środa, 1 września 2010

Wpis okolicznościowy

Do jednego z miesięczników dołączono dzisiaj film "Na zachodzie bez zmian".
Słynna powieść Ericha Marii Remarque'a.
Manifest pacyfizmu.
Zdobył sobie to miano dzięki bezkompromisowemu ukazaniu tego, co działo się w okopach niemieckich podczas I wojny światowej. Bezkompromisowemu, bo autor uświadamia tym, którzy komentują działania wojenne z perspektywy cichego, nienarażonego na działania wojenne miasteczka, czym w praktyce jest wojna w XX wieku. Odziera ją z 'ducha' wielkości ukazując człowieka, który nurzając się w błocie, omijając porozrzucane cząstki ciał przyjaciół i wrogów, wyzwala w sobie najbardziej atawistyczne cechy, by przetrwać.
Remarque swą powieść pisał w roku 1927; film nakręcony w 1979 (30 lat tylko nieco osłabiło siłę jego oddziaływania) jest remake'em pierwszej ekranizacji z 1929 roku. Po cóż te daty? By mieć świadomość miary: nasza wrażliwość na okrucieństwa ukazywane na ekranie czy na zdjęciach jest już bardzo otępiała i niekoniecznie wyzwala w trakcie ich oglądania reakcje pacyfistyczne. A rok 1927 jest o tyle istotny, że sprowokował mnie do zrobienia małego wypadu w stronę polskiej literatury tego czasu. Bo cóż niebanalnego można by napisac dziś o okrucieństwie wojny czy też o pacyfizmie (choć muszę powiedzieć, że pokrewne tematy z cyklu "bić się czy nie bić" często plączą mi się po głowie i nie zawsze jestem w stanie jasno orzec, jaka jest moja ocena np. naszych powstań).
Natomiast początek dwudziestolecia międzywojennego jest jednym z tych momentów, które są świadectwem tego, jak bardzo pod pewnym względem nieeuropejscy byliśmy. Bo powieść Remarque'a nie była jedynym głosem tego czasu na temat absurdalności wzajemnego wyżynania się przez gatunek zwany człowiekiem (w Polsce dopiero w 35 wyszła "Sól ziemi" Wittlina, w której jednak tylko pewne akcenty pacyfistyczne są obecne). Setki żołnierzy powracających z okopów tej pierwszej nowoczesnej wojny już nigdy nie potrafiło uwierzyć w człowieka a tym bardziej w Boga. Tylko nie u nas... bo myśmy dzięki tej wojnie niepodległość odzyskali. Dla nas nie była ona świadectwem koszmaru, który ludzie z taką beztroską są w stanie sobie zafundować (u nas wiadomo - ten temat dopiero po obozach koncentracyjnych i łagrach się pojawił), lecz zrządzenia losu, Boskiej opatrzności, która jednak czuwa nad naszym narodem. Ta wojna nie była dla nas przekleństwem.
Tak to sobie myślałem ogladając ten film - niekoniecznie pacyfizm, lecz okrutny relatywizm w postrzeganiu historii. I patrząc na rozpadające się w powietrzu ludzkie ciała miałem w głowie jednocześnie radosny klimat twórczości młodych Warszawiaków: Tuwima, Wierzyńskiego, Jasieńskiego... i ożeniwszy ten wojenny naturalizm z niepodległościowym witalizmem jakoś przestałem się dziwić, że mniej więcej w tym samym czasie w spokojnej Szwajcarii zrodził się najbardziej nonsensowny kierunek w sztuce, czyli dadaizm...
Ale i jeszcze jedna myśl, być może nieprzypadkowa, do głowy mi się zakradła.
Jest taka scena w "Hamlecie":
Hamlet: Co to za wojska łaskawy panie?
Kapitan: Norweskie.
Hamlet: A przeciw komu ciągną (...)?
Kapiat: Idą na Polskę. (...)
Hamlet: Czy wojna toczy się o cała Polskę,
Czy też o jakiś teren przy granicy?
Kapitan: Prawdą a Bogiem, bez fantazjowania,
Idziemy zdobyć mały skrawek ziemi:
Ma to-to nazwę, ale nic poza tym.
Za pięć dukatów nie wziąłbym w dzierżawę
Tego zagonu. I zresztą Norwegia
Czy Polska więcej na nim nie zarobią,
Gdyby go nawet od ręki sprzedały.
Hamlet: No, to Polacy nie będa go bronić.
Kapitan: A będą, będą: już tam wojska stoją.
Hamlet: Więc warto gubić dwa tysiące dusz,
Tracić dwadzieścia tysięcy dukatów,
Żeby rozstrzygnąć spór o to źdźbło słomy?
(...)

Teraz w zasadzie należałoby przytoczyć cały monolog Hamleta, w którym przeciwstawia on swą opieszałość w działaniu zaangażowaniu mijających go wojaków. Krótki fragment:
Choćby te wojska, tłumne i kosztowne,
Pod wodzą księcia, wiotkiego młodzika,
W którym ambicją napełniony duch
Drwi sobie z przyszłych niewidocznych następstw,
Gotów narażać niepewną doczesność
Na groźby losu i ryzyko smierci
W walce o byle co - skorupkę jajka!
Prawdziwie wielki jest nie ten, kto czeka
Na wielki powód do boju, lecz ten
Dla kogo słomka to powód dość wielki,
Kiedy w grę wchodzi honor.
(Barańczak oczywiście jako tłumacz; wiem, że cytat długi, lecz Szekspira nigdy za wiele:-))

Co by powiedzieli żołnierze toczący bezsensowne śmiertelne boje o przesunięcie frontu o 8 km; boje, w których poległo pół miliona tych, którym Hamlet tak zazdrości woli czynu. I honoru... Może jednak lepiej pozostać Hamletem na etapie wątpliwości podejrzewanym o szaleństwo niż być dzielnym Fortynbrasem, który bez mrugnięcia okiem wyśle na front najbardziej żywotną część swego narodu. Hamlet poszukuje sensu i daje wyraz bezpodstawnej nadziei, że ci, którzy stają się mięsem armatnim, ten sens odnaleźli. Jeżeli już, to chyba tylko redukując, tę zgubną dla bohatera Szekspira, zdolność do refleksji - by nie wylądować w szpitalu psychiatrycznym. Zdecydowanie łatwiej funkcjonuje się w świecie wyzbywszy się potrzeby sensu. Na pewno łatwiej się zabija...

Wpis jest okolicznościowy, bo dziś 1. września; dzień, w którym wybuchła ta wojna, która dla nas jest taką traumą jak dla zachodu była już ta, która wybuchła w 1914.
Dziś jest 1. września i już od jutra będę gadał o Szekspirze, Tuwimie, dwudziestoleciu... ale trochę inaczej:-)

Erich Maria Remarque: Na zachodzie bez zmian reż. D. Mann

niedziela, 29 sierpnia 2010

Opowiedzieć siebie światu

Wydaje się, że jest to jedna z przyrodzonych cech ludzkich: pragnienie opowiedzenia siebie komuś. Nie wiem, czy nawet nie jest ona bardziej immanentnie ludzka niż potrzeba bliskości, bo ta druga przecież niemal całego zwierzęcego świata dotyczy. Można by zadać pytanie (na które odpowiedzi niewątpliwe nie poznamy): czy nie leży ona u źródeł literatury czy sztuki w ogóle? Co jest bardziej pierwotne: żywioł liryczny (nastawiony na ekspresję nadawcy) czy dramatyczny bądź epicki (sprawiający wrażenie, że obiektywną wizją świata przedstawionego zainteresować chce odbiorcę przede wszystkim) w tekstach, które jako pierwsze przekraczały funkcję li tylko komunikacyjną? Te banalne pytania można by mnożyć, aczkolwiek nie sądzę by były one tak nieaktualne. Bo gdzieś tam w swej istocie dotyczą tematu (w różny sposób formułowanego) przewijającego się we współczesnych dyskusjach o sztuce - kto jest ważniejszy: nadawca czy odbiorca dzieła? Która funkcja ważniejsza: czy ta związana z zabawą i relaksem, czy też ta odnosząca się do problemów nurtujących świat współczesny? W skrajnych przypadkach materią sztuki staje się sama sztuka a jej tematem ten, kto ją tworzy. Kogo to może interesować? Chyba tylko tych, którzy dostrzegają w refleksji sztuki nad samą sobą kwintesencję refleksji na temat sztuczności środków komunikowania się w ogóle pomiędzy ludźmi a w egzystencji artysty przykład, czasami skrajny z racji jego specyficznej wrażliwości (zakładamy, że ma taką), na fundamentalny konflikt pomiędzy człowiekiem i światem go otaczającym.
No tak, ale moja wstępna dygresja dość mocno się rozbujała kosząc po drodze wszystkie najistotniejsze problemy związane ze sztuki ontologią. A ja powrócę do zasadniczego pytania: skąd w człowieku taka potrzeba narzucenia innym narracji o sobie samym? Niby ona nie wszystkich dotyczy, nie każdy już po pierwszym piwie ma ochotę uraczyć mniej lub bardziej przypadkowych towarzyszy opowieścią o tym, że żona go zdradza i że miało być inaczej a u niego same dobre intencje. Są tacy, którzy nawet po zachęcie: "Powiedz coś o sobie" nie są skłonni do wynurzeń na swój temat. Według psychologów czynią źle. Nie powinni prawdy o sobie (jakkolwiek by ją pojmowali) skrywać przed światem, bo prędzej czy później ich zdrowie psychiczne może na tym ucierpieć. Nieprzypadkowo w kościele pojawiła się instytucja spowiedzi...
Ad rem...
W sumie to mógłbym zacząć inaczej - od krótkiej refleksji na temat "Wyznań" Augustyna bądź Rousseau, czyli dzieł, których tytuły mówią już same za siebie. Mogłyby one wskazywać na to, że trzeba być kimś szczególnym, by swym jestestwem a szczególnie refleksją na jego temat kogoś zainteresować. "Pamiętniki" Paska przeczą jednak tej opinii. Szczególne zainteresowanie różnorodnymi autokreacjami (bo przecież zawsze z czymś takim mamy do czynienia) dotyczy także tych tzw. przeciętnych. Bo choć banalny i zwyczajny sąsiad nie jest (przeważnie) w stanie zainteresować nas swymi wynurzeniami (szczególnie, gdy jest po którymś głębszym - tu warto zwrócić uwagę na jednego takiego, którego losem fascynują się od ponad stu lat kolejne pokolenia czytelników, czyli Marmieładowa; przykład niby literacki, ale jeżeli uświadomimy sobie, że ojciec pisarza był pierwowzorem tej postaci, to możemy wagę tej wątpliwości zawiesić), to przeciętniak z innej epoki już zaczyna budzić nasze zainteresowanie. Z jednej strony chcemy się po raz kolejny przekonać, że mentalność ludzka tak naprawdę niewiele się zmienia, z drugiej chcemy się pocieszyć być może, że gdy tworzyły takie gwiazdy jak np. Jan Andrzej Morsztyn, to tzw. przeciętna większość nie wiedziała o jego istnieniu, a więc nie mamy co mieć kompleksów, że nie jesteśmy au courant wobec najnowszych wydarzeń w sztuce.
Opowiadamy o sobie nie tylko słowami. Facebook jest przykładem w tej chwili chyba najbardziej masowego upubliczniania własnego bytu. Ilość zdjęć zamieszczona na tym portalu jest chyba najmocniejszym argumentem na istnienie potrzeby, której dotyczy tytuł wpisu. Można oczywiście zapytać, czy jest to potrzeba szczerej spowiedzi czy autokreacji? A może jeszcze czegoś innego, np. ucieczki od anonimowości.
I jeszcze jedno: pragnienie uwiecznienia siebie w przeróżnych okolicznościach. Banałem już stało się to, że jeżeli w jakiejś atrakcyjnej turystycznie okolicy nie dysponujemy aparatem lub kamerą, to pobyt w tym miejscu nagle pozbawiony jest istotnej części uroku. A więc fotografujemy i filmujemy siebie od najmłodszych lat. I tak jak pismo zabiło pamięć, to być może zdjęcia (i filmy oczywiście) zabijają indywidualne doświadczanie świata.
Narracja o naszym życiu zaczyna sprowadzać się do ciągu zdjęć i fragmentów filmów. Znika z pamięci to, co było poza kadrem. Tym bardziej, że każdy na temat rzeczywistości niesfilmowanej może mieć inne zdanie (nie tylko chodzi o opinie ale także o fakty - nie będę tego rozwijał, bo i tak moja dygresyjność rozbrykała się dziś ponad miarę, ale fascynująco pisze o tym Barnes w książce "Nie ma się czego bać"). Ale jakże często (zbyt często) zapominamy o banalnej (przynajmniej od połowy XX wieku) prawdzie sformułowanej przez Mc Luhana, że "środek przekazu jest także przekazem" (ostatnio mój bliski [mogę tak chyba Jacku powiedzieć:-)] znajomy po odkryciu barwnych zdjęć sprzed stu lat żartobliwie dał wyraz swemu zdziwieniu, że wtedy świat nie był czarno-biały; zrobił to oczywiście na facebooku:-)). No i to co najważniejsze: techniczna strona środka przekazu a także konwencja kształtują nasze wyobrażenie o świecie przedstawionym czy to na zdjęciu, czy też filmie. O prawdzie na temat tegoż świata. I choć nie jestem zwolennikiem relatywizmu co do istnienia Prawdy, to jednocześnie cechuje mnie radykalny(!) sceptycyzm wobec jakichkolwiek prawd na temat tego świata formułowanych przez kogokolwiek (znowu - nie będę pisał o tym czynniku ludzkim, który związany jest z intencjami, uprzedzeniami itp. i który dodatkowo to wyobrażenie o prawdzie wypacza).
O sztuczności sztuki zapominamy szczególnie wtedy, gdy oglądamy filmy reprezentujące wypracowany przez Hollywood "styl zerowy", którego celem jest pozostawienie w widzu pewności, że obserwował świat bez pośrednictwa żadnego medium. Jakże zaczynamy się denerwować, gdy twórca, chcąc nam przypomnieć, że to konwencja li tylko jest, istnienie tego medium nam uświadamia. Sposoby są oczywiście przeróżne (np. manifestacyjna, czyli przesadna obecność konwencji) - zawsze wytrącają widza z błogiego obserwowania akcji w poczuciu, że świat jest właśnie taki. Jak wiemy, wchodząc na sale kinową (czy też teatralną oczywiście) zawieramy swoisty kontrakt, bo przecież nie jest tak, że wierzymy tak naprawdę naprawdę. Ale czasami mam wrażenie, że kontrakt ten jest tak głęboko uwewnętrzniany, że nie jesteśmy w stanie zaakceptować stylu opowieści, która dotyczy nie tylko przygód bohatera, lecz także sposobu opowiadania o nich.
Czas chyba przejść do źródeł tych moich dzisiejszych dygresji.
Przyczyną tego ciągu przyczynkarskich refleksji na temat sztuki jest film Jonathana Caouette'a "Tarnation"; zwycięzca festiwalu Era Nowe Horyzonty w roku 2005 (zaznaczam to, ponieważ dopiero w tym - 2010 - roku po raz pierwszy na tym festiwalu byłem i jakoś nie potrafiłem nic o nim napisać, a ten film mógłby być swoistym odzwierciedleniem tego, co wydaje się istotą tej wakacyjnej imprezy, więc refleksja na jego temat w pewnym stopniu zastępuje wpis dotyczący festiwalu).
Wszystko, co dotąd napisałem, w jakiś sposób odnosi się do tego filmu. I ponieważ uciekam od pisania tekstów przypominających recenzję, nie będę tego mocno uszczegóławiał.
Kilka słów tylko... (być może kilka)
Film - bolesna spowiedź, czy też - jak chcą niektórzy - swoista terapia.
Bo jest to wyznanie człowieka mocno poharatanego. Opowieść o ranach, które pozostawia na człowieku rodzina. Ale też o potrzebie a i o istnieniu(!) miłości.
Film opatrzony etykietką - dokument...
Bohaterem i autorem jest Jonathan Caouette, który od 11 roku życia z pasją się fotografował a przede wszystkim - filmował. Posiada chorobliwą skłonność do autokreacji wynikającą ze zdiagnozowanej depersonalizacji. Oglądając film odnosimy wrażenie, że Jonathan wtedy, gdy nie jest obecny w kadrze, nie istnieje. I być może jest to pewien rodzaj prawdy psychologicznej odzwierciedlającej w ekstremalnym stopniu to, o czym wcześniej pisałem - tę niezbędną człowiekowi współczesnemu potrzebę uwieczniania się, kreowania własnego wizerunku na potrzeby publiki. Tym bardziej, że utwór zmontowany jest z fragmentów amatorskich filmów, zdjęć, wypowiedzi nagranych na automatyczne sekretarki, czyli z materiałów, które każdy z nas gromadzi w domowych archiwach. A więc środek przekazu staje się tym razem bardzo widocznym tematem dzieła. I paradoksalnie taki kształt formalny filmu wzmacniać może sceptycyzm odbiorcy co do prawdziwości tegoż przekazu. Paradoksalnie, bo przyjęła się już konwencja polegająca na tym, że jeżeli tworzymy film niedoskonały technicznie, na poziomie amatorskim - to jest on bliższy prawdy. Ale przecież, nawet jeżeli te materiały są autentyczne, to przecież także obarczone grzechem (dla niektórych błogosławieństwem) konwencji i ograniczeń technicznych.
Nie wiemy, jaka jest Prawda. Nawet ta najistotniejsza - dotycząca genezy tego, kim jesteśmy. Nawet jeżeli dysponujemy bardzo bogatym archiwum rodzinnym, to i tak wiedzieć będziemy tylko tyle, ile wyczytać jesteśmy w stanie z ułomnego środka przekazu.
Los Jonathana naznaczony jest bolesną traumą - min. związaną z chorą psychicznie matką. Film zdaje się mówić, że terapia jest niemożliwa - strach przed genetycznym dziedzictwem pozostanie... Ale jednocześnie, mimo tak radykalnego podkreślenia sztuczności każdej opowieści - nawet tej najbardziej intymnej - autor daje szansę życiu. Paradoks - ale banalnie oczywisty: o życiu opowiadać można tylko za pomocą jakiegoś środka przekazu; tylko w ramach konwencji dajemy innym świadectwo życia...
Reszta jest milczeniem:-)

