piątek, 28 czerwca 2019

Krótko o Jakubie




Bywa, i to często, że wśród postaci wykreowanych w literaturze, filmie, teatrze pojawiają się takie, w wypadku wypowiedzi których skłonni jesteśmy dostrzegać punkt widzenia autorski, tzw. porte-parole. Takie utożsamianie bohatera z autorem jest oczywiście bardzo ryzykowne i powinno być traktowane z dużą ostrożnością. Szczególnie w wypadku Szekspira, o którym tak niewiele.
Szekspir bardzo często korzystał z pomysłów innych autorów. Ponoć każdy jego utwór posiada jakiś pierwowzór. Inne to były czasy i prawami autorskimi nie bardzo się przejmowano. Pierwowzorem Jak wam się podoba był romans Rozalinda. Złota spuścizna Eufuesa: znaleziona po jego śmierci w jego celi w Silexedra. Pozostawiona w spadku synom Filautusa, wychowanym z ojcem w Anglii. Odzyskana na Wyspach Kanaryjskich. Przez T.L., szlachcica (śliczny tytuł, nie mogłem sobie darować przytoczenia go w całości) Th. Lodge’a. Większość postaci występujących w dramacie Stratfordczyka przejętych jest z tego romansu. Swego pierwowzoru nie posiada jednak Jakub, Jakub melancholik, który z dystansu spogląda na rozgrywające się przed jego oczyma wydarzenia. Troszkę go to, myślę, predestynuje do tego, by upatrywać w jego spojrzeniu na tę rzeczywistość autorski punkt widzenia. A nawet jeśli nie, to świetnie nadaje się na kogoś, kto na scenie pełni rolę, jeśli nie chóru, to przynajmniej poważnie traktowanego komentatora. 
Ale nie tylko on. Jest jeszcze błazen. Postać, która w sposób szczególny naznaczona jest kulturowo. Tak jak Kasandry nie traktuje się poważnie, bo szalona, tak błazna się lekceważy, bo nomen omen – niepoważny. A ten, z tej sztuki, nosi znaczące imię Touchstone – kamień probierczy („oszlifowany łupek krzemionkowy, służący do określania przybliżonej zawartości metali szlachetnych w stopach jubilerskich” – SJP, bardzo to symboliczne), co różnie tłumaczone jest: u Słomczyńskiego (z którego korzystam cały czas popuszczając wodze myślątkom swym o tym dramacie) jest to Probierczyk. Bywa też Lakmusem – kimś, kto „jest miernikiem i wskaźnikiem otoczenia, w którym się znajduje” (cytat a także kilka informacji, którymi się tu popisuję, zaczerpnąłem z książki Jacka Bolewskiego Objawienie Szekspira). A więc mógłby i on być porte-parole. Często komentuje on w przewrotny sposób świat go otaczający, sam także, jak już o tym była mowa, przez swój błazeński związek z Audrey obnaża śmieszność strategii miłosnych (ale także to on nazywa rajfurem pasterza, który kojarzy młodą owieczkę ze starym baranem – czyż nie jest to temat uniwersalny, którym miłośnicy zwierząt powinni być żywo zainteresowani). Ale dziś pewnie wybrzmi w szczególny sposób inna z jego wypowiedzi: „Szkoda to wielka, że błaznom nie wolno się mądrzyć, gdy mądrzy się błaźnią”.
Może więc obaj? Boć przecie Jakub jest wyraźnie zafascynowany Probierczykiem i jego poglądami wygłaszanymi w środku lasu. Ardeńskiego. Do tego stopnia, że sam chciałby zostać błaznem. Co w pewnym sensie ma miejsce (gdy Orlando mu radzi by poszukał błazna w stawie, czyli we własnym odbiciu).
