niedziela, 27 listopada 2016

I ten deszcz wciąż pada dzień po dniu

Kolejna rzecz Szekspira w tłumaczeniu Piotra Kamińskiego
„Wieczór Trzech Króli” i taka sobie weekendowa lektura.
Nadal, poza kilkoma stereotypowymi odpowiedziami, tytuł dla mnie niejasny, wieloznaczny. Ale nie analiza to przecież; poczytać można…
Komedia, a przecież kilka myśli istotnych, może nawet nazbyt nowoczesnych, w głowie się pojawia. Bo to znowu, tak jak w „Komedii omyłek”,przebieranka; czyli że nie wiemy, kto jest kim. Szczególnie widzowie, bo czytelnik to ma tekście napisane, natomiast widz niekoniecznie ma pełną świadomość, który z bliźniaków jest aktualnie na scenie. Bo razem, jak na komedię przystało, dopiero w finale. A i to też ciekawa rzecz jest…
Bliźniacy – Bóg dopuszczając ten fenomen pewnie już o komedii dumał i siebie jako widza wyobrażał. Bo to przecież i w świecie niby nieteatralnym co niemiara powikłań i nieporozumień. Szczególnie jeśli jeszcze miłość w grę zaczyna wchodzić. Bo jeżeli oni bądź one identyczni niemal, to czy serce zawsze tę właściwą naszą połówkę wskaże? A jeśli nie, to ileż później tłumaczeń… konfrontacja z tym fenomenem natury płodna jest w całą masę wniosków dotyczących tego, czy to wygląd czy też inne, by powiedzieć duchowe bardziej, czynniki decydują o naszym oglądzie rzeczywistości.
A gdy to brat i siostra tak bardzo są do siebie podobni? Gdy płeć różna?
Olivia zakochuje się we Wioli przebranej za mężczyznę.
Jakiż to gender… nic dziwnego, że w sztuce kpi się także z purytanów. Wprawdzie bardziej chodzi o ich niechęć do wszelkiej zabawy, która, jak wiadomo grzechem i od zbawienia oddala… ale przecież purytanie w czasach Szekspira (jeszcze nie tak mocni, jak kilkadziesiąt lat później, gdy teatry pozamykano z ich polecenia – ech, jak kocham wszelkich fanatyków, którzy prawomyślnością i zbawieniem innych przede wszystkim zaprzątają sobie głowę…jak dziś… jak dziś… a jeszcze bardziej, być może, jutro…) zarzucali, że w roli kobiet mężczyźni występują i gdy mamy do czynienia z taką nocą poślubną Romea i Julii, to dwaj młodzi chłopcy wyzywająco odgrywają tę scenę…nie dość, że noc poślubna, to jeszcze chłopcy…
A jak potraktować w „Wieczorze Trzech Króli” tę miłość od pierwszego, najpierwszego wejrzenia („Tak szybko można dżumą się zarazić?”) Oliwii do Cezaria (purytanie to pewnie już w ogóle dostawali zawrotu głowy w tych sztukach, w których młody chłopiec, grający dziewczynę, przebierał się w męskie ciuchy [a przecież powiedziano w piśmie: „Kobieta nie będzie nosiła ubioru mężczyzny ani mężczyzna ubioru kobiety; gdyż każdy, kto tak postępuje, obrzydły jest dla Pana, Boga swego” (Pwt.22.5)], by udawać faceta – kim on  w ogóle był… szczególnie, gdy padały ze sceny słowa obnażające to powikłanie, gdy postać zaczynała być postrzegana jako aktor grający daną postać, gdy przekraczana była konwencja fikcyjności, choćby wtedy, gdy Cezario [Wiola] na pytanie Oliwii, czy jest aktorem, odpowiada: „przysięgam, że nie jestem tym, kogo gram” [to są te momenty, gdy najbardziej utożsamiam się z bohaterami, choć akurat z płcią nie jestem na bakier] – lubił Szekspir tę grę w obnażanie gry) czyli Wioli (w „Zakochanym Szekspirze” taka sugestia, że to imię w tej sztuce to dlatego, że oblubienica pisarza w tym filmie imię takie)… pomyłka natury, którą według prawicowych specjalistów leczyć trzeba (pewnie powiedzą, że to literatura tylko, w rzeczywistości to niemożliwe jest; albo że Oliwia zaślepiona w żalu po utracie brata i dlatego te manowce… albo w ogóle problemu nie zauważą [jak Jacek Bolewski w swej chrześcijańskiej interpretacji szeregu przebieranek obecnych w tej sztuce oraz szybkiej, nazbyt szybkiej, odmiany uczuć Orsina zakochanego pierwotnie zabójczo w Oliwii a znajdującego pocieszenie w małżeństwie z Wiolą właśnie], bo przecież później się Oliwia żeni z Sebastianem, bliźniaczym bratem Wioli [nie zauważywszy oczywiście różnicy, można by powiedzieć za Ojcem Laurentym” „Miłość więc młodzieży/ W oczach jedynie, a nie w sercu leży?”, można by, gdyby nie to, że Oliwia chyba już starsza nieco…], więc nic się nie stało niby)…
Tradycyjny motyw przebieranek, który już od czasów Plauta był źródłem komicznych komplikacji na scenie, u Szekspira (świadomie czy nie, hę?) stał się punktem wyjścia do stawiania sobie pytań o naturę miłości homoseksualnej.
Skojarzyło mi się to z filmem „Carol” (r. T. Hayness), w którym młoda dziewczyna odkrywa w sobie fascynację erotyczną drugą kobietą…lata 50 w Stanach, gdzie purytanizm jak wiadomo większy niż nam się wydaje. Jak to ogarnąć? Dzieje się z nami coś, co jakby z innego świata, co tylko wobec przeciwnej płci…ale się dzieje… Dzisiaj to, niezależnie od zacietrzewienia niektórych środowisk, już nie problem, ale, jak się okazuje, jeszcze niedawno mogło to być bardzo tajemnicze doświadczenie egzystencjalne. Szekspir szczęśliwie mógł ominąć takie manowce wymyślając Sebastiana, który płynnie wszedł w rolę siostry. Co nie znaczy, że pytania nie pozostały…
No właśnie; drugi problem związany z tą sztuką, polega na tej płynności…  Sebastiana to przynajmniej można wpisać w konwencję miłości od pierwszego wejrzenia; ale Orsino?
Orsino (ja to się nawet utożsamiałem z tym egotycznym doświadczaniem miłości przez księcia, którego pragnienia jakoś trudno było zaspokoić i którego słowa skierowane do Miłości mógłbym powtórzyć: „w twoich objęciach rzecz wszelka,/ Jakkolwiek wzniosła, bezcenna i czysta,/ Wnet spada w cenie, kurczy się, marnieje”), który w ostatniej scenie momentalnie po doznanym zawodzie miłosnym przenosi swe uczucia (?) na zakochaną w nim Wiolę. Ona zakochana, więc na razie pytań o trwałość tych uczuć zadawać nie będzie, ale czy widz ma wierzyć, że to zakończenie dobre jest i że ten związek da szczęście Wioli?
Lubię sobie czasami szarżować interpretacyjnie, ale w książce już wspomnianej przeze mnie Jacka Bolewskiego („Objawienie Szekspira”) znalazłem coś chyba bardziej zadziwiającego niż moje - dodajmy: często traktowane przez mnie jako swoiste ćwiczenia mentalne a nie przedmiot głębokiej wiary - fantastyczne eksplikacje.  Bolecki mianowicie zestawia przebranie Wioli z Chrystusem, który przebrawszy się w człowieka cierpliwie czeka z objawieniem swej miłości aż taki Orsino, czyli każdy z nas, przejrzy i tę miłość zaakceptuje. I dlatego zakończenie tej sztuki w przekonaniu jezuity jest szczęśliwe, bo Orsino doświadczył pozytywnej przemiany; „rozwiera się przed nim – i przed nami – perspektywa prawdziwego „niebozstąpienia”(s.297)”.

To zupełnie tak jak Basieńka i Michał Wołodyjowski…

sobota, 5 listopada 2016

Miłość za abonament



O transwestytach było w "Hunky Dory" - tu filmowe centrum osadzone było w roli Tomasa Paisa. Inne oblicze Ameryki to "American Honey" A. Arnold. Zaczyna się w śmietnikach - Star z młodszym rodzeństwem (?) poszukuje jedzenia i oczywiście, bo to teraz temat obecny, sporo znajduje. Na parkingu supersamu obserwuje pełną radości i nieskrępowania zabawę swoich rówieśników z innego świata. Porzuca wszystko (och, jak to lubię, ale ona ma realne powody a nie jakieś moje rozkminy zblazowane) i do nich dołącza. Łatwo się domyślić, że widok z daleka jest tylko taki piękny. Andrea Arnold stosując często technikę filmu dokumentalnego, rozchwiane kadry spowodowane kręceniem z mocno niestabilnej kamery z ręki, częsty brak ostrości lub jej dostrajanie w trakcie ujęcia, kręcenie scen we wnętrzach samochodów, w których ledwie co można dostrzec, puszczenie w wielu scenach grupy młodych ludzi na żywioł pozwalając im improwizować, sprawia, że, choć konwencja ta już nieco jest ograna, to mamy poczucie sporej autentyczności.
 Star na pewno zyskała, choć miłość, której doświadcza w trakcie akcji filmu jest gorzka, żeby nie powiedzieć - cyniczna. Jest to jej czas inicjacji. Dla niej punktem odniesienia był śmietnik, chamski partner i odpowiedzialność za los dwójki młodszego rodzeństwa, do których swoją drogą stosunek prawdziwej matki jest wysoce zastanawiający. W ogóle z poczuciem odpowiedzialności w tym filmie jest krucho; jej brak staje się synonimem wolności, co doskonale rozumiem, lecz jednocześnie widzę w tym filmie konsekwencje takiej postawy: życiowy nomadyzm (!), brak stabilizacji, poddanie swego losu eksploatującej młodych ludzi szefowej (a może demonizuję, może ci młodzi ludzie po prostu potrafią cieszyć się życiem i zarabiają tak, jak to jest możliwe, a uzależnienie od Kristen (chyba tak ma na imię bohaterka przypominająca zresztą Kristen Stewart- i może dlatego tak zapamiętałem) jest traktowane jako zło konieczne, z którym trzeba sie pogodzić ale które nie przeszkadza dobrze się bawić w tej grze życiem zwanym? ). Można by na przykładzie tej grupy młodych ludzi, których wybryki obserwowane z dystansu, mogą wydawać się świadectwem niczym nieskrępowanej wolności i spontaniczności, opisać zespół czynników charakteryzujących tak naprawdę ucieczkę od niej w świat pozornych rytuałów i hedonizmu w porach, gdy jest na to przyzwolenie. Pokazać, jak można podporządkować sobie takich ludzi, skłonić ich do pracy, w której muszą oszukiwać i kłamać, pozwalając im robić rzeczy, których mieszczańskie społeczeństwo zabrania, sprawiając, że mają poczucie wolności. Jest kilka scen, które jakoś tak niezgodnie z mymi oczekiwaniami, co znowu może o mej skażonej mentalności świadczyć... gdy Star ucieka od swego przewrotnego kochanka i wsiada do eleganckiego samochodu z trzema kowbojami w mocno średnim wieku; cóż może się zdarzyć w pięknym domu z basenem, do której ją zawożą? co nastąpi, gdy już ją spoją mezcalem , który jakoś słabo na nią działa (ale też niewiele wiemy o jej przeszłości, domyślamy się na podstawie takich momentów, jak ten z pistoletem, gdy okazuje się, że lepiej zna się na broni niż jej fałszywy narzeczony)? no właśnie - nic z tych rzeczy... 
I mimo tej mojej krytyki, nie mam wątpliwości, że Star na tej, być może zapowiadającej więcej, ucieczce zyskała. To doświadczenie ją wzmocni. Niezależnie od tego, jak długo wytrzyma w grupie.
Film o innej Ameryce niż ta, którą przeważnie mamy w głowach (choć przecież tego też już sporo i tylko naiwni bardzo coś jeszcze może tak bardziej idealizując). Ale też film pokazujący, jak mylące może być spojrzenie na niby uwolnioną od mieszczańskich konwencji młodzież - smutna mimo wszystko to konstatacja, że prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto ich zaprzęgnie do codziennego kieratu pozostawiając złudzenie wolności. 
Star - zawsze się zastanawiam, od czego to zależy, że niektórzy ludzie w jej położeniu idą na dno a inni, mimo naiwności i braku doświadczeń, mimo tego że ich widzenie świata dotychczasowe bardzo prowincjonalne i młodość jeszcze dodatkowo naznacza je naiwnością często żałosną, okazują się mieć w sobie jakiś wewnętrzny kompas, który nie pozwala im się zapaść...bo wierzę, że Star da radę. Tak odczytuję ostatnią scenę.