Tarnation, reż. Jonathan Caouette

P.s. W całym tym wywodzie nie wspomniałem o tzw. blogosferze, czyli świecie, który swą popularność zawdzięcza min. właśnie tej potrzebie mówienia o sobie. Nie ma wątpliwości, że mój blog także takiej potrzebie czyni zadość. Czyni to jednak nie wprost. Komunikuję siebie poprzez opowieści o tym, co przeczytałem czy - częściej - obejrzałem. Czasami nawet komunikuję siebie sobie. Należę do tych, którzy zdziwieni są faktem, że ludzie potrafią szczerze i bezpośrednio o sobie opowiadać nie czując zażenowania. Tym bardziej, że jestem przekonany, że niewiele o sobie wiemy.

piątek, 20 sierpnia 2010

Zemsta Ariadny

kolejny wpis Kubie dedykowany

Nie zamierzałem pisać o tym filmie, ale sprowokowany czy też namówiony spróbuję skrobnąć kilka słów. Może nie o nim samym a o różnych skojarzeniach czy też wątkach nomadycznych, które przecierały swe szlaki podczas tych dwóch godzin w kinie i nieco po nim.
IncepcjaLubię filmy Nolana. Niezależnie od tego, czy mam do czynienia z fabułą sensacyjną czy też nieco bardziej dosłownie oniryczną, lubię być wciągany w jego świat wyobraźni czy też wodzony na pokuszenie jego pomysłami. Byłbym pewnie idealnym przedmiotem penetracji przez specjalistów z jego ostatniego dzieła... choć może nie - pewnie byłoby to dla nich zbyt banalne a i efekt mało satysfakcjonujący, bo tajemnic żadnych ważnych dla przetrwania świata czy innej korporacji nie skrywam. Chyba że chcieliby zaszczepić mi idee wszechświatowej rewolucji... lecz do tego też nie wystarczy pomysł - trzeba mieć jeszcze odpowiednie zaplecze. Stąd wniosek, że przeciętność i niewielkie społeczne znaczenie skutecznie chronią człowieka przed zakusami specjalistów z firmy Cobba. Pozostaje jedynie niepokój co do takich możliwości w ogóle... Skoro już dziś możliwe jest tzw. świadome śnienie (lecz indywidualne z tego co wiem), to być może przyszłość jeszcze bardziej otworzy przed nami wrota nieświadomości. Nie sądzę jednakże, by miało to wyglądać tak, jak w filmie Nolana, aczkolwiek reżyser podszedł do koncepcji nader poważnie (nie będę jednak szczegółowo analizował psychologicznych aspektów filmu, bo ani nie czuję się kompetentny, ani też nie uważam, że są one tak niezbędnie konieczne).
Sen.
Życie snem.
Dawno temu bardzo czytałem opowiadanie Briusowa (o Calderonie nie będzie w tym wpisie, przynajmnie bezpośrednio) napisane na początku XX wieku (tytułu nie pomnę), którego bohaterowie tak bardzo zasmakowali w świecie snu, że śnienie stało się dla nich niezbędnym do 'życia' nałogiem. Tak bardzo weszli w tę senną rzeczywistość, że zawsze wracali do tego samego marzenia kontynuując tam swoje, w ich przekonaniu - prawdziwe - życie. Jeden z bohaterów filmu Nolana o tego rodzaju nałogowcach mówi: "Oni tu przychodzą, aby się obudzić". Tzw. realny świat w tej sytuacji zaczyna być mniej rzeczywisty. Można by wysnuć z tego wniosek, że sen zawsze jest tą rzeczywistością, w której wszystko dzieje się zgodnie z naszymi oczekiwaniami. W filmie tak jest: świat Cobba i Mal jest ich ideałem. Pewnie dlatego, że - w przeciwieństwie do nas - posiedli umiejętność świadomego kreowania własnych sennych wyobrażeń. To rzeczywiście musiała być idealna para, skoro ich wyobrażenia nie rodziły żadnych konfliktów. Chyba że mamy do czynienia cały czas tylko i wyłącznie z marzeniem sennym Cobba (który zresztą sam podczas ostatniej rozmowy z Mal mówi, że nie potrafi jej sobie wyobrazić całej - także z wadami). Taa... byłby to dowód, że chyba jednak cały czas siedzimy tylko i wyłącznie w głowie Cobba, w której dokonuje się proces zneutralizowania oddziaływania projekcji Mal... Zresztą Nolan zostawił jeszcze kilka innych śladów, których celem było podważenie naszej pewności co do realności istnienia świata przedstawionego. Takie wirusy... tyle, że nazbyt czytelne i dzięki temu niegroźnie funkcjonować sobie mogą w świecie ludycznym (a otwarte zakończenie przypomina mi "Wyspę tajemnic" traktującą o podobnej niepewności - no i też di Caprio w środku tego świata).
Aczkolwiek problem nie ma charakteru tylko i wyłącznie fantastycznego. Gdzie jest to miejsce w mózgu, w którym rodzą się idee? Nasze najbardziej często nieprawdopodobne pomysły? Czy rzeczywiście tylko przez sen jestem w stanie tam wkroczyć, by wpisać tam własny projekt? Wiadomo, że nie. Oczywiście marzeniem wszystkich polityków jest, by taki bezpośredni wgląd do mózgów wyborców mieć (wymieniłem tylko polityków, bo uznałem, że władza jest tą wartością, dla której człowiek jest w stanie najwięcej poświęcić - ale oczywiście mogę się mylić; zaznaczam jednak, że nie tylko o władzę stricte polityczną mi chodzi, a o każdą próbę zdobycia dominacji nad drugim człowiekiem). Przeciętny Polak jako tako kojarzyć powinien słynne cztery słowa: "Daj mi rząd dusz!" Firma Cobba mogłaby mu go zagwarantować ("Co ja zechcę, niech wnet zgadną"... ciekawe, czy Nolan zna Mickiewicza... wiem, wiem, głupie pytanie...).
Ale poza marzeniami tych, którzy dobrem świata tłumaczą swoje niezaspokojone popędy, są też i niepokoje tych, którzy mają rzeczywiście realny wpływ na kształt co niektórych umysłów. Tych, którzy nieopatrznie zasiać mogą ideę, która rozrastać się może już całkowicie poza ich wolą a tym bardziej intencją. Ideę równie katastrofalną w skutkach, jak zasianie sceptycyzmu w nieświadomości Mal przez Cobba. Omawiając na lekcjach Szekspira czy Dostojewskiego częstokroć sobie myślałem, że to może i dobrze, że uczniowie tak nie bardzo rozumieją, nie doczytali, a może i nie mają pojęcia (wiem, bluźnierstwa belferskie teraz plotę, ale nie o prowokację mi chodzi). Zaszczepić, niczym wirus, w nastolatku istotę monologu Hamleta... czy to nie jest zbrodnia? Albo ostatnie słowa Makbeta? Oczywiście, to zbrodniarz był, ale idea pozostanie w główce być może... a co gorsza w główce tej ambitniejszej właśnie (bo przeciętny pamięta tylko o czarownicach i o tym, że to żona zła była; powiedzmy, że pamięta - niech naiwnym belfrem będę). Nie trzeba podłączać się kabelkami, by mieć poczucie odpowiedzialności za rozrastające się nie w mojej głowie idee.
Idea jak wirus - to chyba ważne w tym filmie jest. Bo to tytuł przecież.
Belferska incepcja - taka mała dygresyjka.
A wracając do filmu...
Niezwykle widowiskowy był. Pejzaże niewątpliwie nie z moich snów. Ale tego się czepiać nie mogę, bo to subiektywne przecież bardzo. Mogę jedynie skonstatować, że marzenia senne projektowanego współczesnego odbiorcy karmić się muszą (tak pewnie zakładają twórcy filmu, a wydając taką kasę, pewnie wiedzą, jak jest) już tylko pejzażem rodem z filmów sensacyjnych, z Bondem na czele oczywiście. Ja wiem, że w tym filmie ktoś taki jak architekt pełnił istotną rolę i zapewne jej projekty odpowiadały wyobraźni pana Fischera, i tym bardziej czuję się coraz bardziej wyalienowany. Do kilku rzeczy, które czynią ze mnie małego outsidera doszła jeszcze jedna: poranna ułomna świadomość marzenia sennego. To, co rankiem pamiętam, jest przeważnie kameralne a przestrzeń sprowadza się do skrawków porzuconego domostwa na tle szerokiego pejzażu. Nie miejskiego oczywiście a natury. A jedyną naturą w tym filmie był ocean - czyli najbardziej powszechny symbol nieświadomości i jej destrukcyjnej siły. Co zresztą znalazło wyraz w pejzażu limbo w zakończeniu filmu (limbo to jest ten poziom piekła, do którego trafiają nieochrzczone duszyczki). Gdybym się znalazł w rzeczywistości, która dominowała w tym filmie, pewnie dość szybko bym się zorientował, że to sen wykoncypowany, by mnie wykorzystać.
Tylko po co?
Marco Polo pozostawił po sobie słynną opowieść o półmitycznym Starcu z Gór i asasynach. Usypiał on mianowicie młodych chłopców (być może odurzał ich haszyszem) - chłopców zdrowych i krzepkich - i następnie przenosił ich do ogrodu rozkoszy. Tam w towarzystwie niewiast niezwykłej piękności oraz innych pomniejszych przyjemności doświadczali czegoś, co niektórzy są skłonni nazywać rajem. Lecz gdy już do tej rajskiej dziedziny przywykli jak do czegoś oczywistego, znowu ich usypiał i przenosił do naszego nudnego świata. A tu, Starzec z Gór dając nadzieję powrotu, czasami uświadamiając, że to sen dający przedsmak życia pośmiertnego był tylko, mógł zażądać od takiego młodzieńca dokładnie wszystkiego... i byli to najbardziej bezwzględni wojownicy. By powrócić do ogrodu rozkoszy, byli w stanie oddać nie tylko duszę i ciało (czy jest coś jeszcze?).
Film Nolana także i o tym jest. O tej upragnionej bardzo we współczesnym świecie ucieczce ku rajom wydawałoby się odzyskanym (Mal ma zdecydowanie syndrom asasyna). I nieważne czy to jest sen, czy narkotyki. Efekt jest ten sam: zanurzenie się we własnej subiektywności, w której sami sobie hołdy składamy i stawiamy się na podium. Bo nie jest to przecież świat, w którym spotkamy Innego. Nie rozpoznamy go nawet w sobie.
A to jest to, czego na temat snu w tym filmie w zasadzie nie ma: sen - ten niepokojący, pot czasami pozostawiający - konfrontuje nas z tym Innym w nas, którego dotąd nie chcieliśmy poznać.
Di Caprio strzela do armii broniącej Fischera przed manipulacją i Ariadne stwierdza:
- Niszczysz część jego umysłu.
- Nie, to tylko projekcje... - odpowiada on"
Bym powiedział: Skoro te projekcje są tak jawne, to jaki sens znowu je wypierać (nie mówiąc o tym, że Fischer już nie żył - przynajmniej na tym poziomie - a projekcje nadal były w 100% sprawne; jeżeli nie umarł zupełnie, to przynajmniej z aktywnością jego umysłu powinno coś się pogorszyć chyba...) ?
No tak, ale Cobbowi nie na zdrowiu psychicznym Fischera zależało..
I tak moglibyśmy psychologicznie o wielu szczegółach, wieloznacznych bardzo.
Ale chyba nie warto, bo to przecież przede wszystkim sensacyjny film był z pięknym utworem na przebudzenie.

Ps. Jeśli to tylko marzenie Cobba było (a wszystko na to wskazuje), to niezły koszmar i spotkanie z Innym w sobie jak najbardziej ma miejsce. Tylko że on tam pozostał... Zemsta Ariadny w n-tym pokoleniu...

