poniedziałek, 31 lipca 2017

Na marginesie 'powrotów' różnorakich


Przed śmiercią, rozliczając się z życiem, przeważnie żałujemy: tych decyzji, których już w żaden sposób nie można zmienić i tego, że pewnych rzeczy nie mieliśmy odwagi uczynić a wydaje nam się, że powinniśmy byli, że dzięki temu nasze życie byłoby lepsze a może (tylko?) uczciwsze.
Czy to jest prawda?
Wierzy w to bohater filmu "Powrót do Montauk" Volkera Schlöndorffa. Nie jest jeszcze u kresu życia, ale już z żalem patrzy na decyzje z przeszłości (szczególnie jedną) i przez moment mu się wydaje, że można powrócić...zmienić....naprawić. Tytułowy powrót jest możliwy tylko w przestrzeni ale nie w czasie. Nie tylko dlatego, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, ale przede wszystkim dlatego, że mamy nikłą wiedzę na temat tej rzeki; niewiele wiemy tak naprawdę, nawet z perspektywy czasu (a może przez nią właśnie) o wodzie, w którą byliśmy zanurzeni, szczególnie w tamtym konkretnym momencie, do którego ponownie chcielibyśmy powrócić.
Żal, o którym mowa w pierwszym akapicie, naznaczony jest niezwykłą pychą ("A my, Boże tajemnice upatrując" przestrzegał poeta); pychą związaną z przekonaniem, że wiemy, teraz już, z perspektywy niby czasu, jakie byłyby konsekwencje decyzji innych lub ich braku. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie druga część tego przedśmiertnego 'żalu' - brak odwagi podjęcia pewnych decyzji prowadzi do tego, że nigdy nie dowiem się, jakie byłyby jej konsekwencje. Nawet, gdyby miały się okazać fatalne, lepiej wiedzieć. Jest tylko to życie i (by kontynuować ten banał) lepiej żałować grzechów popełnionych niż tego, że się nie spróbowało. Choć to też przecież nie jest oczywiste.
Ja generalnie nie lubię żałować. I choć oczywiście mi się to zdarza i to nie raz, to uważam, że jest to wysoce nieracjonalne. Bo pomijając już to, co napisałem powyżej, że i zmienić nic nie można a i konsekwencje ścieżek innych, niż te wybrane przez nas, niewiadome, to zamiast rozkminiać i popadać w jakieś depresyjne stany, lepiej zadać sobie pytanie, co decyzje, które podjęliśmy lub nie, mówią nam o nas. Wszystkie moje reakcje na rzeczywistość (że tak ujmę sferę naszego działania) i te świadome i nie, i te szlachetne, odważne ale i te żenujące i wstydliwe bardzo (tych najczęściej żałujemy...bez sensu) to jestem Ja i ta, znowu niestety banalna, prawda chciałbym, by towarzyszyła mojemu spojrzeniu w przeszłość - a nie żal.
Max Zorn (bo trochę o filmie przecież trzeba) jest pisarzem i po latach przyjeżdża (powraca) do Nowego Jorku na promocję swojej książki. Dawno temu przeżył w tym miejscu miłość, jak mu się wydaje, swego życia. Jest żonaty i to nie wiadomo, po raz który. W Nowym Jorku inicjuje spotkanie ze swą byłą miłością. Wyjeżdża po kilku dniach (i tu jak zwykle spoiler) przegrany (ale czy mądrzejszy? moim zdaniem - nie). Ostatnie, pożegnalne zdanie jego młodej, ale już chyba byłej, choć jeszcze nie formalnie, żony: "Widzę po twojej twarzy, że doświadczyłeś czegoś strasznego, ale nie chcę wiedzieć, co".
Dlaczego przegrał, czego doświadczył? 
Można by wyliczać. 
Od samego początku, a nawet i wcześniej, bo przecież książka, którą napisał była swoistym przyznaniem, że najbardziej w życiu żałuje porzucenia Rebeki (choć niedopowiedziane było, jak to w szczegółach wyglądało), oszukiwał sam siebie. Clara nic nie wie o realnym istnieniu  bohaterki powieści. Podczas czytania jej fragmentu podczas promocji, fragmentu, w którym niezwykle idealizuje tę miłość i w którym to czytaniu uczestniczy jego młoda żona Clara, musiał chyba mieć jakąś perwersyjną przyjemność. I kłamstwo nabiera swoistej samodzielności narracyjnej - rządzi jego losem, który on sam chyba już zaczyna traktować jako fikcję literacką komplikowaną zgodnie z prawami literatury ("dramat układasz" - taki hrabia Henryk). W przeciwieństwie do niego Rebecca i Clara żyją naprawdę i kochają także (niezwykła opowieść Rebeki o hipnozie, podczas której umiera wraz ze swym zmarłym tragicznie mężem). No i jeszcze to, o czym już wcześniej - odniosłem wrażenie, że zupełnie inaczej identyfikował nurt, w którym byli z Rebeką zanurzeni przed laty niż ona. Nie mówiąc już o tym, że rzeka, do której wszedł w trakcie pobytu w NJ także nie była tą, w której, jak się okazało, niezwykle skutecznie i sprawnie pływała zamożna prawniczka z jednej z najdroższych kancelarii. Naiwne i żałosne było jego rozmarzenie, gdy w oglądanym wspólnie domu rozłożył się na siedzisku projektując ich wspólną przyszłość. On wierzył w swoją opowieść. A na koniec, ten powrót z Montauk, gdy jest święcie przekonany, że Clara wraz z nim wróci do Berlina (świetne zresztą skontrastowanie rudery, na którą skazał, niby nieświadomy, swą żonę, z apartamentem Rebeki) - Piotruś Pan do końca. 
Film jest w sumie egzemplifikacją tego, o czym na początku napisałem. Dochodzi jeszcze temat pisarza (ale czy tylko pisarzy to dotyczy, przecież mnie także), który w narracji nieustannej jest zanurzony. A z tym się wiąże oczywisty egotyzm, który nie pozwala nam być z kimś, bo na sobie tylko skoncentrowani jesteśmy.
Nie ma powrotów. Szczególnie do miejsc, które od początku do końca tylko naszym wyobrażeniem było (niepodzielanym przez współuczestników wydarzeń :-)).
Ps. Max po odnalezieniu Clary po swej eskapadzie do Montauk mówi "przepraszam". Uwielbiam te przeprosiny pojawiające się po przekroczeniu istotnych granic (to jest temat na odrębny wpis). Co one oznaczają? Skruchę? Bez żartów... poczucie winy może tak, ale chyba bardziej wobec siebie, że samemu się coś utraciło. 