sobota, 29 października 2016

Drag queen jako metafora uwięzienia w bycie

Pierwszy dzień i dwa filmy: "Hunky Dory" (Michael Curtis Johnson) i "American Honey" (Andrea Arnold) - dwie bardzo różne ale niezwykłe historie, które sprawiły, że od razu poczułem sensowność mej jesiennej eskapady do Wrocławia na American FF, na którym pierwszy raz. 
Oglądając film Curtisa, cały czas odczuwałem, z jak innego świata, i fizycznie i mentalnie, pochodzę. Sidney jest drag queen (temat powraca, ale znowu, jak w wypadku "Vivy", film atrakcyjny i niebanalny), ale ma syna, przed którym swą profesję ukrywa, mówiąc, że jest muzykiem rockowym. 
Kilka dni, bodajże cztery, podczas których 'skazany' jest na opiekę nad dzieckiem (ale wygląda na to, że to będzie na stałe), bo jego Była zniknęła. Kilka dni i szereg sytucji, w których dramat przeplata się z humorem i nutką sentymentu. Półtoragodzinna lekcja z normalności i tolerancji. No właśnie - już to zestawienie: normalność i tolerancja powinno dawać do myślenia. Bo skoro przychodzi mi mi do głowy myślątko o potrzebie tolerancji, to znaczy, że nie traktuję jakiegoś tam zjawiska jako normalnego. Bo przecież nie pomyślę o tolerancji, gdy zobaczę na ulicy chłopaka i dziewczynę trzymających się za ręce...nawet w takim kontekście tolerancja może być niejednoczna.
Sidney nie kryje się ze swym transwestytyzmem. Nie musi chyba (oglądając film zastanawiałem się, czy reżyser idealizuje rzeczywistość, bo jakoś dalekie to od naszych, co świadczy o mentalności wepchniętej do ciasnej szuflady nam przez kogoś - i chyba się domyślamy przez kogo). Kilka zabawnych momentów w związku z tym, np. gdy nauczycielka pyta przed szkołą syna, czy to jego ojciec... i ona tak lekko zdziwiona a nie głęboko zszokowana - jakoś nawet nie chce mi się wyobrażać sensacji, jaką by wywołał przed polską szkołą ( no i zdaję sobie sprawę, że Stany duże i zróżnicowane i że Tramp prawie wygrywa [daleko nie szukając - tu na festiwalu obejrzałem film "Loving", w którym opowiedziana została historia mieszanego małżeństwa z Wirginii, które wiele lat musiało walczyć o prawo do swego związku zwartego w innym stanie w 59 roku i choć to dawno było, jednak jest znaczące] i że to takie miejsce być może jedyne, jeśli w ogóle, ale nawet gdyby nie bardzo realne, to pragnienie takiej normalności z jednoczesnym poczuciem, że u nas nie za mojego życia taka mentalność - i dzięki Bogu, rzeknie pewnie wielu, a ja odpowiem: nie Bogu, nie Bogu faryzeusze) a chłopiec całkiem zwyczajnie potwierdza, bo on ojca jedynie za lekkiego dziwaka uważa (mocna strona filmu ta relacja pomiędzy ojcem i synem w tej dysfunkcyjnej rodzinie, która niestereotypowo ukazana, co irytację pewnie, jeśli w ogóle ten film zobaczą, u niektórych ortodoksyjnych wyznawców świętości tej tradycyjnej; bo tam prawdziwa miłość i wielu synów pozazdrościć by mogło takiego ojca). Tylko że dla tego dziwaka, który w coraz większym kryzysie, to ta nasza normalność jakimś dziwactwem jest i ja im bliżej końca i bardziej sumująco na swoje bycie Tu patrzę, jestem w stanie się z nim zgodzić.
Inna sytuacja: pijany Sidney w swym wyzywającym stroju wchodzi w ciemną uliczkę, gdzie potrąca go dwóch młodych chłopaków; dochodzi do coraz gwałtowniejszej wymiany zdań opatrzonej co bardziej obrazowymi epitetami - i już w głowie nam się pojawia myślątko: "no to dostanie wpierdol"- stereotyp wynikający z naszych przyzwyczajeń (bardziej pewnie z filmów niż z życia, bo my na ulicy takich sytuacji nie bardzo, ale gdyby, to pewnie tak), a tu niespodzianka: chłopacy są nawet skłonni pomóc Sidneyowi, którego ciało dzięki sile grawitacji  w całości przywitało się z glebą. Taki to normalny świat, inny niż to, co nam w głowach siedzi. Czy całe Los Angeles jest takie?
No i na pewno przeciwnicy rodzin gejowskich wychowujących dzieci znaleźliby w tym filmie pożywkę dla swych argumentów. Sidney zostawia na kilka godzin syna pod opieką swego umierającego (chyba AIDS?) przyjaciela. Gdy wraca, okazuje się, że  syn znalazł świetnego partnera do zabawy i nawet sobie paznokcie pomalował...no właśnie...Sidney pijany, zaraz po powyższej sprzeczce, wkurzony: "chcesz mu namieszać w głowie? Lepiej żebyś umarł!". Taki przejaw niezgody na własny sposób bycia w świecie? Pewnie tak troszkę, bo jakoś pewnie i jego narastający kryzys z tym jest związany. Ciągle ma poczucie, że jest kimś innym, niż chciałby być. Że gra nieustannie (tu mi się bardzo bliski zrobił: to moje ciągłe bycie belfrem, z poczuciem niedouczenia, że to nie moja bajka, te poranki w tramwaju, gdy w głowie świadomość, ze zaraz wejście na scenę z jakiegoś koszmarnego snu niczym w "Tam, gdzie rosną poziomki"... ta świadomość, że widzą we mnie kogoś mądrzejszego, niż jestem...oj, chyba hybris przemawiać przeze mnie zaczęła...stop...). I o różne rzeczy pewnie mu chodzi...nie tylko to oczywiste, ale jakże wymowne, eksponowanie swej kobiecości w męskim ciele. Udaje przed synem. Udaje przed sobą, że jeszcze coś z tym swoim życiem zrobi (i znowu coś bliskiego, ale nie idźmy już drogą tych intymnych skojarzeń). 
Na scenie udaje, że śpiewa...(swoją drogą zawsze fascynował mnie fenomen tego rodzaju pokazów, że ludzie zachwycać się tym potrafią; ale może ma to sens, może to taka metafora nośna bytu naszego, w którym tylko nam się wydaje, że autentyczni jesteśmy, a tak naprawdę to poruszamy tylko ustami tak, by do utworu puszczanego z kompa pasowało... podczas pokazu, który ma miejsce, gdy bohater w najgłębszym momencie swego kryzysu jest, odkleja się on tak od podkładu, że nie sposób tego nie zauważyć, że trzeba być bardzo wiernym widzem, tym w barze, by się nie zniecierpliwić - więc, kontynuując metaforę, można uznać, iż jest to moment pozwalający uświadomić sobie istotę własnego bytu; istotę, która może być postrzegana jako fałsz bądź niedopasowanie, wypadnięcie z koleiny - czyli najwartościowszy moment w życiu; jak widać drag queen na scenie podczas tego dziwacznego performancu jawi się jako niezwykle nośna metafora bytu uwięzionego w kokonie wcześniej napisanej dla niego roli; metafora dająca jednak nadzieję na możlwość jakiejś tam niezależności - ale takiej, która przez innych może być postrzegana jako dysonans, oderwanie od podkładu oryginalnego, być może postrzeganego jako idealny; bo przecież persona to nie my...no i Bergmanem znowu, ech...)
Istotną wartością tego filmu jest kreacja aktorska Tomasa Paisa. Nie jest on tanswestytą w życiu, w co trudno uwierzyć przyglądając mu się na ekranie. Ale nie tylko o ten rodzaj wiarygodności chodzi. Chodzi konsekwentne poruszanie się po ścieżce wrażliwości i subtelności. Pais nie szarżuje, nie melodramatyzuje, nie przesadza z komizmem...poczucie miary - o które przy tego rodzaju zadaniu nie jest przecież łatwo. Zagrał transwestytę, który nie czyni z tego stanu czegoś nienormalnego, przy jednoczesnym poczuciu, że postrzegany jest jako dziwak...jak każdy inny dziwak...niczym ktoś nazbyt głośno mówiący w tramwaju w języku Majów. A wstyd, powodujący, że nie chce powiedzieć synowi, czym się zajmuje, bardziej spowodowany jest tym, że ma poczucie, że dzieciak widzi w nim kogoś niezwykłego, a on ma poczucie niskiej rangi swego, nazwijmy to tak, zawodu; mimo że lubi robić to, co robi.
No i w ten sposób opisałem grę aktora, którego nie widziałem w innej roli ( to tak a propos poprzedniego wpisu). No właśnie - nie można opisać gry oderwanej od granej postaci. Taki fenomen w przyrodzie raczej nie istnieje. Gra sama w sobie - to mógłby może Sokrates, lecz na szczęście Platon, nie zarejestrował dialogu swego mistrza z krytykiem teatralnym. Z którymś z sędziów oceniających agon.
A o Andrei Arnold kiedy indziej...bo warto.
Być może...