Ch. Nolan: Incepcja

wtorek, 17 sierpnia 2010

Wyrzuty sumienia 'kanos'

Dopiero teraz przeczytałem pierwszą powieść Majgull Axelsson ("Droga do piekła"). Z tego, co dotychczas poznałem, wydaje się być najmniej magiczna (w sensie dosłownym - niezależnie od narracji podążającej trzema ciągami czasowymi nie dzieje się w niej nic, co byłoby sprzeczne z naszym poczuciem prawdopodobieństwa; w późniejszych utworach - przynajmniej w tych, które znam - mamy już do czynienia z pomysłami odbiegającymi od przeciętnego poczucia rzeczywistości). Poza tym - podobne motywy, ta sama wrażliwość i analogiczny punkt widzenia.
Kobiecy - można by było powiedzieć.
Bo autorka, bo bohaterka...
Ale mylne by to było. Bo choć kuszące jest mówienie o kobietach jako o tej bardziej sponiewieranej części ludzkości (i mi nawet na tym blogu to się czasem zdarza), to jest ono i nieco przebrzmiałe i , w odniesieniu do tej powieści, niepełne.
Jest to utwór poświęcony wyznawcom 'Czarnego Nazarejczyka'.
"To Chrystus Trzeciego Świata. Chrystus odrzuconych. Chrystus samotności".

Droga do piekła...
czyli gdzie?

Tym, co przeważnie nam się z tym miejscem kojarzy, to temperatura. Na Filipinach, gdzie akcja między innymi się rozgrywa, jej źródłem jest wulkan, którego niespodziewana (a jakże - musi być niespodziewana, boć przecie dziś tego rodzaju kataklizmy muszą zaskakiwać, zbyt przyzwyczajeni jesteśmy do oczywistego status quo będącego źródłem poczucia bezpieczeństwa) erupcja staje się źródłem zniszczenia w tym dosłownym ale i w metaforycznym sensie. Cecylia doświadcza bardzo głębokiego szoku konfrontując swe europejskie współczucie z oczekiwaniami i wyobrażeniami tych, którym chce pomóc. Coraz częściej z tego rodzaju problemem się spotykam. Bo już dawno przecież nie chodzi o to, że świat dzieli się na biednych i bogatych. Nawet nie o to, że ci bogaci wszystko zawdzięczają biednym. I nawet nie o to, że czas z tym skończyć.
Przyswojono już także świadomość szkodliwości i ograniczoności europocentryzmu.
Choć z tym ostatnim problemem wciąż się borykamy myślę. I ta książka między innymi o tym jest. Począwszy od zasadniczego pytania: w jakim stopniu moje współczucie już nacechowane jest właśnie europocentryzmem, a co za tym idzie - poczuciem wyższości. Być może pogardy.
Strachu
(a jest się czego bać: NogNog chce, podobnie jak tłuszcza w filmie "Dzień, w którym umarł Bóg", przede wszystkim zemsty; a my - kulturalni przedstawiciele kultury zachodnioeuropejskiej - możemy oczywiście wymyślać na ich określenie całą masę poniżających epitetów, co nie zmieni faktu, że są Oni dziełem właśnie naszej cywilizacji i powinniśmy się w nich przeglądać jak w lustrze, które przetarte nieco chusteczką naiwnej subtelności odsłoniłoby odczłowieczone twarze naszych przodków).
A przede wszystkim poczucia winy.
Ale w związku z tym Ricky i Cecylia nigdy się nie zaprzyjaźnią. Taki przede wszystkim wyciąga wniosek Majgull Axelsson.
To tak jak w "Weselu" ale jest to o niebo bardziej okrutne.
Tym bardziej, że piekło ma się w najlepsze.
Dzieci pracujące w fabrykach na Dalekim Wschodzie (i pewnie nie tylko), by zapełnić tanimi towarami nasze supermarkiety. Dzieci, które w kilka lat stają się żebrzącymi staruszkami. Które, wbrew nawet najlepszym intencjom (tak tak - to ten piekielny bruk) Cecylii nigdy nie będą wiedziały, co to sukienka z falbankami i lalka. Dolly zabita przez NogNoga, by oszczędzić jej poniżenia w krainie mamionego sumienia.
Testowanie leków przez wielkie koncerny farmaceutyczne w zapomnianych krajach afrykańskich (a to już "Wierny ogrodnik", który mi się tu jakoś skojarzył).
Kupowanie brakujących na naszym rynku ludzkich organów - wszędzie tam, gdzie bieda zmusza do pozbycia się nerki jeszcze za życia (to w tej powieści) czy też tam, gdzie nikt nie zauważy zniknięcia 'dawcy' (to już Mankell: "Mężczyzna, który się uśmiechał").
A gdy ten świat skrzywdzonych i poniżonych zniknie z powierzchni ziemi zmieciony impetem cywilizacyjnym, pojawią się zapewne dobrze odżywieni moraliści przekonujący wszystkich, iż najbardziej ludzkie i humanitarne jest zachowanie status quo niepomni tego, że ich byt ufundowany jest na piekle (zawsze można je nazwać 'obiektywnymi prawami historii').
Specyficzne, że niebo także nie zachwyca w tym świecie. Bo jest to higieniczna Szwecja. Przypominająca osiedle z klocków lego, z jakim mamy do czynienia w filmie "Burrowing". Osiedle, z którego najlepiej się ewakuować (to uproszczenie jest, ale uproszczenie bohaterki - jej córka bardzo tego kraju nie chce opuszczać).
Tylko gdzie?
Bo przecież nie na Alaskę jak bohater "Into the wild"...

Ale jest w tej powieści epizod, którego bohaterką jest Szwedka mieszkająca w Indiach wśród pariasów. Taki mit odrzucenia dobrobytu w imię idei. Ale oto co ona mówi: "Myśli pani, że zwariowałam, o nie, dobrze wiem, co robię. Luksus i nadkonsumpcja w krajach wysoko rozwinietych, i nędza, i cierpienie w krajach Trzeciego Świata nie będą trwały wiecznie. Nadejdzie dzień Sądu Ostatecznego! Nie chciałabym wtedy być z dziećmi w bogatym świecie. Wszyscy się usmażycie, udusicie od tych waszych spalin, sczeźniecie w ogniu zemsty... A ja przeżyję, ja, mój mąż i moje dzieci, my przeżyjemy. I będziemy żyć z pracy naszych rąk, z tego, co rodzi ziemia. W harmonii! Wie pani, co to takiego? Wie pani, czym jest prawdziwa harmonia?"
Czy to tak musi być? Bezsilność albo religijne nawiedzenie? Podszyte w dodatku jadem Tymona Ateńczyka? Gdy dzieci przymierają głodem...
Bliska mi jest narratorska "...nienawiść do tych, którzy są bardziej lojalni wobec abstrakcji niż ludzi. Gniew na dorosłych, którzy pielęgnują swoje idee z większą czułością niż własne dzieci. Strach przed ludźmi gotowymi poświęcić dzieci..."
Ten epizod pozostawia 'kanos' w sytuacji jeszcze bardziej beznadziejnej...

Podoba mi się u Majgull Axelsson, że o trapiących sumienie Europejczyka problemach opowiada za pośrednictwem medium, które także mocno poharatane jest przez życie. I choć bardzo wiele ran łączy Cecylię z bohaterkami innych książek szwedzkiej pisarki, to ta wspólnota traumy wcale mi nie przeszkadza. Mogłoby oczywiście mnie razić, że to mężczyźni są najczęściej przyczyną ich nieszczęścia, ale cóż... kobiecy punkt widzenia...
(do którego jeszcze wrócę, bo właśnie ukazała się najnowsza powieść pisarki:-))

Majgull Axelsson: Droga do piekła

środa, 4 sierpnia 2010

Okaleczanie i uzdrawianie świata

Dwa filmy Jasminy Zbanic (inaczej się pisze, ale mam tylko polskie litery): "Grbavica" i "Jej droga".
Pejzaż obyczajowo-mentalny kilkanaście lat po krwawym wybuchu narodowo-religijnego fanatyzmu na Bałkanach. W miejskim pejzażu tylko gdzieniegdzie pozostały ślady ruin przypominające o krwawej wyzwoleńczej jatce. I pewnie niedługo znikną.
Gorzej z pejzażem wewnętrznym.

Znowu moja narracja dotyczyć będzie przede wszystkim kobiet.

Większość mężczyzn funkcjonuje tak, jakby wojna nie była w ich życiu jakimś szczególnym wydarzeniem. Ciekawe z czego to wynika? Czy z tego, że niezależnie od tego, czy jest wojna czy nie, mężczyźni funkcjonują podobnie: ich świat to mniej lub bardziej ukryta przemoc i namiętności? Czy też są mniej wrażliwi? Niezależnie od przyczyny swoimi decyzjami organizują świat kobietom. Albo chciałoby się powiedzieć - organizują kobietom piekło, z którego one próbują stworzyć świat.
Wyjątkiem mógłby być Amar, który próbuje stłumić przeszłość w sposób nader tradycyjny czyli nadużywając alkoholu. A gdy już uda mu się znaleźć antidotum na ów zgubny nałóg, to okazuje się nim ortodoksyjna religijność, którą chciałby narzucić swej życiowej partnerce. A jeśli uświadomimy sobie, że wiara, która odnowiła jego życie, to islam, nie zdziwimy się, że Luna nie bardzo jest skłonna pójść w jego ślady. Z filmu ("Jej droga") można by wyciągnąć wniosek, że lepiej mieć męża alkoholika niż ortodoksyjnego muzułmanina. Luna by zapewne powiedziała, że jest trzecie wyjście: wyleczyć się z alkoholu w imię miłości, którą przecież oboje tak namiętnie deklarują i w którą nie mamy powodu nie wierzyć.
Ale dlaczego nawrócony Amar jest gorszy niż grzeszący muzułmanin? Skąd ta niechęć do wewnętrznej czystości? Czy możliwy jest związek wiernie idącego za wskazaniami proroka mężczyzny z kobietą, dla której nakazy i zakazy religijne odzierają życie z wszystkiego, co radosne i barwne? Z filmu wynika, że nie.
A we mnie pozostał niepokój. Czy aż tak to, co Boskie musi się kłócić z tym, co bardzo ludzkie?
W tym filmie wojna jest daleko w tle. Przewija się gdzieś w oddali motyw domu, z którym zetknąłem się w sztuce "Kamień". Domu, który trzeba było opuścić i o którym już nie tylko bohaterka może powiedzieć: "mój dom".
Historia jest jednak zdecydowanie bardziej uniwersalna. Nie ma nic specyficznego w tym, że z życiowego kryzysu i zagubienia znajduje się wyjście w przestrzeni o charakterze religijnej, dzięki której świat wydaje się być bezpiecznie uporządkowany. Tylko co wtedy mają zrobić ci, którzy na takie rozwiązanie się nie godzą i wiązali się wcześniej w gruncie rzeczy z innym człowiekiem? W tym filmie zmienia się mężczyzna i on, jak na film przez kobietę zrobiony przystało, chce narzucić nowego siebie a przede wszystkim wyznawaną przez siebie wiarę swej małżonce. Ale przecież sytuację spokojnie można by było odwrócić. Czy tak trudno wyobrazić sobie sytuację, w której to kobieta poddaje się wyzwoleńczej (w jej przekonaniu) idei a mężczyzna pozostaje nadal blisko namiętnej tkanki życia (choć trochę to wbrew stereotypom oczywiście) ?
Zdecydowanie bardziej naznaczony przeszłością wojenną jest film "Grbavica". Teraźniejszość jest w nim w sposób niewidoczny dla wprawnego oka osadzona na niedawnej (-naście lat) krwawej przeszłości. Gdybym był turystą przebywającym na wycieczce w Sarajewie, to pewnie nie dostrzegłbym tej podskórnej tkanki czasu.
Wszyscy zapewne pamiętają apel papieża, by zgwałcone podczas wojny na Bałkanach kobiety nie usuwały ciąży (jestem przeciwnikiem aborcji, lecz nigdy nie odważyłbym się tak brutalnie skrzywdzonym ludziom radzić, co mają czynić).
Esma urodziła Sarę.
I, mimo że dopóki była w ciąży, nienawidziła tego życia poczętego z nienawiści, to po narodzinach pokochała córkę. To jest chyba jedna z tych rzeczy, których mężczyźni nie potrafią zrozumieć. Bo dla nich najważniejszą wartością jest honor, a on wymaga, by nigdy nie przestać nienawidzić.

Tożsamość Sary...
Jak się odnaleźć w świecie kształtowanym przez kult bohaterów narodowych, gdy jest się dzieckiem spłodzonym podczas gwałtu w obozie jenieckim? Gdy ojcem jest anonimowy czetnik, utwierdzający swym czynem odwieczne prawo wojenne? Gdy mamy problem z okazaniem szacunku matce, której uczucie i determinacja są w stanie naprawić to, co bezkompromisowo wysadziła w powietrze kultura honoru ufundowana na prawie odwetu?

Dwa filmy o Bośni współczesnej. Okaleczonej przez męskie zabawy z bronią i instynktem. O Bośni, w której kobiety próbują normalnie żyć. Mimo...
mimo że nie wiadomo, kiedy znowu panowie zechcą zmienić świat w imię jakieś idei

