środa, 21 lipca 2010

W oczekiwaniu na cud

Co to jest cud?
Szczęśliwy zbieg okoliczności; przypadkowy układ zdarzeń, dzięki któremu uniknęliśmy nieprzyjemności; sytuacja wymykająca się oczywistym interpretacjom; fenomen sprzeczny z prawami, które uznajemy za naukowo udowodnione?
Ale i metafizyczne poczucie, że każdy wschód słońca, którym dane jest nam się cieszyć, nie jest taki oczywisty...
Każdy cud można zakwestionować przywołując na pomoc psychologów, którzy udowodnią, że mamy do czynienia tylko i wyłącznie z faktem psychologicznym (niby ciągle faktem, ale od cudu oczekujemy bardziej empirycznego sposobu istnienia) lub głosząc teorię, zgodnie z którą zdarzenia wykraczające poza aktualnie znane nam prawa dadzą się kiedyś wpisać w porządek racjonalno-empiryczny. A najczęściej idzie nam w sukurs prosta teoria przypadku.
Odróżniłbym też wspomniane wcześniej przekonanie, że każdy dany nam dzień jest cudem od wiary w ingerencję jakiejś osobowej siły w nasze codzienne poczynania. Byt sam w sobie jest czymś najbardziej niepojętym i niezwykłym, ale wewnętrzne poczucie tego stanu rzeczy niekoniecznie musi iść w parze z wiarą w Boga.
Zastanawiające, że uznajemy za cud te zdarzenia, które sprzyjają człowiekowi w jakiś sposób. Nie słyszałem jakoś, by ktoś uznał za cud niespodziewany i sprzeczny z jakąkolwiek logiką kataklizm. Zresztą mam nawet wrażenie, że owe kataklizmy zdecydowanie łatwiej wpisują się, post factum oczywiście, w przeróżne narracje interpretacyjne niż dajmy na to niespodziewane uzdrowienie ze stwardnienia rozsianego. Wyolbrzymiając: dlaczego skłonni jesteśmy (ja jestem) życie traktować jako cud a śmierć tylko jako naturalną kolej rzeczy? Dlaczego upadek niemowlaka z dziesiątego piętra zakończony tylko lekkimi potłuczeniami ma być cudem a pozbawione jakichkolwiek przyczyn ustanie bicia serca dzieciątka leżącego spokojnie w łóżeczku jest tragedią? Przecież obydwa zdarzenia są świadectwem praw tego świata, przed którymi powinniśmy z pokorą pochylić czoła. "A my wspinamy się do nieba Boże tajemnice upatrując...."
Dla niektórych istnienie cudu może być dowodem. Oczywiście na istnienie Boga (i tu znowu pojawia się okazja, by przywołać początek "Mistrza i Małgorzaty" wraz z szeregiem dowodów będących przedmiotem sporu Berlioza i Wolanda - można mi zarzucić obsesję, proszę bardzo, rzeczywiście mnóstwo rzeczy kojarzy mi się z tą powieścią - ale odwołam się do niej inaczej nieco). Tak jakby Bóg miał straszliwą potrzebę udowadniania nam, że istnieje. Jeżeli istnieje, to niby dlaczego miałby zabiegać o nasze względy? Jedna z podstawowych krytycznych uwag na temat mieszkańców Olimpu dotyczy ich uczłowieczenia, ich ludzkich wad. A czyż tego rodzaju oczekiwanie dotyczące tego Jedynego nie świadczy o tym, że mamy go za jakiegoś małostkowego egocentryka? No ale cóż, potomkowie św. Tomasza (doprawdy nie potrafię zrozumieć, dlaczego on jest święty? czy dlatego, że uwierzył, gdy zobaczył? - niepojęte dla mnie) są dzisiaj nawet skłonni uprawiać cudowną turystykę odwiedzając miejsca, w których istnieje największe prawdopodobieństwo doświadczenia tajemnicy. Zresztą miejsca te dość dobrze przygotowały się na tego rodzaju ludzkie potrzeby i często posiłkując się folderami i innymi środkami reklamującymi atrakcje turystyczne skutecznie kuszą spragnioną cudu gawiedź. I wśród modlitw, okolicznościowych zdjęć, przygodnych miłości, sakralnych zakupów toczą się rozważania na temat okoliczności ostatnio zanotowanych uzdrowień. Taka 'kronika miracli' (by nie brzmiało zbyt pospolicie) miejsc świętych.
A gdy, wbrew temu całemu zgiełkowi, zdarzy się uzdrowienie?
No to może się okazać, że byli godniejsi, że wybór jakiś taki niezrozumiały. Spojrzenia będą ciekawie penetrować zjawisko, by dopatrzeć się fałszu bądź sensacji. Co niektórzy cierpliwie poczekają aż uzdrowienie okaże się chwilowe (tak jakby była jakaś różnica, jakby moment był mniej wart niż powiedzmy 30 lat pozostałego zycia - to ludzkie przekonanie, że tylko to, co stałe, ma wymiar prawdy, fałszywe przekonanie oczywiście). A ci, którzy nadal przywiązani są do swoich wózków z nieukrywaną zazdrością i zawiścią spoglądać będą na wybrańca... (losu ?). No i jeszcze wzruszenie ramion podkreślające nasze poczucie wyższości wobec tego rodzaju zjawisk - niech nikt nie pomyśli, że cokolwiek jest nas w stanie zdziwić w tym świecie...
Tak jest w filmie Jessici Hausner "Lourdes".
I może niesprawiedliwy jestem, bo przecież w tym wypadku często o ludzkie cierpienie idzie. I co z tego, że wiara pielgrzymów, przynajmniej niektórych, ogranicza się tylko do tej jednej prośby? Ludzkie cierpienie tę prośbę całkowicie usprawiedliwia (ja usprawiedliwiam). Nawet jeśli jest to wiara bardzo instrumentalna.
Piękny film. Spokojnie i z szacunkiem (bez cienia ironii obecnego w moim wpisie) rejestrowany jest fenomen sanktuarium w Lourdes. I niezależnie od nazbyt wymiernych oczekiwań pielgrzymów udało się twórczyni pozostawić w widzu wrażenie, że nie wszystko jest takie oczywiste, jak nam się wydaje. Ślad tajemnicy. Cichej i nieokreślonej. Film nie jest ani krytyczną analizą zjawiska pod tytułem 'turystyka sakralna' ani gloryfikacją mistycznego nawiedzenia. Wśród aż nazbyt obecnych zjawisk charakterystycznych dla zgiełku (i niekoniecznie o ilość decybeli mi chodzi) świata współczesnego daje się posłyszeć szept zdający się mówić:
- To nic. Nie zwracaj za bardzo na to uwagi. Skup się a zobaczysz więcej...