Gdy się spróbowało, jak będzie, gdy jakąś tam ryzykowną decyzję podjęliśmy, to nie przepraszajmy. Przyjmujemy konsekwencje i tyle. Słowo 'przepraszam' nie łagodzi chyba bólu tych, których skrzywdziliśmy. Pewnie się mylę, ale jest w tym dla mnie coś fałszywego.

wtorek, 18 lipca 2017

Złodzieje whisky


Kiedyś zatytułowałem swój wpis "Nieźle nam się żyje". Oglądanie filmów rzeczywiście może być źródłem takiego dobrego, podszytego mocno jednak egoizmem, samopoczucia. Dobrze jest czerpać pozytywne przesłanie po przyjrzeniu się opowieściom o ludziach, którym los nie poszczęścił tak jak nam; gorzej, gdy na tym się kończy (a w moim wypadku tak dokładnie jest) i nic nie robimy, by jakoś także spróbować innym, tym, których losem tak żeśmy się przejęli, oglądając film, to bycie nieco poprawić. Nawet gdy wydaje się nam, ze tego rodzaju działanie jest beznadziejne. To hipokryzja jest czy kwietyzm naznaczony sentymentalizmem? I jeszcze to racjonalizowanie, że i tak świata nie zmienimy, że tak już jest, a życie bywa okrutne...
Ale nie o tym...
Mógłby ktoś powiedzieć , i czasami mówi, że nie ma co się katować (!) filmami, w których mamy do czynienia z ponurą wizją świata. Że zdecydowanie zdrowiej obejrzeć sobie coś z pozytywnym przesłaniem, żeby nie powiedzieć - komedię romantyczną. Otóż nie - po tego rodzaju filmach dopada mnie frustracja a nawet dół do piwa skłaniający, bo uświadamiam sobie, że mój los nigdy taki szczęśliwy nie będzie i to chwilowe zadowolenie, bo losy bohaterów  tak cudnie i szczęśliwie się splotły, skończyć się może depresją. Zdecydowanie więc zdrowiej jest się 'katować' (choć to przesada jest mocna, szczególnie w wypadku mojej stłumionej wrażliwości).
I tak też mój dzień dziś się rozpoczął (Festiwal Transatlantyk - godna rozgrzewka przed tymi właściwymi). Dwa różne filmy bardzo pod względem konwencji, ale po ich obejrzeniu zdecydowanie lepiej czuję się i w tym miejscu geograficznym (mimo wszystkiego, co ostatnio wokół), i w swoim ciele. "La familia" (G. R. Cordova) i "Ciała" (E. Casanova).
Pierwszy z nich to Wenezuela i w to już w zasadzie powinno wystarczyć, bo jakoś ot tak z biegu nie potrafię sobie przypomnieć filmu z Ameryki Łacińskiej, których bohaterom bym zazdrościł ich losu. Zaczyna się zresztą w sposób charakterystyczny dla opowieści z tej części świata: grupa dzieciaków z biednej dzielnicy zabawia się na podwórku, komunikując się ze sobą w sposób dość agresywny, ale mamy wrażenie, że w ich wypowiedziach ciągle jeszcze obecny jest cudzysłów, że te wszystkie groźby nie na poważnie, choć poważnie brzmiące. Wiemy jednocześnie, że to już niebawem będzie sedno ich życia w tej dzielnicy. I staje się - podczas szarpaniny zostaje zabity chłopak. W tym momencie zaczyna się inna historia - opowieść o trudnym zbliżaniu się do siebie ojca i syna (i niezależnie od różnic przypominają się "Złodzieje rowerów", tyle, jak w tytule postu zasygnalizowałem, co innego kradną; ale jest coś w obrazie świata takiego, co znowu mi neorealizm włoski przypomina, także na zasadzie swoistego kontrapunktu), syna, co może być śmiertelnie niebezpieczne, zadziornego, nieopanowanego, dzikiego. Chwilami trzeba go kiełznać niczym szalonego konia, ale, jak się później okazuje, ratuje mu to życie. Towarzyszy ojcu w pracy i subtelnie momentami, co paradoksalnie brzmi w kontekście opisu świata mało sympatycznego, zaznaczone jest budzenie się więzi i porozumienia. Ojciec między innymi obsługuje imprezy dla tej zdecydowanie zamożniejszej części społeczeństwa, dzięki czemu też i kontrast. I pełniejsza świadomość, że z wykluczonymi mamy do czynienia. I ten brak pokory u syna, który gwałtownie wypomina ojcu zbytnią uległość (tak jakby rzeczywiście był o kilka lat starszym bohaterem filmu de Sici i nie godził się już na poniżenie, które było ceną za przetrwanie rodziny ["La familia"]),  mógłby potwierdzać, że prędzej czy później (dzieje się już?) staną się groźni dla tego sytego sortu, dla nas. I będzie im obojętne, że kiedyś im współczułem i że to nie my kolonie i w ogóle. Nie będzie nam się wtedy już tak dobrze żyło, być może nawet pożałujemy swego kwietyzmu.
A o "Ciałach" może innym razem....