poniedziałek, 10 października 2016

Autotelicznie o aktorze

Krótkie spotkanie na temat recenzji, podczas którego musiałem ponownie sam sobie i zdecydowanie przypomnieć,że nie po to ten blog, by recenzje właśnie. Że z założenia złą rzecz, czy bardzo (?), robię, bo przedmiot opisu, film najczęściej, pretekstem jest tylko, wehikułem, by ambitnie do Grotowskiego, bez związku nawet być może, ale celowo właśnie, dla pisania, które chciałem kiedyś, by bohaterem głównym, ale wiem, że czasami, a może i często za poprawnie mi to wszystko.
Nawet streszczenia potrafią się pojawić i to takie, jak pan Bóg przykazał (no może trochę przesadziłem) i wtedy dziwnie jakoś. Zdecydowanie bardziej wolę, gdy mój syn, jak mu się to kiedyś zdarzyło, ma wątpliwości, czy trzeźwy byłem pisząc, a byłem, bo najczęściej tak. Bo jak normalnie, to gazetę kupić se można...a w zasadzie to w internecie. Więc pisanie; a by pisać musi być coś, o czym, ale nie ono w centrum. Jak w życiu - treści być muszą , ale ono samo w sobie jest istotą, być powinno...
a to festiwal krytyków sztuki filmowej jest Kamera Akcja
więc wydawałoby się, że ja tu nie ten
Ale podczas spotkania z Nieradkiewicz i Maciejewskim, które dotyczyć miało pisania na temat aktorstwa, bo jak sam prowadzący, ambitnie rozpoczynając, stwierdził, że to biała plama, kilka powtarzających się epitetów, że gra dojrzała albo przerysowana itd., więc jak to ugryźć, jak o tym pisać i stwierdził jeszcze, że improwizować będą, co miało miejsce, bo niewiele na temat pisania o sztuce aktorskiej było, choć sympatycznie, bo prowadzący pewnie, tak jak ja w tym pisaniu, po prostu lubi bycie w takich spotkaniach, a temat, to pretekst tylko i trudno, bym miał mu za złe, skoro dokładnie w tym momencie robię to samo z pisaniem; no i podczas tego spotkania usłyszałem, co mnie zbudowało bardzo i załagodziło kompleksy, bo często, czytając recenzje, doświadczam dyskomfortu, bo nie rozumiem, no właśnie - Maciejewski i Nieradkiewicz tak samo mają.
Mógłbym po tym spotkaniu mieć poczucie, że na moje pisanie pisaniem jest pełne przyzwolenie, bo akademickość i schematyzm skrytykowane zostały a emocjonalność i subiektywizm pochwalone...ale nie sądzę, by mówiącym chodziło o takie emocjonalne i skojarzeniowe jak moje, gdy przy końcu zdania zapominamy o jego początku. Takie jak moje pewnie też nie, bo po co...
A z aktorstwem i z pisaniem o nim to np.taki pierwszy z brzegu, sprzed chwili,  problem: czy można ocenić grę w filmie na podstawie jednej roli, gdy jeszcze dodatkowo nie wiemy, jaki aktor jest w życiu? Np. Benjamin Dickinson z filmu "Creative Control" obejrzany tu w Łodzi? Czy ta wiedza jest nam potrzebna? Czy to ważne, w jak dużym stopniu aktor obdarza postać swą osobowością? Gdy mamy więcej filmów, to wideo esej jest świetną formą służącą zestawieniu tych samych gestów, reakcji, mimiki, charakterystycznych spojrzeń. Ale przecież wcale byśmy, chyba, nie chcieli, by Al Pacino nagle zaczął inaczej chodzić i inaczej się wkurzać czy by Travolta pozbył się swego lekko tanecznego kroku, który mu pozostał z czasów, których już nikt nie pamięta.  A jednocześnie podziwiamy Nicol Kidman, która  potrafi, także dzięki charakteryzacji, ale ona przecież jest jak najbardziej jednym z aktorskich narzędzi, by nie powiedzieć środków wyrazu, przekonująco zagrać osoby z bardzo różnych bajek. Doskonałym filmem, który można by potraktować z aktorskiej perspektywy jest "Ostatnia rodzina", w której mamy zupełnie różne w sumie cztery kreacje mogące być punktem wyjścia do jakiejś próby opisania tego fenomenu, o którym można i można i szkoda, że tak niewiele tego było podczas spotkania z Maciejewskim (a było sporo o przeprowadzaniu wywiadów, że one takie przewidywalne i schematyczne a ja sobie w tym roku oglądałem na youtubie spotkania prowadzone przez tegoż podczas festiwalu w Gdyni i tam za każdym razem te same pytania padają...). A skoro o filmie o Beksińskich wspomniałem, to należę do tych, którzy nie zostali przekonani przez Ogrodnika, którego nota bene poza tym bardzo; bo jednak, jak dla mnie popis to był, ale w tym złym znaczeniu.
I tyle - tym razem bez pretekstu w postaci przedmiotu filmem lub powieścią zwanym. Czyli można....

niedziela, 9 października 2016

Poranek z Sokurowem


Niektórzy jeżdżą na festiwale, aby nadrobić zaległości,zobaczyć coś,co przemknęło i nie zdążyli bądź coś. A ja czasami, szczególnie, gdy mocno na bieżąco jestem, co niełatwe, oj niełatwe, po raz drugi oglądam, przeważnie filmy, które wcześniej też podczas festiwalu jakiegoś i trudniejsze było i zmęczenie, bądź oczywiste braki intelektu dyskomfort pogubienia sensów pozostawiły. Przeważnie po wyjściu z kina: mam mieszane uczucia - mówię, by usprawiedliwić swą głupotę albo, by łagodniej to ująć, zmęczenie. Dobrze jeżeli później jakiś zacny krytyk oceni tę rzecz jako egotystyczne zadufanie, pogubienie twórcy lub w najskrajniejszym przypadku - grafomanię lub kabotyństwo. Jakoś tak wtedy wewnętrznie usprawiedliwiony się czuję; gorzej gdy, a często i tak się zdarza, film okrzyknięty zostaje jako wybitne dokonanie. W obydwu wypadkach mam potrzebę jednak, by jeszcze raz, by nie pozostać na pastwie pierwszego wrażenia. Daję szansę- nie filmowi a sobie. I tak jest z "Francofonią" Sokurowa, tym bardziej, że w jego wypadku obydwie oceny się pojawiły, co tym bardziej zachęca do powtórnego...i fajnie, że z rana na Festiwalu Kamera Akcja...
Krytycy kradną - takie hasło przyświeca cyklowi spotkań dotyczących video-esejów. I z punktu widzenia prawa autorskiego sprawa jest oczywista: tworzenie, bo często jest to działanie, które rodzi podejrzenie o artyzm, własnych krytycznych wypowiedzi na tematy filmowe, polegające na bezkompromisowym wykorzystaniu fragmencików filmów innych twórców, jest sprzeczne z prawem. Ale przecież od dawien dawna mamy do czynienia z filmami dokumentalnymi, które wykorzystują, często wyłącznie, materiały dokumentalne. Z punktu widzenia prawa sytuacja inna, bo uzgadniają, jeśli to możliwe, swe działania z autorami, ale z punktu widzenia metody twórczej jest to to samo. I takim filmowym (nie - video, bo zdjęcia inna jakość i to też wartość istotna) esejem jest "Francofonia" Sokurowa (o którym już tu kiedyś i pewnie jeszcze).
 Esejem, który warto było po raz drugi, bo bardziej i uważniej. Ja to bym częściej chciał nawet, by powstawały takie (jedna z moich bardzo młodych znajomych ma tak radykalne podejście do dokumentów, że w ogóle ich nie nazywa filmami - tak, tak, nieopierzone to jeszcze mocno - ciekawe, co by powiedziała na taką formułę, którą przecież wykładem by można było nazwać też... ale to film, bezsprzecznie film jednocześnie, ale w oczywiste i banalne przecież rozważania teoretyczne nie popłynę sobie, boć to mielizny przecie). 
Niemcy wkraczają do Paryża i troska cała o Luwr - o tym jest ta opowieść. Jaujard i Metterlich, teoretycznie wrogowie, dyrektor Luwru i niemiecki szef od dzieł sztuki na terenach okupowanych (nie pamiętam, jak się ta instytucja zwała) bez problemu się dogadują mając na względzie przede wszystkim los dzieł sztuki. Ale nazwałem to esejem więc i inne wątki: historia Luwru od czasów najazdów Wikingów, los ziem i muzeów na bolszewickim wschodzie ( nie darował sobie Sokurow opowieści o ludożerstwie w oblężonym Leningradzie, ale i o Ermitażu, bo to przecież taki mały Luwr a i "Rosyjska arka" tegoż i jak to w tymże w obecności gołych ram, po Leonardzie na przykład, opatrywano żołnierzy), o rabowaniu dzieł, które tenże Luwr zapełniły (jak skompletowano zbiory w Ermitażu nie wspomniał), co oczywiście w nieco innym kontekście stawia hitlerowców, którzy w takim ujęciu to tacy sami jak spacerujący po Luwrze (bo takie fabularyzowane chwyty w tym filmie, nawet bezpośrednia rozmowa reżysera z bohaterami) Napoleon, którego podboje spowodowały, że Francuzi mają u siebie spuściznę kulturalną świata całego, co tak podziwiał Wokulski, i, jak na esej przystało, z obecnością na ekranie samego autora mamy do czynienia.  No i ,niczym na różnych żartobliwych filmikach youtubowych, nawet na dokumentalnych kronikach obdarzony głosem Hitler został. Forma ta pozwala także na wmontowanie metaforycznej sekwencji pojawiającej się regularnie na ekranie: barki zapełnionej kontenerami z dziełami sztuki płynącej na wzburzonym morzu - i nie wiadomo, czy znalazły się one w tej dramatycznej sytuacji, bo ktoś je chce uchronić przed skutkami działań wojennych, czy też rabunek to pospolity przez zdobywców uprawopomocniony. 
Miłoszem podsumować by można: tylko żal porcelany....
Sokurow stara się bardzo, byśmy nie byli też w jego filmach obojętni na warstwę wizualną - i udaje mu się i tym razem świetnie.
I choć mi taki zwykły prawie, o zgrozo, recenzją zalatujący, wpisik wyszedł, to był dobry poranek.

sobota, 8 października 2016

Pocałuj mnie w Łodzi

W Łodzi raz byłem, 30 lat temu... dawno i nic, jedyne to, że wracałem zatłoczonym pociągiem i gdzieś w łączniku między wagonami noc całą. Tak się kiedyś...
A z Warszawy to nawet nacechowana i wprowadzająca w klimat trasa jest. Najpierw Skierniewice i za Wokulskim wodziłem wyobrażonym, ale jakoś współcześnie na tym dworcu bardzo i tylko siła mej wyobraźni i pragnienie, żeby coś, spowodowały, że w kolejarzu przez moment Wysocki mi się wyłonił (swoją drogą to dzisiaj do Krakowa ze stolicy to chyba inną trasą, bo przesiąść się musiałem). A zaraz potem Lipce Reymontowskie... Niby nic, genius loci to dla mnie mit, a już w ogóle zagospodarowanie przestrzeni przez artystów a w szczególności pisarzy to przecież już zupełnie bez znaczenia, bo przecież od początku do końca fikcja... Bronowice to rozumiem, tam przynajmniej coś się zdarzyło, ale czy w molekułach tamtejszego powietrza pozostały duchowe oddźwięki zabawy weselnej Rydla? nie mówiąc już o oparach myśli Wyspiańskiego, który noc całą we framudze, w której i ja kiedyś postałem chwilę, by po raz kolejny się przekonać, że wszystko to w naszych głowach tylko. I że to tam świat cały...póki my żyjemy...
A Łódź to przecież "Ziemia obiecana"...
Taka to droga na festiwal kolejny, tak tak, nałóg przyjemny, ucieczka, świadectwo nieradzenia sobie, gdy sam w tej mojej nie tylko mieszkalnej przestrzeni, 
Festiwal Kamera Akcja...
Warto się przyjrzeć, jak festiwale się rozkręcają, choć to już 7 edycja.
I po panelach i video-esejach na film pora przyszła.
I uczucia mieszane, bo taki zwykły "Pocałuj mnie"...
Chyba po raz pierwszy, a mogło przecież już dawno do głowy przyjść, że LGBT, bo to o miłości dziewuch jest, przyszło mi do głowy, że te historie, których już dużo i dobrych często, to także komedie romantyczne być mogą. 
Taka historia
Na przyjęciu zaręczynowym pary już dojrzałej mocno poznają sie córki przyszłych małżonków. A żeby konflikt jakiś się pojawił to niezbyt pomysłowy scenarzysta wymyślił, że jedna z nich podczas tego przyjęcia ogłosiła też swoje zaręczyny...z facetem oczywiście. No i wiadomo, co dalej...prawie...ale to prawie nie robi różnicy.
Bo gdyby nie chodziło o związek homoseksualny, to już banał zupełny by się zrobił. A odkrywanie przez Miję swych prawdziwych preferencji zostało w filmie wygrane już zdecydowanie bardziej subtelnie. Ona się broni, ale to ona zaczęła, jej był pierwszy spontaniczny, niemal tytułowy, pierwszy pocałunek.
ale ciągle miałem w głowie pytanko, czy gdyby nie o dziewczyny chodziło, to przecież zwyczajne
Ojciec (aktor Wallandera grał w szwedzkim serialu, więc jakoś go lubiłem) niby nie chce przyjąć do wiadomości, ale jakoś szybko bardzo stwierdza, że szczęście córki istotniejsze. Twórcy chcą zdramatyzować - pierwsza scena to namiętna scena łóżkowa Mii i Tima, żeby nie było, że ona z facetami na bakier, żebyśmy za szybko nie zaczęli podejrzewać; i podczas przyjęcia początkowego ona scenkę (bo nie scenę przecież) przyszłemu mężowi robi, że flirtuje z Fridą - a ona przecież, ale jeszcze o tym nie wiemy i ona też jeszcze nie wie (i na takich niuansach można by może taką opowieść wygrać, ale szybko jasne staje się wszystko) już o właśnie poznaną Fridę zazdrosna. 
jest kilka opowieści w tym filmie, które nie zostały niestety opowiedziane
zostały opowiedziane przez innych, ale film nie gra na kontrze, nie dyskutuje
Jeden banalny tekst, który mi się spodobał, ale jakoś tam dla mnie ważny:
one dwie same jakiś weekend tylko One, a ślub Mii się zbliża wielkimi krokami, bo to ta komedioworomantyczna podstawowa przeszkoda i Mija proponuje Fridzie ucieczkę gdzieś na południe, bo to w Szwecji wszystko, do Hiszpanii;  Frida prowokacyjnie: A tu i teraz nie można, to za realne, za mało romantyczne? Tak to często pokątne romanse przenosimy w przestrzeń marzenia z góry podważając ich realność. Są wręcz pewnie dla wielu takim oderwaniem się od realnej rzeczywistości i tylko taką funkcję pełnią. I smutne to bardzo ( wyjątkowo w tym wypadku nie mam sobie nic do zarzucenia - dość szybko dekonstruuję swoje i nie tylko iluzje i pozwalam rządzić mechanizmom świata, w którym zanurzeni jesteśmy). 
Ciekawe, kiedy już opowieści o miłości homoseksualnej zacznie się oglądać jak każdą historię miłosną po prostu...i się okaże, że zainteresowanie wielu z nich bierze się z tego, że to kobieta z kobietą czy mężczyzna z mężczyzną i że gdy nie będzie już to budziło sensacji, to okaże się, że komedia romantyczna tylko i trzeba się wysilić, by na festiwalu takim ciut ambitniejszym się pojawił.
A scenariusz to napisany jak dramat, bo istota w dialogach - sceny erotyczne banalne i dzisiaj to już poprzeczka wysoko.
Taki ten dzionek w Łodzi. Video-esej, podczas ich oglądania kilka myślątek mi do głowy i to na pewno procentować
i Piotrkowska w nocnym deszczu
i to pisanie teraz w 'Żarty żartami'