Lourdes, reż. Jessica Hausner

O tak zwanym rozstaju dróg i nie tylko

To już druga książka Axelsson, którą przeczytałem i na pewno na tym się nie skończy.
Po raz kolejny pod urokiem jestem.
No i znowu Szwecja (choć to nie kryminał, nie Mankell czy Larsson - a coś więcej). Zadziwia ta ekspansja szwedzkiej kreatywności. Ciekawe, z czego to wynika? Na czym polega ten mentalny klimat, dzięki któremu pojawiają się tam tak interesujące zjawiska dziś (czy też od jakiegoś czasu). Warto by było kiedyś przy jakieś okazji nad tym się zastanowić (albo przeczytać coś na ten temat).
Szwecja, o której cicho jakoś jest w przestrzeni politycznej. Kraj socjalizmu kapitalistycznego. Kraj, na który tęsknie spoglądaliśmy w latach siedemdziesiątych. Wzór liberalizmu w sferze wychowania seksualnego. Błogiego dobrobytu.
I oczywiście kraj Bergmana...
(co nie bez znaczenia akurat w tym wypadku, ponieważ powieść "Ta, którą nigdy nie byłam" o personie traktuje; o tej naszej reprezentacji wobec świata; o poczuciu obcości wobec tej reprezentacji - poczuciu obcości kogo, czego w nas? czyli w kim?)