"Grbavica"
"Jej droga"
reż. Jasmina Zbanic

środa, 21 lipca 2010

W oczekiwaniu na cud

Co to jest cud?
Szczęśliwy zbieg okoliczności; przypadkowy układ zdarzeń, dzięki któremu uniknęliśmy nieprzyjemności; sytuacja wymykająca się oczywistym interpretacjom; fenomen sprzeczny z prawami, które uznajemy za naukowo udowodnione?
Ale i metafizyczne poczucie, że każdy wschód słońca, którym dane jest nam się cieszyć, nie jest taki oczywisty...
Każdy cud można zakwestionować przywołując na pomoc psychologów, którzy udowodnią, że mamy do czynienia tylko i wyłącznie z faktem psychologicznym (niby ciągle faktem, ale od cudu oczekujemy bardziej empirycznego sposobu istnienia) lub głosząc teorię, zgodnie z którą zdarzenia wykraczające poza aktualnie znane nam prawa dadzą się kiedyś wpisać w porządek racjonalno-empiryczny. A najczęściej idzie nam w sukurs prosta teoria przypadku.
Odróżniłbym też wspomniane wcześniej przekonanie, że każdy dany nam dzień jest cudem od wiary w ingerencję jakiejś osobowej siły w nasze codzienne poczynania. Byt sam w sobie jest czymś najbardziej niepojętym i niezwykłym, ale wewnętrzne poczucie tego stanu rzeczy niekoniecznie musi iść w parze z wiarą w Boga.
Zastanawiające, że uznajemy za cud te zdarzenia, które sprzyjają człowiekowi w jakiś sposób. Nie słyszałem jakoś, by ktoś uznał za cud niespodziewany i sprzeczny z jakąkolwiek logiką kataklizm. Zresztą mam nawet wrażenie, że owe kataklizmy zdecydowanie łatwiej wpisują się, post factum oczywiście, w przeróżne narracje interpretacyjne niż dajmy na to niespodziewane uzdrowienie ze stwardnienia rozsianego. Wyolbrzymiając: dlaczego skłonni jesteśmy (ja jestem) życie traktować jako cud a śmierć tylko jako naturalną kolej rzeczy? Dlaczego upadek niemowlaka z dziesiątego piętra zakończony tylko lekkimi potłuczeniami ma być cudem a pozbawione jakichkolwiek przyczyn ustanie bicia serca dzieciątka leżącego spokojnie w łóżeczku jest tragedią? Przecież obydwa zdarzenia są świadectwem praw tego świata, przed którymi powinniśmy z pokorą pochylić czoła. "A my wspinamy się do nieba Boże tajemnice upatrując...."
Dla niektórych istnienie cudu może być dowodem. Oczywiście na istnienie Boga (i tu znowu pojawia się okazja, by przywołać początek "Mistrza i Małgorzaty" wraz z szeregiem dowodów będących przedmiotem sporu Berlioza i Wolanda - można mi zarzucić obsesję, proszę bardzo, rzeczywiście mnóstwo rzeczy kojarzy mi się z tą powieścią - ale odwołam się do niej inaczej nieco). Tak jakby Bóg miał straszliwą potrzebę udowadniania nam, że istnieje. Jeżeli istnieje, to niby dlaczego miałby zabiegać o nasze względy? Jedna z podstawowych krytycznych uwag na temat mieszkańców Olimpu dotyczy ich uczłowieczenia, ich ludzkich wad. A czyż tego rodzaju oczekiwanie dotyczące tego Jedynego nie świadczy o tym, że mamy go za jakiegoś małostkowego egocentryka? No ale cóż, potomkowie św. Tomasza (doprawdy nie potrafię zrozumieć, dlaczego on jest święty? czy dlatego, że uwierzył, gdy zobaczył? - niepojęte dla mnie) są dzisiaj nawet skłonni uprawiać cudowną turystykę odwiedzając miejsca, w których istnieje największe prawdopodobieństwo doświadczenia tajemnicy. Zresztą miejsca te dość dobrze przygotowały się na tego rodzaju ludzkie potrzeby i często posiłkując się folderami i innymi środkami reklamującymi atrakcje turystyczne skutecznie kuszą spragnioną cudu gawiedź. I wśród modlitw, okolicznościowych zdjęć, przygodnych miłości, sakralnych zakupów toczą się rozważania na temat okoliczności ostatnio zanotowanych uzdrowień. Taka 'kronika miracli' (by nie brzmiało zbyt pospolicie) miejsc świętych.
A gdy, wbrew temu całemu zgiełkowi, zdarzy się uzdrowienie?
No to może się okazać, że byli godniejsi, że wybór jakiś taki niezrozumiały. Spojrzenia będą ciekawie penetrować zjawisko, by dopatrzeć się fałszu bądź sensacji. Co niektórzy cierpliwie poczekają aż uzdrowienie okaże się chwilowe (tak jakby była jakaś różnica, jakby moment był mniej wart niż powiedzmy 30 lat pozostałego zycia - to ludzkie przekonanie, że tylko to, co stałe, ma wymiar prawdy, fałszywe przekonanie oczywiście). A ci, którzy nadal przywiązani są do swoich wózków z nieukrywaną zazdrością i zawiścią spoglądać będą na wybrańca... (losu ?). No i jeszcze wzruszenie ramion podkreślające nasze poczucie wyższości wobec tego rodzaju zjawisk - niech nikt nie pomyśli, że cokolwiek jest nas w stanie zdziwić w tym świecie...
Tak jest w filmie Jessici Hausner "Lourdes".
I może niesprawiedliwy jestem, bo przecież w tym wypadku często o ludzkie cierpienie idzie. I co z tego, że wiara pielgrzymów, przynajmniej niektórych, ogranicza się tylko do tej jednej prośby? Ludzkie cierpienie tę prośbę całkowicie usprawiedliwia (ja usprawiedliwiam). Nawet jeśli jest to wiara bardzo instrumentalna.
Piękny film. Spokojnie i z szacunkiem (bez cienia ironii obecnego w moim wpisie) rejestrowany jest fenomen sanktuarium w Lourdes. I niezależnie od nazbyt wymiernych oczekiwań pielgrzymów udało się twórczyni pozostawić w widzu wrażenie, że nie wszystko jest takie oczywiste, jak nam się wydaje. Ślad tajemnicy. Cichej i nieokreślonej. Film nie jest ani krytyczną analizą zjawiska pod tytułem 'turystyka sakralna' ani gloryfikacją mistycznego nawiedzenia. Wśród aż nazbyt obecnych zjawisk charakterystycznych dla zgiełku (i niekoniecznie o ilość decybeli mi chodzi) świata współczesnego daje się posłyszeć szept zdający się mówić:
- To nic. Nie zwracaj za bardzo na to uwagi. Skup się a zobaczysz więcej...

Lourdes, reż. Jessica Hausner

O tak zwanym rozstaju dróg i nie tylko

To już druga książka Axelsson, którą przeczytałem i na pewno na tym się nie skończy.
Po raz kolejny pod urokiem jestem.
No i znowu Szwecja (choć to nie kryminał, nie Mankell czy Larsson - a coś więcej). Zadziwia ta ekspansja szwedzkiej kreatywności. Ciekawe, z czego to wynika? Na czym polega ten mentalny klimat, dzięki któremu pojawiają się tam tak interesujące zjawiska dziś (czy też od jakiegoś czasu). Warto by było kiedyś przy jakieś okazji nad tym się zastanowić (albo przeczytać coś na ten temat).
Szwecja, o której cicho jakoś jest w przestrzeni politycznej. Kraj socjalizmu kapitalistycznego. Kraj, na który tęsknie spoglądaliśmy w latach siedemdziesiątych. Wzór liberalizmu w sferze wychowania seksualnego. Błogiego dobrobytu.
I oczywiście kraj Bergmana...
(co nie bez znaczenia akurat w tym wypadku, ponieważ powieść "Ta, którą nigdy nie byłam" o personie traktuje; o tej naszej reprezentacji wobec świata; o poczuciu obcości wobec tej reprezentacji - poczuciu obcości kogo, czego w nas? czyli w kim?)

U Mankella jest to społeczność, w której narasta atmosfera przeróżnych fobii. Głównie chyba antyimigranckiej. Ale też narastającego okrucieństwa. Coraz bardziej wymyślnego. Tak jakby z nudów przepoczwarzonej monotonii zrodzonego. Okrucieństwa mającego w sobie coś ze współczesnego dekadentyzmu. Gdy wartością samą w sobie staje się doznawanie coraz bardziej wyrafinowanych wrażeń. Mających za nic człowieka. I wszystko inne.
Kraj ludzi zagubionych (ale to chyba już nie jest nic specyficznego).
Wallander co i rusz zastanawia się nad zaginioną gdzieś w przeszłości hierarchią wartości.
Ale to Mankell; a co go łączy z Axelsson?
W "Piątej kobiecie" mamy do czynienia z motywem, który jest także obecny w "Tej, którą nigdy nie byłam". Męskie pragnienie dominacji nad kobietą znajdujące swe odzwierciedlenie w różnorodnych aktach agresji.
Tak, temat chyba charakterystyczny dla prozy kobiecej. Bo choć Mankell kobietą pewnie nie jest, to na pewno cechuje go duża wrażliwość na cierpienie wykluczonych i poniżonych. W jakiś sposób słabszych. Czyli to, co jest charakterystyczne dla postaw lewicowych. Bo nie ma nic przypadkowego w tym, że ruchy feministyczne jakoś tak blisko partii lewicowych się sytuują (jakie groteskowe były te wygibasy naszych dwóch prawicowych kandydatów na prezydencką emeryturę wobec środowisk kobiecych:-)).
Ale zdecydowanie więcej łączy Axelsson z Oksanen. Od głębokiej psychologicznej wiwisekcji po pomysłowość formalną.
Axelsson ma pomysły fantastyczne.
Magiczne.
Tak już było w "Kwietniowej czarownicy".
W "tej którą ..." mamy do czynienia z rozszczepieniem ludzkiego losu na dwie prawdopodobne wersje. Rozszczepieniem, które wynika z prostego faktu, że od najmłodszych lat bohaterka ma poczucie, że istnieje w niej wyraźna dwoistość tożsamości.
MariMary
(dobrze, że tylko dwie; ja mam czasami poczucie, że tych osobnych całości osobowych jest we mnie więcej)
Mari przygląda się Mary. Mary przygląda się Mari. Są jednością i nie są. Dyskutują ze sobą. Komentują swój los. Ich życiowe wybory czasami polemizują ze sobą.
Nie wiem, czy każdy zna to ze swego życia. Ja znam...
Myślę, że gdy człowiek musiał choć raz podjąć jakąś radykalną decyzję w swoim życiu, to chyba nawet przez przypadek może mu się pomyśleć alternatywna wersja jego losu. I mimo że, w przeciwieństwie do MariMary, wiemy, który ciąg zdarzeń jest tym realnym a który wyobrażonym, to i tak ma szansę zaistnieć realna dyskusja (nawet pełna pasji) pomiędzy dwoma wersjami ludzkiego losu. Dyskusja, w której zapomnieć można, co realne a co marzone. I przez ułamek sekundy odnieść możemy wrażenie, że to, co wydawało się nam się dotąd realne, wymyśloną tylko hipotezą losu było i że tak naprawdę nasze miejsce w czasie jest jeszcze u początku tej drogi, na rozstaju...
w momencie podejmowania decyzji
I nawet jeżeli nie jest to wybór pomiędzy Arete i Kakią (cnotą i występkiem), bo nie zawsze nawet mamy pełnię wiedzy na temat tego, która droga jest którą (zresztą coraz częściej mam wrażenie, że wybór nie dotyczy cnoty i występku, lecz po prostu w momencie podejmowania decyzji bardzo byśmy chcieli wiedzieć, która z dróg jest tą przyjemną, gdzie przewodniczką przez nas upragnioną jest Kakia), to i tak możliwość alternatywnej wersji nie opuszcza naszej wyobraźni.

MariMary zabija ukochanego męża.
MariMary zabija znienawidzonego męża.
MariMary powstrzymuje się od zabicia.

Specyfika tych wymagających decyzji momentów polega na tym, że wybierając możemy zabić.
Zabić uczucie, zaufanie, szacunek
jakąś formę życia w nas.
Wybierając wolność możemy skazać się na pustkę.
Ale Majgul Axelsson wydaje nam się także mówić, że w sumie nasz wybór nie miał aż takiego znaczenia, jakie mu przypisywaliśmy. Niezależnie od tego, czy wybrało się los Mari czy Mary i tak dochodzimy do tego samego. Bo wszystko chyba zaczęło się dużo wcześniej. Niepostrzeżenie. Niezależnie od naszych decyzji. Nasza wolność jest tylko złudzeniem. A wybory, przed którymi stajemy, wcale nie decydują w sposób tak radyklany o naszym losie. O tożsamości.
(co z tego, że Mary wybrała, jak mogłoby się wydawać, drogę cnoty - nie uczynił ten wybór jej życia dobrym, bo nie było ją stać na wybaczenie i ja ją doskonale rozumiem; lecz w takim razie jej decyzja sprowadzała się do wyboru pomiędzy dwoma rodzajami występku: tym jawnym i tym ukrytym; czyżby to była ta jedna z prawd na temat człowieka, że tylko tym się różni człowiek występny od człowieka zwanego dobrym?)

Ale fantastyczny formalny pmysł Axelsson dotyczy naszej niepewności istnienia. Tożsamości właśnie. Dotyczy niepewności bycia. Realności. Dotyczy towarzyszącego nam dystansu do własnego życia. Do życia w ogóle. Dotyczy poczucia, że to prawdziwe toczy się gdzieś obok i dotyczy Innego. My przez niego myślani jesteśmy tylko jako hipoteza losu.
I choć brzmi to i fantastycznie i anachronicznie jednocześnie, to psychologicznie jest nader prawdziwe.
Zasadniczy punkt ciężkości usytuowany jest chyba w poczuciu winy przylegającym do losu MariMary niczym skóra. I w umiejętności wybaczania. Czyli znowu coś, co pojawiło się w książce Sofi Oksanen. Można by było powiedzieć, że obie pisarki opowiadają o sytuacji kobiet wmanewrowanych przez mężczyzn w poczucie winy.
Kobiecy punkt widzenia. Coraz bardziej mnie wciąga. Coraz bardziej widoczna dla mnie jest represyjność zmaskulinizowanej kultury. I choć zdaję sobie sprawę z tego, że taki punkt widzenia jest także uproszczeniem (bo znam kobiety, które potrafią byc bardziej represyjne wobec płci przeciwnej niż wielu znanych mi facetów...itd.... - nie dziś o tym), to takie spojrzenie jest czasami na miarę odkrywania nieznanego lądu.
Bo choć życie MariMary podyktowane zostało przez kilku mężczyzn, to w sumie ich świat jest stale gdzieś w tle. A zasadnicza historia dotyczy psychiki bohaterki. To ona stara się w tym labiryncie uwarunkowań odnaleźć siebie.
Prawdziwą.
Niezależnie od tego, czy to Mari przygląda się Mary, czy odwrotnie, to i tak zawsze każda z nich ma wrażenie, że to nie ona, że to ta, którą nigdy nie była.
Obcość persony. Skazująca na ucieczkę i samotność.
Rozumiem to, a jednocześnie nie utożsamiam się z taką postawą. Jest mi dobrze z tym poczuciem fikcyjności persony. Jest to pewnie kwestia uczciwości (czy też nieuczciwości). Czasami tylko żal się pojawia. Wtedy, gdy nawet bliski człowiek nie z tobą rozmawia a z tym wyobrażeniem. Niezależnie od tego, jak bardzo to wyobrażenie wykreowane jest przez nas samych...
Chciałoby się wtedy stanąć obok i przyjrzeć się temu Innemu, który nosi twoje imię i nazwisko...

Majgul Axelsson, Ta którą nigdy nie byłam

środa, 14 lipca 2010

Oczyszczenie z fatum Historii

Chciałoby się, aby taki utwór dziś w Polsce powstał (pewnie jest coś takiego, tylko ja o tym nie wiem). I dotyczył losów bieszczadzkich, kaszubskich, czy jeszcze innych... by dotyczył bohaterów, o których nie można opowiedzieć prostych i jednoznacznych historii.
Chciałoby się, by takich utworów powstało na tyle dużo, by przeorana ludzka świadomość nie była już tak podatna na demagogiczne uproszczenia polityków dotyczące historii, tej najnowszej oczywiście. Czasami sobie myślę, że może to i dobrze, iż język polityków tak jawnie już się kompromituje. Przynajmniej jak na dłoni widać jałowość ich opisu świata.
Ale być może przemawia przeze mnie naiwna nadzieja...

Po raz pierwszy czytałem powieść estońsko-fińską. I pod wrażeniem wielkim jestem...
Powieść skomponowana nader achronologicznie, a mimo to efekt jest nadspodziewanie klarowny. Dwa zasadnicze wątki nieustannie się przeplatają i wyłania się z nich uniwersalna historia okrucieństwa, zła, miłości i wybaczenia.
Liryczna historia miłosna.
I okrutna męska agresja erotyczna.
I zwracający uwagę język, który dzięki metaforycznemu skrótowi jest w stanie trafnie odzwierciedlić charakter czasu jak i mniej lub bardziej dramatycznych przeżyć bohaterów ("W tym czasie na Syberii odebrane wywiezionym złoto zdążyło się już zmienić w nowe zęby w nowych ustach i gdy złote uśmiechy szły o lepsze ze słońcem, w ich cieniu w całym kraju lęgły się uciekające spojrzenia i odwracające się twarze. Przez targi, drogi i pola niekończącą się strugą rwały poszarzałe źrenice i zaczerwienione białka. Kiedy kołchozy wzięły w twarde jarzma ostatnie już gospodarstwa, szczere słowo zapadło się w podtekst" - chyba jeden z najbardziej syntetycznych i prawdziwych opisów dotyczących czasów stalinowskich w całym naszym 'obozie').
W tle specyficzna historia Estonii, która nadzieję na niepodległość pokładała w III Rzeszy.
I nic dziwnego, skoro to pod rosyjskimi rządami utracili na wiele dziesięcioleci szanse na samostanowienie.