niedziela, 16 lipca 2017

Niełatwo jest naśladować Antonioniego


Kojarzy się ten film z Antonionim. I jednocześnie jest świadectwem tego, że nie tak łatwo jest go naśladować.
"Gniazdo" - portugalski film Teresy Villaverde opowiadający o kryzysie w rodzinie, w państwie. Różnica polega na tym, że Antonioni nie jest taki jednoznaczny; jego bohaterowie, przede wszystkim bohaterki – swoje niedopasowanie do świata noszą w sobie, tylko przestrzeń, w której się poruszają, uświadamia nam ich wewnętrze zagubienie, ich poczucie pustki (właśnie poczucie, bo przecież są to są to bohaterki, które bardziej czuję i są bardziej uwrażliwione na pustkę, ale świata ich otaczającego). Marta, młoda młoda bohaterka tego filmu wydaje się przeżywać typowy bunt wrażliwej bardzo nastolatki, bunt , Który wzmocniony jest tylko przez sytuację rodzinną. Ojciec od dłuższego czasu bezrobotny, miota się zamknięty w czterech ścianach mieszkania, Permanentnie podejrzewając, że żona go porzucić, nieudacznika. Kryzys męskości w świecie, który najpierw uzależnia a później porzuca niczym lekkomyślny kochanek. I choć w centrum opowieści umiejscowiona została Marta, to ja przyglądałem się ojcu, Paii (?), to bardziej jego bezradność do mnie przemawiała. I też zadziwiała - bo to wzięcie odpowiedzialności za Julię, przyjaciółkę córki w ciąży, niezaakceptowanej przez własnych rodziców, w wyniku czego opuszcza ona swój dom i tak jakoś bez problemów przyjęta jest przez rodzinę Marty, więc ta (nagła? chyba nie, bo jednak Pai pewnie przechodzi jakąś ewolucję, żeby nie powiedzieć - przemianę - podczas tych kilku dni, a przede wszystkim nocy, gdy poniżony i sponiewierany błąka się nie wracając do domu) decyzja może dziwić, tym bardziej, że Julia wchodzi w jego życiu w miejsce Marty. I raczej nie chodzi tu o zafascynowanie erotyczne, o typowy przejaw kryzysu wieku średniego, ale o uchwycenie szansy na bycie potrzebnym. Na odzyskanie męskiej godności nakazującej wzięcie odpowiedzialności. Jego słowa, które padły po uratowaniu Julii życia być może (być może, bo to przymierzanie się do samobójstwa niekoniecznie przecież musiało do niego doprowadzić)  - "nigdy cię nie opuszczę" - brzmią zaskakująco i sztucznie (w ogóle się nie znają!), ale są właśnie argumentem za tym, że sytuacja wchłonęła Paia, że właśnie pojawiła się okazja, niemal histerycznie wykorzystana, do wypełnienia braku, którym była potrzeba bycia jakoś tam istotnym w tej rodzinie (kilka godzin wcześniej córka wyprosiła wcześniej go z pokoju [zresztą matce mówiła, że jeżeli on będzie bezrobotny, to ona nie chce z nim zostać - dlaczego?], bo chce porozmawiać z Julią, a żona jest już niemal nieobecna, być może ma romans, choć twierdzi, że w momentach kryzysu rodzina jest najważniejsza [także bardzo dwuznaczna postawa, bo to przecież matka podejmuje decyzję o 'rozśrodkowaniu' rodziny, a więc de facto przypieczętowuje jej rozpad, a gdy dzwoni do swej matki, by dowiedzieć się, czy mąż z córka dotarli, nawet nie chce z nimi rozmawiać, co tym bardzie pozwala wejść Julii w rolę Marty]. 
A  więc opowieść o Marcie została w moim wypadku stłumiona przez doświadczenie kryzysu męża i ojca (ciekawe dlaczego?). 
Marta pozostanie mi w pamięci przede wszystkim jako bohaterka ostatniej sceny, czy wręcz ujęcia. W kadrze, dość długo eksponowanym, bo to typowe slow cinema jest, widzimy niewielki jasny budynek na szarym tle natury, kanciapę, w której znalazła Marta swój azyl zamknąwszy pierwej okna. I to ostatnie ujęcie robi bardzo. Ikona zamknięcia człowieka próbującego w świecie odnaleźć punkt zaczepienia, bez skutku - pieniądz wydaje się jej to uniemożliwiać. Bo film ten jakąś chyba taką diagnozę stawia (ale nie jest to oczywiste), że bieda, niedostatek (ale przecież nie nędza) determinuje całą resztę (co przecież nie jest oczywiste, byt kształtuje świadomość, ale może ona jednocześnie na nim zapanować...tak se myślę, choć mam nadzieję, że nigdy nie znajdę się w sytuacji, w której to moja świadomość stanie przed wyzwaniem).
Ten ostatni kadr potwierdza, że prawdziwość domysłu, który mi się błąkał po głowie podczas oglądania: że mamy do czynienia ze współczesną wersją neorealizmu włoskiego przełamywanego jakoś przez sytuacje jednak nieco absurdalne + Antonioni.  
A wszystko powoli i statycznie.
Z dystansu także.
Chłodnego.
Sporo cierpliwości trzeba.