U Mankella jest to społeczność, w której narasta atmosfera przeróżnych fobii. Głównie chyba antyimigranckiej. Ale też narastającego okrucieństwa. Coraz bardziej wymyślnego. Tak jakby z nudów przepoczwarzonej monotonii zrodzonego. Okrucieństwa mającego w sobie coś ze współczesnego dekadentyzmu. Gdy wartością samą w sobie staje się doznawanie coraz bardziej wyrafinowanych wrażeń. Mających za nic człowieka. I wszystko inne.
Kraj ludzi zagubionych (ale to chyba już nie jest nic specyficznego).
Wallander co i rusz zastanawia się nad zaginioną gdzieś w przeszłości hierarchią wartości.
Ale to Mankell; a co go łączy z Axelsson?
W "Piątej kobiecie" mamy do czynienia z motywem, który jest także obecny w "Tej, którą nigdy nie byłam". Męskie pragnienie dominacji nad kobietą znajdujące swe odzwierciedlenie w różnorodnych aktach agresji.
Tak, temat chyba charakterystyczny dla prozy kobiecej. Bo choć Mankell kobietą pewnie nie jest, to na pewno cechuje go duża wrażliwość na cierpienie wykluczonych i poniżonych. W jakiś sposób słabszych. Czyli to, co jest charakterystyczne dla postaw lewicowych. Bo nie ma nic przypadkowego w tym, że ruchy feministyczne jakoś tak blisko partii lewicowych się sytuują (jakie groteskowe były te wygibasy naszych dwóch prawicowych kandydatów na prezydencką emeryturę wobec środowisk kobiecych:-)).
Ale zdecydowanie więcej łączy Axelsson z Oksanen. Od głębokiej psychologicznej wiwisekcji po pomysłowość formalną.
Axelsson ma pomysły fantastyczne.
Magiczne.
Tak już było w "Kwietniowej czarownicy".
W "tej którą ..." mamy do czynienia z rozszczepieniem ludzkiego losu na dwie prawdopodobne wersje. Rozszczepieniem, które wynika z prostego faktu, że od najmłodszych lat bohaterka ma poczucie, że istnieje w niej wyraźna dwoistość tożsamości.
MariMary
(dobrze, że tylko dwie; ja mam czasami poczucie, że tych osobnych całości osobowych jest we mnie więcej)
Mari przygląda się Mary. Mary przygląda się Mari. Są jednością i nie są. Dyskutują ze sobą. Komentują swój los. Ich życiowe wybory czasami polemizują ze sobą.
Nie wiem, czy każdy zna to ze swego życia. Ja znam...
Myślę, że gdy człowiek musiał choć raz podjąć jakąś radykalną decyzję w swoim życiu, to chyba nawet przez przypadek może mu się pomyśleć alternatywna wersja jego losu. I mimo że, w przeciwieństwie do MariMary, wiemy, który ciąg zdarzeń jest tym realnym a który wyobrażonym, to i tak ma szansę zaistnieć realna dyskusja (nawet pełna pasji) pomiędzy dwoma wersjami ludzkiego losu. Dyskusja, w której zapomnieć można, co realne a co marzone. I przez ułamek sekundy odnieść możemy wrażenie, że to, co wydawało się nam się dotąd realne, wymyśloną tylko hipotezą losu było i że tak naprawdę nasze miejsce w czasie jest jeszcze u początku tej drogi, na rozstaju...
w momencie podejmowania decyzji
I nawet jeżeli nie jest to wybór pomiędzy Arete i Kakią (cnotą i występkiem), bo nie zawsze nawet mamy pełnię wiedzy na temat tego, która droga jest którą (zresztą coraz częściej mam wrażenie, że wybór nie dotyczy cnoty i występku, lecz po prostu w momencie podejmowania decyzji bardzo byśmy chcieli wiedzieć, która z dróg jest tą przyjemną, gdzie przewodniczką przez nas upragnioną jest Kakia), to i tak możliwość alternatywnej wersji nie opuszcza naszej wyobraźni.