Jakub przygląda się światu z melancholijnego dystansu. Różne mogą być jego przyczyny. Niektórzy uważają (oprócz współczesnych komentatorów jest wśród nich i Książę Senior), że po hulaszczym życiu pełnym wyuzdania (opinia Księcia) obecna sytuacja wygnania może być źródłem sporego dyskomfortu. Do tego stopnia, że Książe zarzuca mu: „wszystkie wrzody i skrofuły […] Pragniesz wyrzygać z siebie na świat cały”. Być może tak jest. Ale przecież z nie jedną metamorfozą postaci mamy do czynienia w tej sztuce. I, jak już pisałem, są one mocno niewiarygodne. Szczególnie ta dotycząca Fryderyka. Ale i Olivera przebudzenie w aurze przemiany budzi me wątpliwości. Jakub natomiast jako jedyny z tego całego towarzystwa pozostaje w Lesie Ardeńskim. Nie wraca do tego świata, który znowu, jak na komedię przystało, stanął otworem przed wygnańcami. Wygląda na to, że jego przemiana jest trwalsza niż pozostałych. Nie czyniłbym więc zarzutu z tego, że wcześniej czerpał z życia pełnymi garściami, prowadząc rozpustne życie. Może właśnie dzięki temu poznał je w pełni i żadne pokusy już nie są dla niego kuszące.
„Nie chcę rozrywek płochych tego świata/ Idę w jaskini szukać twego brata” – mówi do Księcia Seniora. Czy chce się czegoś nauczyć od z nagła nawróconego Fryderyka? Może… ale, jeśli się weźmie pod uwagę wcześniejsze jego przemyślenia, sceptycyzm, którym naznaczone jest jego spojrzenia na ludzkie zapasy z życiem, to wyobrazić sobie możemy, jak z dużą dozą wątpliwości przysiada pod jakimś drzewem nieopodal pustelni Fryderyka i oczekuje momentu, w którym przemiana tego ostatniego okaże się płocha i rodem z komedii właśnie. Kilkakrotnie w tym moim pisaniu o Jak wam się podoba dawałem wyraz mym wątpliwościom co do wiarygodności takiej prawdy o człowieku a przede wszystkim losu nim władającym, która zawarta jest w tej sztuce. Ten fałszywy ton jest, moim zdaniem, świadomie wpisany w tę sztukę. On jest jednym z jej tematów. I stąd to moje wyobrażenie Jakuba z ironicznym uśmieszkiem obserwującego Fryderyka, który, niczym współczesny bogaty biznesmen odreagowujący korporacyjny stres podczas wyjazdu na wakacje z jogą, wykorzystuje pustelniczą jaskinię do naładowania baterii przed kolejnymi starciami w kapitalistycznym świecie.
Bo dla Jakuba to jest teatr. To on wypowiada ten jeden z najsłynniejszych monologów Szekspirowskich: „Świat cały jest sceną:/ Wszyscy mężczyźni i wszystkie kobiety/ Są aktorami jedynie i mają/ Wejścia i wyjścia”. To on mówi o siedmiu rolach, które do odegrania ma każdy człowiek przed zejściem ze sceny, z których do mnie już dziś szczególnie przemawia ta ostatnia „która kończy/ Tę pełną zdarzeń, przedziwną kronikę,/ To niemowlęctwo nowe i niepamięć/ Bez zębów, oczu, smaku, bez wszystkiego”.
Ta wizja świata jako teatru i ludzi jako aktorów jest kolejnym powodem, dla którego byłbym skłonny obsadzić Jakuba w roli najbardziej autorskiego komentatora  w tej sztuce. Przecież można by w jego usta włożyć ( w jednym spektaklu, a dlaczego nie?) któryś z monologów Hamleta.