Męska agresja erotyczna, to zwierzę z lubością poniżające kobiety, ten potwór , któremu nie tylko o seks chodzi; można wręcz powiedzieć, że seks jest tylko narzędziem służącym do spełnienia pragnień o męskiej dominacji. Trudno to inaczej postrzegać. Chore atawistyczne pragnienie zniewolenia, podporządkowania.
W tej powieści w postaci czystej.
Tak jak w "Ładunku 200" i wielu innych utworach...
I nie ma żadnej różnicy, czy to czekista w brutalnym gwałcie upatruje jeden ze sposobów na skuteczne przesłuchanie, czy współczesny macho sprytnie przymusza naiwną dziewczynę do prostytucji...
Można by powiedzieć, że wynika to z tego, że mamy do czynienia z kobiecym postrzeganiem świata (Sofi Oksanen, niezwykłej urody, jest autorką książki). Lecz nawet gdyby to była wizja ewidentnie subiektywna, to co z tego; gdyby to właśnie był kobiecy świat przedstawiony, to miałoby znaczyć, że należy patrzeć na niego z dystansu, męskiego dystansu? Wsłuchuję się w te głosy z innej (kobiecej) rzeczywistości i czasami lekko przerażony jestem...
Książka o wieczystej niesprawiedliwości losu. I choć to nie odkrywcze, że dwie kobiety (siostry w dodatku) zakochują się w tym samym mężczyźnie, to i tak historia jest przejmująca (niezwykły początek tego wątku: "Spójrz na mnie. Mężczyzna zamilkł, obrócił się w ich stronę i akurat wtedy odwróciła się Ingel, dlaczego Aliide tak się ociąga, promienie słońca padły na jej koronę z warkoczy i - nie, nie, spójrz na mnie! - Ingel swoim zwyczajem wyprostowała łabędzią szyję, uniosła brodę i wtedy spotkały się ich spojrzenia, mężczyzny i Ingiel. Aliide od razu pojęła, że mężczyzna już nigdy jej nie zobaczy, bo widziała, jak urwał w pół słowa, jak zamarła wysuwająca się z kieszeni dłoń z papierośnicą, jak w milczeniu wpatrywał się w Ingiel, by wreszcie otworzyć pudełko, wieko zalśniło jak ostrze noża. Nie odrywając wzroku od mężczyzny, Ingel podeszła do niej, jej obojczyki lśniły, dekolt falował zachętą" - a to wszystko na cmentarzu w dodatku).
I ta, która nie została zauważona kochała aż po grób. I do końca nie zostało jej to zrekompensowane. Miłość pełna absolutnej ofiarności ale i okrucieństwa. Niespotykanego przywiązania i śmiertelnej zdrady.
A wszystko przez tak zwany kaprys... losu. Przypadek. Sekundy być może. Skierowanie uwagi nie w stronę tej, która jest w stanie całą siebie ofiarować.
Tak miało być...
Powinniśmy się przyzwyczaić do przewrotności tego gościa, który stymuluje nasze indywidualne historie. Ten Wielki Autor pewnie lubuje się w takich dramatycznie sprzężonych ze sobą emocjach. "Nieznajomy wróg jakiś miesza ludzkie rzeczy..."

Miłość niewątpliwie powinna wybaczać, ale nie usprawiedliwiać.
Ale niezależnie od tego wypada się nad losem Aliide Truu (uczciwy, wierny to nazwisko po estońsku oznacza) pochylić.
Aliide zdradza rodzinę i naród
(nawet w sumie zdradza ukochanego paradoksalnie)
i nie ma wątpliwości: jej celem jest ocalenie mężczyzny, którego kocha.
I nawet, jeżeli ta ofiara mocno nacechowana jest egoizmem (czy to możliwe? czy to nie paradoks?) to i tak jest czymś niezwykłym, czymś wyjątkowym bardzo.
Ja sceptyczny bardzo jestem...
Ja nie bardzo chyba wierzę w istnienie takiej miłości.
A gdy słyszę, że jednak istnieje, to niezmiernie zadziwiony jestem.
Aż tak się zaprzepaścić - nie pod wpływem chwilowego zauroczenia, ale przez długie, długie lata?!
Oddać się w niewolę niespełnieniu (oczywiście tam jest nadzieja, ale jej złudność jest oczywista).
Truu - wierna...
A z drugiej strony facet i jego Męska Historia. Poniósł jej konsekwencje, ale zdecydowanie większe poniosły kobiety. To też rodzaj oczywistej prawdy wyłaniającej się z książki.
Losy trzech kobiet (a może i czterech, bo przecież los Zary nosi także piętno dziadkowego dziedzictwa) okrutnie naznaczone traumą, która jednoznacznie związana jest jest z wiernością mężczyźnie. Bo choć jest on bohaterem lirycznej historii miłosnej, pełnej wzajemności, ciepła i radości (bo nie tylko o niespełnieniu jest ta książka), to nad losem kobiet zaciążył on tak samo jak zezwierzęceni czekiści. W nim nie ma oczywiście tego atawistycznego zła co w nich, ale on współtworzy Męską Historię, w której kobiety chcąc nie chcąc muszą uczestniczyć i której konsekwencje najcierpliwiej znoszą.

Wiele, wiele rzeczy jest w tej niewielkiej książeczce (i żeby zrozumieć tytuł tego posta, powieść przeczytać trzeba). Aż żal, że nie o wszystkim...
ale nie można jej zadusić słowami uzurpacji interpretacyjnej, bo ona żywa bardzo jest i pewnie długo pozostanie
Ale o jednym jeszcze muszę, czy po prostu bardzo chcę:

teatrum mundi

Mamy w książce do czynienia z kilkoma stylami opowieści, kilkoma typami narracji. Od pierwszoosobowej, poprzez personalną aż po całkowicie wyzbyty tonu osobistego styl meldunku Tajnych Współpracowników. Wiadomo, jakie niesie to konsekwencje dla oglądu świata przedstawionego.
Ale niezwykłego dramatyzmu nabiera ten utwór od początku dzięki narracji zsubiektywizowanej właśnie. Tak, początek jest kapitalny...
Rozbudowany bardzo opis sytuacji.
Spotykają się dwie obce (a jednocześnie bliskie bardzo sobie - ale o tym jeszcze nie wiemy) kobiety. Kolejne mikrorozdziały prezentują w postaci właśnie narracji personalnej sposób postrzegania świata tejże sytuacji przez każdą z nich. Ich świadomość koncentruje się na przeróżnych szczegółach.
Niezwykła gra.
Sprytu i podejrzliwości.
Nieufności i dystansu.
Obraz świata, w którym poddanie się zwykłemu ludzkiemu współczuciu może mieć śmiertelne konsekwencje. Obraz mentalności człowieka współczesnego (czy posttotalitarnego) w niezwykłym skondensowaniu.
I, jak się okazuje, gra jest jak najbardziej motywowana. To nie psychopatyczna podejrzliwość. To walka o przetrwanie. Zarejestrowana (bo odnosimy wrażenie, że jest to żywa relacja, że siedzimy w głowach obu bohaterek na przemian; tak jakbyśmy w nie wskoczyli w tym momencie właśnie, bo nikt nam nie tłumaczy na razie, kim one są i dlaczego tak przeżywają świat) subtelnymi środkami literackimi.
Jedna z tych książek, dzięki którym doświadczamy spotkania z Innym (i to spotkanie jest także jej treścią). Po raz kolejny mamy okazję uświadomić sobie, że Obcy jest wyzwaniem i szansą.

A pisałem to wszystko w schronisku (w zeszycie oczywiście, bo na kompie to teraz dopiero:-)). Nie mogłem się oderwać od tej historii i na góry tylko od czasu do czasu spoglądałem bez żalu, bo wiedziałem, że jutro (dziwne czasu pomieszanie, bo to jutro już dawno było) i tak tam wlezę. Pisałem niemal w absolutnej ciszy przysłuchując się brzęczeniu muchy, rzucając okiem na baraszkujące koty i spoglądając czasem na zieleń Bieszczad. Tylko podobna historia mogłaby się tu wydarzyć, bo tu spychacz przejechał po Historii pozostawiając miejsce na nieskrępowany rozwój natury.
I patrząc na tę pierwotność skrywającą okrutne tajemnice chciałoby się mieć nadzieję, że Prawdziwi Mężczyźni z daleka będą się trzymać od mściwych trybów Historii.
ale to nadzieja tylko

Sofi Oksanen, Oczyszczenie

niedziela, 27 czerwca 2010

Kilka słów na temat ciała

Na co dzień skryci jesteśmy za swymi maskami, a nasze twarze i ciało całe niewiele mówią o tym, kim jesteśmy i co czujemy. I mimo deklaracji, że szczerość i prawda są wartościami wysoko bądź wręcz najwyżej przez nas cenionymi, to staramy się skrzętnie ukryć to, co czujemy. Nie chcemy, by nasze ciało nas zdradziło. Wstydzimy się. Do tego stopnia wprawiliśmy się w ukrywaniu, że robimy to całkiem bezwiednie. Często tłumacząc sobie, że jest to forma samoobrony przed nieprzyjaznym nam światem. Nierzadko dotyczy to nawet tych, których uznajemy za najbliższych nam. Rany przechowujemy głęboko, często nie mając wręcz świadomości, że one istnieją.
Czujemy się głupio, gdy uczestniczyć musimy w zbyt jawnym obnażeniem uczuć osób, z którymi przebywamy. Ja przynajmniej w takich sytuacjach mam problem z tym, jak się zachować. A ponieważ sam nie znoszę, gdy ktoś stara się ukoić mój ból, to i innych nie potrafię uczciwie pocieszać. Wolimy atmosferę dystansu, zahamowania, neutralności. Nadmiar prawdy o emocjach drugiego człowieka odstrasza czy wręcz budzi niesmak.

wstydzimy się Siebie

Czasami może i słusznie. Bo (niezależnie od zdrady ciała) moglibyśmy się bardzo zdziwić a może i szok by towarzyszył poznaniu naszego rozszarpanego często brutalnie wnętrza. W ukrytych zakamarkach naszej psyche kryją się prawdy trudne często do zaakceptowania. Oprócz oczywistego pragnienia ciepła i czułości mogą pojawić się emocje niezwykle agresywne i destrukcyjne.

Przed jakim karkołomnym zadaniem staje aktor, który, by prawdziwie zagrać postać z którejkolwiek ze sztuk Sarah Kane, musi się obnażyć?. Do jakich pokładów musi się dokopać w sobie? A później jeszcze tym się publicznie się dzielić? Szczególnie, gdy mamy do czynienia z teatrem a nie z filmem. Gdy każdego wieczora, na żywo trzeba publicznie przed obcymi całkowicie ludźmi dawać świadectwo Siebie. Niezależnie od tego, że istnieje pomiędzy aktorem i widzem umowa dotycząca konwencji. Niezależnie od tego, że wychodząc do ukłonów i oklasków prezentuje swoją uśmiechniętą twarz potwierdzającą, że to co przed chwilą oglądaliśmy, nawet gdy było bardzo brutalne i wstydliwe (a może właśnie przede wszystkim w takich sytuacjach), to fikcja tylko, udawanie...
Grając w sztuce Sarah Kane trzeba na scenie przekroczyć uładzoną granicę ciała. Wyzwolić się trzeba z tej klatki. By wiarygodnie przekazać prawdę o tym, że całością jesteśmy, że emocje, myśli i słowa stanowią jedność z ciałem trzeba przekroczyć granicę wstydliwości. Trzeba złożyć ofiarę ze swej intymności.

W życiu nie mają tego problemu narkomani, pacjenci szpitali psychiatrycznych i być może jeszcze niektórzy. Nie mają tego problemu, bo świat zewnętrzny już dla nich nie istnieje. Oni całkowicie zanurzeni są w swej okrutnej duszy. Dealer w tym momencie jawi się jako doktor ułatwiający wkroczenie na tę ścieżkę zatracenia się w sobie. A ciało widzom postronnym mówi całą prawdę o stanie, ale nie o treści... Wkroczenie do tego świata może stać się dla nich formą oczyszczenia.
Jeśli widz w teatrze choć przez chwilę zacznie się z postacią na scenie utożsamiać, przeżyć może katharsis. Odkryty już przez starożytnych magiczny stan pozwalający bezpiecznie oczyścić się z zalegających naszą duszę potworności.
By to wywołać, musimy się zgodzić na to, by na scenie pojawiły się nagie pokiereszowane ciała, gwałt i okrutna intymność. Środki wyrazu jedynie adekwatne. Nie pokaz atrakcji służący szokowaniu. Ale jedna z wielu prawd na nasz temat. Ale trzeba z całą świadomością zaakceptować wtedy teatr, który nie służy rozrywce.
Teatr, który jest konfesjonałem, obrzędem, brutalnym Izajaszem.