MariMary zabija ukochanego męża.
MariMary zabija znienawidzonego męża.
MariMary powstrzymuje się od zabicia.

Specyfika tych wymagających decyzji momentów polega na tym, że wybierając możemy zabić.
Zabić uczucie, zaufanie, szacunek
jakąś formę życia w nas.
Wybierając wolność możemy skazać się na pustkę.
Ale Majgul Axelsson wydaje nam się także mówić, że w sumie nasz wybór nie miał aż takiego znaczenia, jakie mu przypisywaliśmy. Niezależnie od tego, czy wybrało się los Mari czy Mary i tak dochodzimy do tego samego. Bo wszystko chyba zaczęło się dużo wcześniej. Niepostrzeżenie. Niezależnie od naszych decyzji. Nasza wolność jest tylko złudzeniem. A wybory, przed którymi stajemy, wcale nie decydują w sposób tak radyklany o naszym losie. O tożsamości.
(co z tego, że Mary wybrała, jak mogłoby się wydawać, drogę cnoty - nie uczynił ten wybór jej życia dobrym, bo nie było ją stać na wybaczenie i ja ją doskonale rozumiem; lecz w takim razie jej decyzja sprowadzała się do wyboru pomiędzy dwoma rodzajami występku: tym jawnym i tym ukrytym; czyżby to była ta jedna z prawd na temat człowieka, że tylko tym się różni człowiek występny od człowieka zwanego dobrym?)

Ale fantastyczny formalny pmysł Axelsson dotyczy naszej niepewności istnienia. Tożsamości właśnie. Dotyczy niepewności bycia. Realności. Dotyczy towarzyszącego nam dystansu do własnego życia. Do życia w ogóle. Dotyczy poczucia, że to prawdziwe toczy się gdzieś obok i dotyczy Innego. My przez niego myślani jesteśmy tylko jako hipoteza losu.
I choć brzmi to i fantastycznie i anachronicznie jednocześnie, to psychologicznie jest nader prawdziwe.
Zasadniczy punkt ciężkości usytuowany jest chyba w poczuciu winy przylegającym do losu MariMary niczym skóra. I w umiejętności wybaczania. Czyli znowu coś, co pojawiło się w książce Sofi Oksanen. Można by było powiedzieć, że obie pisarki opowiadają o sytuacji kobiet wmanewrowanych przez mężczyzn w poczucie winy.
Kobiecy punkt widzenia. Coraz bardziej mnie wciąga. Coraz bardziej widoczna dla mnie jest represyjność zmaskulinizowanej kultury. I choć zdaję sobie sprawę z tego, że taki punkt widzenia jest także uproszczeniem (bo znam kobiety, które potrafią byc bardziej represyjne wobec płci przeciwnej niż wielu znanych mi facetów...itd.... - nie dziś o tym), to takie spojrzenie jest czasami na miarę odkrywania nieznanego lądu.
Bo choć życie MariMary podyktowane zostało przez kilku mężczyzn, to w sumie ich świat jest stale gdzieś w tle. A zasadnicza historia dotyczy psychiki bohaterki. To ona stara się w tym labiryncie uwarunkowań odnaleźć siebie.
Prawdziwą.
Niezależnie od tego, czy to Mari przygląda się Mary, czy odwrotnie, to i tak zawsze każda z nich ma wrażenie, że to nie ona, że to ta, którą nigdy nie była.
Obcość persony. Skazująca na ucieczkę i samotność.
Rozumiem to, a jednocześnie nie utożsamiam się z taką postawą. Jest mi dobrze z tym poczuciem fikcyjności persony. Jest to pewnie kwestia uczciwości (czy też nieuczciwości). Czasami tylko żal się pojawia. Wtedy, gdy nawet bliski człowiek nie z tobą rozmawia a z tym wyobrażeniem. Niezależnie od tego, jak bardzo to wyobrażenie wykreowane jest przez nas samych...
Chciałoby się wtedy stanąć obok i przyjrzeć się temu Innemu, który nosi twoje imię i nazwisko...