środa, 28 września 2016

Zasypani w egzystencji

Kiedyś to była bardzo znana książka; nie wiem, jak dziś.
Kobo Abe „Kobieta z wydm”
Pamiętam jej klarowność, prostotę i to wyzwanie interpretacyjne, które każde tego typu dzieło ze sobą niesie.
Dziś powróciły te różne myśli, bo film po raz pierwszy sobie obejrzałem i pod dużym wrażeniem jestem (r. Hiroshi Teshighara; rok 1964 – to był jakiś niezwykły rok dla kina japońskiego, w tym samym czasie powstały: Rudobrody [o którym chciałem kiedyś coś, bo duży sentyment mam], Kobieta diabeł [jeden z lepszych filmów oglądanych przeze mnie w tym roku w Zwierzyńcu]).
Bohater, naukowiec badający pustynne owady i robale, podstępnie ściągnięty  jest do wielkiego dołu, w którym mieszka tytułowa kobieta dzień w dzień walcząca z piaskiem zasypującym jej domostwo. Taki jest punkt wyjścia; Kafkowski jak najbardziej – tyle że zakończenie już raczej z autorem „Procesu” nie ma wiele wspólnego.
tu o psychologii by można, o estetyce niezwykłej i metaforze o egzystencjalnym smaczku
Film czarno-biały, więc już jakoś mi bliski; miejsce, czyli pustynia   z nieustannym piaskiem (który wszędzie, który w zasadzie głównym bohaterem jest tego filmu, który także w wymiarze metafory niezwykle pojemny, bo to i czas, i świat cały, i podstawowy mechanizm motywujący i który wyzwaniem jest, co życie wraz z całym jego sensem zawiera przecież, piasek jako siła fatalna, ale tak bardziej w znaczeniu greckim, więc nie tylko złe, po prostu wszystko, co nam się – tak, Abe Kobo, a za nią reżyser, dostrzegli w piasku moc znaczeń) w ruchu i życiem znikomym, ale jednak; i co bardzo ważne, co różni ten film od innych japońskich tego czasu w moim mniemaniu – niezwykle wstrzemięźliwa gra aktorów (w filmach Kurosawy, tych samurajskich przede wszystkim, ekspresja jest niezwykle wyrazista przecież i trochę trzeba się do tej specyficznej estetyki przyzwyczaić, bo ona nam się jakaś taka nienaturalna wydaje), którzy, szczególnie entomolog (ichtiolog z „Rysopisu” Skolimowskiego na zasadzie przypadkowej asocjacji mi do głowy, ale to ten sam rok 1964 [że przypomnę jeszcze: „8 i ½” z 1963 no i „Czerwona pustynia”, która tytułem nawet mi tu pasuje…oj tak - niezwykły rok), przecież w sytuacji traumatycznej się znaleźli; grali bardzo naturalnie, co bardzo lubię w dziełach, które jednocześnie prowokują do uogólnień i konstruowania metafor czy też paraboli,  jak to się mówi, losu ludzkiego.
Egzystencjalny i psychologiczny motyw dość znany i często się: człowiek zaangażowany w jakieś tam codzienne sprawy, w tym wypadku poszukujący różnych żyjątek na pustyni, by znaleźć to wyjątkowe, którego jeszcze nikt, bo to mu sławę i w ogóle tego robaczka swoim imieniem by, ambitny taki i zaaferowany spędzić postanowił weekend na pustyni zostawiwszy, jak podkreśla otwarte książki na biurku i książeczkę czekową, czyli można by powiedzieć, że on nie cały w tej przestrzeni przebywa, że część jego w domu, w Tokio i nagle on wyrwany jest – ładnie to się zaczyna, gdy my wiemy przecież, jak to dalej z nim, i jak on tę pierwszą noc, taki dobry i pomóc chce, bo kobieta codziennie musi walczyć z tym obsypującym piaskiem, bo jak nie, to zasypie dom, a jak zasypie jej dom, to później następne, dlatego to cały syndykat jest walczący z żywiołem, ale nie wszyscy tak uwięzieni, więc, ponieważ ona sama jednak ciężko, więc, jak bohater szukał noclegu, to go do tej kobiety, no i jak on w nocy pomóc chce, to ona mówi: „nie, pierwszej nocy jeszcze nie”, co śmiesznym mu się wydaje i można by tu Józefa K. z jego reakcją na aresztowanie przywołać, i my wiemy, ale jego reakcji się przyglądamy troszkę z pobłażaniem, troszkę ze współczuciem, a my przecież w takiej samej sytuacji – no więc, ten motyw związany z wyrwaniem bohatera z jego naturalnego środowiska czy z jakiejś oczywistej sytuacji, jak ja to mówię - z kolein - już tak oczywistych, że całym światem być się stają, że już nic innego trudno sobie; no więc bohater wrzucony w inny kosmos, z którego oczywiście uciec i bunt, niezgoda i załamanie, gdy powoli dochodzi, że to nie tylko weekend, nie kilka dni, że to życie całe już być może, że tamtego koniec…
Gdy już tak mocno okopiemy (metaforyka jakaś asocjacje przywołująca) się życiu, to wydaje nam się, że już tak zawsze będzie. I nawet, gdy codzienny rytm męczy (w tym filmie tak nie jest, nie wiemy wiele, o tym, co wcześniej, to że chce uciec, nie musi być związane z tym, że tam jakoś cudnie, on przecież chce uniknąć, jak mu się wydaje, koszmaru, to nie ot, taka prosta modyfikacja życia, to jest zmiana kosmosu), to jakoś trudno nam sobie wyobrazić, że można by inaczej. A nawet, gdy sobie wyobrazimy, to brak odwagi. No tak, ale ja tu, kierowany osobistymi pragnieniami, piszę o sytuacji człowieka, który chciałby zmienić, nawet bardzo radyklanie, ale brakuje mu odwagi, a w tym filmie mamy do czynienia z człowiekiem, który raczej za żadną zmianą nie tęskni.
Okazuje się, że można.
O tym jest ta opowieść. Jak stopniowo, gdy dociera do człowieka konieczność, to dostosowuje się (i to przecież inaczej niż w „Procesie”, ale i u Becketta, z którym ta opowieść kojarzyć się przecież powinna – Teshighara optymistą wydaje się być, bo to chyba nie jest krytyczna ocena kondycji ludzkiej).
Ale to nie tak od razu oczywiście.
Zaczyna się on protestu totalnego, związania kobiety i oczekiwania aż go uwolnią. Reakcji po drugiej stronie żadnej, piasek się sypie, słońce grzeje, wody brakuje. Można powiedzieć ‘nie’, odmówić udziału – zacytuję Camusa: „Jest tylko jeden problem prawdziwie filozoficzny: samobójstwo. Orzec, czy życie jest, czy nie jest warte trudu, by je przeżyć, to odpowiedzieć na fundamentalne pytanie filozofii”… bohater opowiada się za życiem (poddaje się? bo  tak to wygląda oczywiście, ale tu paradoks właśnie, a jak to na życie przeniesiemy, to co? nasze życie, pogodzenie się z uwarunkowaniami bycia to porażka? no przecież nie, ale przecież pogodzenie się z koniecznością?), zabierają się z kobietą do codziennego wynoszenia piasku, postrzeganego przez niego jako czynność bezsensowna, absurdalna i trudno mu się pogodzić, by tak codziennie i już zawsze (tak, tak Camus nie był tu przypadkiem), nie przestaje myśleć o ucieczce, lecz by uciec, to przecież żyć musi.
I takich momentów i scen ważnych to kilka, symbolicznie czytanych…
Ucieczka na przykład: gdy okazuje się, że poza tą dziurą w której siedzi, to labirynt, ciemność i śmierć go czeka. Dopiero na końcu, gdy już swobodnie mógł wyjść (drabinkę zostawiono przez przypadek czy celowo? by sprawdzić? a może już pewność mieli, że on ich?), to bez problemu nad morze trafił i ze spokojem tej przecież zupełnie innej przestrzeni się przyglądał. I wrócił. Bo kobieta w ciąży, bo on tam to swoje odkrycie, dzięki któremu woda na pustyni i on, naukowiec przecież, coś praktycznego; coś , co tej społeczności dać może wytchnienie jakieś.. ) ale czy badanie robaczków, to takie złe?).
I to, jak się stopniowo zmieniają jego relacje z kobietą przecież ważne. Ona przecież w podobnej sytuacji, tyle że pogodzona i u siebie i męża i dzieci w tym miejscu już straciła i ona wie, że tylko przymus może mężczyznę jakiegoś, więc choć nie ona decyduje, to przecież widać, że jej dobrze i na wszystko by się zgodziła, by on był; boi się strasznie, że może znowu obudzić się sama i przecież niekoniecznie o pomoc fizyczną  jej chodzi, widać jak bardzo zmysłowa jest, jak pragnie. Nie jest ładna, ale on coraz bliżej, nie tylko seks, ale przecież i martwi się, że za dużo pracuje i jest taki moment, że gdybyśmy nie pamiętali, że to w tej dziurze, to można by pomyśleć, normalna para w normalnym świecie normalne rzeczy robi jak to w domu po pracy.
Bo jeżeli mamy o metaforze, to właśnie ta normalność jest chyba najważniejsza.
Że my w tej swojej normalności tak jak oni w tej kruchej chałupie codziennie systematycznie zasypywani piaskiem, z którym żmudna i bezsensowna wydawałoby się walka codzienna.