I to by było na tyle, kilka godzin przed premierą Jak wam się podoba.

środa, 26 czerwca 2019

Gender w zagajniku




Ale Las Ardeński to także ten nieszczęsny gender, o którym już przy okazji „Wieczoru trzech króli” drzewiej pisałem.
Bo jeszcze o kilku, być może banałach, trzeb by, ponieważ tym widza będą pewnie bawić gdańscy aktorzy na scenie Teatru Szekspirowskiego. No i niepokoję się troszku, że komedia romantyczna bez żadnych podtekstów może się z niego wyłonić. Choć, jakby nie kombinować, to trudno ich uniknąć.
Przebieranki Szekspira to temat popularny i wdzięczny. Ale i niebezpieczny. Prosty (czy na pewno?) pomysł Rosalindy, by w męskim stroju schronić w Lesie Ardeńskim i w ten sposób uniknąć wielu niebezpieczeństw czyhających na dwie młode białogłowy (przy okazji Rosalinda niezbyt pochlebnie charakteryzuje ród męski: „Dzielny kordelas przypaszę do boku,/ Włócznię na dzika wezmę w dłoń i skryję/ W sercu lękliwość niewieścią. A wówczas/ Wygląd nasz będzie dzielny i marsowy,/ Jaki miewają tchórzliwi mężczyźni,/ Którzy strach kryją pod mężną powłoką”), powoduje, że tematu płci i zakochiwania się wedle jej porządku trudno uniknąć (niby w konwencji komedii mieści się nierozpoznanie Rosalindy przez Orlanda, zakochanego w niej od pierwszego wejrzenia [to można by jeszcze może na karb ślepoty tego pierwszego wejrzenia zakochania zrzucić], czy przede wszystkim przez ojca [no…minęło wprawdzie ładnych parę lat chyba{sprzeczne czy też niespójne są informacje w dramacie na temat tego, ile czasu minęło od przejęcia władzy przez młodszego brata}, dziewczę młode było jeszcze bardzo, gdy Książę Senior władzy pozbawiony został, więc może…]).
Rosalinda pod znacząco zmienionym imieniem Ganimedesa (który to kochankiem Zeusa był – co też ta Rosalinda miała w głowie, gdy na taki koncept wpadła?) spotyka w lesie Orlanda i każe mu się traktować tak, jakby była ona jego ukochaną. Przewrotność Szekspira nie zna granic. Każe się facetowi umizgać do faceta pod pozorami wyobrażeń z ukochaną kojarzonych. Uświadamia nam, że to wiedza o płci decyduje o uczuciach, wiedza naznaczona kulturowymi uprzedzeniami a nie naturalne instynkty. Czym jest to uczucie, które się ujawnia dopiero wtedy, gdy płeć obnażona zostaje? Jasno też zobrazowane zostało to, w jak wielki stopniu to w wyobrażeniu niby wybranki serca się kochamy.
No a Febe? W kim się zakochuje Febe? W przeciwieństwie do Orlanda ona tak jakby tylko w obliczu delikatnym i kobiecym właśnie… tak jakby, bo ten jej monolog, w którym sama siebie przekonuje, że się nie zakochała, w komiczny sposób ukazujący, jak horrendalnie sami się okłamujemy, gdy rozum nam mówi, że nie, a gdzieś głębiej jednak namiętność pulsuje i każe temuż rozumowi szukać argumentów za miłością, ten monolog pokazuje, że w gruncie rzeczy pała namiętnością do Rosalindy/Ganimedesa niezależnie od tego, czy kobietą czy mężczyzną jest i tylko przymus kulturowy w zakończeniu (no i oczywiście niechęć Rosalindy) każe jej pożegnać się z marzeniem o tym ciele („Jeśli to widok prawdziwy,/ Żegnaj mi, mój śnie szczęśliwy”).