Majgul Axelsson, Ta którą nigdy nie byłam

środa, 14 lipca 2010

Oczyszczenie z fatum Historii

Chciałoby się, aby taki utwór dziś w Polsce powstał (pewnie jest coś takiego, tylko ja o tym nie wiem). I dotyczył losów bieszczadzkich, kaszubskich, czy jeszcze innych... by dotyczył bohaterów, o których nie można opowiedzieć prostych i jednoznacznych historii.
Chciałoby się, by takich utworów powstało na tyle dużo, by przeorana ludzka świadomość nie była już tak podatna na demagogiczne uproszczenia polityków dotyczące historii, tej najnowszej oczywiście. Czasami sobie myślę, że może to i dobrze, iż język polityków tak jawnie już się kompromituje. Przynajmniej jak na dłoni widać jałowość ich opisu świata.
Ale być może przemawia przeze mnie naiwna nadzieja...

Po raz pierwszy czytałem powieść estońsko-fińską. I pod wrażeniem wielkim jestem...
Powieść skomponowana nader achronologicznie, a mimo to efekt jest nadspodziewanie klarowny. Dwa zasadnicze wątki nieustannie się przeplatają i wyłania się z nich uniwersalna historia okrucieństwa, zła, miłości i wybaczenia.
Liryczna historia miłosna.
I okrutna męska agresja erotyczna.
I zwracający uwagę język, który dzięki metaforycznemu skrótowi jest w stanie trafnie odzwierciedlić charakter czasu jak i mniej lub bardziej dramatycznych przeżyć bohaterów ("W tym czasie na Syberii odebrane wywiezionym złoto zdążyło się już zmienić w nowe zęby w nowych ustach i gdy złote uśmiechy szły o lepsze ze słońcem, w ich cieniu w całym kraju lęgły się uciekające spojrzenia i odwracające się twarze. Przez targi, drogi i pola niekończącą się strugą rwały poszarzałe źrenice i zaczerwienione białka. Kiedy kołchozy wzięły w twarde jarzma ostatnie już gospodarstwa, szczere słowo zapadło się w podtekst" - chyba jeden z najbardziej syntetycznych i prawdziwych opisów dotyczących czasów stalinowskich w całym naszym 'obozie').
W tle specyficzna historia Estonii, która nadzieję na niepodległość pokładała w III Rzeszy.
I nic dziwnego, skoro to pod rosyjskimi rządami utracili na wiele dziesięcioleci szanse na samostanowienie.

