentalnie. Taka to wartość człowieka i jego znaczenie.

x