"Oczyszczeni" Sarah Kane to dla mnie spektakl ogromnego nagromadzenia w człowieku pragnień ciepła i bliskości. Niespełnionych pragnień. Konwulsyjnie wołających do pustego nieba.
Wśród nich pragnienie bycia całością. Myślą, uczuciem, słowem i ciałem.
Bo jest to na pewno spektakl miedzy innymi o ucieleśnionym słowie. Słowie z ciałem stopionym. Słowie pierwotnym będącym jednością z emocją. Słowie, które uderza bardziej boleśnie niż ciosy otrzymywane na bokserskim ringu. Wyrywa wnętrzności i oszpeca ciało. A więc im piękniejsze ciało, tym więcej fałszu i emocjonalnej pustki.
Tak jest w spektaklu, w życiu bywa zgoła inaczej.
Ciało może być takim samym zdrajcą jak kłamliwe słowo. Przyzwyczailiśmy się do myśli, że jest ono jedynie mniej lub bardziej atrakcyjnym (w miarę starzenia się oczywiście coraz mniej atrakcyjnym) opakowaniem dla naszego wnętrza, jakkolwiek byśmy je nazywali (może być i dusza...). Albo źródłem zmysłowych uciech lub, jak chcą niektórzy, pokus sprowadzających duszę na manowce.
Ciało nie mówi o nas prawdy. Zdradza nas; ale paradoksalnie nie w znaczeniu ujawniania o nas tajemnic, które chcielibyśmy przed światem ukryć, a w znaczeniu przeciwnym - objawiania światu prawd fałszywych (wiem, że to oksymoron).
Ciało jest tą najbardziej widoczną granicą pomiędzy tym co zewnętrzne i wewnętrzne. Jest symbolem nieprzekraczalnej przepaści istniejącej pomiędzy ludźmi. Granicą, która kiedyś na plakatach mających uzmysłowić problem dzieci autystycznych przedstawiona była za pomocą szyby z rozpłaszczonym, rozpływającym się na niej (bodajże) palcem. Równie dobrze możemy sobie wyobrazić rozpłaszczoną na zaparowanej szybie twarz człowieka starającego się nas dojrzeć przez coś, co powszechnie uznajemy za przeźroczyste. Zazwyczaj nie zauważa się zamglenia czy wręcz ciemności. Pozostaje tylko pragnienie przekroczenia. Pragnienie kontaktu i zrozumienia. Niespełnione.
Ciało stanowi też granicę pomiędzy tym i tamtym światem. Dopiero pozbywszy się go możemy przekroczyć. Ale, by być konsekwentnym, należałoby zapytać, czy nadal jesteśmy ci sami, skoro ono jest częścią całości. Skoro Ja to także ono.
Najbardziej radykalną formą zdrady ciała jest problem płci. Co zrobić, gdy mamy głębokie wewnętrzne poczucie, że to rzeczywiście jest opakowanie nieadekwatne całkowicie do naszej treści?
Ciało ukrywamy. Najdalej posunął się w tej dziedzinie islam nakazujący kobietom zasłanianie także twarzy. W naszej kulturze w dwudziestym wieku mamy do czynienia ze stopniowym obnażaniem wydawałoby się intymnych tajemnic. Wydawałoby się, bo najczęściej, po odkryciu, że Bóg obdarzył nas jakąś zmysłową atrakcją (od atrakcyjnych kobiecych piersi po wypracowaną męską muskulaturę), objawiamy ją światu, by zdobyć nad innymi władzę, by choć na chwilę ich emocje podporządkowane były naszym cielesnym przewagom. Wyjątek stanowią te osoby, które wyłamują się z narzuconych przez kulturę schematów cielesnego piękna i bez żenady prezentują swe uroki budząc u innych często uśmiech politowania. A to przecież oni (częściej one) wydają się uczciwsi. Bliżsi prawdy o sobie, której się nie wstydzą. Powinni budzić większe zaufanie niż plejada figur obnosząca się ze swym podobieństwem do wypromowanych właśnie kanonów piękna.
I dlatego nie zapomnę nigdy Stanisławy Celińskiej, która na scenie pozbyła się całkowicie wstydu swego pulchnego bardzo i starzejącego się ciała (dotąd najbardziej podziwiałem Dorotę Kolak w "Słodkim ptaku młodości", ale ona jest nadal atrakcyjną dojrzałą kobietą). Bo był to przejmujący bardzo widok jego zdrady. Ono mówi światu, że pragnienie miłości - tej zmysłowej także oczywiście - już się z niego ulotniło. Biologia przecząca człowieczeństwu. A ci wszyscy, którzy ze świętym oburzeniem reagują na te nieprzystające do wieku i wyglądu pragnienia, stają w szeregu tych naturalistów, którzy uznali, że człowiek powinien podporządkować się prawom rządzącym całą przyrodą. Oni to nazywają przyzwoitością...
Jednym ze sposobów gry ciała z otoczeniem jest okrywanie go ubiorem, który już dawno przestał służyć li tylko do ochrony przed chłodem. I niezależnie od tego, jak bardzo ulegamy różnorakim modom, można uznać, że w to okrycie dzięki bezpośredniemu kontaktowi z ciałem przenika z czasem jakaś cząstka ludzkiej tożsamości. Wydaje się w to wierzyć Grace, która zaczyna swój proces utożsamiania się z ukochanym a nieżyjącym bratem od założenia jego ubrania. Jeden ze sposobów pojmowania miłości. Pełne utożsamienie z ukochanym i jednocześnie pełna ofiara ze swojego Ja, ze wszystkiego, co nie pasuje do ubrania Grahama.
Najbardziej utożsamić się mogłem w tej sztuce z Rodem (choć moje preferencje seksualne są nader tradycyjne), który jak ognia wystrzegał się jakichkolwiek obietnic dotyczących miłości. Pełna asekuracja uważana przez wielu (przeze mnie także) za szczerość. "Kocham cię teraz" - to jest wszystko, co potrafi obiecać okrutnie kaleczonemu stopniowo przez miłość Carlowi. "Teraz"! Żadnej gwarancji na jutro. Bo to nieuczciwe. Ale być może, jeżeli nie potrafimy powiedzieć (co zresztą Rod w końcu mówi) "Zawsze będę cię kochał" to oznacza, że i słowa "Kocham cie teraz" są nieprawdziwe... Rod w trakcie sztuki nie doznaje żadnych okaleczeń. Jego ciało niemal do końca nie doświadcza muśnięcia głębszych emocji i prawdziwszych słów.

Nie chciałem pisać o tym spektaklu. Bo trudno pozbyć się wstydu, że prawić będę banialuki. Że o tej sztuce napisano już tyle, że skompromituję się tylko brakiem erudycji. A i o fenomenologii ciała napisano w ostatnim półwieczu tomy. Ale ponieważ na tym blogu przyzwoliłem sobie na banał, to stwierdziłem, że mam to w nosie. Pogadałem sobie przez chwilę obok tych wszystkich erudycyjnych cenności...
taki sobie nomadyzm

Sarah Kane, "Oczyszczeni", reż. Krzysztof Warlikowski

piątek, 25 czerwca 2010

Zwiastowanie pustki

Dawno temu, w liceum jeszcze, miałem szczególną rozmowę z 'moją' ówczesną dziewczyną. Stwierdziła ona mianowicie, że Józef (świętym zwany przez wielu) musiał mieć niezwykły charakter: świeżo poślubiona żona informuje go, że jest w ciąży, lecz nie z nim. A on...
Biblia ma to do siebie, że niewiele tam znajdziemy opisów przeżyć wewnętrznych bohaterów. Ich dramaty skryte są głęboko za opowieścią o czynach i słowach. To dopiero w czasach bliższych współczesności zaczęliśmy spekulować na temat tego, co mógł czuć Izaak prowadzony na rzeź, czy też - no właśnie - Józef, którego żona ma urodzić Boga. I nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę, że mamy do czynienia z czasami, w których tego rodzaju wiadomość nie musiała szokować (o czym doskonale wie Berlioz z "Mistrza i Małgorzaty" informujący Bezdomnego o powszechności tego zjawiska w starożytności), to i tak warto chwilę zadumać się nad jego postawą. Bo nie tylko nie odesłał swej małżonki do ojca (czym zhańbiłby ją po wieczne czasy), ale nawet z narażeniem życia ratuje życie swego przybranego syna uciekając przed siepaczami Heroda (nie warto oczywiście wspominać o tym, ilu świeżo narodzonych chłopców poniosło śmierć w Betlejem w zamian za to jedno istnienie - a wszystko dzięki temu, że Józef miał, w przeciwieństwie do innych śmiertelników, dostęp do najświeższych wiadomości). Nie mówiąc już o tym, że przecież mógł uznać, że jego młoda nawiedzona małżonka jest niespełna rozumu.

"Jestem w ciąży, ale to nie twoje dziecko".

W naszej kulturze tego rodzaju wiadomość na pewno ciągle wywołuje szok u mężczyzny, który przywykł do opatrywania słowa żona (bądź kobieta lub dziewczyna) zaimkiem dzierżawczym "moja" (zresztą w równym stopniu dotyczy to płci przeciwnej). To samo prawo własności przenosimy na dzieci. I choć zaimek wydaje się niewinny i z przyjemnością jego dzierżawczość ograniczylibyśmy do praw rządzących językiem, to codzienna praktyka jest dowodem na to, że jego treść w pełni przystaje do naszych codziennych zachowań. Dopóki symboliczna pępowina nie zostanie zerwana chcielibyśmy niemal w pełni decydować o kształtowaniu się osobowości dzieci, które całkowicie bezwiednie nazywamy naszymi. Nie inaczej jest z partnerami, którymi szczęśliwy w tym wypadku los nas obdarował. Często na początku związku, gdy staramy się dopomóc fortunie, wkładamy wiele wysiłku, by odkryć w tym drugim człowieka. I nawet jeżeli musimy w to włożyć wiele wysiłku, to ten Inny jest dla nas wyzwaniem, dzięki któremu odkrywamy w sobie pokłady nieznanych treści a przede wszystkim emocji. Rodzi się w ten sposób uczucie powszechnie zwane miłością, pozwalające nam przetrwać w nieprzyjaznym często świecie. Lecz z czasem, gdy bliskość i ciepło stają się niekwestionowane, przyzwyczajenie zaczyna wygrywać z ambitnym, wymagającym permanentnego wysiłku procesem przekraczania siebie, którego celem jest zrozumienie tego nieznanego lądu. Zawłaszczenie naiwnie wydaje się pełne, więc zaczyna człowiek swą energię kierować na kolejne życiowe zdobycze. Rodzina staje się, podobnie jak inne meble, elementem wyposażenia wnętrza.
Nietrudno sobie wyobrazić, z jakim dramatem będziemy mieli do czynienia, gdy w takim momencie usłyszymy: "Jestem w ciąży, ale to nie twoje dziecko".
Możemy zabić (małżonkę bądź nienarodzone) lub wybaczyć (pozostawiając oczywiście kobietę z wiecznym poczuciem winy, które w odpowiednim momencie jesteśmy skłonni wykorzystać). Do głowy nam nie przyjdzie, że jest to najbardziej autentyczny sprawdzian miłości, która nakazuje przede wszystkim zaakceptować a później być może zrozumieć.
Szczytne to i idealistyczne oczywiście, ale to jest podstawowy warunek, by w sprofanowanym świecie wygospodarować sobie odrobinę ogrodu nad rzeką Gichon. By, niczym Józef, chronić wszystko, co najważniejsze, niezależnie od kosztów.
Człowiek współczesny jest jednak spadkobiercą wygnanych z Edenu rodziców najpierwszych i postępuje zgodnie z nakazem tego demonicznego zaimka dzierżawczego: zabija to, co wymknęło się spod jego prawa własności. I jeżeli żałuje, jeżeli ma poczucie, że błąd popełnił, to przeważnie za późno. Przypieczętowuje w ten sposób swoje zasłużone wygnanie.
Nomada na pustyni...

"Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący".

Wygnanie, reż. Andriej Zwiagincew

środa, 23 czerwca 2010

Najważniejsze jest słabo widoczne

Choć "Ojciec chrzestny" należy do moich ulubionych filmów, to nigdy nie czytałem żadnej książki Mario Puzo. Dopiero teraz... "Dziesiąta Aleja"...
Na początku troszkę się nudziłem i błąkały mi się po głowie myśli w stylu: "co mnie obchodzą amerykańskie losy włoskich emigrantów z początku XX wieku?" I przymuszony jakąś zawodową koniecznością szukałem w tej historii problemów uniwersalnych (tak jakby rodzina sprawą uniwersalną nie była). Gnany męską potrzebą idei nie mogłem uchwycić sensu czytania tej powieści (rodzina ideą jest chyba tylko w hasłach wygłaszanych przez polityków, a właśnie trwające wybory uzmysławiają, że jest to idea już mocno zużyta, bo mało się o niej mówi podczas kampanii - pytanie: smutne to czy nie).
Jedną z przyczyn tego, że zasadnicza wartość tej książki mi umykała, był chyba sposób, w jaki ją czytałem. Była to dla mnie lektura do autobusu (bo tak sobie myślałem, że pewnie nieskomplikowana historia świetnie się na taką codzienną 40-minutową okoliczność nadaje). Dopiero od wczoraj (bo wolnego dużo bardzo się zrobiło) zanurzyć się mogłem w nią bez reszty. Zrazu tylko z obowiązku - by skończyć przed wakacjami - później już całkowicie pochłonięty, by po przeczytaniu ostatniego zdania doświadczyć dawno nieodczuwane wzruszenie (wzruszenie w ogóle, a nie związane z tą konkretną historią). Bo choć konstrukcja tej historii jest nieco impresjonistyczna (czyli brak w niej wyrazistego, zasadniczego wątku a całość składa się z szeregu epizodów składających się na niemal 40-letnie zmagania z losem rodziny Angeluzzich-Corbo) to jednak czytanie na raty jej nie służy (zresztą, tak jak zawsze; lecz są książki, które nadają się do czytania podczas codziennych dojazdów do pracy, nie mówiąc o tym, że doskonale się w tej roli sprawdzają utwory, które lubimy i znamy, a które pragniemy sobie tylko przypomnieć). Skupieni na poszczególnych sytuacjach nie zawsze jesteśmy w stanie dostrzec głównego bohatera tej książki. Bo, tak jak w życiu, nie jest to postać pchająca się na plan pierwszy... przeważnie...
Tym bohaterem jest matka.
Niepiśmienna, uboga Włoszka, która w Nowym Jorku walczy z losem i Bogiem o swoje szczęście. Szóstka dzieci, dwóch mężow (pierwszy umiera, drugi wariuje) i Wielki Kryzys...

W "Ojcu chrzestnym" Coppola (t tak pewnie także jest w książce Puzo) wykreował świat, w którym to mężczyźni decydują o przetrwaniu rodziny. Kobiety w nim głosu nie mają, a jeśli tego nie rozumieją, to brutalnie wskazuje im się ich miejsce. Gdy nie są w stanie tego zaakceptować, dochodzi do rodzinnego dramatu. Ale to brak otwartości mężczyzn i ich kurczowe trzymanie się archaicznych obyczajów (głównie związanych z patriarchatem) prowadzi do tragedii.
W "Dziesiątej Alei" mamy do czynienia z tym samym światem wartości, z tą samą obyczajowością, która konfrontowana jest z Nowym Światem. Los dzieci Lucii Santy odzwierciedla rozmaitość ról, które w tym świecie mogą pełnić urodzeni już na tym odległym od tradycyjnych wartości kontynencie. Od gangstera po nauczycielkę czy lekarza. A ginie ten, który
w Italii pewnie wiódłby szczęśliwe życie (tak sobie wnioskuję na podstwie jego charakteru charakteryzującego się brakiem przystosowania). Cóż znaczy jedna ofiara...
Tym razem Puzo bardzo jednoznacznie wskazuje na to, że przetrwanie rodziny od kobiety zależy przede wszystkim. I w sposób niezwykle wiarygodny a jednocześnie przejmujący kreuje postać Lucii Santy - kobiety ubogiej, niezbyt przebojowej (w przeciwieństwie do niektórych jej włoskich przyjaciółek), słabo orientującej się w świecie - nawet bez jednoznacznego systemu wartości (pod koniec dochodzi do wniosku, że świat jest tak poukładany, że żadne zasady postępowania nie są w stanie zagwarantować nam sukcesu w życiu; a przecież jej ambicje są nader skromne), poza jedną - rodziną... Ale właśnie, w przeciwieństwie do niektórych naszych współczesych polityków, nie była to dla niej idea; co nie znaczy, że wszystkie decyzje podejmowała instynktownie. Ale spekulacje towarzyszące podejmoaniu przez nią niektórych z nich pojawiały się, gdy dochodziło do konfliktu wartości i musiała się sprzeniewierzyć czemuś odwiecznemu dla dobra...
Gorzki amerykański raj...
"Chciałam to wszystko osiągnąć bez cierpienia. Chciałam tego bez konieczności opłakiwania dwóch mężów i ukochanego dziecka. Chciałam tego wszystkiego, ale bez wzbudzania nienawiści u syna poczętego z prawdziwej miłości. Chciałam tego wszystkiego, ale nie kosztem wyrzutów sumienia, zgryzot, strachu przed śmiercią i grozą dnia sądu ostatecznego. Zachowując niewinność".
Można by powiedzieć: kazdy by tak chciał.
Lekturę kończymy odczuwając dla niej podziw... z jednoczesnym przekonaniem, że jest to podziw wobec postaw, które coraz mniej obecne są w świecie nas otaczającym (takie moje subiektywne wrażenie bardzo) i że teatralnej histerii na pogrzebie Vincenza przyglądałbym się z takim samym dystansem jak Gino...
Bo to z tym, przeklętym przez Lucię, bohaterem mam chyba najwięcej wspólnego. I w sumie powinienem sporządzić blogową notkę o tej postaci, obnażając się przy okazji. A ja sprytnie opisałem postać, z którą niewiele mam wspólnego, ale na której postawę patrzę z zadziwieniem podszytym zazdrością. Trochę jak Gino przyglądający się swojej matce (tyle że w jego spojrzeniu pod koniec był już widoczny ładunek demonicznego zła).
Gino, który wolał uciec na wojnę (która przerodziła się po ataku na Pearl Harbor w światową) niż być uwikłanym w relacje rodzinne.
"Teraz już była pewna, że Gino nie wróci po wojnie do domu. (...) Że zostanie pielgrzymem i w marzeniach będzie szukał swoich własnych Ameryk".