Kobo Abe Kobieta z wydm (r. H. Teshighara, Japonia 1964)

piątek, 23 września 2016

O empatii w życiu i w kinie


 Na początku,  przez nawet ponad 20 min. byłem na 'nie'. Nie byłem nastawiony na polskiego snuja, którego akcja rozgrywa się w środowisku fryzjerskim i jeszcze dodatkowo dość długo nie wiadomo, dlaczego według reżysera, Grzegorza Zaricznego, historia dwóch dziewczyn, w dodatku fabularna a nie dokumentalna, choć konwencja jest na wskroś werystyczna, ma mnie zainteresować. Dokumentalna forma, a więc narracja nastawiona przede wszystkim na obserwację, zresztą kojarzącą się z klasycznymi filmami dokumentalnymi, choćby z "Wszystko się może zdarzyć" Marcela Łozińskiego z podchwyconymi obserwacjami rodzajowymi z podmiejskiego parku, spowodowała, że zacząłem się zastanawiać, czy gdyby obie dziewczyny uczące się z różnym powodzeniem zawodu, chciały swym losem mnie zainteresować w realu, to czy wykazałbym się wystarczającą ilością empatii, by je wysłuchać. Mimo że w pewnym momencie, choć było to już w drugiej połowie filmu, powiedziała coś, co pozwoliło mi ją lepiej zrozumieć (ale nie żeby się utożsamić, choć...): "nie będę uczyła się pleść warkoczy, bo i tak mi nie wyjdzie"... mam tak samo; pytanie, czy czasem częściowo nie z tych samych powodów...
Ale o empatii jeszcze... bo coś w tym jest... że bardziej często przejmujemy się losem ludzi na ekranie niż w rzeczywistości, nawet gdy historie są bardzo podobne... bo to film? bo jakoś tam emocjonalnie bezpieczni jesteśmy? że nie ryzykujemy zaangażowania? że nikt niczego od nas i po wyjściu z kina pointelektualizować ewentualnie i zadumać nad paskudztwami świata tego, ale broń boże jakoś zaangażować? Ale być może tylko o sobie piszę i obnażam po raz kolejny moje kalectwo.
Ania mieszka z ojcem (może powinienem coś opowiedzieć, bo nie mam pewności, jak bardzo ten film będzie obecny w kinach - na pewno będzie miał ciężko) i pierwszy sygnał ostrzegawczy pojawił się, gdy zapytał on córkę, czy lubi zupę pomidorową. Sztuczny tekst - pomyślałem, ale zaraz - a może od niedawna mieszkają razem, może w ogóle jakoś krótko i okazało się to prawdą (a mogło zrazić, że niby nieautentyczne, a to jednak w tej ascetycznej formie informacja jakaś była, która potem rozwinięta).
W gruncie rzeczy jest to opowieść o tym, jak prostej dziewczynie mocno nie wychodzi to uczenie się fryzjerstwa, gdyż w rodzinie nie za bardzo (choć u jej przyjaciółki także, ale tam wszyscy w komplecie i Kasia daje radę, a gdy jej potencjalny chłopak złodziejem się okazuje, to nie chce mieć z nim do czynienia – czyli co? ojciec pijak, ale w domu i matka mimo wszystko z nim to wszystko jest w porządku?), najprawdopodobniej, matka rozwiodła się już dawno temu z awanturującym się po pijaku ojcem Ani, a z półtora roku  przed rozpoczęciem akcji zaangażowała się w związek z nowym partnerem do tego stopnia, że przestała zauważać córkę, która w akcie buntu i pełna złości przeniosła się do ojca. Można taką historię różnie opowiedzieć; reżyser wybrał chyba formę najbardziej ryzykowną: obserwujemy Annę, gdy uczy się zawodu, gdy angażuje się w przyjaźń, gdy mieszka z ojcem - ale wchodzimy niejako w środek ich życia, nikt nie wyjaśnia, co było wcześniej (żadnej typowej ekspozycji) i jakie są przyczyny wszelakie; musimy się tego dość długo domyślać, więcej, jak już o tym na początku wspomniałem - bardzo długo nie wiemy, co jest tak naprawdę istotą tej opowieści (tym bardziej, że wątek Kasi jest także rozwijany równolegle i nie ma do pewnego momentu pewności, która z bohaterek jest na pierwszym planie; i mógłby to być zarzut, wielu osobom pewnie coś takiego nie będzie się podobało i uzna to za wadę scenariusza, ale mi to zaczęło się podobać). Wprawdzie w którymś momencie Ania kłócąc się z przyjaciółką przedstawia całą sytuację a później w rozmowie z matką pojawiają się kolejne szczegóły, ale reżyser poddał cierpliwość widza egzaminowi, którego zapewne niektórzy nie zdadzą...zresztą przyjaciółki między sobą robią coś podobnego - także nazywają pewne sytuacje egzaminami...tyle że na przyjaciół...i nie zawsze też go zdają.
Podobało mi się zakończenie (spoiler), gdy ojciec przytula rozwścieczoną córkę, która już i wcześniej nie przebierała w słowach, a tak w ogóle to często i irytowała, bo nie wiedzieliśmy, dlaczego ona tak, ale nawet gdy wiemy, jakie są przyczyny, to i tak przecież często irytacja, i gdy tak stoją na tym balkonie, to chciałoby się, by dzwonek zadzwonił, co oznaczałoby, że matka jednak…a pozostawieni zostaliśmy w zawieszeniu… (czyżby znowu błąd scenariusza? a mi się to podobało, to zawieszenie takie, bo to był chyba jakiś moment zrozumienia a może i, że szumnie to nazwę, jakieś katharsis dla Ani a to czy matka się przełamała czy nie wtórne powinno być – uwolnienie bohaterki powinno polegać na tym, że decyzja matki dla niej nieistotna już i może kiedyś i wtedy super, ale to nieważne jest albo być powinno).
Wyszedłem z kina, a to festiwal w Gdyni i trzy obejrzałem znowu i te wcześniejsze z punktu widzenia rangi pewnej bardziej winny się nadawać do pisania, a ja pomyślałem sobie, że to jakaś taka moja historia i nie będę się już na tyle obnażał, by bardziej do ojca czy też do Ani się przyznać…
ale skądś ten przytłaczający brak wiary we własne możliwości mam przecież


„Fale”, reż. G. Zariczny

czwartek, 18 sierpnia 2016

Po stronie Kampera

Z jeszcze innym obrazem pokolenia mamy do czynienie w filmie Łukasza Grzegorzka "Kamper" (świetny debiut). Można by powiedzieć, że rownież niedojrzałego, ale inaczej.  A może ten film po prostu prowokuje do postawienie pytania o sens dojrzałości, czy też, jeżeli już ten temat podejmiemy, uświadamia konieczność zdefiniowania tego pojęcia. Bo większość widzów czy też wypowiedzi gdzieś tam w mediach zwraca uwagę na to, że mamy do czynienia z bohaterem, który powinien się ogarnąć, czyli powinien dojrzeć; z takim wiecznym, co typowe dla mężczyzn, jak lubią podkreślać kobiety, Piotrusiem Panem. To, że powinien ogarnąć sytuację, to zgoda, bo kryzys małżeństwo jego przeżywa, ale poza tym to przecież całkiem poukładany facet. Przynajmniej jeśli chodzi o podstawowe sprawy życiowe, bo nie wiemy, czy nie ma momentów, w których, jak bohaterowie Wojcieszka filmu, byłby dumny, że "wypierdolił rząd i prezydenta"; nie wiemy, bo filmie nie ma nic o poglądach politycznych, jest on skoncentrowany na zasadniczym problemie - samotności w związku. Kamper, w grach komputerowych, a bohater pracuje w firmie je testującej, jest to pogardliwe określenie na gościa unikającego konfliktów. No słabe to jest, szczególnie w życiu; choć przecież prawie nikt, chyba (?), poza niektórymi politykami (którzy w ogóle są w polityce dzięki podsycaniu lęków, zagrożeń i psują robotę tym, którzy sporo swego życia poświęcają na to, by różnice nas nie dzieliły... no tak, ale o tym był poprzedni wpis...), przecież nie pragnie konfliktów. Nie mówiąc o tym, że bohater swój problem małżeński rozwiązał rozstając sie z Monią. Ucieczka od problemu? Niedojrzałe? Zdecydowanie bardziej niedojrzałe i tchórzliwe jest tkwienie w związku na siłę, bo tradycja, bo kościół, bo może to chwilowe i jakaś terapia, bo przyzwyczajenie, a odejście (wiem, nieobiektywny jestem, bom specjalistą od odchodzenia) to przecież mnóstwo problemów...po co? (Kamper przede wszystkim pomyślał o tym, że telewizor musi kupić...bo gry przecież...). Niedojrzałe, bo zaczyna rozwiązywać problem wygooglowując go sobie? No może, ale to też taka satyra jest lekka na to, że w takich czasach żyjemy i pierwszym doradcą jest internet. Niedojrzały, bo taki zabawowy typ? Pierwsza scena, gdy podczas gry wstępnej sobie zażartował i w ten sposób zepsuł erotyczny nastrój żonie (pewnie Marek Bana, dojrzały facet, z którym go zdradziła, takich numerów nie robił, ale czy to powód do dumy?) świadczy tylko o tym, że chyba jednak już coś się kończy w tym małżeństwie i to, co mówi na końcu, że do siebie nie pasują, jest prawdą. Wcześniej pasowali a teraz nie? Tak - ludzie się zmieniają i powinni się z tym liczyć, że może kiedyś nastąpić moment, gdy przestaną się sensownie komunikować. Zrozumienie tego chyba świadczy o dojrzałości. I widać wyraźnie, że on ciągle ma w sobie potrzebę żartowania a Monia niekoniecznie. A przecież często jest odwrotnie: facet poważnieje, zaprzątnięty jest robotą i żona ma pretensje, że już taki jakiś inny się zrobił i że pewnie nie kocha, bo taki poważny. Obydwie sytuacje kwalifikują się do poważnej rozmowy na temat przyszłości związku. Nic na siłę. Że to niedojrzałe? Jakoś dziwnie wychowani jesteśmy w kulturze, w której umartwianie się i cierpienie urosło do mistycznej niemal wartości; może jednak czasem lepiej podejmować decyzje, które życie uczynią łatwiejszym i bardziej radosnym, a nie odwrotnie. Niedojrzały, bo ciągle tymi grami komputerowymi? Obcy mi temat, ale byłbym hipokrytą, gdybym, spędzając wiele godzin, także teraz w Zwierzyńcu, oderwany od rzeczywistości, w kinie, krytykował kogoś, kto zarabia na życie testując gry komputerowe. Infantylne? A czy dzieciaki mają to robić? Upupia człowieka takie zajęcie? A bycie belfrem czyżby nie upupiało, bo ciągle trzeba mieć z tylu czachy tę mentalność z innej galaktyki?
Facet ma problem i wszyscy wokół dają mu rady; przede wszystkim tę, że ma się ogarnąć. Szczególna jest scena, gdy reprymendę wygłasza mu facet, z którym zdradziła go żona. I podkreśla, że przecież uczyniła to nie dlatego, że on przystojny (bo przecież nie jest i to fakt bijący w oczy), lecz że taki dojrzały i poważny z niego gościu i że jak się Kamper ogarnie, to doceni tę jego radę. Kilka migawek, w których poznajemy Marka Banę, pokazują go jako człowieka śmiesznego, okrutnego, zarozumiałego, medialnego i pewnie świetnie zarabiającego...i łasego na młode laski, które bez skrupułów uwodzi (to na przykładzie Moni tylko). Świetny autorytet dla Kampera. I ma on rację, mówiąc żonie, że nie pasują, skoro ona zdradziła go z kimś takim...bo znany? oj, dojrzałe to bardzo. Gdzieś wyczytałem, że Monia właśnie dojrzewa w przeciwieństwie do męża i stąd te nieporozumienia. Że ona właśnie chce stanąć na własnych nogach, biznes otwiera, a on, zamiast wspierać, to ciągle tym dzieckiem jest. Ale przecież on pracuje i zarabia, a wątpliwość, którą sformułował, oglądając nyskę, w której Monia coś pichcić chciała, sensowna przecież była, ona rzeczywiście tam cały dzień zgarbiona by była i to jej histeryczne obrażenia było dla mnie bardziej niedojrzałe. Przyzwyczajona pewnie przez rodziców do pozytywnego wspierania w każdej sytuacji, nie mogła przyjąć krytycznej uwagi. Ma 30 lat i ciągle nic...i to on jest ten niedojrzały...
Niedojrzałość to taki zarzut-wytrych (o Gombrowiczu dziś nie będzie);  bardzo często się słyszy, że ktoś tam powinien w końcu dorosnąć, ogarnąć się. Oczywiście osoby takie uwagi formułujące mają wyobrażenie o dojrzałości uszyte na swoją miarę. Zawiodły się, bo partner jakoś się nie wpasował. Ja, jak każdy dorosły, niestety także mam swoje wyobrażenie: jest to życie na własny rachunek i ponoszenie konsekwencji swoich działań. Ale nawet tak ogólne sformułowania mogą być przecież wielorako rozumiane. Bo cóż to jest ponoszenie konsekwencji? czy jeżeli Kamper się ożenił, to do końca życia musi być w tym jednym związku (o nakazach religii dziś też nie będzie)? No właśnie, często brak odwagi w podjęciu decyzji, których konsekwencją jest wzięcie odpowiedzialności za inne osoby traktowane jest jako niedojrzałość. I choć to też jest dyskusyjne, to przecież w filmie to Monia ma jakieś dziwne wyobrażenie o macierzyństwie, że niby jest ono końcem jakiejkolwiek kariery; jej mąż, jak zwykle żartobliwie, zaczyna w tym momencie wyliczankę rzeczy, które są gorsze od posiadania dzieci. Mam więc poważną wątpliwość, czy, jak głoszą niektórzy, którzy o tym filmie gdzieś, mamy do czynienia w filmie z konfliktem pomiędzy Monią, która zaczyna się ogarniać a Kamperem, który jakoś nie chce opuścić krainy niedojrzałości. Dla mnie jest to film o tym, jak trudno dochodzi się do decyzji o rozstaniu; o samotności w związku; jak niełatwo jest uniknąć różnych gierek itd... Narracja w filmie prowadzona jest z perspektywy młodego faceta, nic więc dziwnego, że krytykują go widzowie starsi oraz płeć przeciwna. Ale skoro niektórych tak irytuje, to może by sie zastanowili dlaczego; jaki guzik w nich został naciśnięty, że oni tak; co w nich jest takiego, że tak chętnie przeciwko niemu... Ludzie - ogarnijcie się😀.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Jeden dzień w Zwierzyńcu