czwartek, 13 lipca 2017

Mężczyzna jak cebula


"Mężczyzna imieniem Ove" (r. Hannes Holm) to film opierający się na prostym pomyśle. Sprawnie przeprowadzony z reguły prowadzi do wzruszenia widza w zakończeniu. I często też, mimo niekoniecznie w pełni dobrego zakończenia (choć to już jest bardzo dyskusyjna sprawa w wypadku tego filmu), wychodzi on z kina z poczuciem dobrego samopoczucia (w sumie nie wiadomo, dlaczego). To taki północnoeuropejski odpowiednik "Gran Torino" pod pewnym względem. Oczywiście, gdybyśmy postawili obok siebie Eastwooda i Lassgarda  (tytułowy Ove), to stwierdzilibyśmy, że więcej ich różni niż łączy, bo to tak, jakby naprzeciwko emerytowanego kowboja stanął, wyrośnięty wprawdzie, ale jednak urzędniczyna. Obaj są wdowcami, co jest istotne, ale jako podstawa porównania może nie najważniejsze. Obaj także mają słabość do samochodów. W wypadku Ova wybór marki jest decyzją o charakterze światopoglądowym. Też troszeczkę tak miałem, bo bardzo długo za jedyne prawdziwe piwo uznawałem Żywca (co nie znaczy, że innych nie piłem), bo tak mi to zaprojektował (tak samo jako wybór samochodu w wypadku Ova) ojciec. Ove nie uznaje innych samochodów niż Saab, nawet Volvo jest już świadectwem porażki i może doprowadzić do zerwania przyjaźni. A to, że zbytnio się nie zdenerwował, gdy jeden z młodych bohaterów zbiera kasę na samochód francuski, świadczy o przemianie, której podczas akcji filmu doświadcza.
Pomysł na film znany co najmniej od czasów Dickensa: poznajemy na początku apatycznego bohatera a akcja prowadzi do stopniowego zdejmowania kolejnych warstw cebulki skrywającej człowieka ciepłego i wrażliwego. Ove jest przede wszystkim skrajnym służbistą i pedantem (zresztą kształt osiedla, na którego czele wspólnoty kiedyś był [i tego, że już nie jest, jego ambicja znieść nie może], w dużym stopniu odzwierciedla jego uporządkowanie; osiedla, na którym mogłaby się rozgrywać akcja "Upałów": geometryczna precyzja i sterylna czystość [do której Ove przywiązuje chorobliwą wręcz wagę], pod powierzchnią której spodziewamy się odkryć niepokojącą prawdę o naturze ludzkiej [ale nie jest to "Blue Velvet" - wręcz przeciwnie, w tym filmie znajdujemy potwierdzenie znanej tezy, i jest to element wcześniej wspomnianego schematu, że człowiek, nawet ten, który robi wszystko, by do siebie zniechęcić, jest dobry a już na pewno daleki od Lynchowskich perwersji]), ale jest to tak przedstawione, że bardziej śmieszy niż drażni (choć oczywiście w rzeczywistości wkurzałoby bardzo). Bo ten film to komedia jest przecież. 
Jest jednak jedna cecha bohatera, traktowana także jak wada, a którą ja w sobie jednak cenię (mam pewnie więcej takich, które budzą jakąś tam niechęć do mnie, ale tej jednej nie chciałbym się pozbywać) - jest to przywiązywanie dużej wagi do samodzielności człowieka, niechęć do proszenia kogoś o pomoc, skłonność do liczenia tylko i wyłącznie na siebie. Jest to pewnie świadectwo przerostu ego, ale też przejaw postawy aspołecznej, może też i pycha. Niechęć do proszenia traktowane jest jak wada - jakoś nie mam ochoty się z niej leczyć (Ove w scenie zwolnienia z pracy dał jej najbardziej przekonujący i jednocześnie godny naśladowania wyraz).
Najważniejszą osobą przyczyniającą się do uruchomienia wrażliwości Ova (no właśnie, bo mówienie przez mnie o przemianie było błędem, to jest odkrywanie, uruchamianie, ożywianie - nie przemiana) jest Parvaneh (piękna, a jakże, Bahar Pars), imigrantka z z Iranu. Gdzieś wyczytałem, że jedną z wad bohatera jest właśnie jego niechęć do imigrantów właśnie. Nie bardzo się z tym zgadzam (w "Gran Torino" to i owszem, ta niechęć jest motorem akcji przecież). Ove jest wprawdzie niesympatyczny w stosunku do nowych sąsiadów, ale nie z powodu koloru skóry Parvaneh. Zdecydowanie bardziej irytuje go jej szwedzki mąż, który wyprowadza go z równowagi swą nieporadnością życiową. A to że właśnie imigrantka z Iranu i jej dzieci przyczyniają się do pogodzenia z życiem bohatera jest oczywiście znaczące. W wielu oglądanych ostatnio filmach europejskich zauważyłem (być może kiedyś nie zwracałem na to takiej uwagi), że na pierwszym bądź drugim planie pojawiają się właśnie imigranci. Po obejrzeniu tych filmów pozostaje w widzu wrażenie, że są oni już całkiem naturalnym elementem pejzażu społecznego Europy (i nie chodzi mi o uchodźców, a o ludzi, którzy zintegrowani mniej lub bardziej [bo dlaczego mają się całkowicie zintegrować, jeśli nie łamią prawa?] są lekarzami, policjantami, taksówkarzami) I żal człowieka ogarnia, bo jest to dowód, że my już do niej nie należymy (wbrew opinii co niektórych światowych "autorytetów", że właśnie jako jedyni przyczyniamy się do ocalenia wartości stricte europejskich...ech  Sarmacjo, Sarmacjo...). Przynajmniej mentalnie. 
Jedna rzecz mnie denerwuje, gdy pojawia się w filmach temat belferski. Często, bardzo często mamy do czynienia z motywem nauczyciela, który dostaje w swoje ręce grono rozwydrzonych szczeniaków i dzięki swemu zaangażowaniu, sercu, pasji doprowadza do przebudzenia w nich, skrywanej dotąd skrzętnie ( bo zły świat, bo walczyć przede wszystkim trzeba) wrażliwości i dobroci. I widz po obejrzeniu czegoś takiego wzniośle rozczulony wychodzi z kina z przywróconą wiarą w dobrych ludzi. Taką nauczycielką była Sonja, nieżyjąca już żona bohatera. Jedynym usprawiedliwieniem obecności tego motywu w formie tak sentymentalnej w filmie jest to, że pojawia się we wspomnieniu Ova, a on ewidentnie idealizował swą małżonkę. Umarła ta jego jasna strona i stał się nieprzyjemnym gburem. Pojawienie się Parvaneh wszystko zmieniło. Może warto spojrzeć na tę sytuację symbolicznie. W kontekście europejskim.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Mafijne pokusy władzy