Mario Puzo: Dziesiąta Aleja

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Gorycz władzy

Najbardziej samotni są bohaterowie mitów
... i wielcy tego świata (co czasami na jedno wychodzi). Pewnie jeszcze kilka innych kategorii by się znalazło (z tych najbardziej dramatycznych to jeszcze samotność choroby i cierpienia a także starości... szczególnie tej, gdy się jest rzeczywiście całkowicie pozbawionym bliskich...), lecz ja chciałem kilka słów o "Elżbiecie królowej Anglii" Ferdynanda Brucknera. Obejrzałem sobie ten stary telewizyjny spektakl i zatęskniłem bardzo za tradycyjnym teatrem telewizji. Jest to jedna z tych strat, które przyniosła nam wolność. Strat niepotrzebnych. Widząc to, co dzieje się obecnie w telewizji, trudno mieć nadzieję na powrót tej niezwykłej i wyjątkowej formuły teatru.

Elżbieta Brucknera...
ponieważ to teatr, nie oczekiwałem skrupulatnego odtworzenia słów, zdarzeń, postaci...
Teatr pozwala na zasadzie syntezy zwrócić uwagę na jakiś szczególny aspekt wydarzeń historycznych, których dotyczy. I czasami rzeczywiście to te wydarzenia zaczynają w pełni decydować o napięciu dramaturgicznym do tego stopnia, że zapomina się o człowieku. W tej sztuce jest i jedno i drugie.
Trzy godziny (w teatrze to już coraz rzadziej się zdarza taka długa sztuka, widzowie coraz mniej cierpliwi są, siedzenia coraz twardsze, pragnienie zamiany miejsca dojmujące), więc wiele różnych rzeczy można było w tym spektaklu pomieścić.
Ale ponieważ ja (i tu przypomnę po raz kolejny) nie recenzję piszę a jedynie pisanie piszę zbaczając czasami na bezdroża, więc pominę np. przeobrażanie się Anglii z kraju skoncentrowanego na obronie swej odrębności i suwerenności w państwo o ambicjach (zrealizowanych jak wiemy) mocarstwowych.
Pominę też konfrontację dwóch rodzajów władców: Filipa poświęcającego się dla idei chrystusowej (w imię której unieszczęśliwił - choćby za pomocą inkwizycji - wielu ludzi) i Elżbiety - pragmatyka z kompleksem braku idei... (ale napięcie istniejące pomiędzy tą dwójką jest w sztuce niezwykle ambiwalentne; taki niemal wzorcowy przykład bliskości, jaka rodzi się pomiędzy zaciekłymi wrogami)
Są to tematy wciągające bardzo, ale...
Elżbieta ma lat 60 a Essex... dużo dużo mniej...
Kobieta, która osiągnęła wszystko, co w jej sytuacji było możliwe (i to bez parytetów i armii feministek)...
Kobieta, której kobiecość staje się ważna tylko jako element polityki dynastycznej (co oczywiście specjalnie jej nie wyróżnia wśród władców tamtych czasów, ale warto pamiętać o tym, gdy staramy się spojrzeć na nią jak na kobietę właśnie).
Kobieta stara...
W jaki sposób odróżnić szczere uwielbienie od fałszywych pochlebstw? Jest to trudne w prostych sytuacjach zależności. A co dopiero, gdy ona jest królową. Przyzwyczajoną zresztą do tego, że się ją podziwia. Jest też kobietą, która chciałaby być kochana nie jako królowa, lecz właśnie jako kobieta (czy rzeczywiście tego pragnęła, nigdy się nie dowiemy, ale przecież jest to bardzo prawdopodobne). Ale jest także starą kobietą...
Nigdy nie będzie wiedziała, czy jest autentycznie kochana (i ta gorycz niesamowita, gdy dowiaduje się od Bacona, że był on współautorem listów Essexa do niej; i to jego 'niewinne'
zadawanie jej bólu, gdy jej to mówi... tylko tak można choć trochę poniżyć tę, która wczesniej sama takie okazje wykorzystywała).
Tego rodzaju zależność zawsze naznaczona będzie piętnem nieufności.
i trzeba swą miłość bardzo mocno stłumić, by wydać wyrok na wielbiciela, który zdradził
Podobno po ścięciu Essexa Elżbieta już nigdy nie funkcjonowała tak jak wcześniej. Nawet, jesli to legenda, to wielce prawdopodobna.
samotność wielkich
samotność starości
Jeżeli wszyscy sa całkowicie od ciebie uzaleznieni, żadne ich słowo, nawet to dotyczące najintymniejszych uczuć, nie może być wiarygodne.
A i tak przy całej ostrożności i dystansie nie można ustrzec się takiego Bacona (niektórzy twierdzą, że to on był Szekspirem, bo w przeciwieństwie do stratfordczyka był świetnie wykształcony), który potrafi cynicznie wykorzystać swą inteligencję, by osiągnąć cel, czyli pchnięcie Anglii na drogę rozwoju mocarstwowego. Na drodze stoi mu tylko stara, ostrożna nazbyt królowa (oj, musiał mocno przeżywać ten ambitny i inteligentny karierowicz to, że kobieta przypomina mu, gdzie jest jego miejsce w szeregu).
Ale potrafił... stać się reżyserem zdarzeń (przynajmniej w tej sztuce), a królowa umierając miała poczucie pewnie, że to, co było blaskiem ostatnich lat jej panowania - miłość - mogło być (właśnie - mogło być, bo nie musiało: Essex przecież mógł ją rzeczywiście kochać, tyle że wykorzystany został przez Bacona a później jego urażona duma pchnęła go na drogę spisku... ale tutaj to możemy gdybać w nieskończoność... i to ciekawe nawet jest; jak było, nawet królowa się pewnie nigdy nie dowiedziała) tylko elementem perfidnego planu.
I Ona - mistrzyni udawania, Ona - która nikomu nie pokazywała się bez niemalże już barokowej charakteryzacji - została ograna (niezwykła scena, gdy Essex zobaczył ją w negliżu - porażający dramat starej kobiety, która i tak potrafiła zachować dumę...)

Tradycyjny teatr telewizji, który pozwala z bliska przyglądać się niezwykłemu kunsztowi aktorskiemu. Bo to spektakl przede wszystkim bardzo teatralny i aktorski...
Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Jan Frycz, Marek Walczewski, Henryk Machalica, Zdzisław Wardejn, Bogusz Bilewski, Adam Ferency, Piotr Machalica, Michał Bajor...

F. Bruckner, Elżbieta królowa Anglii, reż. Laco Adamik

sobota, 5 czerwca 2010

Narracja historyczna czyli radość pisania

Historia...
O historii różnie bardzo można. Tak w literaturze jak i w kinie (zresztą w podręcznikach także, ale ten tekst nie będzie dotyczył wątpliwości dotyczących tego, w jakim stopniu naukowe książki historyczne są także jednym z typów narracji o świecie; narracji, której wyróżnikiem jest konwencja mająca swe korzenie w dziewiętnastowiecznym scjentyzmie).
Można niczym Aleksander Dumas skupić się na przygodach całkowicie fikcyjnych bohaterów, których brawurowe awantury całkowicie dominują nad poważniejszą analizą skomplikowanych procesów historycznych (a więc siłą rzeczy tło - czyli tak zwana prawda historyczna - jest uproszczona tak, by zbytnio nie absorbować czytelnika; niestety czytelnik nieświadomy konwencji w takim wypadku zaczyna postrzegać przeszłość przez pryzmat tychże uproszczeń i w ten sposób horyzont wyobrażeń dotyczących komplikacji świata, w którym żyjemy dramatycznie ubożeje).
Można też skupić się na postaciach, które znamy z podręczników do historii: na Elżbiecie, Henryku czy Williamie (wtedy, gdy zakochany jest). Uproszczonych interpretacji w dziełach opowiadających o ich losach także jest co niemiara oczywiście, ale przynajmniej prowokują do przyjrzenia się poważniejszego historii.
No i jeszcze gdzieś tam jest ktoś taki, jak Teodor Parnicki, którego pisanie jest jakby przekopywaniem się przez sterty różnych innych tekstów po to, by uświadomić czytelnikowi, że nasz sposób postrzegania historii zapośredniczony jest przez zmieniające się permanentnie konwencje (które on jednocześnie w swoich utworach wykorzystuje, co potwornie utrudnia lekturę - ale mi się podobało).
Gdy dawno temu chłopcem małym byłem zdecydowanie bardziej przepadałem za wersją reprezentowaną przez Sienkiewicza niż np. przez Golubiewa. Dzisiaj jest inaczej. Z tym, że różnica przede wszystkim polega na 'zdolności filmu (obecnie zdecydowanie częściej niż z książkami mam do czynienia z tego typu filmami) do skłonienia mnie do ponownego obejrzenia'; a powracam do tych, które prowokują mnie do poszukiwania dodatkowych informacji, dzięki którym lepiej zrozumiałbym czasy i ludzi... gdy tego nie ma, film prędzej czy później ulega zapomnieniu...

(właśnie sobie uświadomiłem, że wszystko, co dotąd tu napisałem, wstępem jest tylko do sformułowania glosy do właśnie obejrzanego filmu Kapitan Alatriste [a dlaczego ten film a nie "Robin Hood" najnowszy, tego nie wiem, choć przecież film Ridleya Scotta mógłby być pretekstem do bardziej śmiałego pisania nie na temat; ale o nim to może kiedyś, bo tam jednak jest coś, co lubię bardzo, czyli tworzenie się mitu...]; i dobrze, że sobie przypomniałem, bo skuszony kolejnymi skojarzeniami pewnie do tego filmu nigdy bym nie doszedł zbłądziwszy wśród wijących się znaczeniami dygresji nomadycznych i okazałoby się, że mój tekst tekstem nie jest [co nie znaczy, że przestałby Być - zostałby jedynie zaklasyfikowany pogardliwie do klasy grafomanii, czyli bytów, które na istnienie nie zasłużyły i które są pozostałością aktu nazbyt dowolnego i w dodatku roszczącego sobie... i pewnie w ten sposób doszedłbym do "Ucieczki z kina Wolność" - filmu opowiadającego między innymi o miejscu, w którym przebywają twórcze twory wykluczone] , bo pozbawiony jest kilku immanentnych cech wyróżniających tego rodzaju twory; warto jednak ostrzec czytelników, których prace są jeszcze wciąż oceniane przez belfra: broń Boże nie bierzcie przykładu, pisząc swe dysertacje, z Nomady...)

Ad rem...
1622 - 1643, Hiszpania, wojna trzydziestoletnia (w odległej Rzeczypospolitej - byłoby to od , mniej więcej, bitwy pod Chocimiem po założenie miasta Wejherowa... nieoceniona wikipedia)
od hiszpańskich wojen we Flandrii (charakteryzowanej nader ponuro przez bohatera filmu; ciekawe, co by powiedział o ziemiach jeszcze bardziej oddalonych od jego centrum świata, czyli od Madrytu) po bitwę pod Rocroi (specyficzne, że w sekwencji pokazującej tę bitwę, mamy do czynienia z jednej strony z heroiczną grupą żołnierzy hiszpańskich - nieźle zresztą sfatygowanych - a po drugiej z przeważającymi siłami wojsk francuskich w całkiem jeszcze niezłym stanie; i choć trudno Hiszpanom zarzucać fałszowanie historii, bo pod koniec bitwy rzeczywiście tak to mogło wyglądać, aczkolwiek na jej początku stosunek sił był dokładnie odwrotny [w filmie mamy do czynienia zresztą ze swoistym komentarzem do twórczego traktowania pamięci o przeszłości: bohaterowie w pewnym momencie komentują prawdę historyczną obrazu Velazqueza "Kapitulacja Bredy"; obrazu dotyczącego wydarzenia, w którym uczestniczyli - i wytknąwszy mu pierwej nieścisłości, stwierdzają, że i tak jest wybitne])
czyli czas stopniowego podupadania potęgi Hiszpanii i gdybyśmy mieli szukać problemu dotyczącego, będących w tle, procesów historycznych, to pewnie musielibyśmy wymienić ten właśnie
Dlaczego do tego doszło? Dlaczego Hiszpanie dali się pokonać mniej licznym Francuzom (ale przypominam: o tym, że stosunek sił taki właśnie był, to tylko ewentualnie Hiszpan wie a nie przeciętny widz, który takiego pytania sobie nie zada - on wyjdzie z kina z niezwykle heroicznym wyobrażeniem o ludziach pochodzących z Półwyspu Iberyjskiego i w ten sposób utrwali się przekonanie, że gdy jest nas mniej, gdy jesteśmy wycieńczeni walką a przeciwnik proponuje nam korzystne warunki kapitulacji, to należy gardząc wrogiem dać głowę pod nóż [notabene później Hiszpanie przyjęli warunki zawieszenia broni, o czym w filmie nikt nie pisnął])?
Utwór jest typowym reprezentantem gatunku 'płaszcza i szpady' (i trzeba przyznać, że oba te rekwizyty dość często są w użyciu), więc tylko zarysowuje w tle pewne propozycje odpowiedzi na tak postawione pytanie: zdemoralizowany król, intrygi arystokracji, prywata, niedoinwestowanie armii (można by powiedzieć, że jest to kolejny dowód na to, że już wtedy do Europy należeliśmy, boć przecie u nas równie budująca sytuacja miała miejsce; tylko jak oni - przy takim nastawieniu - mogli przez 30 lat tę wojnę prowadzić?)
Ale czy tak naprawdę jest to problem, który powinien nas intrygować a tym bardziej niepokoić?
To chyba dobrze, że jedno z mocarstw nieco podupadło (myślę tak pewnie, bo Hiszpanem nie jestem)...
Niezależnie od tego, jak historycznie uzasadniona, nie budzi mego zachwytu polityka mocarstwowa - czy to dziś, czy w XVII w. I wiem, że jest to spojrzenie ahistoryczne, aczkolwiek myślę, że uzasadnione, jeżeli pojawia się przy okazji snucia refleksji o filmie historycznym.
Bo po co dziś ktoś taki film robi?
Mam nadzieję, że poza rozrywką w postaci obserwowania przygód, mniej lub bardziej oryginalnych, twórcy chcą zaoferować choć namiastkę dyskusji ze współczesnością (a jeśli w ogóle ich to nie obchodzi, a film cieszy się popularnością, to jest to dość ponury obraz, ale - współczesności). A to, choć trochę uzasadniać może stawianie pytań o charakterze ahistorycznym.
A więc typowy kolos u schyłku, któremu trudno współczuć - a i więcej: heroiczna klęska pod Rocroi, będąca zapewne świadectwem niewydolności państwa i nieudolności elity rządzącej - z ulgą powinna być przyjmowana.
Jest jednak inaczej, bo widz nie z Kolosem a z bohaterami utożsamiwszy się pierwej, podziwia ich męstwo i ogarnięty współczuciem dla walczących kończy oglądanie filmu (ostatni kadr - zatrzymany - kapitan Alatrist z wściekle atawistycznym okrzykiem na ustach rusza do samobójczego ataku). Co zresztą im właśnie się należy (że tak lewacko dopowiem).
No właśnie, przecież ten film nie o procesach historycznych jest (tak, jakbym kolejny wstęp do wpisu miał za sobą:-)) a o dwóch ludziach żyjących w czasach, w których niebycie żołnierzem mogło tylko niektórym kobietom się podobać - i to tym, które matkami albo siostrami były.