Spróbuję, jak to w początkach tego bloga bywało, na skróty dzisiaj i krótko, tak by jeden dzionek, czyli cztery filmy, w tym uroczym miasteczku roztoczańskim ogarnąć. Może później coś więcej na któryś, zwyczajnie rozkiminiać i dzielić włos na czworo będę; póki co - bardziej fragment nieistniejącego notesiku festiwalowego i pytania, na które ewentualnie kiedyś, czy też toposy bez specjalnego rozwinięcia.
Prawie codziennie wybieram coś z klasyki; tym razem było to "Wszystko o Ewie" Josepha Mankiewicza z 1950 roku. Piękny początek dnia. Świetnie skonstruowane kino. Akcja filmu rozgrywa się w środowisku teatralnym, które wydawałoby się (ale to niekoniecznie prawda), najbardziej podatne jest na teatralizowanie całej swej egzystencji. Fajne jest to, że bohaterowie mają pełną tego świadomość i czasami zaznaczają, że np. podczas spektaklu, który bohaterka wykreowana przez Betty  Davis odegrała podczas przyjęcia, zabrakło trzeciego aktu. I ta ostentacyjna wręcz zabawa toposem świat teatrem bawi widza, a samoświadomość bohaterów czyni ich sympatycznymi. Lecz za kulisami tego codziennego spektaklu rozgrywa się, także jak najbardziej środkami teatralnymi wygrywana, walka o sukces, o miejsce na podium pośród podziwianych gwiazd (a skoro o gwiazdach i to kobiecych, to musi być i o starzeniu się, przemijaniu urody - jeden z toposów tego rodzaju kina).I ten wątek, poprowadzony świetnie dramaturgicznie, jest już przerażający (a dla niektórych polityków pewnie pouczający, ale oni uczą się z "House of cards"). Jest to dzieło muzealne niewątpliwie, ale do podziwiania w głównej jego sali - a obejrzenie go na dużym ekranie, bo tego rodzaju filmy to przeważnie na małym ekranie, to niecodzienna przyjemność (no i cudna w epizodzie, bo to chyba jakaś jedna z pierwszych ról, Marilyn Monroe).
krócej i zwięźlej Nomado...
O trudach rozstania z małżonkiem był film drugi: "Odchodząc" (r. C. Corsini). W tym zdaniu w zasadzie cała fabuła ujęta została. Ale w jej ramach także o niepokojącej sile namiętności (czy uczucia?) i ambicji. Bo w wypadku męża to ambicja niewątpliwie powoduje, że jest on w stanie posunąć się do wszystkiego, by żona go nie opuściła. Trudno mu zrozumieć, i podejrzewam, że wielu facetom, ale i kobietom, trudno jest zrozumieć, dlaczego Suzanne porzuca ekskluzywne bądź co bądź życie, by borykać się z podstawowymi problemami bytowymi u boku robotnika, imigranta z Hiszpanii i to jeszcze byłego więźnia. On samiec Alfa, jest śmiertelnie zraniony. A tu jeszcze dzieci, wprawdzie już duże, ale jakoś bohaterka nie ma większego problemu, nie widzimy szczególnego dramatu matki (to jest trzeci film, który tu obejrzałem w ramach przeglądu scenarzysty Antoine'a Jaccoud i jest w tych filmach jakoś tak, że fajne tematy, pomysłowe rozwiązania, klasycznie skonstruowane, ale brakuje im, szczególnie, że tematy aż się proszą o to, jakiegoś ostrzejszego pazura, nie żebym krwi pragnął, nie o krew tylko tu idzie, a umiejętność budowania nazwijmy to 'narracji perwersyjnej' bardziej nieco).
Największy problem mam z filmem "Historia Marii" (J.P. Améris). Tytułowa bohaterka jest dziewczynką głuchoniemą i niewidzącą; trafia do klasztoru pod koniec XIX wieku, gdzie cierpliwa praca jednej z sióstr doprowadza do tego, że zaczyna kontaktować się za pomocą swoistego systemu znaków z naszym światem. Mam problem, bo to jakieś takie za proste i moim zdaniem przekłamane było. Sytuacja ta, która rzeczywiście miała miejsce i po powrocie do domu być może także i do tego tematu wrócę, gdy se pogoogluję i sprawdzę fakty, aż prosi się o niezwykłą opowieść otwierającą wręcz się na transcendencję, ale i naturalizmem mocno naznaczoną. Ja nie uwierzyłem, bo choćby taki przykład (jeden z wielu): gdy już siostra Margueritta ucywilizowała to początkowe dzikie zwierzątko o imieniu Maria, przyjeżdżają rodzice, one dwie stoją i czekają, i gdy jeszcze gdzieś tam daleko rodzice są, Maria się pyta, "czy oni mnie widzą?" - jakoś nie mieści mi się w głowie, że jej wyobraźnia (nigdy nie słyszała, nigdy nie widziała) jest w stanie ogarnąć fakt widzenia, nawet jak jej to na poziomie jakiejś idei wytłumaczono, co już jest tak abstrakcyjne, że...no jak za pomocą znaków dotykowo - manualnych uprzytomnić komuś istnienie widzialnego świata? To jest temat, jak najbardziej, fascynujący i być może fundamentalny, by o transcendencji i w ogóle o tym, co trudno nam pojąć, ale, litości, nie tak prosto, jak w tym filmie... Ale ważny był dla mnie, bo me myśli brykać zaczęły i powrócę, bo to ważne...
No i na koniec, na zasadzie paradoksalnej klamry, nówka zupełna, czyli "Nieznajoma dziewczyna" braci Dardenne. Niektórym się dłużył, dla mnie świetne zakończenie dnia, tym bardziej, że akurat według mnie film był łatwiejszy w odbiorze niż wiele z tych wcześniejszych dokonań braci. Film o odpowiedzialności, o takim czułym sumieniu jak to tylko Żeromski u nas potrafił (tyle że prościej ta historia opowiedziana, bez obaw, nie ma tu żeromszczyzny). Znaleziono martwą czarnoskórą kobietę, jak się później okazuje - prostytutkę. Przed śmiercią, przed kimś uciekając, dzwoniła, by ją wpuścić, do gabinetu głównej bohaterki. Ona nie otworzyła, bo uważała, że jeżeli to jakiś spóźniony pacjent, to powinien na przyszłość zapamiętać, żeby pilnować godzin otwarcia gabinetu (później bohaterka tak się zmieniła jeśli chodzi o poziom empatii, że na stałe w miejscu pracy zamieszkała i była całkowicie do dyspozycji; Judym?) i jak następnego dnia dowiedziała się o śmierci dziewczyny, to sumienie już jej nie dało spokoju. Jak się później okazuje, nie tylko ona mogła zapobiec śmierci, ale tylko ona z taką determinacją dąży do jakiegoś zadośćuczynienia. Film o odpowiedzialności społecznej; nie jest istotny konkretny zabójca. No i nie bez znaczenia w tym momencie jest kolor skóry ofiary - pozwala on na sformułowanie ogólniejszej metafory na temat naszego uchylania się, zamykania oczu, zaniechania...oczywiście uchodźców mam na myśli. I ten charakterystyczny, lubiany przeze mnie, sposób opowiadania. Choć tym razem slow cinema to w zasadzie nie było.
Taki to był dzień - dobry...