Męska agresja erotyczna, to zwierzę z lubością poniżające kobiety, ten potwór , któremu nie tylko o seks chodzi; można wręcz powiedzieć, że seks jest tylko narzędziem służącym do spełnienia pragnień o męskiej dominacji. Trudno to inaczej postrzegać. Chore atawistyczne pragnienie zniewolenia, podporządkowania.
W tej powieści w postaci czystej.
Tak jak w "Ładunku 200" i wielu innych utworach...
I nie ma żadnej różnicy, czy to czekista w brutalnym gwałcie upatruje jeden ze sposobów na skuteczne przesłuchanie, czy współczesny macho sprytnie przymusza naiwną dziewczynę do prostytucji...
Można by powiedzieć, że wynika to z tego, że mamy do czynienia z kobiecym postrzeganiem świata (Sofi Oksanen, niezwykłej urody, jest autorką książki). Lecz nawet gdyby to była wizja ewidentnie subiektywna, to co z tego; gdyby to właśnie był kobiecy świat przedstawiony, to miałoby znaczyć, że należy patrzeć na niego z dystansu, męskiego dystansu? Wsłuchuję się w te głosy z innej (kobiecej) rzeczywistości i czasami lekko przerażony jestem...
Książka o wieczystej niesprawiedliwości losu. I choć to nie odkrywcze, że dwie kobiety (siostry w dodatku) zakochują się w tym samym mężczyźnie, to i tak historia jest przejmująca (niezwykły początek tego wątku: "Spójrz na mnie. Mężczyzna zamilkł, obrócił się w ich stronę i akurat wtedy odwróciła się Ingel, dlaczego Aliide tak się ociąga, promienie słońca padły na jej koronę z warkoczy i - nie, nie, spójrz na mnie! - Ingel swoim zwyczajem wyprostowała łabędzią szyję, uniosła brodę i wtedy spotkały się ich spojrzenia, mężczyzny i Ingiel. Aliide od razu pojęła, że mężczyzna już nigdy jej nie zobaczy, bo widziała, jak urwał w pół słowa, jak zamarła wysuwająca się z kieszeni dłoń z papierośnicą, jak w milczeniu wpatrywał się w Ingiel, by wreszcie otworzyć pudełko, wieko zalśniło jak ostrze noża. Nie odrywając wzroku od mężczyzny, Ingel podeszła do niej, jej obojczyki lśniły, dekolt falował zachętą" - a to wszystko na cmentarzu w dodatku).
I ta, która nie została zauważona kochała aż po grób. I do końca nie zostało jej to zrekompensowane. Miłość pełna absolutnej ofiarności ale i okrucieństwa. Niespotykanego przywiązania i śmiertelnej zdrady.
A wszystko przez tak zwany kaprys... losu. Przypadek. Sekundy być może. Skierowanie uwagi nie w stronę tej, która jest w stanie całą siebie ofiarować.
Tak miało być...
Powinniśmy się przyzwyczaić do przewrotności tego gościa, który stymuluje nasze indywidualne historie. Ten Wielki Autor pewnie lubuje się w takich dramatycznie sprzężonych ze sobą emocjach. "Nieznajomy wróg jakiś miesza ludzkie rzeczy..."

Miłość niewątpliwie powinna wybaczać, ale nie usprawiedliwiać.
Ale niezależnie od tego wypada się nad losem Aliide Truu (uczciwy, wierny to nazwisko po estońsku oznacza) pochylić.
Aliide zdradza rodzinę i naród
(nawet w sumie zdradza ukochanego paradoksalnie)
i nie ma wątpliwości: jej celem jest ocalenie mężczyzny, którego kocha.
I nawet, jeżeli ta ofiara mocno nacechowana jest egoizmem (czy to możliwe? czy to nie paradoks?) to i tak jest czymś niezwykłym, czymś wyjątkowym bardzo.
Ja sceptyczny bardzo jestem...
Ja nie bardzo chyba wierzę w istnienie takiej miłości.
A gdy słyszę, że jednak istnieje, to niezmiernie zadziwiony jestem.
Aż tak się zaprzepaścić - nie pod wpływem chwilowego zauroczenia, ale przez długie, długie lata?!
Oddać się w niewolę niespełnieniu (oczywiście tam jest nadzieja, ale jej złudność jest oczywista).
Truu - wierna...
A z drugiej strony facet i jego Męska Historia. Poniósł jej konsekwencje, ale zdecydowanie większe poniosły kobiety. To też rodzaj oczywistej prawdy wyłaniającej się z książki.
Losy trzech kobiet (a może i czterech, bo przecież los Zary nosi także piętno dziadkowego dziedzictwa) okrutnie naznaczone traumą, która jednoznacznie związana jest jest z wiernością mężczyźnie. Bo choć jest on bohaterem lirycznej historii miłosnej, pełnej wzajemności, ciepła i radości (bo nie tylko o niespełnieniu jest ta książka), to nad losem kobiet zaciążył on tak samo jak zezwierzęceni czekiści. W nim nie ma oczywiście tego atawistycznego zła co w nich, ale on współtworzy Męską Historię, w której kobiety chcąc nie chcąc muszą uczestniczyć i której konsekwencje najcierpliwiej znoszą.