Trójkąt Febe – Rosalinda – Silvius doskonale także odzwierciedla banalną prawdę o destrukcyjnych meandrach naszych uczuć, o których wielu, między innymi i Fredro kiedyś. Poddańcze hołdy to nie jest droga do wzbudzenia w wybrance serca uczucia wzajemności, właśnie manifestacyjne okazywanie lekceważenia może okazać się skuteczne, a wręcz spowodować zauroczenie od pierwszego wejrzenia (banał to, a ja czasami zastanawiam się nad prawdziwością takiego przekonania). Mimo że ku rozwiązaniu charakterystycznego dla komedii romantycznej zmierza ta sztuka, to po drodze stan zakochania ukazany jest w tak krzywym zwierciadle, że warto byłoby tak wystawić tę sztukę, by sprowokować widza do krytycznego spojrzenia na konwencje związane z wyrażaniem i okazywaniem miłości. Bo znowu to wszystko grubymi nićmi szyte i może nie warto, by zbyt wielu za bardzo uwierzyło w kwietniowe (Rosalinda: mężczyźni są jak kwiecień, gdy się zalecają” , jak to się ma do Eliotowskiego „Najokrutniejszym miesiącem jest kwiecień” z „Jałowej ziemi”? – skojarzenia kuszące) zapędy zakochanych. By zbytnio później nie przeżywać porażek. Gdyby wypunktować tę poniżającą stronę porywów namiętności, choćby na zasadzie kontrapunktu poważnego do komicznych scen wyznań, można by z tej sztuki zrobić poruszający i prowokacyjny spektakl.
Jednoznaczne są przecież bardzo teksty takie jak: „Do ilu czynów godnych ośmieszenia/ Pchnęło cię twoje miłosne pragnienie” czy „cała natura jest śmiertelnie błazeńska w miłości”. Od inscenizatora tylko zależy, czy potraktuje je poważniej niż naiwne zakończenie. S. Greenblatt („Shakespeare. Stwarzanie świata”) dostrzega sceptycyzm w spojrzeniu Szekspira na związki męsko-damskie. Mocno widać to właśnie w zakończeniu, które każe mieć poważne wątpliwości co do trwałości połączonych par (country copulatives – co, jak poucza J. Limon, można tłumaczyć: wiejscy jebacy). Cóż to za pary połączyły się w tym „szczęśliwym” zakończeniu? Probierek  chcący uniknąć legalnego ślubu z Audrey, by móc w sposobnej chwili zakwestionować związek. Silvius z Febe, która ewidentnie przymuszona została do związku (zaiste dziwną jej radę daje Rosalinda: „Sprzedawaj, kiedy możesz, bo nie jesteś/ Dla wszystkich kupców”; przy okazji zresztą zwraca uwagę na istotne zjawisko: „To nie zwierciadło/ Ale ty jeden jesteś jej pochlebcą/ I dzięki tobie widzi się piękniejszą/ Niż wówczas, kiedy patrzy w lico własne” – warto sobie zapamiętać tę prawdę, zgodnie z którą nasze poczucie wartości od aprobatywnego spojrzenia z zewnątrz jest związane, w nim, niczym chcielibyśmy wierzyć, że w lustrze, dostrzegamy z chęcią swą urodę, czy szerzej zalety; ale może być też przeciwnie – popaść w kompleksy możemy, gdy negatywne opinie na swój temat uznamy nieświadomie [!] za lustrzane odbicie siebie). Oliver zakochujący się w jednej sekundzie w Celii? Oliver, którego gwałtowna przemiana jest nazbyt komediową konwencją szyta, więc i w jego wierność trudno uwierzyć i Celia, która nie zakochała się w Orlandzie (choć prosiła ją o to przyjaciółka: „A ty go kochaj, bo ja go kocham” – o potencjalnym mimetycznym współzawodnictwie wypartym z tej sztuki ze względu na komediową konwencję pisze R. Girard w książce „Szekspir. Teatr zazdrości”), bo zamiast komedii mielibyśmy tragedię, a przecież podczas pojedynku zapaśniczego jest tak samo zauroczona zwycięzcą jak jej przyjaciółka. Wypada tylko wierzyć, że związek Orlanda z Rosaliną będzie znośny, lecz tylko wtedy, gdy córka Księcia Seniora nie zacznie jeszcze bardziej dostrzegać kiczowatości wyznań miłosnych swego wybranka i inne przymioty, powiązane ze sprawnością zapaśniczą, wezmą górę.
A w całej sztuce nieustannie mówi się o tym, jak uroczą ozdobą męskiej głowy są rogi („Wszyscy nosimy, chłopcze drogi,/ To brzemię./Bez trwogi noś je, mój niebogi,/ Bo rodu twego herb to rogi”).
Postacią, która z odpowiedniego dystansu przygląda się tym wszystkim teatralnym zabiegom,  związanymi między innymi z władzą i miłością, jest Jakub i to jego perspektywa dominowałaby w spektaklu, którego byłbym inscenizatorem.