Świat mężczyzn - ich cynizmu i honoru ( w zależności od sytuacji i sfery).
Świat, w którym kobiety, jeśli są rozsądne, także muszą , by zadbać o swą przyszłość - porzucić mrzonki o uczuciach. I porzucają. Lecz, paradoksalnie, to mężczyźni są ich niewolnikami. Bo ci, których się wyrzekły, kochają je nadal i są w stanie im wszystko wybaczyć. Można by z tego wyciągnąć wniosek, że - zgodnie z gatunkiem - ze światem honoru do czynienia mamy. Tu się jednak zaczyna kłopot - z tym etosem różnie bywa. Są sytuacje, w których nawet wieloletni towarzysz broni może nam zadać śmiertelny cios rapierem - co ciekawe, nikt nie jest tym faktem zdziwiony ani oburzony; jeśli ciosy były wzajemne, to jeszcze sobie w ostatniej chwili pogadają o tym, jaki ten świat jest beznadziejny. Można powiedzieć, że mamy w tym filmie do czynienia z opromienionym niemało etosem najemnika, który zbratany jest ze śmiercią (taki zawód i dziś pewnie najemnicy wynajmujący się do robienia wojny raz są po przeciwnych stronach a innym razem po tej samej... i trudno, żeby mieli do siebie pretensje w momencie, gdy są zmuszeni wzajemnie się pozabijać; byłoby to nieprofesjonalne), walczy przeważnie zgodnie z ustalonymi zasadami (choć gdy jest krucho z forsą, to jest człowiekiem do wynajęcia i podejmuje się zadań, które raczej do ukształtowania legendy się nie przyczynią).
Świat, w którym mężczyzna uświadamia sobie, że może być potrzebny kochanej kobiecie, gdy jest już za późno. I wcale nie ma w tym nic romantycznego. A także w tym, że inna kobieta, by być pewniejszą swej przyszłości, porzuca kochanka, który przecież prędzej czy później zginie. I płacze ona potem do końca życia.
Świat, w którym bohater (Vigo Mortensen grający troszkę podobnie do swej roli we "Władcy pierścieni") do końca czuwa nad życiem syna swego kumpla, bo ten mu taką prośbę wyszeptał umierając podczas bitwy. Ale ten sam bohater potrafi bez mrugnięcia okiem innego swego kumpla zabić, gdy ten wyciągnął rękę nie po swoje złoto - żeby nie było, nie był później pewien, czy ten nie miał racji. Ale znowu było za późno.
Bo on tylko najemnikiem był.

Ja nawet nie wiem, czy o tym filmie warto było tyle pisać. Lecz tyle mojego, ile sobie postukam w klawisze:-) - utwory, o których piszę, są tylko dla mnie pretekstem - i to nie tyle do refleksji, co pisania właśnie... (ktoś mnie tydzień temu zapytał, co mi sprawia przyjemność - bo ja taki dziwny niby jestem - to odpowiadam: między innymi właśnie to - pisanie, oglądanie, czytanie; i nie po to, żeby z tego coś było - sprawia mi radość sam stan - pisania, oglądania, czytania...
no i jeszcze lubię, gdy mnie myślątka niczym spuszczeni z łańcucha nomadzi doprowadzają do miejsca, którego dotąd nie znałem:-)
No właśnie, żebym nie zapomniał: film ten bardzo dobrze się ogląda; jest sprawnie zrobiony, w miarę klarownie opowiedziany, są dobre kreacje aktorskie (piękne dwie kobiety: Elena Anaya i Ariadna Gil) i obrazy - o tak! - nawiązujące między innymi do Velazqueza (a jednocześnie miały być pewnie wiarygodne, bo dużo na nich brudu i krwi a bohaterowie nieraz i w łachmanach, ale czasami to wszystko jednak jakoś tak bardzo malownicze jest, mało odrażające i podejrzewamy, że pewnie nie śmierdzi... - to niesamowite jak turpizm wpłynął na skonwencjonalizowanie estetyczne brzydoty - ona naprawdę stała się ładna).
Dobre kino, żeby sobie odpocząć a później jeszcze kilka słów napisać; słów nie pod przymusem przywoływanych do porządku, co możliwe tylko wtedy, gdy kilka dni wyjętych jest z rytmu codzienności.

Kapitan Alatriste, reż. Agustin Diaz Yanes

czwartek, 3 czerwca 2010

Nie-boski klasztor

Mimo że w naszej kulturze powstały takie dzieła jak Faust czy Mistrz i Małgorzata, to mam wrażenie, że bohater tych książek - czyli diabeł - współcześnie najlepiej zadomowił się w kulturze popularnej. A ponieważ Behemotha nie słucham a i nie przepadam za tanimi horrorami (oczywiście nie mam na myśli filmów Polańskiego), to rzadko coś współczesnego prowokuje mnie do snucia myślątek na temat ducha, który przeczy. Zresztą, nawet, gdy próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, kim jest Woland, to także towarzyszy mi świadomość, że traktuję go jako symbol czy też figurę literacką, a nie jako znak sił demonicznych realnie wpływających na ludzki los.
(przyznaję jednocześnie, że gdy wypowiadam imię Diabła towarzyszy mi leciutki nieokreślony lęk, który pewnie i Bułhakow miał na myśli ostrzegając, by go nie przywoływać bez potrzeby, bo a nuż może się ucieleśnić)
Nawet gdy oglądałem świetny spektakl Lupy Mistrz i Małgorzata i uświadomiłem sobie dzięki niemu, że można pojawienie się świty Wolanda w Moskwie potraktować jako intensywne pragnienie bycia - kogoś, kto z tego świata został już wyeliminowany (bo przecież pojawia się ona w momencie, w którym Berlioz kategorycznie umieszcza jego istnienie wśród mitów i legend). Bo to straszne być przecież musi - poczucie, że się istnieje wspóistniejące ze świadomością, że nikt twego istnienia nie zauważa. Jakież to ludzkie... i jak bardzo musi taka samotność doskwierać...
Tak, tylko że ja, przyglądając się tej świetnej scenie, w której diabelskie towarzystwo próbuje być (nie ma tego w powieści, a było popisem subtelnego, bardzo oszczędnego aktorstwa - zagrać pragnienie bycia!), nadal o człowieku a nie o wyparciu nie-boskiego z naszego świata myślałem (nie mówiąc o tym, że przede wszystkim zachwycony byłem samą sceną i aktorstwem - czyli estetyka wzięła górę nad metafizyką, co dość istotnym problemem religijnym jest).

Musiałem ten wstęp zrobić, bo obejrzałem dziś film, po którym mocno skonsternowany byłem (wciąż w sumie jestem). I dzisiejszy wpis, bardziej niż kiedykolwiek, robię dla siebie - mam nadzieję, że moje komórki zwane szarymi (dlaczego w tym wypadku nie ciemnymi) nieco się rozbrykają i mimo czasu wolnego ułatwią mi choć w jakimś stopniu ogarnięcie tego, co opowiedział mi Manoel de Oliveira w filmie Klasztor.
Sięgnąłem po niego skuszony krótką notką, w której pojawiła się informacja, że bohater tego filmu (Malkovich, zadziwiający mnie rozmaitością filmów, w których gra - od Lotu skazańców przez Niebezpieczne związki po tak hermetyczne dzieło jak to) poszukuje w tytułowym klasztorze dowodów na to, że Szekspir nie był Anglikiem lecz hiszpańskim żydem. Pomyślałem sobie, że będzie to kolejne dzieło zainspirowane tak niejasną biografią twórcy, który wciąż inspiruje kolejne pokolenia badaczy do pisania prac na temat jego istnienia czy wręcz nieistnienia (prawie tak jak z Wolandem Lupy - duch Szekspira musi się nieźle zżymać spacerując po niebiańskich łąkach, gdy docierają do niego kolejne teorie, w których się udowadnia, że w ogóle nie istniał a jego utwory są dziełem np. Marlowe'a).
Film z Szekspirem (tak mi się przynajmniej wydaje) niewiele ma wspólnego. To, że filmowy profesor zajmuje się wspomnianym problemem ma chyba służyć uwypukleniu pewnej ludzkiej cechy: dumnemu dążeniu do nieśmiertelności uzyskanej na drodze duchowego rozwoju, a dzięki wykorzystaniu do tego tak wydumanego tematu badań podkreślona zostaje absurdalna ludzka ambicja, której celem jest dokonanie niemożliwego.
To nie Szekspir jest niezbędny do zrozumienia lepszego tego filmu a Goethe. To jego Faust przywoływany jest co rusz przez bohaterów i to z bohaterem tego dzieła zaczynamy w pewnym momencie utożsamiać Michaela (niestety - Fausta znam niewystarczająco, co tym bardziej utrudnia mi rozmowę z Oliveirą). A w pewnym momencie inny bohater tego filmu niemal każe siebie utożsamiać z Mefistofelesem (Naltar cytuje dzieło Goethego z pamięci).
Bohater, niczym Faust, jest we władzy żądzy wiedzy (lecz w tym filmie, podobnie jak i w Mistrzu i Małgorzacie nie mamy do czynienia z prostymi analogiami do dzieła Goethego, np. to Mefistofeles zakochuje się w towarzyszce życia Michaela - Helene [tak, tak znowu Faust] i to ona w gruncie rzeczy potraktowała go instrumentalnie, by odzyskać uczucie męża zatopionego w zapleśniałej stercie archiwalnych papierzysk [w roli Helen - Catherine Deneuve o nieśmiertelnej urodzie]; Helen, która także walczy z cielesnymi siłami ciemności, ale jednocześnie kojarzona jest z Jasnowłosą Dziewicą, figurą Matki Boskiej i może dzięki temu okazuje się silniejsza od Naltara). Profesor od Szekspira spotyka na swej drodze... członków sekty satanistycznej. Niemal od początku jest to dla widza jasne, od momentu, gdy Naltar staje na tle wielkiego pentagramu; od tego momentu zaczęła się moja konsternacja, bo myślałem że obejrzę klimatyczny film, którego akcja rozgrywa się w ascetycznym miejscu doświadczania Wielkiej Ciszy. I opowieści o tych, którzy - dawno dawno temu - w tym niezwykłym miejscu dawali wyraz ludzkiej woli w dążeniu do świętości, w filmie się pojawiają. Poznajemy wraz z bohaterami surowe groty, w których, zapominając o potrzebach ciała, wznosili się na wyżyny ducha. Lecz już na początku przewodnikowi wyrywa się spontaniczna uwaga, że byli głupcami. A przewodnik - Baltazar - jest niezwykle podobny do najwyższego kapłana kościoła satanizmu laveyańskiego Antona Szandora La Veya (wiem to przez przypadek, bo oczywiście odpaliłem sobie wikipedię, by coś niecoś doczytać a tam zdjęcie, które jak ulał pasuje do aktora - Almeidy - aktora, który gra rolę bohatera mieszającego w swych wypowiedziach kilka języków...).
W hierarchii wartości satanizmu laveyańskiego najważniejsze jest opowiedzenie się po stronie życia, witalności (seksualność i pragnienia z nią związane nie są tu oczywiście bez znaczenia). Zgodnie z jego zasadami człowiek powinien dążyć do zaspokojenia swoich pragnień za wszelką cenę, nie oglądając się na jakiekolwiek ograniczenia moralne czy kulturowe (to też oczywiście na podstawie wikipedii:-)). Przytoczyłem te najważniejsze zasady, bo są one ważne dla zrozumienia podstawowego konfliktu, z którym mamy do czynienia w tym filmie.
Czytając notkę w wikipedii, pomyślałem sobie, że 90% światopoglądu laveyańczyków (nie wiem, czy istnieje takie słowo:-)) odzwierciedla typ postawy przeciętnego człowieka współczesnego. Więc może Oliveira właśnie na ten temat też chciał mi coś powiedzieć; może uzmysławia, jak bardzo nieświadomymi członkami jakieś sekty jesteśmy. A przecież nigdy byśmy się do tego nie przyznali... (Tym bardziej, że oni chyba w osobowego diabła nie bardzo wierzą. A i ich cześć dla zwierząt z modą na wegetarianizm ideologiczny troszkę ma wspólnego)
Do myślenia także daje to, że klasztor to już dziś muzeum dość mocno splądrowane i popadające w ruinę, a kustoszem tegoż jest czciciel diabła Naltar, który mówi w pewnym momencie: "Teraz jest lepiej, ludzie są dobrowolnie źli"(towarzyszy tej wypowiedzi demoniczny śmiech Luisa Miguela Cinty, którego uroda nie pozostawia złudzeń co do roli, którą kreuje).

Oglądanie tego filmu jest źródłem swoistej przyjemności. Mimo że pozbawiony byłem komfortu rozumienia z niezwykle perwersyjną uwagą wpatrywałem się w ekran. Powolny rytm i wysmakowane zdjęcia nie pozwalały na oderwanie uwagi. I choć sfera ludzkich, bardzo ludzkich pragnień jest tam mocno obecna, to nieobecna tam jest trywialna cielesność. Wszystko rozgrywa się w wymiarze duchowym. A bardzo ważnym elementem wyrazu jest muzyka. Muzyka Mauzamiego (utwór, do którego podałem link, troszkę przypomina muzykę z filmu) niemal od początku niepokoi uświadamiając, że zauroczenie obrazem rzeczywistości może nas sprowadzić na Manowce. Uprzedza nas o tym twórca na samym początku, ostrzegając w momencie przekraczania przez bohaterów bram klasztoru: "Jeżeli wchodzicie do tego klasztoru, bądźcie głusi, ślepi i niemi", co oczywiście kojarzyć się musi ze słynnym napisem nad wejściem do bram piekieł w Boskiej komedii:
"Pozbądźcie się wszelkiej nadziei wy, którzy tu wchodzicie".

Klasztor, reż. Manoel de Oliveira