Wiele, wiele rzeczy jest w tej niewielkiej książeczce (i żeby zrozumieć tytuł tego posta, powieść przeczytać trzeba). Aż żal, że nie o wszystkim...
ale nie można jej zadusić słowami uzurpacji interpretacyjnej, bo ona żywa bardzo jest i pewnie długo pozostanie
Ale o jednym jeszcze muszę, czy po prostu bardzo chcę:

teatrum mundi

Mamy w książce do czynienia z kilkoma stylami opowieści, kilkoma typami narracji. Od pierwszoosobowej, poprzez personalną aż po całkowicie wyzbyty tonu osobistego styl meldunku Tajnych Współpracowników. Wiadomo, jakie niesie to konsekwencje dla oglądu świata przedstawionego.
Ale niezwykłego dramatyzmu nabiera ten utwór od początku dzięki narracji zsubiektywizowanej właśnie. Tak, początek jest kapitalny...
Rozbudowany bardzo opis sytuacji.
Spotykają się dwie obce (a jednocześnie bliskie bardzo sobie - ale o tym jeszcze nie wiemy) kobiety. Kolejne mikrorozdziały prezentują w postaci właśnie narracji personalnej sposób postrzegania świata tejże sytuacji przez każdą z nich. Ich świadomość koncentruje się na przeróżnych szczegółach.
Niezwykła gra.
Sprytu i podejrzliwości.
Nieufności i dystansu.
Obraz świata, w którym poddanie się zwykłemu ludzkiemu współczuciu może mieć śmiertelne konsekwencje. Obraz mentalności człowieka współczesnego (czy posttotalitarnego) w niezwykłym skondensowaniu.
I, jak się okazuje, gra jest jak najbardziej motywowana. To nie psychopatyczna podejrzliwość. To walka o przetrwanie. Zarejestrowana (bo odnosimy wrażenie, że jest to żywa relacja, że siedzimy w głowach obu bohaterek na przemian; tak jakbyśmy w nie wskoczyli w tym momencie właśnie, bo nikt nam nie tłumaczy na razie, kim one są i dlaczego tak przeżywają świat) subtelnymi środkami literackimi.
Jedna z tych książek, dzięki którym doświadczamy spotkania z Innym (i to spotkanie jest także jej treścią). Po raz kolejny mamy okazję uświadomić sobie, że Obcy jest wyzwaniem i szansą.

A pisałem to wszystko w schronisku (w zeszycie oczywiście, bo na kompie to teraz dopiero:-)). Nie mogłem się oderwać od tej historii i na góry tylko od czasu do czasu spoglądałem bez żalu, bo wiedziałem, że jutro (dziwne czasu pomieszanie, bo to jutro już dawno było) i tak tam wlezę. Pisałem niemal w absolutnej ciszy przysłuchując się brzęczeniu muchy, rzucając okiem na baraszkujące koty i spoglądając czasem na zieleń Bieszczad. Tylko podobna historia mogłaby się tu wydarzyć, bo tu spychacz przejechał po Historii pozostawiając miejsce na nieskrępowany rozwój natury.
I patrząc na tę pierwotność skrywającą okrutne tajemnice chciałoby się mieć nadzieję, że Prawdziwi Mężczyźni z daleka będą się trzymać od mściwych trybów Historii.
ale to nadzieja tylko

Sofi Oksanen, Oczyszczenie