poniedziałek, 24 czerwca 2019

W Ardeńskim Lesie



Już na wstępie Jak wam się podoba, mamy do czynienia ze światem zatrutym ambicją niegodziwych. Ogród jest częścią przestrzeni Dworu (Oliver jest poddanym księcia Fryderyka, który przywłaszczył sobie władzę swego starszego brata), który w tym dramacie symbolizuje Zło. Biblijne paradoksy wplecione w prologu akcji wskazują, że niekoniecznie tak musiało być. I to już może być jakiś punkt wyjścia do poszukiwań bliższych naszemu światu. Przywłaszczenie władzy, destrukcja rzeczywistości, niewywiązywanie się ze zobowiązań. Coś, co było przestrzenią przyjazną, próżność i cynizm władzy przekształca w świat podstępu, przemocy, wyzysku i lęku.
Łatwo tu popaść w nazbyt publicystyczne i jednoznaczne odniesienia do Teraz.
To jest komedia, więc mogłaby nieść pociechę, ale jest ona chyba nazbyt naiwna i w związku z tym złudna.
Pocieszeniem mógłby być fakt, że do Księcia Seniora, prawowitego władcy, umykają wszyscy szlachetni i uczciwi. Ale dla współczesnego widza, utożsamiającego się z tymi wygnanymi, może to być tylko źródłem resentymentu: „wprawdzie przegrywamy, ale to my jesteśmy ci dobrzy”. Takie myślenie zapewne ma wartość psychologiczną, lecz niestety w nikłym stopniu wpływa na zmianę rzeczywistości. Mam wrażenie, że to akurat jest temat, który dzisiaj bardzo. Szczególnie w powiązaniu z jakże nierealnym zakończeniem. Widz, uświadomiwszy sobie, jak bardzo dobre zakończenie jest nie z tego świata, powinien popaść w ponurą zadumę nad przyszłym losem gorszego sortu.
Dlaczego uważam, że dobre zakończenie jest naiwne i tylko z komediowej konwencji wynika? Wystarczy cytat: „Książę Fryderyk, słysząc, że codziennie/ Najczcigodniejsi ludzie uciekają/ Do tego lasu, zebrał wielkie siły/ I poprowadził je sam, aby brata/ Otoczyć tutaj, pojmać i dać katu./ Gdy na skraj puszczy tej przybył, napotkał/ Świętego starca i wszczął z nim rozmowę,/ Po czym odrzucił zamiar swój i berło,/ Zwraca koronę wygnanemu bratu,/ A wszystkim, którzy z nim razem odeszli,/ Zwraca ich włości”.
Żaden realny władca, prezes, przewodniczący, I sekretarz… żaden…
chyba że okoliczności jakieś, ale nie Teraz
Jak wyżej zacytowany tekst wybrzmieć może dzisiaj na scenie? No to ironia być musi, to Danuta Stenka z ostatniego monologu „Poskromienia złośnicy” Warlikowskiego, w którym podległość mężczyźnie deklaruje. Te słowa powinny być tak wypowiedziane, by widz wyszedł z teatru z nadszarpniętą nadzieją.