piątek, 12 sierpnia 2016

Wkurw Wojcieszka



Pewnie się mylę (topos skromności), ale taki film to chyba nie jest trudno zrobić ("to zrób, a nie wybrzydzaj" - pewnie ktoś powie... no i nie będę potrafił sensownie zripostować), a scenariusz wydawałoby się, że też jakoś tak prosto. Tak nam się czasem wydaje, że jeżeli bohaterowie mówią ot tak zwyczajnie, to każdy potrafi... Złudzenie to jest, tym bardziej, że pozostaje jeszcze dramaturgia. No, ale ona też prawie jak wytrych; bo to przecież standard, by zgromadzić grupkę postaci pod jakimś pretekstem na zamkniętej przestrzeni, podlać ich alkoholem i pokazać, co leży pod w miarę przyzwoitą fasadą. W miarę - bo rysy pojawiają się od początku. Ukrainka, czyli ciało obce w tym towarzystwie (też zresztą klasyk, jeśli chodzi o stworzenie sytuacji konfliktogennej), samym swym pojawieniem naruszyła spokój spotkania po latach (kolejny klasyk). 
Ten mój wstęp wcale nie służy krytyce wbrew pozorom, bo ja paradoksalnie uważam, że ten film jest potrzebny. Dziwię się tylko, że skoro tak łatwo można, to dlaczego tylko ten jeden. Przecież nasza rzeczywistość aż prosi się o to, by o niej opowiadać. Po cieplej wodzie w kranie nastąpiły czasy zwane ciekawymi; czasy przeklinane przez wielu, rodzące pytania o źrodła, szokujące także, bo obnażające oblicze społeczeństwa nas otaczającego. Czasy, które powinny być rajem dla artystów. 
A nie są. Asekurują się. Wojcieszek, a zaznaczam, że nie jestem jakimś szczególnym admiratorem jego twórczości, zrobił jako pierwszy, i ciągle mam nadzieję, że pojawią się następcy, film bezpośrednio notujący to, co wokół nas się dzieje, co zadziwia, szokuje i przeraża (przynajmniej mnie, bo to, że niektórych dobra zmiana zachwyca, to wiem i też mnie to przeraża).
Wojcieszek rysuje ostrą krechą, nie bawi sie w niuanse, jedzie po bandzie. W sposób mniej lub bardziej widoczny. Bo to, że bohaterowie mają 24 lata (i to pewnie tylko ze względu na Różewicza, bo oni powinni być nieco starsi, już coś tam niektórzy na swym koncie mają przecież) i że kojarzy się to Różewicza "Ocalonym" niekoniecznie musi każdy wiedzieć, a już przedstawiciele tego pokolenia tego już na pewno nie wiedzą (ale są specjalistami w rozpoznawaniu dźwięków charakterystycznych dla różnych aplikacji) i trochę o tym jest ten film przecież. To nawiązanie znaczące jest bardzo, bo przecież wiersz mówi o wyjałowieniu z wartości spowodowanym koszmarnym doświadczeniem wojny. Jaka to wojna spowodowała, że to pokolenie urodzone w wolnej Polsce (znowu Różewicz - takie nowe pokolenie Kolumbów), żyje w pustce etycznej, mości się w niej, wręcz jest dumne z tego? A jedna z bohaterek zadeklarowała się politycznie (nieliczne były te bezpośrednie i konkretne odniesienia partyjne) jako wyborczymi platformiana. Pozostali przy urnie chyba innych wyborów dokonywali bo twierdzą co rusz, że "wypierdolili prezydenta, wypierdolili rząd, a jak trzeba będzie to wypierdolą świat".
Cytowany jest też Broniewski i protest przeciwko wygłaszaniu "Balla i romansów" jest chyba jedynym akcentem antysemickim. Aż dziwne, bo w tym potoku bluzgów przeciwko Innym, które padają z ekranu, jakoś dziwny był ten brak, tak częstych przecież na różnych forach, przypisywania przeciwnikom korzeni wyróżniających założyciela chrześcijaństwa. 
Kluczowym słowem, które co rusz wykrzykiwane jest z ekranu, to "Polska". Aż cisną się na usta, w formie pouczenia, oczywiście beznadziejnego, słowa wyrażające moim zdaniem rzeczywisty patriotyzm: "rzadko na moich wargach". Ale znajdą się przecież i tacy, którzy właśnie w tym wykrzyczanym, podszytym lękiem przeciwko wszelkiej Inności, patriotyzmie dostrzegą nie pustkę, ale właśnie źródło istotne kręgosłupa moralnego. Więcej - mogą wręcz, oglądając film, stwierdzić, że ci bohaterowie są 'zajebiści' i w ten sposób ugruntować w sobie przekonanie, że "są najlepszym pokoleniem". Jakoś chyba nie chce mi się szukać argumentów, by przekonać ludzi, głoszących ideę 'polskiej czystej krwi', bo przecież oni daliby się za tę ideę ukrzyżować przed pałacem prezydenckim.
Najbardziej przerażające jest to, że bohaterowie nie reprezentują środowiska kiboli, choć najbardziej nacjonalistycznie nastrojony to z Białej Podlaskiej, co nie jest przecież bez znaczenia, szczególnie po ostatnim kościelnym namaszczeniu w Białymstoku zwolenników ideologii Hitlera. Jest to w miarę przeciętna młodzież, więc jest się czego bać. 
Mamy więc parę, która w zasadzie od początku nie skrywa swych uprzedzeń, tyle że na trzeźwo starają się być grzeczni - tak im się przynajmniej wydaje, bo w rzeczywistości trudno byłoby ich (a przede wszystkim jego) zachowanie nazwać przyzwoitym. Druga para to właśnie bliżej bezideowej postawy inteligencji, która ewidentnie jest beneficjentem przemian i głosuje na PO, choć mąż dość szybko po pewnej dawce alkoholu wpada w sidła demagogii nacjonalistycznej swego kumpla z ławy szkolnej. Jedyną przeciwwagą światopoglądową jest para lesbijek, ale ich siła przebicia jest żadna. Takie zestawienie bohaterów pozostawia wrażenie, że jedynie Inność powodująca, że o swoje prawa trzeba walczyć, może motywować do jakiegoś tam oporu. Nieskutecznego, bo w pewnym momencie, gdy słyszy się slogany i bzdury wygłaszane przez nacjonalistów, to ręce opadają i trudno cokolwiek powiedzieć. Niestety, bo w tym momencie mają poczucie, że są górą i rosną w siłę. Co właśnie się dzieje. 
A w środku tego towarzystwa piękna i inteligentna Ukrainka robiąca w Polsce karierę. Jej obecność wyzwala wszelkie uprzedzenia, frustracje, wrogość i lęki, którymi podszyte jest nie tylko to pokolenie. Portret który powinien gorszyć, ale z którym, jak już wyżej, niektórzy z dumą, a nie jak by chciał reżyser ze wstydem, się utożsamią.

A notka ta dotyczyła ostatniego filmu Wojcieszka "Knives Out".

czwartek, 11 sierpnia 2016

Przeciw regułom

Można by uwierzyć w ludzi, gdyby tak swoje postrzeganie rzeczywistości oprzeć na takich filmach jak "Idol z ulicy" (Hany Abu-Assad z Palestyny).
Można by uwierzyć, że warto dążyć do realizacji marzeń.
ale gdy film, nawet na faktach oparty, zbyt przypomina dobrze skrojoną opowieść hollywoodzką, przestaje być wiarygodny i o tym chyba powinni pamiętać ci twórcy, którzy szczególną wagę przywiązują do trzymania się różnorakich zasad, na przykład związanych z konstrukcją scenariusza
dla pewnej części odbiorców, i ja do nich należę, budowa dzieła tak jak pan bóg przykazał, czyli podręcznik lub kurs, szkodzi mu, nawet jeśli jakaś tam, może i nawet większość, widzów reaguje emocjonalnie zgodnie z oczekiwaniami twórców
podczas oglądania takiego filmu nigdy nie zapomnimy, że to film tylko i myślę, że ci nawet, którzy szczerze się wzruszają itd, także z tyłu  czachy mają tę pamięć, że to kino tylko (czy tylko?)
Jednak jedno przyznać muszę: zrobić film, który tradycyjnymi środkami podtrzymuje uwagę widza, który doskonale wie, ponieważ opowieść na faktach, że dobrze się skończy, jest to jednak niezła umiejętność. Mimo wszystko. A szczególnie ta końcówka zasługuje na zdziwienie, te tłumy czekające w napięciu na wynik...
No dobra, które to momenty mnie tak zraziły, że ja aż tak... oprócz oczywiście wspomnianego zakończenia.
Zaczyna się bardzo radośnie, dzieciaki świetnie sobie radzą i klasycznie wyliczonym momencie umiera ukochana siostra głównego bohatera i zaczynają się schody. Teraz to już może być tylko lepiej. Ale tych przeszkód, które bohater pokonać musi, to nie ma  tak wiele...nawet jeżeli, tak jak na przykład opuszczenie Strefy Gazy, wydaje się być nie do przezwyciężenia. 
Pierwsza stacja w podróży bohatera, to wyrwanie z marazmu, wybicie z kolein, księżniczka (tu w sensie dosłownym niemal), która zmobilizuje.
Główna przeszkoda, gdy już decyzja podjęta, to przekroczenie granicy. I tu szereg szczęśliwych zbiegów zbiega: bardzo były przyjaciel specjalnie wziął służbę, by dla dobra byłego kumpla, nie wypuścić go, bo, i zdaje się on bardzo religijnie do swej postawy przekonany, jego argumenty pobrzmiewają fundamentalizmem, on śpiewając grzeszy i jeszcze dodatkowo w tej komercyjnej telewizji, dzięki której bogaci jeszcze bogatsi a biedni jeszcze biedniejsi i on tak zdeterminowany w decydującej chwili (bo oczywiście sytuacja no ostrzu noża i niby denerwujemy się losem bohatera) jednak na rozpaczliwe błaganie Assafa ustępuje... ulga? bardziej chyba jednak rozczarowanie... (wiem, ja po prostu nie wierzę w człowieka, a już szczególnie niechętnie nastawiony jestem do tych, którzy w imię różnych idei chcą koniecznie na siłę mnie uszczęśliwić, a ten jego przyjaciel to dokładnie taki - ja w ich dobre serce nie wierzę za grosz).
No i w tym Egipcie się pojawił, ale bez biletu. Znalazł jakiś przez kogoś zgubiony, przywłaszczył, chwila refleksji i jednak oddał - taki uczciwy, źyciową szansę odrzucił (w tym momencie to już miałem skojarzeniem "Legendą o św. Aleksym"). Udało mu się wymanewrować ochronę, ale wciąż nie ma wejściówki. I co - jego krajan usłyszał, jak świetnie śpiewa w łazience (a on tak z rozpaczy, bo tak na co dzień, to strasznie trzeba było go namawiać, by w takich sytuacjach zaśpiewał, ale tym razem to on tak sam z siebie, jakby nigdy nic, jakby wiedział, że ktoś go usłyszy o z dobroci serca pozwoli, by go jurorzy posłuchali) i odsał mu swą wejściówkę, bo on tylko chciał zobaczyć, jak to jest a i tak nie ma szans, więc on chętnie swój bilet odda - ten świat, to jednak cudny jest... dalej to już po sznureczku.
Tuż przed finałem jeszcze musi się jakiś próg w tej wędrówce bohatera pojawić, więc on się załamuje, mdleje, organizm mu wysiada, bo czuje tę odpowiedzialność, która na nim... i w tym momencie dłoń do niego wyciąga ta jego najważniejsza księżniczka ale i taka mała odmiana mentora, bo ona mądrzejsza i bardziej zdeterminowana, czyli zmarła siostra. 
Oparty na faktach, ale niektóre rzeczy, jak informują nas twórcy, fabularyzowane, co oczywiste przecież, boć to przecie nie dokument. No i teraz problem: a jeżeli to, co mnie razi, wydarzyło się naprawdę? No to facet miał szczęście, ale filmu to nie ratuje.
A coś pozytywnego? Obrazy życia w zrujnowanej Strefie Gazy; świat, którego istnienie wypieramy z głowy; ten płot, który przypomina nam, a powinien wciąż przypominać, bo niektórzy to tak jakby zapominają, że ten porządek, w którym żyjemy my wcale nie jest taki oczywisty i trzeba o niego walczyć, więc płot ten przypomina świat, w którym granice i których przekroczenie nie takie proste, a wręcz decyduje o losie człowieka. Tylko, że te panoramy ruin na mnie by bardziej działały, gdyby w ciszy, a nie jako tło do tego melodramatycznego śpiewu Assafa.
Kończy się w momencie osiągnięcia przewidywanego sukcesu i nie ma domknięcia wątków. I dobrze - bo chyba mnie nie interesowało, czy on z tą księżniczką później...ani co czuł ten, który nie chciał go wcześniej zasponsorować za prawo do wszystkich jego nagrań.
Oj, chyba zbyt upierdliwy jestem. Trzeba przecież ludziom dawać nadzieję...