Obejrzałem ostatnio w krótkim czasie kilka filmów sensacyjnych i oczywiście po takim secie pozostaje w głowie dość ponury obraz świata nas otaczającego. Jeżeli ktoś tylko takie filmy ogląda i to często a także niekoniecznie te na powiedzmy przyzwoitym poziomie, to musi mieć w głowie wyobrażenie, które prowadzić może albo do samobójstwa, albo przekonania, że tylko łamanie z premedytacją prawa daje człowiekowi szansę na przetrwanie. Ale nie - nie jest to kolejny wpis o zatracaniu granicy pomiędzy światem rzeczywistym a fikcją (przynajmniej taką mam nadzieję – choć coś na rzeczy jest). Tym bardziej, że żyjemy w czasach, w których już niestety niemożliwe wydaje się odróżnienie w mediach treści fikcjonalnych od tych, które za cel stawiają sobie odpowiedzialne docieranie do prawdy. Szczególnie w sytuacji, gdy ci komunikujący te pierwsze robią wszystko, byśmy ich twory traktowali jak te drugie. W różnych celach, także podłych.
Na stałe już zadomowiły się w kinie sensacyjnym wątki ukazujące mniejsze lub większe uwikłanie świata polityki (a więc i kościoła) w środowiska przestępcze czy wręcz mafijne. Polityka może być tylko tłem, w istotny sposób wpływającym na przebieg wątku kryminalnego jak w dwóch, polskim i węgierskim („Jestem mordercą” i „Potwór z Martfu”, pierwszy powszechnie znany, drugi w reżyserii Arpada Sopsitsa), filmach o masowych mordercach działających w czasach rządów jedynej słusznej władzy. W obu naciski funkcjonariuszy partii komunistycznych prowadzą do zbyt pochopnych wniosków i w konsekwencji skazania niewinnych ludzi. Ale to nie o takie przecież filmy chodzi, gdy mówimy o przenikaniu się tych dwóch światów. Bo przecież, niezależnie od ustroju, przełożeni zawsze naciskają, by statystyki były jak najlepsze dla firmy; różnica istotna taka, że w czasach minionych tego rodzaju sytuacje bardziej przypominały "propozycje nie do odrzucenia", dziś, niezależnie od pokus, zdecydowanie łatwiej o uczciwość, co niekoniecznie znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości (dlatego też bardziej krytycznie patrzę na współczesnych funkcjonariuszy partii wszelakich maści gotowych dla pozycji na największe s........... niż na działaczy sprzed lat [są i tacy oczywiście, którzy i wtedy, i dziś, ale to innym razem, jeśli w ogóle, bo tych, których barwy niemal w kolory tęczy się układają, tęczy, której są najczęściej ideologicznymi przeciwnikami, a te kolory po prostu były znakami kolejnych partii, w których oni oczywiście przede wszystkim o dobro Polski...stop, jak zwykle popłynąłem]).
Filmy takie jak "Porwanie" (r. M. Cengel-Solcanska), "Subarru"(r. S. Sollima) najbardziej, ale też "Oszukać złodzieja" (r. D. Calparsoro)a nawet "Dode hoek" (r. N. Ben Yadir) (wszystkie w krótkim bardzo czasie na Suspens Film Festiwalu w Kołobrzegu). Szczególnie bliski wydał mi się pierwszy z nich, może dlatego, że słowacki, a akcja w latach 90. i analogie same jakoś się narzucały. Znajdziemy w tych filmach wszystko to, co naszą, mówiąc delikatnie, niechęć do polityków budzi: wykorzystywanie służb specjalnych do celów partyjnych, porwania dokonywane przez służby mundurowe, tuszowanie śledztw, mafijny lobbing w parlamencie, przyzwolenie na działanie zorganizowanych grup przestępczych w okresie transformacji ustrojowej (co swoi to nie obcy), grupy przestępcze działające na zlecenie polityków (np. włamanie do banku w celu wykradzenia kompromitujących dokumentów, "uciszanie" dziennikarzy itp.), odkrywanie nieoficjalnej strony