Czym jest Las Ardeński w tej sztuce, która, co ważne bardzo, przecież nie o władzy a o miłości i pewnie to na scenie bawić nas będzie.
Las Ardeński jest przestrzenią wolności ale i wygnania przecież (mimo słów Celii: „wolność czeka nas tam, nie wygnanie”). Do tej sielankowej przestrzeni rodem z literatury przecież nikt nie udał się dobrowolnie. Już to powinno dawać do myślenia. Że dopiero porażka, zdrada, wygnanie pozwala człowiekowi doświadczyć wolności, docenić naturalny stan bytu.
Gdybyż to była realna przestrzeń… ale przecież tak nie jest. Las Ardeński jest przestrzenią wziętą z literatury i jednocześnie stanowi do tej literatury komentarz. Jakież to pole do popisu dla współczesnego twórcy. Wykreować idealną przestrzeń wyobrażoną dzisiejszego wygnańca rodem z gorszego sortu (chyba znowu to nazbyt publicystyczne by było) albo bardziej ogólnie i uniwersalnie – zmęczonego (czym zmęczonego, to już sprawa szeroka i indywidualna) światem inteligenta a może i humanisty, jeśli takowi się jeszcze ostali. U Szekspira jest to przestrzeń zakorzeniona w sielance, która, z błąkającymi się wśród owiec pasterzami wyznającymi na każdym kroku swą miłość (autor dramatu oczywiście dekonstruuje to klasyczne wyobrażenie), dla dzisiejszego widza jest raczej nazbyt odległą tradycją. Gdzież jest ten świat dzisiejszego idiotes, człowieka skupionego na swej prywatności, dystansującego się do polis? (oj, zaczyna mi to pachnieć taką „Salą samobójców” czy też „Oną” – czy to mógłby być dzisiejszy Ardeński Las i czy można z niego powrócić? zakładając, że zakończenie dramatu jest rodem z bajki, można powiedzieć, iż niemożność powrotu jest wpisana w tę sztukę; przyznaję – bardzo to radykalna propozycja, bliższe dramatowi są pewnikiem dialektyczne konfrontacje J. J. Rousseau z Gombrowiczowskim wyobrażeniem prostego ludu utożsamianego z psim bytem zawartym w „Ferdydurke”, ale chyba znowu przesadziłem, bo zacząłem już niemal wyobrażać sobie Febe podobną do Hanki z „Chłopów” Garbaczewskiego, a przecież nie należę do grona jego fanów; powróćmy może do Szekspira, bo u niego jest już wystarczająco i nie trzeba aż tak bardzo jechać po bandzie aktualności i dekonstrukcji, bo sielanka jest tropem potraktowanym z dystansem już przez samego Szekspira)
W tych pięknych okolicznościach przyrody panują bezwzględne prawidła świata kapitalistycznego. Bogaci wykorzystują biednych pasterzy, którzy wypasają nie swoją trzodę. Za trochę jadła płaci się czystym złotem. Rdzenni mieszkańcy tych ziem, czyli zwierz dziki, pada łupem bezwzględnych najeźdźców, czyli wygnańców (czy uchodźców?). miłość duchowa wypierana jest przez naturalną (nomen omen) chuć. Zresztą pasterki nie grzeszą urodą, więc utwierdzanie z nimi związku za pomocą sakramentu byłoby nazbyt wielką lekkomyślnością. A w zimie, jak to w zimie, jest zimno i niełatwo się z tym pogodzić. O zapachu rąk tych ludzi prostych między innymi, może nie trzeba już wspominać.
I choć Książę Senior chwali to miejsce („słodszym nam się wydaje to życie/ Niż tamto dawne w złoconym przepychu”), to trudno go nie podejrzewać, że racjonalizuje on swą sytuację jedynie. Pytanie jak trwała pozostanie jego przemiana, pozwalająca mu czytać  z księgi natury („nasze życie, pozbawione zgiełku,/ Słyszy drzew mowę, poezję strumieni,/ Kazania głazów, z wszystkiego zysk ciągnąc”) a na agresję reagować łagodnością („Siłą grzeczności tu zdziałasz/ Więcej, niż swą zyskasz grzeczności” [swoją drogą chwilę wcześniej daje wyraz swemu poczuciu wyższości wobec człowieka prostego {oj znowu mi się aktualne bardzo skojarzenie nasuwa z oceną formułowaną pod adresem lepszego sortu tym razem…}: „Czy nienawidzisz dobrych obyczajów,/ Będąc prostakiem bez żadnej grzeczności?” a i posądzony o chamstwo Orlando nie wolny jest od takich uprzedzeń: „Sądziłem, że mnie dzicz tutaj otacza,/ I szorstko chciałem wolę mą narzucić”]). Tym bardziej, że sam stwierdza: „czas lepszy był nam znany […]/ I chleb jedliśmy wśród uczciwych ludzi”. A więc racjonalizacja zgodna ze słowami Amiens’a: „To twe szczęście, panie,/ Że umiesz losu niełaskę tłumaczyć/ W umiarkowanym tak i słodkim stylu”. Hierarchia światów jest jasna a wygnanie wygnaniem jest a nie wyborem wolności. A czy pozytywne doświadczanie świata pozostanie trwałym elementem przemiany? Śmiem wątpić. I gdybym ja wystawiał tę sztukę, to starałabym się, by w jak największym stopniu podszyta była sceptycyzmem. Który przecież co i rusz nasuwa się podczas lektury.
Ale Las Ardeński to także ten nieszczęsny gender….