środa, 10 sierpnia 2016

Nieźle nam się żyje

No właśnie, całkiem nieźle nam się żyje.
Gdy ogląda się współczesne filmy, głównie dokumentalne, to uświadamiamy sobie, że demony współczesne mają przede wszystkim wymiar społeczny. I niby o nich wszystkich doskonale wiemy, ale dopóki nie dotkną nas bezpośrednio, to wolimy prawie ich nie widzieć. 
Trzy filmy, trzy problemy.
Ten pierwszy to już znany bardzo i nagradzany - "Fuocoammare. Ogień na morzu" (r. Gianfranco Rosi); i mniej znane - "Sonita" (R. G. Maghami) oraz "Fukushima moja miłość" (D. Dörrie).
W obrazie Rosiego to moglibyśmy się utożsamiać z mieszkańcami Lampedusy...bo choć, gdy oglądamy wiadomości o napływie uchodźców, to wydawać nam się może, że mieszkańcy takiej Lampedusy, to jakiś koszmar przeżywają, lecz nie - Rosi pokazuje zwyczajnych mieszkańców tak, że aż się nudno robić zaczyna. To, co dzieje się wokół nich, morski przede wszystkim koszmar, tak jakby nie miał na ich życie żadnego wpływu. A oni przecież w centrum. Więc co się dziwić nam, którzy mamy poczucie, że to gdzieś tam, daleko, nie dotyczy nas, niech inni...bo przecież oni winni, bo kolonializm, a my czyste sumienia mamy, niczym po wyjściu z gabinetu jakiegoś terapeuty. Oprócz zbiorowości, bliżej przedstawiony jest jeden bohater, młody Włoch, tubylec i to jego codzienności, zwyczajnej jak to chyba z 40 lat temu u nas bywało, bo on sobie niczym wolny ptak przemierza wyspę we wszystkich kierunkach doskonaląc swoje umiejętności strzelania z procy... kto dziś procę pamięta? ja tak, ale dzisiejsi trzynastolatkowie na basen są wożeni i prędzej z rakietą do tenisa ich spotkamy, niż z procą. Czy są dzięki temu mniej agresywni i zdrowsi? Nie wiem... ale to dygresja tylko taka, na marginesie, bo dzieciństwo mi się przypomniało i jednocześnie uświadomienie, że w przeróżnych miejscach jest tak jak za czasów mego dzieciństwa... taka jest ta zwyczajność młodego chłopca na Lampedusie. Ten lepszy świat, do którego ci uchodźcy.
 I z tym młodym chłopakiem to dwie takie metafory ja sobie dostrzegłem w filmie (nie wiem, czy ja tylko tak sam, czy one celowo). On kłopoty ze wzrokiem ma i lekarz mu każe przysłaniać to tlepsze oko, by to słabsze sie nie leniło, by popracowało, zaczęło widzieć. Czyli tak, jakby, gdy do tych wróbli z tej procy a także, gdy mierzy z dłoni udającej karabin w głąb morza i ostrzeliwuje horyzont, tylko jedną stronę świata widział, jeden aspekt świata, jakby ślepy był na jedno oko, jak większość z nas. Więc on z tym przysłoniętymi okiem nagle okazuje się, że nie może z procy trafić jakoś i jest taka scena w nocy, gdy on z latarką polować na te ptaszyna chadzał, gdy on staje przy gałęzi, na której jedna z nich i chyba po raz pierwszy ją widzi, bo z bliska. Bo to tak trochę pewnie jest z nami. Choć w filmie nie poznajemy za bardzo tej drugiej strony, widzimy ich tragedię i śmierć, lecz ich los nie został zindywidualizowany. Działał kontrast - pomiędzy tą normalnością i tym, co działo się na morzu. Czy oglądanie scen z ewakuacji z łodzi ludzi spod pokładu na granicy życia i śmierci, układanie ich bezwładnych ciał na barce ratunkowej przypominające koszmarne zdjęcia z gett i obozów coś może zmienić w widzu? Jakoś sceptyczny jestem...chyba tylko poczucie, że w całkiem niezłym miejscu na ziemi żeśmy się urodzili.
To samo dotyczy sytuacji kobiet w Afganistanie, o czy jest "Sonita". Dokument, który poza ważnym problemem mówi nam także coś o samym sposobie robienia takich filmów. Zresztą ja miałem jeszcze podczas jego oglądania jedno istotne pytanie: w jakim stopniu mamy w nim do czynienia z inscenizowaniem (z którym zawsze przecież jakoś mamy do czynienia). Czyżby historia nam opowiedziana, wraz z niezwykłym zakończeniem, ot tak się wydarzyła podczas kręcenia filmu. Czyli co? reżyserka gdzieś tam w Iranie natrafiła na przebywającą tam młodą rapującą Afgankę i, ponieważ już zaczęto o niej mówić, zaczęła robić o niej film? ale przecież to w filmie jest ten moment, gdy jej teledysk robi furorę? czyli sceny odtwarzające początki są inscenizowane? od którego momentu mamy do czynienia z rejestracją życia na żywo? czy jest w ogóle taki moment? 
Druga rzecz to obecność reżyserki w filmie. Nie dość, że nikt nie udaje nieobecności kamery, to, co jest zresztą w nim dyskutowane, reżyserka ingeruje, i to bardzo znacząco (zresztą dobrze, że ingeruje, ale...), w życie Sonity. I teraz dochodzimy, w końcu, do zasadniczego problemu przedstawionego w filmie: Sonita jest w Iranie nielegalnie, przyjeżdża do niej matka, ponieważ właśnie postanowiono w rodzinie, źe ma wyjść za mąż, zyskają dzięki temu 9000 dolarów, które są potrzebne, by jej brat z kolei mógł zapłacić za swą żonę, a pieniędzy w rodzinie brak. Sonita ma 16 lat; to i tak dużo, bo wydawane za mąż, czyli sprzedawane, są już 9 latki i bywa, że za 60 latków. Wiek ma oczywiście znaczenie, lecz przecież nie jest problemem podstawowym. Czyli znowu problem taki sam jak w "W pustynnej burzy" i "Mustangu", tyle że tu mamy do czynienia już z oficjalnym, czy jak to się ładnie argumentuje - w zgodzie z tradycją (tu się kłaniam nisko wszystkim konserwatystom) - handlem żywym towarem (przy okazji dowiedziałem się, że w tym konserwatywnym Iranie to dziewczyna musi wyrazić zgodę, mimo że męża szuka jej rodzina). I tu ma miejsce pierwsza ingerencja reżyserki w życie bohaterki, bo płaci matce, aby rodzina jeszcze z pół roku wstrzymała się z małżeństwem. Sonita nagrywa rapowy teledysk, w którym protestuje przeciwko takiemu traktowaniu kobiet w jej ojczyźnie. A reżyserka, już slracając to moje streszczenie, doprowadza do tego, że dziewczyna dostaje stypendium w szkole muzycznej w USA... 
No więc, jakie są granice ingerencji twórców filmów dokumentalnych w życie? Czy są tylko zdystansowanymi antropologami? czy też, gdy dzieje się źle, mają prawo, a może i obowiązek ingerencji? Cóż, moim skromnym zdaniem, życie jest ważniejsze od sztuki - więcej: jeśli dzięki sztuce można, to cudnie przecież. Nie mówiąc, że i tak powstał interesujący film.
A trzeci film? 
Fukushima to: powódź, tsunami i katastrofa nuklearna... 
I tak się rozpisałem, więc już nie rozwinę, ale chyba udowodniłem, że całkiem nieźle nam się żyje.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Egzorcyzmy Szołajskiego

Chciałem w zasadzie o tym, że całkiem nieźle nam się żyje.
Oczywiście w porównaniu.
Bo jak się obejrzy kilka filmów, w których świat przedstawiony jest w nieco mniej atrakcyjnych barwach, to doceniać zaczynamy. Taki naiwny morał i jednocześnie zachęta do oglądania, by doceniać.
Ale mój  dzień w Zwierzyńcu chyba zdominowany został przez egzorcyzmy, czyli Konrada Szołajskiego i jego "Walkę z szatanem". Dokument i to polski, zrobiony przez człowieka wierzącego, ale jednocześnie będącego, jak sam o tym mówi, wątpiącym i sceptycznym Tomaszem. Oglądając ten film moje myślątka podążały jakby dwiema ścieżynami: jedna to fascynacja tematem, druga - przyglądanie się warsztatowi dokumentalisty. Bo też robota to niezwykła. Zrobić film, którym przecież ośmieszyć łatwo można a więc w jakimś sensie oszukać bohaterki, które przecież dobrowolnie. No właśnie - już samo namówienie trzech dziewczyn, ich rodzin, a jest także zgromadzenie zielonoświątkowców, od którego, jak twierdzi reżyser, kościół katolicki zaczerpnął swój rytuał związany z wypędzeniem demonów (no właśnie, nie mają one imion starotestamentowych jak w "Matce Joannie od Aniołów", lecz całkiem współczesne, ale z kolei przypominające bohaterów moralitetów średniowiecznych: np. demon agresji, lęku ale i aborcji...gdzie tam jakiś Behemot i inni o dziś już komiksowo brzmiących imionach) było nie lada wyczynem. Szołajski miał zgody biskupów (choć dziś, póki co, oficjalnie kościół się nie odniósł do filmu, a media na prawo od Rzeczpospolitej milczą), egzorcyści pozwolili mu kręcić w trakcie rytuału - mamy więc do czynienia z niezwykle przejmującym i przekonującym obrazem. Nie przekonującym do obecości szatana w ciele bohaterek (znowu, podobnie jak u Iwaszkiewicza, mamy do czynienia z kobietami między 18 a 30 rokiem życia [i taka jest zdecydowana statystyczna większość], które mają, jak na to wskazują psycholodzy, problemy wynikające z typowego freudowskiego konfliktu pomiędzy pragnieniami a normami narzucanymi przez społeczność, w której funkcjonują [jedną z bohaterek demon opuścił, gdy znalazła chłopaka - jak podkreśla reżyser, nic nie świadczy o tym, że istnieje tu związek przyczynowo skutkowy, lecz jedynie następstwo w czasie, ale...{no właśnie - to końcowe dopowiedzenie losów bohaterek wprowadza jakby ironiczny dystans do wcześniej opowiedzianej historii; bo do tego momentu mamy do czynienia z czynioną wręcz zgodnie z zasadami naukowymi, antropologiczną obserwacją}]), lecz do wiarygodności zaprezentowanych sytuacji. Specyficzne, że opętanie w znaczeniu teologicznym (bo, jak się okazuje, jest to też jednostka chorobowa) kwestionuje (a przynajmniej zdecydowaną ich większość) właśnie przedstawiciel kościoła. Natomiast niezależnie od tego zadziwia skala zjawiska. Wydaje się, że czasami ono się samo nakręca: matka jednej z bohaterek stwierdza, źe opętanie córki przyczyniło się do konsolidacji rodziny, że, paradoksalnie, wcześniej, jako rodzina, nie przeżyli tylu szczęśliwych chwil. Nie dziwi zatem, że właśnie ta bohaterka w chwili zakończenia kręcenia filmu wciąż była nawiedzana przez szatana. 
To, co widzimy na ekranie, przypomina nieco sceny z filmu Friedkina, lecz objawy opętania u dziewcząt mają zdecydowanie mniejszy wymiar. 
Szołajski potraktował uczestników projektu (takie modne określenie dziś - nie kręcimy filmu, ale realizujemy projekt; nie jadę na wycieczkę w Bieszczady, lecz realzuję projekt; można by powiedzieć, że ludzie nie chodzą do kościoła, by się pomodlić, tylko realizują projekt, Jezusowy zresztą; małżeństwo pewnie też jest projektem tylko) poważnie, nie odnosimy wrażenia, żeby ktokolwiek w tym filmie udawał czy grał. Dziewczyny mają autentyczny problem, ich rodziny podchodzą do niego poważnie a egzorcyści, zgodnie ze swoją wiarą, próbują im pomóc. Za egzorcyzmy się nie płaci, więc tym razem nie można księżom zarzucać interesowności w podtrzymywaniu zjawiska (choć oczywiście podtrzymywanie wiary w diabła jak najbardziej służy interesom kościoła). Pytanie tylko, czy pomoc psychologa, dobrego psychologa oczywiście, nie byłaby skuteczniejsza. Egzorcyści twierdzą, że zgłaszają się do nich osoby, którym psycholodzy nie pomogli i całkowicie im wierzę, bo sam jestem sceptycznie nastawiony do umiejętności speców od psyche (i psychologów i psychiatrów). Dlatego zaznaczyłem, że chodzi mi o dobrego fachowca, a nie o specjalistę, którego wiedza sprowadza się do tego, że człowiek powinien uwierzyć w siebie, zaakceptować i nie dać sobie wmówić poczucia winy. Egzorcyzmy są jak narkotyk: pomagają, czynią człowieka na chwilę wolnym i może szczęśliwszym, lecz gdy przychodzi trudna chwila, słabość jakaś, przekonani, że to diabeł dobija się do bram naszych, znowu potrzebujemy księdza.

To też w sumie było o tym, jak zupełnie nieźle nam się żyje. Bo opętani nie jesteśmy. A może jesteśmy, a mój sceptycyzm jest tego najlepszym dowodem. Demon, który we mnie siedzi, jest na maxa uradowany, że nie wierzę w jego istnienie. I nie będę wił się na podłodze wykazując sie nadludzką siłą, bo nie będę go z siebie wyganiał. 
Ale tak to można wszystko udowodnić, np. Terlikowskiemu czy Rydzykowi, że są opętani (o czym zresztą już wczoraj w "Jezusie z Montrealu", a więc nie jest to taka myśl tylko moja), bo nigdy by tego nie przyjęli do wiadomości. A o to przecież, także według tych dwóch panów, chodzi szatanowi.
To przewrotna logika dogmatystów. Sami jesteśmy odpowiedzialni za swój los, nawet gdy jesteśmy przekonani, że jakiś Obcy wlazł w nasze trzewia.

Jest dobrze.