życia polityków świadczącej o zaprzeczaniu na co dzień głoszonym oficjalnie zasadom (oczywiście zawsze w tych filmach [i jest to na pewno uproszczenie obrazu politycznego świata] chodzi o przedstawicieli prawej strony sceny politycznej, bo to oni przecież lubują się w ukazywaniu swojego wstawania z kolan na kolanach właśnie i z Chrystusem na ustach idą do wyborów [całkiem fajne nawiązanie do jednej z ostatnich scen "Ojca chrzestnego" w zakończeniu "Porwania", gdy scena z rozmodlonymi i przekazującymi sobie znak pokoju politykami uczestniczącymi w uniesieniu we mszy wzbogacona jest przebitkami z efektów ich działań - trupów niemal tyle co w pierwowzorze Coppoli; nawiązanie stawiające znak równości pomiędzy rządzącymi politykami a mafią]) i można by jeszcze, ale przecież wszyscy to znamy.
I teraz nawiążę do wstępnych zdań mojego wpisu: czy taki jest świat polityki? czy każdy polityk, szczególnie ten, który aktualnie rządzi, powinien być traktowany niemal jak członek zorganizowanej grupy przestępczej (cytat z "Porwania", które, przypominam, w Słowacji: "kiedyś nam psychopatów narzucano, dziś sami ich wybieramy"). Bo przecież (znowu powracam do wstępu) nie każdego człowieka traktujemy jak potencjalnego zbrodniarza, nawet jeżeli codziennie wieczorem oglądamy jakiś film sensacyjny; jakoś rzadko się obawiamy, ja przynajmniej się nie obawiam, że idąc w nocy uliczkami miasteczka nawet nie naszego (a ja tak w czasie wakacji często) natkniemy się na seryjnego mordercę. A politycy? wszyscy umoczeni? można realizować program prezesa (i wcale nie mam na myśli tylko tego jednego) i pozostać uczciwym? jak bardzo na co dzień muszą racjonalizować swe działania, by sumienie im za bardzo nie dokuczało? czy wspominanie o sumieniu nie jest świadectwem mej naiwności? czy te rozmodlone twarze, które widzimy co chwila w wiadomościach, nie są świadectwem cynizmu, który nawet mi jest sobie trudno wyobrazić, bo co jak co, ale w Boga to oni na pewno nie wierzą, a jeśli, to ja tym bardziej nie?
Czy świat polityki jest choćby w części taki jak w tych filmach? No i, niestety, moja niechęć do polityków powoduje, że ten fikcyjny świat przedstawiony zaczynam traktować jako odzwierciedlenie rzeczywistości. Nie wierzę tym panom i paniom.
Miałem nawet taki pomysł, by świat przedstawiony w tych filmach opisać tak, by nie było wiadomo, że to o filmie. Ciekawe, ilu by się nabrało i potraktowało ten opis jako skondensowaną prasówkę, czyli relację z ostatnio przeczytanych artykułów politycznych?
No właśnie, jeszcze o prasie w tym kontekście słów kilka. Wciąż w wielu filmach pojawiają się dziennikarze, którzy obnażają te ciemne strony polityków. Są istotną siłą, którą co niektórzy próbują uciszyć. Gdy jakieś materiały po wielu perturbacjach są publikowane, upadają rządy. I to już niestety nie jest nasz świat. U nas wychodzi książka (wcześniej seria artykułów), z której wynika, że kluczowy minister miał niejasne powiązania z służbami najbardziej nam dzisiaj chyba wrogiego państwa - i co? i nic... Minister nie przestaje być ministrem, rząd nadal przywłaszcza i wycina a poziom poparcia nie spada. A to tylko jeden z przykładów, moim zdaniem najistotniejszy.
A więc, czy należy wierzyć, że świat przedstawiony w filmach opowiadających o powiazaniach polityki ze światem przestępczym jest odzwierciedleniem rzeczywistości? Czy to ma znaczenie? Każdy już ma tylko swoją kryształową kulę, w której jest zamknięty i w której czuje się nomen atque omen – swojsko.