sobota, 22 czerwca 2019

Przed premierą „Jak wam się podoba”


Przed premierą „Jak wam się podoba” w reżyserii K. Jandy.
I choć cenię ją bardzo, to nie oczekuję, by Szekspir tym razem stał się kluczem do naszej rzeczywistości. Bardziej na letnią rozrywkę nastawić się trzeba (czy to źle? pewnie nie, ale ja starszym coraz to będąc, ze śmiechem beztroskim w kinie czy teatrze mam problem i stymulacji poważniejszej mych szarych, które nie do wynajęcia). Ale zobaczymy. Póki co poświęciłem się lekturze dramatu i popuściłem wodze.
Kilka myślątek własnych i cudzych z odczytywaniem znaków związanych czyli taki spacerek interpretacyjny. Ze śladami projektu tego, co na scenie by się chciało (bez próżnej pychy, że jak inaczej będzie, to źle).
Wielki potencjał tkwi w tym tekście. Co podobno w niektórych wcześniejszych inscenizacjach widoczne było.
cosik muśniemy

Jak poustawiać dramatyczne opozycje, z których nasz świat utkany jest bardzo?
W tej sztuce na pierwszy plan  wysuwa się ta podstawowa chyba: Las – Dwór (co nie oznacza wcale prostego przełożenia na przeciwstawienie: natura – kultura, bo ten Las jakoś kulturowy bardzo…); ale są przecież i inne: marzenie – rzeczywistość (dla mnie ciekawsze, bo przecież rozgrywa się ona między innymi w odniesieniu do Lasu, prowokując konfrontację wymarzonego i kulturowo utrwalonego Złotego Wieku z realiami natury, ale także umożliwia niuansowe wygrywanie relacji Orlanda z Ganimedesem [bo przecież staje się on marzeniem o Rosalindzie], która to przywołać każe kolejną opozycję: męskie – kobiece…), racjonalne – emocjonalne; a także – by nieco już współczesne tropy zasugerować: legalne, prawne – wyjęte spod prawa (Książę Senior skojarzony w świecie przedstawionym jest z Robin Hoodem [„Żyją tam na podobieństwo owego danego Robin Hooda z Anglii”]), ale opozycja ta niejednoznaczna, co pozwala dzisiaj na jakoweś skojarzenia sceniczne, bo Suweren, czyli Książę Fryderyk, uzurpatorem jest, co każe nam się zastanowić nad legalnością legalności.
Komedia (czy każda?) każe znosić opozycje w imię harmonijnego trwania i teoretycznie do takiej coincydentia oppositorum (nie da się uciec od tego androgynicznego pomysłu na Rosalindę - Ganimedesa, który jest i nie jest jednocześnie połączeniem przeciwieństw płciowych, jak to się musi mieszać w oczach postrzegającego podmiotu czyli Orlanda)  w sztuce dochodzi. Według mnie jednak każda inscenizacja „Jak wam się podoba”, która pozostawi widza w optymistycznym przekonaniu, że to boskie wspóistnienie przeciwieństw nie pozostaje bez wątpliwości, uprości nazbyt dramat.  Ta komedia nazbyt grubymi nićmi jest szyta. Tak jakby Szekspir chciał nam uprzytomnić, że to, czego oczekujemy (taka możliwość interpretacji tytułu, jakby sarkastyczna: No, i jak wam się podoba taka wersja świata, naprawdę czegoś takiego oczekujecie od sztuki, tak banalnej wizji waszych wyidealizowanych, sielankowych pragnień?),  przepaścią oddzielone jest od rzeczywistości.
Jak to zrobić w teatrze, by widz i śmiał się, i lękiem podszyty wyszedł, z poczuciem jak bardzo nierealne jest szczęście takie?

Począwszy już od inicjującego dramatyczny splot wydarzeń pojedynku zapaśniczego , mamy do czynienia z nazbyt widocznym poczuciem nieprawdopodobieństwa.
Ten Dawid (Orlando) z Goliatem (Karol), co mitem jest oczywistym (tu zresztą ładny moment zakochania: Rosalinda od pierwszego momentu w tym zwycięzcy, któremu niemal macierzyńsko wcześniej współczuła, ale jak to swoje zauroczenie tłumaczy _ „Książę, mój ojciec, miłował bardzo jego ojca”… niuansik taki, ale już samozakłamywaniem pachnie, już ukazuje człowieka, który nie jest w stanie przyznać, że to męskość uwiodła [bo biologiczne i za proste?] i do jakiś paternalistycznych tradycji będzie się odwoływał, by uzasadnić swe zauroczenie).
Ale skoro o Biblii…
Pierwszym imieniem, które się pojawia w sztuce i to już w inicjalnym zdaniu jest imię Adam. Wypowiedziane jest ono przez Orlanda w ogrodzie (przy domu Oliviera).  Niebawem obaj, pan i jego sługa, zmuszeni są opuścić majątek okrutnego brata. Mogłoby się wydawać, że są wygnani z raju, z edeńskiego ogrodu. To jeden z paradoksów tej sztuki – jest wręcz przeciwnie, bo to Las Ardeński, do którego się udają, wpisuje się w konwencję sielankową, arkadyjską czy też rajską.
Biblijny kontekst obecny jest też w scenie drugiej, gdy pojawia się Oliver. Orlando wypomina mu: „Czy mam paść świnie i jeść z nimi plewy? Jakiż udział marnotrawnego syna przetrwoniłem, że doszedłem do takiej biedy?”, a gdy upomina się o swoją część spadku, Oliver pozostaje wierny biblijnym skojarzeniom mówiąc: „I co uczynisz? Będziesz żebrał,  kiedy wydasz wszystko?” Tylko kto w rzeczywistości jest tym synem marnotrawnym i kto sprzeniewierza się Ojcu?

Wysilić się może warto na skromną interpretację tej metaforycznej sytuacji rodem z przypowieści biblijnej. Mamy dwóch dziedziców majątku Ojca. Starszy zobowiązany został do wypełnienia testamentu. Lecz on przeciwnie - robi wszystko, by Orlando, ten młodszy, bez żadnej winy ze swej strony upadł do poziomu aroganckiego (według klasycznych interpretacji kościelnych) brata z oryginalnej przypowieści. By świniom zazdrościł ich bytu. Ogród stał się zaś miejscem jego pohańbienia. Można by powiedzieć, i tu interpretacja będzie nader współczesna i antyklerykalna ( ale czy i w Szekspira czasach nie mogłaby być aktualna?), że to ci, którzy powinni wypełniać najbardziej odpowiedzialnie wolę Ojca, którym powierzono los maluczkich, metodycznie niemal dążą do tego, by wiernych pozbawić ich dziedzictwa wiary. By ją odzyskać, konieczne jest opuszczenie odziedziczonego Ogrodu, wypowiedzenie posłuszeństwa bratu (bunt jest potrzebny przeciw zdegenerowanej hierarchii i jej przepychom) i poszukiwanie na własną rękę w Ardeńskim Lesie ojcowego dziedzictwa.
Jak taką interpretację przemycić na scenę, by nie raziła topornością?

taki punkt wyjścia tej sztuki, zarys sytuacji

to be continued