sobota, 8 lipca 2017

O (nie?)pięknym przemijaniu rzeczy świata tego


Obejrzałem "Aquariusa" (K. M. Filho) i nawet przysłuchiwałem się dyskusji po, prowadzonej przez Tomasza Raczka. I jakoś tak po wielu tygodniach mentalnego letargu mnie wzięło, by choć kilka słów, co moje. Dwa wątki - to oczywiste dla tych, co oglądali; ale jeszcze trochę w tle, co ja nieco chyba inaczej niż niektórzy dyskutanci.
W zależności od punktu widzenia, dla jednych jest to przede wszystkim film o pięknym wieku mocno dojrzałym (Clara - główna bohaterka, a wszyscy głównie o kreacji Sonii Bragi przy okazji tego filmu mówią i słusznie, ma 65 lat), dla innych o walce o swoje mieszkanie z bezwzględnymi developerami. Wątki równoważne tak naprawdę są i na pewnym poziomie się przecież łączą. I wtedy jakiś taki jeden główny problem zaczyna spajać ten film: śmiertelnie poważny temat przemijania, a więc i zmienności świata, następstwa kolejnych form kulturowych, którym trudno współistnieć, bo te młode (banał) wypierają stare. I biologiczne starzenie się człowieka współgra z tym, co się w świecie otaczającym go dzieje (i tu pytania już, jak zwykle paradoksalne, czy świat zmieniając się, czy młodzi, którzy tym zmianom patronują, do jego śmierci się przyczyniają? i to może za chwilę). 
Clara, kobieta otwarta bardzo, kochająca życie (i to niezwykłe jest w tym filmie, jak mówiąc o śmierci przecież, bo jej obecność nieustanna, od tego się zaczyna przecież, bohaterka wygrała z rakiem właśnie i mąż w przemowie wygłaszanej z okazji urodzin ciotki [cudny zresztą ten moment, gdy jedna z dziewczynek wylicza szczytne zasługi wiekowej, ale także pięknej, a jakże, cioci Lucii a w głowie solenizantki obecne są przede wszystkim wspomnienia młodzieńcze związane ze zmysłowym seksem i miłością - ot co przede wszystkim po latach wydaje się być ważne, co osadza się w umyśle rozkosznym wspomnieniem i o wartości przeżytego świadczy, bez żalu za minionym, bo było przecież, żałować to tego, na co nie starczyło nam śmiałości i odwagi] wdzięczny za to losowi jest, choć, jak później widzimy, ta jej walka z Tanatosem naznaczyła już na zawsze jej ciało, Clara bez piersi jednej pozostała, a w wątku współczesnym ona już sama, bez męża, który, o losie, opuścił ten świat przed nią i ten taniec śmierci wciąż gdzieś tam w tle jest przecież obecny) musi walczyć o mieszkanie z bezwzględnym developerem, młodym i białym (co też przecież nie bez znaczenia jest).  To Brazylia, a temat uniwersalny i jak bardzo polski. Czy warto się stawiać nadchodzącej agresywnej przyszłości, czy nie lepiej przyjąć warunki i w spokoju, w innym miejscu sobie nadal kontemplować świat i życie swoje? W polskich warunkach, jak wiemy, sytuacja jest bardziej dramatyczna niż w filmie, wywłaszczani z mieszkań warszawskich nie dostają milionowych propozycji wykupu i są zdecydowanie gorzej sytuowani niż Clara, dla której (lepiej to czy gorzej?) to nie jest walka o przetrwanie a o godność, o możliwość starzenia się w miejscu, które wypełnione jest jej wspomnieniami, co dla niej przecież bardzo ważne, o czym sceny z oglądaniem starych zdjęć między innymi świadczą; walka o możliwość starzenia się całkowicie na swoich warunkach (z zamiłowaniem do zabawy i seksu przecież też), niezależnie od świata, który chciałby ją i jej podobnych (niewygodne pytania do Diega [wokół niego tylko mężczyźni, a więc w pewnym sensie także starcie dwóch, stereotypowo pojmowanych, wrażliwości: męskiej i kobiecej {i to ta, co oczywiste, budzi naszą sympatię; kobieca - charakteryzująca się akceptacją tego świata w jego wymiarze ludzkim bardzo, o czym świadczy choćby naturalne podejście Clary do homoseksualizmu syna; naszą sympatię - czyli tego lewackiego sortu}] - developera - gdzie przebywa jego matka) wykluczyć już z pola widzenia tego świata. 
W rozmowie po filmie Tomasz Raczek jakoś tak z wielką atencją mówił o tym, jak w tej Brazylii dziedziczącej tradycje portugalskie, przebiega to delikatnie, że nikt w ciemnej uliczce Clary nie załatwił; a przede wszystkim, że tak jakoś spokojnie potrafią ze sobą niby negocjować, rzadko głos podnosząc. A ja przeciwnie - widziałem ciągle ten irytujący, przez marketingowców wyszkolony, grzeczny uśmiech na twarzy Diega, który właśnie podrzucił do sąsiedzkich mieszkań siedlisko termitów zabójczych dla domu  i Clary jednocześnie (mówiłem, że te dwa wątki to w sumie jeden), jako przejaw totalnego fałszu, którego w żaden sposób nie potrafię skojarzyć z wysoką kulturą europejską (idealizuję? pewnie trochę tak, ale o 'wysoką, przecież chodzi, a nie o tę, do której populiści się odwołują i która zapewne, co z definicji populizmu wynika, jest bardziej charakterystyczna dla naszego kraju i kontynentu i większości dotyczy) chyba że jej częścią jest, do dziś zbierająca obfite żniwo, hipokryzja kolonialna (do której to tradycji, jako źródła kultury wyrafinowanej, z lekkim przekąsem, ale bez cienia krytyki także Raczek się odwołał). Clara zawsze mówiła, co myśli - młody Diego właśnie rzadko. I to też mógłby być kolejny sposób postrzegania relacji pomiędzy tym, co odchodzi a przyszłością.
No i jeszcze taki lewicujący wątek, który chyba zbagatelizowany został podczas dyskusji, gdy podkreślano, jak to niezwykle mocno Clara ze swą służącą emocjonalnie związana była. Kwestia podziałów społecznych subtelna w filmie jest, ale jest. A że mniej zauważana? Przecież zwykle ją wypieramy, co nie znaczy, że znika...
"My ich wykorzystujemy, oni nas okradają, i taka jest kolej rzeczy" - to zdanie odzwierciedla linię podziału, uproszczoną, pomiędzy tymi, co mają i tymi, którzy służą. Linię przemocy mniej lub bardziej widocznej, mniej lub bardziej zracjonalizowanej. Główna antynomia dotyczy pieniędzy, co się przekłada na relacje Pani - służba (nawet ta najbardziej po ludzku traktowana), ale też dotyczy koloru skóry (wyraźny 'kulturalny' atak Diega na Clarę, w którym wyraża on szacunek dla ludzi o jej kolorze skóry, którzy zdobyli jej pozycję, bo przecież świadczy to o jej sile - rzadko ma się do czynienia z tak jawną i ukrytą jednocześnie próbą przywrócenia w relacji bezpośredniej stosunków kolonialnych właśnie, z tak brutalnym a jednocześnie sformułowanym w tonacji pełnej szacunku poniżeniem człowieka (kobiety? - czy to ma także znaczenie?), próbą poniżenia. Ale Clara, jako pracodawczyni (Pani) także niewolna jest od subtelnego acz jednoznacznie obecnego w jej postawie akcentowania relacji (np. gdy developerzy do niej przyszli, musiała sama im otworzyć drzwi, bo Ladjane gdzieś się zapodziała i nie omieszkała jednak zwrócić na to uwagę, nie przez pouczenie, bo 20 lat służby robi swoje, ale przejść nad tym do porządku dziennego nie potrafi). Wyprawa z bratankiem na urodziny służącej świadcząca o bliskich stosunkach między nimi pozwala scenarzyście zwrócić uwagę na granicę istniejącą pomiędzy dwoma światami - rurę wodociągową; a i śmierć syna Ladjane, która nie skończyła się jakimś wyrokiem na sprawcy wypadku, także jest sygnałem świadczącym o podziale tego świata. To w tle subtelnie (niczym ten taniec śmierci, o którym wcześniej), ale obecne jest. By tym bardziej uwypuklić symboliczny sens tytułu (tak, jak ja go) - oglądamy świat zamknięty w akwarium i trudno nam zobaczyć to, co za szkłem, choć zarysy, jak tak się mocniej przyjrzeć, są do zobaczenia. A dlaczego tak skłonni jesteśmy je bagatelizować? - bo wewnątrz jesteśmy.
To oczywiście tylko taka nomadyczna propozycja, bo wiele jest w tym filmie. I warto zanegować, to co powyżej, by jeszcze inaczej.